Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona18/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   ...   49

- Wiesz, oni tutaj mieszkali na stałe, oboje - powiedział Homer, jakby facet z Massachusetts przypomniał mu o tym fakcie.

- Chyba wiedziałem - mówię.

- Toddowie to nasze jedyne ptaszki, które zimą odlatują na północ. Ta nowa, ona chyba nie bardzo lubi odlatywać na północ.

Łyknął wody mineralnej i przez chwilę milczał w zamyśleniu.

- Ale jej to nie przeszkadzało - dodał. - Przynajmniej myślę, że nie przeszkadzało, chociaż czasami mocno narzekała. Narzekanie to był tylko sposób wyjaśnienia, dlaczego ciągle szukała skrótów.

- Znaczy, jej mężowi nie przeszkadzało, że ona tłucze się po wszystkich zapyziałych leśnych ścieżkach stąd do Bangor, żeby znaleźć taką, co jest krótsza o pół kilometra?

- Miał to w nosie - odparł zwięźle Homer i wstał, i wszedł do sklepu.

No i masz, Owens, powiedziałem sobie, sam wiesz, że lepiej mu nie zadawać pytań, kiedy się rozkręca, ale ty musiałeś zadać pytanie i spaliłeś historię, która nieźle się zapowiadała.

Siedziałem i wystawiałem twarz do słońca, i po jakichś dziesięciu minutach Homer wyszedł z jajkiem na twardo i usiadł. Zjadł jajko, a ja pilnowałem się, żeby nic nie mówić, a woda na jeziorze Castle migotała takim błękitem, jaki opisują w historiach o zatopionych skarbach. Homer dokończył jajko, popił wodą mineralną i mówił dalej. Zdziwiłem się, ale wciąż milczałem. Z przezorności.

- Mieli dwie czy trzy różne bryki - opowiadał Homer. - Cadillaca i jego ciężarówkę, i jej małego sportowego mercedesa. Kilka razy zostawiał ciężarówkę na zimę, w razie gdyby chcieli pojechać na narty. Zwykle jak lato się kończyło, wracał cadillakiem, a ona brała swoją maszynkę.

Kiwnąłem głową, ale milczałem. Po prawdzie bałem się zaryzykować następny komentarz. Później pomyślałem, że potrzebne by było dużo komentarzy, żeby zamknąć gębę Homerowi tamtego dnia. Od dawna chciał opowiedzieć historię skrótu pani Todd.

- Ta jej maszynka miała specjalny licznik, który pokazywał, ile kilometrów przejechałeś, i za każdym razem, gdy wyjeżdżała z Castle Lake do Bangor, zerowała go i potem sprawdzała wynik. Zrobiła z tego zabawę i specjalnie mnie tym drażniła.

Przerwał i przemyślał własne słowa.

- Nie, to nie tak.

Milczał jeszcze przez chwilę, na jego czole pojawiły się lekkie zmarszczki, jak stopnie bibliotecznej drabinki.

- Udawała, że robi z tego zabawę, ale dla niej to była poważna sprawa. Równie poważna jak cała reszta. - Strzepnął palcami i pomyślałem, że chodzi mu o jej męża. - Schowek na rękawiczki w tej sportowej maszynce był pełen map, jeszcze więcej leżało z tyłu, gdzie w normalnym samochodzie jest siedzenie. Mapy ze stacji benzynowych i kartki wyrwane z atlasu dróg Randa-McNally'ego; miała kilka map z przewodnika po Appalachach i całą kupę topograficznych odbitek geodezyjnych. Ale nie przez te mapy podejrzewałem, że to nie zabawa, tylko dlatego że rysowała na nich linie, zaznaczała trasy, które przejechała albo próbowała przejechać. Kilka razy ugrzęzła i jakiś farmer musiał ją wyciągać traktorem i łańcuchem.

- Jednego dnia kładłem kafelki w łazience i fuga wypływała z każdej cholernej szpary - później w nocy śniły mi się tylko kafelki i szpary krwawiące fugą - a ona stanęła w drzwiach i długo o tym ze mną rozmawiała. Podśmiewałem się z niej, ale trochę mnie to zaciekawiło, nie tylko dlatego, że mój brat Franklin mieszkał pod Bangor i znałem większość dróg, o których mi opowiadała. Zainteresowałem się, bo człowiek taki jak ja zawsze lubi znać najkrótszą drogę, nawet jeśli nie zawsze z niej korzysta. Też tak lubisz?

- Aha - potwierdziłem. Jest jakaś siła w tym, że znasz najkrótszą drogę, nawet jeśli jedziesz dłuższą drogą, bo w domu czeka teściowa. Szybko dotrzeć do celu - to dobre dla ptaków, chociaż chyba nikt z prawem jazdy w Massachusetts o tym nie wie. Ale wiedzieć, jak szybko dotrzeć do celu - czy nawet dotrzeć do celu drogą, której nie zna osoba siedząca obok ciebie... to jest siła.

- No, ona znała te drogi na pamięć, tak jak harcerz zna węzły - podjął Homer i uśmiechnął się swoim szerokim, słonecznym uśmiechem. - Mówiła: "Zaraz, chwileczkę" jak mała dziewczynka i słyszałem, jak za ścianą grzebie w biurku, a potem wracała z małym notesikiem, który wyglądał, jakby miał już swoje lata. Okładka cała pognieciona, rozumiesz, i kilka kartek wysunęło się z tych drucianych kółek na grzbiecie.

"Worth... większość ludzi... jeżdżą szosą 97 do Mechanic Falls, potem szosą 11 do Lewiston, i dalej międzystanową do Bangor. 250,2 kilometra".

Przytaknąłem.

"Jeśli chcesz ominąć rogatkę... i oszczędzić drogi... pojedziesz do Mechanic Falls, szosą 11 do Lewiston, szosą 202 do Augusty, potem szosą 9 przez China Lake i Unity i Haven do Bangor. Razem 231,8 kilometra".

"Nie oszczędzi pani czasu - mówię - omijając Lewiston i Augustę. Chociaż muszę przyznać, że Old Derry Road do Bangor jest naprawdę ładna".

"Kto skraca drogę, ten oszczędza czas - na to ona. - I nie mówiłam, że sama wybrałabym te trasę, chociaż przejechałam ją ładnych parę razy; po prostu sprawdzam trasy, którymi jeździ większość ludzi. Mam mówić dalej?".

"Nie - odpowiadam - wolę zostać sam jak palec w tej zakichanej łazience i gapić się na te zakichane kafelki, aż zgłupieję do reszty".

"W sumie są cztery główne trasy - mówi ona. - Ta droga 2 ma 261,4 kilometra. Za długa".

"Tę bym wybrał, gdyby żona zadzwoniła i powiedziała, że odgrzeje mi resztki" - mruczę pod nosem.

"Co takiego?" - pyta ona.

"Nic - mówię. - Rozmawiam z fugą".

"Och. No więc czwarta... o której niewielu wie, chociaż to są wszystko dobre drogi... w każdym razie brukowane... prowadzi przez Speckled Bird Mountain szosą 219 i 202 za Lewiston. Potem szosą 19 można objechać Augustę. Potem skręca się w Old Derry Road. Tylko 206,7 kilometra".

- Przez chwilę nic nie mówiłem i może pomyślała, że mam wątpliwości, bo mówi trochę zuchwale: "Wiem, że trudno uwierzyć, ale to prawda". Powiedziałem, że pewnie ma rację, i jak teraz o tym myślę, to pewnie miała. Bo tamtą drogą jeździłem zwykle do Bangor z wizytą do Franklina, jak jeszcze żył. Chociaż nie jechałem tamtędy od lat. Myślisz, że człowiek może tak po prostu... no, zapomnieć drogę, Dave?

Uznałem, że może. O autostradzie łatwo myśleć. Po jakimś czasie dosłownie wypełnia umysł i już nie myślisz, jak dojechać stąd tam, tylko jak dojechać do kasy drogowej, która jest najbliżej tego miejsca. I przyszło mi do głowy, że może dookoła jest wiele dróg, które po prostu schodzą na psy; drogi wzdłuż kamiennych murków, prawdziwe drogi obrośnięte jeżynami, których nikt nie zjada oprócz ptaków, i żwirownie ze starymi zardzewiałymi łańcuchami zwisającymi w niskich łukach przed wjazdem, same żwirowiska równie zapomniane jak stare dziecięce zabawki, chwasty rosnące na opustoszałych, porzuconych zboczach. Drogi zapomniane przez wszystkich prócz ludzi, którzy tam mieszkają i szukają tylko najszybszego sposobu, żeby wyrwać się na autostradę, gdzie można wjechać na wzgórze i wcale się nie martwić. Lubimy sobie żartować w Maine, że nie można dojechać stąd tam, ale chyba żartujemy z samych siebie. Tak naprawdę jest z tysiąc cholernych sposobów i człowiek nie musi się fatygować.

Homer opowiadał dalej:

- Całe popołudnie kładłem kafelki w tej ciasnej, dusznej łazience, a ona przez cały czas stała w drzwiach, ze skrzyżowanymi gołymi nogami, w tenisówkach, spódnicy khaki i trochę ciemniejszym swetrze. Włosy nosiła związane w koński ogon. Miała wtedy jakieś trzydzieści cztery, pięć lat, ale przysięgam, że z tą rozjaśnioną twarzą wyglądała zupełnie jak studentka, która przyjechała do domu na wakacje. Po jakimś czasie widocznie połapała się, że już dosyć długo stoi tutaj i gada jak najęta, bo mówi: "Pewnie zanudzam cię na śmierć, Homerze".

"Tak, psze pani - mówię. - Wolę, żeby pani sobie poszła i nie przeszkadzała mi rozmawiać z tymi cholernymi kafelkami".

"Nie wymądrzaj się, Homerze" - mówi ona.

"Nie, pszepani, pani mnie nie zanudza" - ja na to.

Więc ona uśmiecha się i wraca do tematu, kartkuje ten swój notesik jak komiwojażer sprawdzający zamówienia. Znała te cztery główne trasy - no, właściwie trzy, bo od razu skreśliła szosę 2 - ale musiała znać jeszcze ze czterdzieści innych dróg, które były wariantami tamtych. Drogi z numerami stanowymi, drogi bez numerów, drogi z nazwami i bez nazw. Aż zakręciło mi się w głowie. I w końcu ona mówi do mnie: "Gotowy na pierwsze miejsce w konkursie, Homer?".

"Chyba tak" - odpowiadam.

"Przynajmniej na razie zajmuje pierwsze miejsce - mówi ona. - Czy wiesz, Homerze, że w 1923 roku pewien człowiek napisał artykuł w «Science Today» dowodzący, że żaden człowiek nie przebiegnie mili w czasie poniżej czterech minut? Udowodnił to poprzez szczegółowe wyliczenia, w których uwzględnił maksymalną długość męskich mięśni uda, maksymalną długości kroku, maksymalną pojemność płuc, maksymalne tempo bicia serca i dużo więcej. Byłam oczarowana tym artykułem! Zrobił na mnie takie wrażenie, że dałam go Worthowi i poprosiłam, żeby pokazał go profesorowi Murrayowi z wydziału matematyki Uniwersytetu Maine. Chciałam, żeby sprawdził te liczby, bo myślałam, że musiały opierać się na błędnych założeniach czy coś w tym rodzaju. Worth pewnie myślał, że zgłupiałam... «Ophelia dostała bzika», tak mówił... ale wziął artykuł. No i profesor Murray dokładnie sprawdził obliczenia tamtego pana... i wiesz co, Homerze?".

"Nie, pszepani".

"Te wyniki były prawidłowe. Kryteria autora były słuszne. Udowodnił wtedy w 1923 roku, że człowiek nie może przebiec mili w czasie krótszym niż cztery minuty. Udowodnił to. Ale ludzie ciągle to robią i wiesz, co to znaczy?".

"Nie, pszepani" - odpowiadam, chociaż coś mi świta.

"To znaczy, że żadne pierwsze miejsce nie jest stałe - mówi ona. - Pewnego dnia... jeżeli przedtem świat nie wyleci w powietrze... pewnego dnia ktoś na olimpiadzie przebiegnie milę poniżej czterech minut. Może za sto lat, może za tysiąc, ale tak się stanie. Ponieważ nie ma ostatecznej wygranej. Jest zero i wieczność, i śmiertelność, ale nie ma ostateczności".

- I stała tam z czystą, jaśniejącą twarzą, z tymi ciemnymi włosami ściągniętymi do tyłu, jakby chciała powiedzieć: "Tylko spróbuj zaprzeczyć, jeśli masz odwagę". Ale nie miałem odwagi. Bo sam w to wierzę. Pewnie coś takiego ma na myśli pastor, kiedy mówi o łasce.

"Gotowy na tymczasowe pierwsze miejsce?" - pyta ona.

"Aha" - mówię i nawet na chwilę przestałem kłaść fugę. Zresztą i tak doszedłem już do wanny i zostały mi tylko te małe wymyślne narożniki. Ona wzięła głęboki oddech, a potem wyklepała to tak szybko, jak ten licytator w Gaten Falls, kiedy wlewał w siebie whisky, i nie pamiętam wszystkiego, ale to szło jakoś tak.

Homer Buckland na chwilę zamknął oczy, wielkie dłonie trzymał całkiem nieruchomo na długich udach, twarz uniósł do słońca. Potem znowu otworzył oczy i przysięgam, że przez chwilę wyglądał jak ona, właśnie, siedemdziesięcioletni mężczyzna wyglądał zupełnie jak trzydziestoczteroletnia kobieta, która w tamtej chwili wyglądała jak dwudziestoletnia studentka, i nie pamiętam dokładnie, co powiedział, tak jak on nie pamiętał dokładnie, co ona powiedziała, nie tylko dlatego, że to było skomplikowane, ale ponieważ zaskoczyła mnie zmiana w jego wyglądzie, a to szło mniej więcej tak:

- "Wjeżdżasz na szosę 97 i potem skręcasz przez Denton Street do Old Townhouse Road, i w ten sposób omijasz śródmieście Castle Rock i wracasz na 97. Czternaście kilometrów dalej możesz przejechać starą leśną przecinką dwa kilometry do Town Road 6, która prowadzi do Big Anderson Road przy Sites Cider Mill. Tam jest skrót, który starsi nazywają Bear Road, dochodzi do 219. Po drugiej stronie Speckled Bird Mountain wjeżdżasz na Stanhouse Road, skręcasz w lewo na Bull Pine Road... tam jest bagnisty kawałek, ale można go przeskoczyć, jeśli rozpędzisz się dostatecznie na żwirze... i wyjeżdżasz na szosę 106. 106 przecina Plantację Altona do Old Derry Road... a tam są dwie albo trzy leśne drogi, którymi wyjedziesz na szosę 3 tuż za szpitalem Derry. Stamtąd jest tylko sześć kilometrów do szosy w Etna, czyli do Bangor".

Zrobiła przerwę, żeby znowu nabrać powietrza, popatrzyła na mnie i pyta: "Wiesz, ile to jest razem?".

"Nie, pszepani" - mówię i myślę, że to wygląda na 304 kilometry i cztery złamane resory.

"Tylko 185 kilometrów" - mówi ona.

Parsknąłem śmiechem. Śmiech wyrwał mi się, zanim pomyślałem, że robię sobie fatalną przysługę, jeśli chcę usłyszeć zakończenie tej historii. Ale Homer sam uśmiechnął się i kiwnął głową.

- Wiem. A ty wiesz, że nie lubię się kłócić, Dave. Jednakże jest różnica pomiędzy zwykłym nabieraniem kogoś i wciskaniem całej kupy kitu.

"Nie wierzysz mi" - mówi ona.

"No, trudno w to uwierzyć, pszepani" - ja na to.

"Zostaw te fugę, żeby wyschła, to ci pokażę - mówi. - Jutro możesz dokończyć za wanną. Chodź, Homerze. Zostawię wiadomość dla Wortha... zresztą i tak może dzisiaj nie wróci... a ty zadzwonisz do żony! Będziemy siadali do obiadu w Grillu Pilota za - patrzy na zegarek - dwie godziny i czterdzieści pięć minut od tej chwili. A jeśli spóźnimy się chociaż o minutę, kupię ci butelkę Irish Mist, żebyś ją zabrał do domu. Widzisz, mój tata miał rację. Kto oszczędza kilometry, ten oszczędza czas, nawet jeśli musi taplać się w każdym cholernym bagnie i kałuży w całym okręgu Kennebec. I co ty na to?".

- Patrzyła na mnie swoimi brązowymi oczami jak lampki, z tym przekornym spojrzeniem, które mówiło, przekręć czapkę daszkiem do tyłu, Homer, i właź na pokład, ja będę pierwsza, ty drugi, a ostatnich gryzą psy, a jej uśmiech mówił dokładnie to samo, i powiadam ci, Dave, chciałem jechać. Nie chciałem nawet zakręcić tej cholernej puszki z fugą. I na pewno nie chciałem prowadzić tej jej maszynki. Chciałem tylko usiąść na miejscu pasażera i patrzeć, jak ona wsiada, jak spódnica podjeżdża jej trochę do góry, jak ona obciąga spódnicę na kolana albo nie, jak błyszczą jej włosy.

Urwał i nagle parsknął zdławionym, ironicznym śmiechem. Ten śmiech przypominał strzał z dubeltówki nabitej solą.

- Po prostu zadzwonię do Megan i powiem: "Znasz Phelię Todd, tę kobietę, o którą zaczynasz być taka zazdrosna, że masz ciemno przed oczami i nie potrafisz powiedzieć o niej jednego dobrego słowa? No więc ona i ja zrobimy sobie wyścig do Bangor w tym jej małym szybkim mercedesie koloru szampana, więc nie czekaj z obiadem". Po prostu zadzwonię i tak powiem. Aha. Właśnie tak.

I znowu zaśmiał się, trzymając ręce na kolanach naturalnie jak zawsze, i zobaczyłem prawie nienawistny wyraz na jego twarzy, a po chwili wziął z poręczy swoją szklankę wody mineralnej i wypił trochę.

- Nie pojechałeś - stwierdziłem.

- Nie wtedy.

Zaśmiał się już łagodniej.

- Musiała coś zobaczyć w mojej twarzy, bo jakby się opamiętała. Przestała wyglądać jak studentka i znowu wyglądała zwyczajnie jak Phelia Todd. Spojrzała na notesik, jakby nie wiedziała, skąd się wziął, i odłożyła go na bok, prawie schowała go za spódnicę.

Mówię: "Chciałbym to zrobić, pszepani, ale muszę tutaj skończyć, a moja żona ma pieczeń na obiad".

Ona mówi: "Rozumiem, Homer... trochę mnie poniosło. Często mi się to zdarza. Worth mówi, że ciągle". Potem jakby się wyprostowała i mówi: "Ale podtrzymuję ofertę, w każdej chwili, kiedy zechcesz. Możesz nawet popchnąć z tyłu, jeśli gdzieś ugrzęźniemy. Oszczędzisz mi pięć dolarów". I wybuchnęła śmiechem.

"A zanim na dobre uwierzysz, że 185 kilometrów do Bangor to wykluczone, weź własną mapę i sprawdź, ile to będzie lotem ptaka".

Skończyłem kłaść glazurę, wróciłem do domu i zjadłem resztki... nie było żadnej pieczeni i Phelia Todd chyba o tym wiedziała... i kiedy Megan poszła do łóżka, wyjąłem miarkę, długopis i swoją mapę stanu ze stacji Mobil, i zrobiłem, co chciała... bo to mi utkwiło w głowie, rozumiesz. Narysowałem linię prostą i zrobiłem obliczenia według skali. Byłem trochę zdziwiony. Bo jeśli w pogodny dzień polecisz z Castle Rock prosto do Bangor takim małym samolotem Piper Cub... jeśli nie musisz omijać jezior ani leśnych szkółek ogrodzonych łańcuchami, ani bagien, ani przekraczać rzek tam, gdzie nie ma mostów, no, to będzie tylko 126 kilometrów, mniej więcej.

Podskoczyłem.

- Zmierz sam, jak mi nie wierzysz - zaproponował Homer. - Nigdy nie myślałem, że stan Maine jest taki mały, dopóki sam nie zobaczyłem.

Popił wody i obejrzał się na mnie.

- Następnej wiosny przyszedł taki czas, kiedy Megan pojechała w odwiedziny do brata w New Hampshire. Musiałem pojechać do domu Toddów, żeby zdjąć zimowe drzwi i założyć siatkowe, i jej mały sportowy mercedes tam stał. Była w domu sama.

Podeszła do drzwi i mówi: "Homerze! Przyjechałeś założyć siatkowe drzwi?".

A ja jej na to: "Nie, pszepani, przyjechałem zobaczyć, czy pani zawiezie mnie do Bangor krótszą drogą".

Ona spojrzała na mnie z twarzą całkiem bez wyrazu i już myślałem, że zapomniała. Czułem, że się czerwienię, zupełnie jakbym palnął straszne głupstwo. Potem, kiedy już chciałem przeprosić, ona znowu uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem i mówi: "Zaczekaj tutaj, aż wezmę kluczyki. I nie rozmyślaj się, Homerze!".

Wróciła po minucie z kluczykami w ręku. "Jeśli ugrzęźniemy, zobaczysz komary wielkie jak ważki".

"Widziałem komary wielkie jak jaskółki tam w Rangely, pszepani - mówię - i oboje chyba ciut za dużo ważymy, żeby nas prąd zniósł".

- Ona się śmieje. "No, w każdym razie ostrzegałam cię. Jedziemy, Homerze".

- "A jeśli nie dojedziemy za dwie godziny i czterdzieści pięć minut - dodaję chytrze - pani miała mi kupić flaszkę Irish Mist".

Patrzy na mnie trochę zdziwiona z otwartych drzwi samochodu, z jedną nogą w środku. "Homer, do diabła - mówi - mówiłam ci, że tamto pierwsze miejsce było tymczasowe. Znalazłam jeszcze krótszą drogę. Będziemy tam za dwie i pół godziny. Wsiadaj, Homer. Jedziemy na wycieczkę".

Znowu przerwał, ręce leżące spokojnie na udach, oczy zamglone, jakby widział tę dwuosobową wyścigówkę barwy szampana ruszającą ze stromego podjazdu Toddów.

- Zahamowała na końcu podjazdu i pyta: "Na pewno?". "Gaz do dechy" - mówię. Łożysko kulkowe w jej kostce obróciło się i ciężka stopa opadła. Nie bardzo wiem, co było dalej. Tylko że po chwili nie mogłem oderwać od niej oczu. Coś dzikiego wypełzło na jej twarz, Dave... coś dzikiego i coś wolnego, i napędziło mi niezłego stracha. Była piękna i pokochałem ją; każdy by ją pokochał, w każdym razie każdy mężczyzna i może nawet każda kobieta, ale jednocześnie bałem się jej, bo wyglądała tak, jakby mogła mnie zabić, gdyby oderwała oczy od drogi i spojrzała na mnie, i postanowiła odwzajemnić tę miłość. Nosiła błękitne dżinsy i starą białą koszulę z podwiniętymi rękawami... myślałem, że może zamierzała coś malować na tylnym tarasie, kiedy przyjechałem... ale po jakimś czasie zdawało mi się, że nie ma na sobie nic oprócz takiej białej falującej rzeczy, jak w tych starych książkach o bogach i boginiach.

Zamyślił się, spoglądając na jezioro z bardzo poważną twarzą.

- Jak ta łowczyni, która podobno jeździ na księżycu po niebie.

- Diana?

- Aha. Księżyc to jej maszynka. Phelia wyglądała tak dla mnie i mówię ci uczciwie, że miłość mnie poraziła i nigdy nie zrobiłbym żadnego ruchu, choć wtedy byłem młodszy niż teraz. Nie ruszyłbym się nawet, gdybym miał dwadzieścia lat, chociaż pewnie tak, gdybym miał szesnaście, i zginąłbym przez własną głupotę... zginąłbym, gdyby spojrzała na mnie w ten sposób.

- Była jak ta kobieta jadąca na księżycu po niebie, do połowy wychylona nad błotnikiem, przejrzyste szaty powiewały za nią jak srebrne nitki babiego lata, rozwiane włosy odsłaniały ciemne małe wgłębienia na skroniach, zacinała konie i wołała do mnie, żebym jechał szybciej, chociaż ledwie dyszały, szybciej, szybciej, szybciej.

- Przejechaliśmy kilka leśnych dróg... pierwsze dwie czy trzy znałem, a potem już nie znałem żadnej. Niezły widok dla tych drzew, które nigdy nie widziały samochodów, tylko wielkie stare ciągniki i pługi śnieżne; ta mała maszynka, która bardziej pasowała do Bulwaru Zachodzącego Słońca niż tutaj, śmigała przez las, pluła spalinami, wdrapywała się na pagórki i zjeżdżała z rykiem przez zielone zakurzone smugi popołudniowego słońca... Phelia opuściła dach i czułem wszystkie zapachy tego lasu, wiesz, taki piękny stary zapach, jak coś zwykle zostawiane w spokoju i rzadko naruszane. Przejechaliśmy po balach ułożonych w najbardziej bagnistych miejscach, czarne błoto chlupało pomiędzy kłodami, a ona śmiała się jak dziecko. Niektóre kłody były stare i spróchniałe, bo nikt nie odwiedzał tych dróg - to znaczy oprócz niej - przez jakieś pięć czy dziesięć lat. Byliśmy sami, tylko ptaki i zwierzęta nas widziały. Hałas silnika tej maszynki, najpierw jednostajny warkot, a potem coraz wyższe wycie, kiedy wciskała sprzęgło i redukowała bieg... był jedynym mechanicznym dźwiękiem. I chociaż wiedziałem, że przez cały czas byliśmy blisko jakiegoś zamieszkanego miejsca... teraz zawsze tak jest... to miałem uczucie, że cofnęliśmy się w czasie i tam nie było nic. Że gdybym wszedł na wysokie drzewo i rozejrzał się na wszystkie strony, nic bym nie zobaczył, tylko las, las i znowu las. I przez cały czas ona ciągle dociskała gaz, z rozwianymi włosami, uśmiechnięta, z błyszczącymi oczami. Wiec wyjechaliśmy na Speckled Bird Mountain Road i przez chwilę znowu wiedziałem, gdzie jesteśmy, a potem skręciła i przez chwilkę zdawało mi się, że wiem, a potem już nawet przestałem się oszukiwać. Skręciliśmy w następną leśną dróżkę, a potem wyjechaliśmy - przysięgam - na porządną brukowaną szosę ze znakiem MAGISTRALA B. Słyszałeś kiedyś, żeby w stanie Maine była droga oznaczona Magistrala B?

- Nie - mówię. - Brzmi z angielska.

- Aha. I wygląda jak angielska. Te drzewa jak wierzby zwieszające gałęzie nad drogą. "Teraz uważaj, Homerze - mówi ona - jedna prawie mnie złapała miesiąc temu i parzyła jak pokrzywa".

Nie wiedziałem, o czym ona mówi, ale potem zobaczyłem, że chociaż nie było wiatru, gałęzie tych drzew sięgały w dół... wyciągały się w dół. Pod zielonymi baziami wyglądały czarno i mokro. Nie wierzyłem własnym oczom. Potem jedna z nich zerwała mi czapkę i już wiedziałem, że nie śnię. "Hej! - krzyknąłem. - Oddaj to!".

"Za późno, Homerze - mówi ona ze śmiechem. - Przed nami światło... nic nam nie grozi".

Potem następna nachyla się tym razem od strony Phelii i próbuje ją złapać... przysięgam. Uchyliła się, a gałąź chwyciła ją za włosy i wyrwała lok. "Au, cholera, jak to boli!" - krzyczy Phelia, ale ze śmiechem. Samochód trochę się zatoczył, kiedy zrobiła unik, i zajrzałem w głąb lasu, Boże święty, Dave! Tam wszystko się ruszało. Trawa falowała i rośliny były całe powykręcane, jakby się wykrzywiały, i zobaczyłem coś siedzącego na pniaku, co wyglądało jak rzekotka, ale wielkości dorosłego kota.

Potem wyjechaliśmy z cienia na szczyt wzgórza i ona mówi: "Już! Zabawnie było, prawda?", jakby wspominała spacer po Nawiedzonym Domu na jarmarku we Fryeburgu.

Pięć minut później skręciliśmy w następną leśną drogę. Nie chciałem już więcej oglądać lasu, możesz mi wierzyć, ale to był zwyczajny stary las. Pół godziny później zajechaliśmy na parking Grillu Pilota w Bangor. Ona pokazuje swój mały licznik i mówi: "Rzuć okiem, Homer". Więc spojrzałem i przeczytałem 178,6. "I co teraz myślisz? Wierzysz w mój skrót?".

Ten dziki wyraz twarzy prawie zniknął i wyglądała znowu jak Phelia Todd. Ale ta druga twarz nie zniknęła całkiem. Zupełnie jakby była dwiema kobietami, Phelia i Dianą, i ta część, która była Dianą, przejmowała kontrolę podczas jazdy bocznymi drogami i dlatego Phelia nie miała pojęcia, że jej skróty prowadzą przez miejsca... miejsca, których nie ma na żadnej mapie stanu Maine, nawet na tych odbitkach geodezyjnych.

- I znowu pyta: "Co myślisz p moim skrócie, Homer?".

A ja mówię pierwszą rzecz, jaka mi przychodzi do głowy, chociaż takich rzeczy nie mówi się damie w rodzaju Phelii Todd: "To zajebisty skrót, pszepani".

Ona śmieje się cała zadowolona, i wtedy widzę, jasno jak słońce: Ona nie pamiętała żadnej z tych dziwnych rzeczy. Ani wierzbowych gałęzi - tylko że to nie były wierzby, wcale niepodobne do wierzb ani do niczego innego - które zabrały mi czapkę, ani tego napisu MAGISTRALA B, ani tego okropnego żabiego stwora. Nie pamiętała żadnej z tych dziwnych rzeczy! Albo wszystko mi się przyśniło, albo jej się przyśniło coś innego. Jedno wiedziałem na pewno, Dave, że przejechaliśmy tylko 177 kilometrów i dojechaliśmy do Bangor, i to nie był sen; wszystko pokazywał ten mały licznik, czarno na białym.



1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna