Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona17/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   13   14   15   16   17   18   19   20   ...   49

- Co powiemy mamie?

- Nie wiem, olbrzymie. - Hal uśmiechnął się do syna. - Coś wymyślimy.

Przystanął na moment, patrząc na pływające w wodzie deski. Jezioro znów się uspokoiło; małe zmarszczki migotały w słońcu. Nagle Hal pomyślał o wczasowiczach, których nawet nie znał - może ojcu i synu, zasadzających się na wielką rybę. Mam coś, tato! - krzyczy chłopak. Wyciągnij, to zobaczymy - odpowiada ojciec i z głębin, ciągnąc za sobą zaplątane w talerze wodorosty, szczerząc zęby w upiornym powitalnym uśmiechu wynurza się... małpa.

Zadrżał. Ale to w końcu tylko jedna z możliwości.

- Chodź - powtórzył i razem ruszyli ścieżką przez płomienisty październikowy las, do domu.


Notatka z "Nowin Bridgońskich",

24 października, 1980.


TAJEMNICA MARTWYCH RYB

Betsy Moriarty


SETKI martwych ryb zauważono w zeszłym tygodniu na jeziorze Crystal w sąsiednim miasteczku Casco. Najwięcej z nich zginęło w pobliżu Hunter's Point, choć prądy w jeziorze nieco utrudniają dokładną lokalizację. Wśród martwych ryb znaleziono wszystkie gatunki, występujące w tutejszych wodach: szczupaki, miętusy, karpie, pstrągi tęczowe, a nawet zabłąkanego łososia. Władze łowieckie i wędkarskie są równie zdumione...
Przełożyła

Paulina Arbiter


BUNT KAINA
Garrish schronił się przed ostrym blaskiem majowego słońca w chłód hallu akademika. Minęło kilka dobrych chwil, zanim jego oczy przywykły do panującego wewnątrz budynku półmroku, dlatego też na samym początku Harry, którego przezywano Bobrem, objawił mu się jako bezcielesny głos dobiegający z cienia.

- Ale nam zadali bobu, sam powiedz - gorączkował się Bóbr. - To prawdziwe cholerstwo, co nie?

- Aha - potwierdził Garrish. - Było ciężko.

Teraz dopiero zdołał dostrzec Bobra. Chłopak tarł dłonią usiane pryszczami czoło, a pot perlił mu się nawet pod oczami. Na nogach miał sandały, a ubrany był w sportową koszulkę z krótkim rękawem i numerem 69. Do koszulki miał przypięty okrągły znaczek z napisem, który głosił, że niejaki Pipściński to szuja i gnojek. Olbrzymie wystające siekacze Bobra jaśniały w ponurym mroku westybulu.

- A miałem zamiar dać sobie z tym spokój jeszcze w styczniu, zamienić na cokolwiek innego - zwierzał się Bóbr. - Wciąż mówiłem sobie: zdecyduj się, póki jest jeszcze czas. I wtedy termin na zamianę minął, no i musiałem albo zdawać to dziadostwo, albo mieć tyły. Myślę, że oblałem, Curt. Jak Boga kocham.

Kierowniczka akademika stała w rogu, przy przegródkach na pocztę. Była to niezwykle wysoka kobieta, z urody przypominająca nieco Rudolfa Valentino. Jedną dłoń trzymała właśnie w krótkim rękawie sukienki, usiłując wsunąć na miejsce ramiączko halki, które jej się zsunęło, drugą zaś w tym samym czasie przytwierdzała do tablicy ogłoszeń kartkę z ostateczną datą opuszczenia akademika.

- Tak, ciężko było - powtórzył Garrish.

- Chciałem ściągnąć trochę od ciebie, ale zabrakło mi odwagi, jak Boga kocham. Ten facet ma sokoli wzrok. Myślisz, że zdałeś na piątkę?

- Być może nawet oblałem - powiedział Garrish. Bobrowi opadła szczęka.

- Naprawdę myślisz, że mogłeś oblać? Ty? Naprawdę myślisz, że...

- Teraz idę wziąć prysznic, dobra?

- Jasne, Curt. No pewnie, idź. Czy to był twój ostatni egzamin?

- Aha - potwierdził Garrish. - To był mój ostatni egzamin.

Garrish przeciął hall i pchnął drzwi prowadzące na klatkę schodową. Klatka pachniała jak bokserski ochraniacz na jądra po wyjątkowo zajadłej walce. Który to już raz szedł tymi starymi schodami? Jego pokój znajdował się na piątym piętrze.

Quinn i jeszcze jeden idiota z trzeciego o obficie owłosionych goleniach stali po przeciwległych stronach klatki jak kolumny, przerzucając się piłką do softballu. Jakiś niski facecik patrzący błędnym wzrokiem przez szkła okularów w rogowej oprawie, połyskujące nad wojowniczą kozią bródką, z tablicami logarytmicznymi przyciśniętymi do piersi jak Biblia, minął go pomiędzy czwartym a piątym, nieprzerwanie poruszając wargami i mamrocząc pod nosem litanie wzorów. Oczy miał puste jak wytarte tablice.

Garrish zatrzymał się, by spojrzeć za nim, myśląc sobie, czy dla chłopaka nie byłoby lepiej, gdyby nie żył, ale po małym gościu pozostał już tylko chyboczący się i malejący cień na ścianie. Cień zachybotał się raz jeszcze i zniknął zupełnie. Garrish wspiął się na piąte piętro i ruszył korytarzem w stronę swojego pokoju. Prosiak wyjechał już dwa dni temu. Cztery końcowe egzaminy w trzy dni systemem zakuć-zdać-zapomnieć, trzask-prask i do chaty. Prosiak umiał się urządzić. Pozostało po nim jedynie kilka rozebranych babek przypiętych do ściany, dwie brudne skarpety frote, każda z innej pary, i fajansowa karykatura Rodinowskiego "Myśliciela" siedzącego w zadumie na klozecie.

Garrish włożył klucz do dziurki i przekręcił.

- Curt! Hej, Curt!

Rollins, ten skretyniały gospodarz piętra, przez którego Jimmy Brody znalazł się na dywaniku u dziekana za pijaństwo, zbliżał się właśnie korytarzem, machając do Garrisha ręką. Wysoki, dobrze zbudowany, krótko ostrzyżony, symetryczny. Sprawiał wrażenie wypolerowanego na wysoki połysk.

- Zdałeś już wszystko? - zapytał Rollins. - Aha.

- Nie zapomnij zamieść podłogi w pokoju i wypełnij protokół jego zdania, dobrze?

- Aha.


- Wsunąłem ci formularz pod drzwi w zeszły czwartek, prawda?

- Aha.


- Jeśli nie będzie mnie w pokoju, to wsuń wypełniony protokół pod moje drzwi razem z kluczem.

- Dobra.


Rollins uścisnął mu dłoń i energicznie nią potrząsnął. Dłoń Rollinsa była sucha, pokryta szorstką skórą. Ściskając ją, można było odnieść wrażenie, że nabrało się pełną garść soli.

- Życzę ci miłych wakacji.

- Dzięki.

- Tylko się nie przepracowuj.

- Nie ma obawy.

- Poużywaj sobie, ale nie nadużywaj.

- Z chęcią i broń Boże.

Przez chwilę Rollins stał zmieszany, nic nie rozumiejąc, ale zaraz potem wybuchnął śmiechem.

- No, to trzymaj się. - Poklepał Garrisha po ramieniu, a następnie odszedł korytarzem, zatrzymując się tylko raz, aby upomnieć Rona Frane'a, by ściszył magnetofon. Garrish był w stanie wyobrazić sobie Rollinsa martwego w przydrożnym rowie z larwami much wyżerającymi mu oczy. Albo my pożeramy świat, albo świat pożera nas. Niezależnie od tego, kto kogo, wszystko jest w najlepszym porządku.

Garrish stał zamyślony, patrząc w ślad za Rollinsem, dopóki ten nie zniknął z pola widzenia, a następnie wszedł do swojego pokoju.

Teraz, kiedy wszystkie klamoty Prosiaka - na ogół rozwłóczone w strasznym nieładzie jak po przejściu tornado - zniknęły wraz ze swym właścicielem, pokój wydawał się ogołocony i sterylny. Na łóżku współlokatora po skołtunionym barłogu ze zmiętej i poskręcanej pościeli pozostał jedynie goły i czysty materac, jeśli nie liczyć kilku plam po nocnych polucjach. Nad łóżkiem dwa kociaki na rozkładówkach z "Playboya" spoglądały zalotnie, unieruchomione w kuszących dwuwymiarowych pozach.

W części pokoju należącej do Garrisha, zazwyczaj bijącej w oczy koszarowym porządkiem, nie widać było większych zmian. Gdyby spuścić ćwierćdolarową monetę na równiutko naciągnięty koc przykrywający porządnie zasłane łóżko, z pewnością odbiłaby się jak od gimnastycznego batutu. Cała ta schludność nieźle działała Prosiakowi na nerwy. Nazywał Garrisha pedancikiem. Jedyną rzeczą zajmującą ścianę nad łóżkiem Garrisha było olbrzymie zdjęcie Humphreya Bogarta, które kupił w uniwersyteckiej księgarni. Bogie miał spodnie na szelkach i w każdej dłoni trzymał pistolet automatyczny. Prosiak twierdził, że zarówno pistolety, jak i szelki to symbole impotencji. Garrish wątpił, żeby Bogart był impotentem, aczkolwiek nigdy nic o nim nie czytał.

Podszedł do szafy, włożył kluczyk w drzwi i otworzył je, po czym wyjął ze środka wielki sztucer magnum, kalibru .325 z orzechową kolbą, który jego ojciec, kapłan kościoła metodystów, sprezentował mu na gwiazdkę. W marcu sam dokupił do niego celownik teleskopowy.

Trzymanie broni w pokojach było surowo zabronione, dotyczyło to także strzelb myśliwskich, ale nie było z tym większych problemów. Odebrał sztucer z uniwersyteckiej przechowalni na podstawie sfałszowanej obiegówki. Schował go do nieprzemakalnego skórzanego pokrowca i ukrył w lasku za boiskiem do futbolu. Tej nocy, o trzeciej na ranem wyszedł z akademika i wniósł go na piętro przez uśpione korytarze.

Usiadł na łóżku z bronią na kolanach i przez chwilkę popłakał. "Myśliciel" przypatrywał mu się ze swojego sedesu. Garrish ułożył sztucer na łóżku, przeszedł przez pokój i zwalił figurkę ze stolika Prosiaka na podłogę, gdzie roztrzaskała się na drobne kawałeczki. Wtedy usłyszał pukanie do drzwi.

Szybkim ruchem wsunął strzelbę pod łóżko.

- Proszę.

W drzwiach stanął Bailey ubrany w śmieszną jednoczęściową pidżamę zapinaną z przodu na guziki. Oczywiście był porozpinany, a z pępka wystawał mu kłębek waty. Bailey nie miał przed sobą żadnej przyszłości. Na pewno ożeni się z głupią gęsią i będzie miał głupie dzieci. Później umrze na raka lub niewydolność nerek.

- I jak tam końcowy z chemy, Curt?

- W porząsiu.

- Mógłbyś mi pożyczyć swoich notatek. Podchodzę jutro.

- Spaliłem je dziś rano ze wszystkimi śmieciami.

- Aha. O Jezu! Czy Prosiak sam to zrobił? - Wskazał palcem na resztki po "Myślicielu".

- Chyba tak.

- Ciekawe, co mu odbiło? Podobała mi się ta figurka. Chciałem ją od niego odkupić. - Bailey miał ostre, szczurze rysy. Jego pidżama była cała w strzępach i miała mocno wypchane siedzenie. Garrish mógł go sobie wyobrazić umierającego na rozedmę płuc lub inne choróbsko w namiocie tlenowym. Niemal widział jego pożółkłą twarz. Mógłbym ci pomóc, pomyślał Garrish.

- Myślisz, że miałby coś przeciwko temu, żebym przejął te laski?

- Chyba nie.

- To fajnie. - Bailey przeszedł przez pokój, ostrożnie stawiając na podłodze gołe stopy, aby nie wdepnąć w ceramiczne okruchy, odczepił rozkładówki.

- Ten plakat Bogarta też jest ekstra. Niby nie ma tu żadnych cycków, ale mimo to klasa, co nie? - Bailey spojrzał na Garrisha, czekając, czy się roześmieje. Nie doczekawszy się, ciągnął dalej: - Mam nadzieję, że nie planujesz wyrzucić go do śmieci?

- Nie. Planuję właśnie wziąć prysznic.

- Jasne, jasne. No to miłych wakacji, jeśli się już nie zobaczymy.

- Dzięki.

Bailey ruszył z powrotem do drzwi, obracając ku Garrishowi obwisłe siedzenie swojej jednoczęściowej pidżamy. W drzwiach zatrzymał się.

- Znów średnia powyżej czterech w tym semestrze?

- Co najmniej.

- Nieźle. No to do następnego roku.

Wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Garrish siedział przez chwilę na skraju łóżka, potem wyciągnął spod niego broń, wyjął ją z pokrowca, rozłożył i wyczyścił. Po chwili uniósł wylot lufy na wysokość oka i spojrzał na malutki krążek światła po jej drugiej stronie. Lufa była czyściutka. Z powrotem złożył sztucer.

W trzeciej szufladzie jego biurka znajdowały się trzy ciężkie pudełka amunicji do winchestera. Ułożył je na parapecie. Zamknął drzwi pokoju na klucz i wrócił do okna. Podniósł żaluzje.

Po zalanym słońcem i obrośniętym soczystą zielenią deptaku przechadzały się tłumy studentów. Quinn wraz ze swym matołkowatym przyjacielem markowali na trawie coś w rodzaju dwuosobowego softballu. Biegali bezładnie tam i z powrotem jak pokiereszowane mrówki umykające z zawalonego korytarzyka mrowiska.

- Powiem ci coś - Garrish zwrócił się do Bogiego. - Bóg wściekł się na Kaina, ponieważ Kainowi wydawało się, że Bóg jest wegetarianinem. Jego brat był lepiej zorientowany. Bóg stworzył świat na swój obraz i podobieństwo, więc jeśli ty nie jesz świata, świat je ciebie. Więc Kain zapytał brata: "Czemuś mi nic nie powiedział?". A na to braciszek: "Czemuś nie słuchał?". Wtedy Kain rzekł: "Dobra, teraz posłuchani". Po czym załatwił swojego braciszka i mówi: "Hej, Boże! Chcesz mięska! To masz, częstuj się! Wolisz gulasz czy żeberka, a może abelburgery?". A wtedy Bóg powiedział mu, żeby spadał. Więc... co o tym myślisz?

Ze strony Bogiego nie padła żadna odpowiedź.

Garrish otworzył podnoszone do góry okno i ułożył łokcie na parapecie, nie pozwalając, aby lufa jego trzystapięćdziesiątkidwójki wysunęła się na światło dzienne. Spojrzał w celownik.

Mierzył w żeński akademik znajdujący się po drugiej stronie deptaka. Akademik ten znano powszechnie pod nazwą "psiarni". Na przecięciu linii celownika znalazł się duży ford kombi. Jakaś blondyneczka wbita w dżinsy i niebieską bluzeczkę na ramiączkach rozmawiała ze swoją mamą, podczas gdy ojczulek, łysiejący mężczyzna cały czerwony na twarzy, ładował walizki do tylnej części samochodu.

Ktoś zapukał do drzwi.

Garrish odczekał w ciszy.

Pukanie powtórzyło się.

- Curt? Dam ci pół brudasa za ten poster z Bogartem. Bailey.

Garrish nie odpowiedział. Dziewczyna i jej matka z czegoś się radośnie śmiały, nie zdając sobie sprawy, że w ich jelitach krążą mikroby, odżywiając się, dzieląc, rozmnażając. Ojciec studentki podszedł do nich i tak stali razem w słońcu, tworząc sielankowy rodzinny portret w okrągłych ramach celownika.

- Do diabła! - zaklął Bailey. Odgłos jego kroków zaczął oddalać się korytarzem.

Garrish nacisnął spust.

Poczuł silne uderzenie w ramię - przyjemne, gwałtowne szarpnięcie, jakie zawsze czuje strzelec, gdy precyzyjnie ułoży kolbę broni we właściwym miejscu. Roześmiana twarz blondynki zniknęła, jakby nagle coś obcięło jej głowę.

Jej mama śmiała się jeszcze przez moment, lecz po chwili jej dłoń powędrowała do ust. Przez palce przesączył się okropny krzyk przerażenia. Garrish strzelił w miejsce, skąd się wydobywał. Dłoń i głowa zniknęły w czerwonym rozbryzgu. Mężczyzna, który ładował bagaże, rzucił się do niezdarnej, panicznej ucieczki.

Garrish przez chwilę wodził za nim lufą, po czym strzelił mu w plecy. Następnie uniósł głowę i rozejrzał się ponad celownikiem. Quinn ściskał w ręce piłkę do softballu, wpatrując się w mózg blondynki rozchlapany na znaku zakazu parkowania, wymalowanym na betonie za jej rozciągniętym horyzontalnie ciałem, leżącym twarzą do ziemi. Quinn nie był w stanie się poruszyć. Wszyscy ludzie na deptaku zamarli, niczym dzieci bawiące się w "pomniki".

Ktoś załomotał do drzwi, a następnie zaczął opętańczo szarpać za klamkę.

- Curt? Nic ci się nie stało, Curt? Chyba ktoś...

- Jest napitek, jest mięsiwo! Dobry Boże, jedz, a żywo! - zawołał Garrish na cały głos i wymierzył w Quinna. Szarpnął za spust, zamiast go powoli przycisnąć i pocisk chybił celu. Quinn rzucił się do ucieczki. Co za problem. Drugim strzałem trafił Quinna w kark z taką siłą, że chłopak przeleciał z sześć metrów, zanim upadł na ziemię.

- Curt Garrish strzela do siebie! - wrzeszczał Bailey. - Rollins! Rollins! Chodź tu prędko!

Ponownie tupot jego stóp ucichł w głębi korytarza.

Teraz już wszyscy rozbiegli się w panice. Garrish słyszał ich przerażone krzyki. Słyszał gorączkowe tupanie w alejkach.

Spojrzał na Bogiego. Bogie trzymał w dłoniach swoje pistolety i patrzył gdzieś ponad nim. Garrish spojrzał na pokruszone resztki "Myśliciela", który należał do Prosiaka, i zastanowił się, co też jego współlokator może robić w tej chwili, czy jeszcze odsypia sesję, czy ogląda coś w telewizji, czy też zafundował sobie jakieś wspaniale żarcie. Jedz świat, Prosiaku, pomyślał w duchu Garrish. Łykaj go wielkimi kęsami.

- Garrish! - Tym razem był to Rollins, walący pięściami w drzwi. - Otwieraj, Garrish!

- Zamknięte na klucz - dyszał Bailey. - Wyglądał dziś okropnie, zabił się jak nic, jestem tego pewny.

Garrish znów wysunął wylot lufy przez okno. Jakiś chłopak w madrasowej koszuli przykucnął za krzakiem, rozbieganymi oczami z desperacją omiatając okna akademika. Garrish widział, że tamten ma ochotę uciekać stamtąd jak najdalej, ale nogi odmawiały mu posłuszeństwa.

- Dobry Boże, jedz, a żywo - wymruczał Garrish i ponownie nacisnął spust.


Przełożył

Rafał Wilkoński


SKRÓT PANI TODD
- Jedzie ta pani Todd - powiedziałem.

Homer Buckland popatrzył na przejeżdżającego małego jagura i przytaknął. Kobieta pomachała do Homera. W odpowiedzi Homer kiwnął wielką, kudłatą głową, ale sam nie podniósł ręki. Państwo Todd mieli wielki letni dom nad Castle Lake i Homer był ich dozorcą od niepamiętnych czasów. Podejrzewałem, że nie lubił drugiej żony Wortha Todda równie mocno, jak lubił Phelię, pierwszą panią Todd.

To było jakieś dwa lata temu. Siedzieliśmy na ławce przed frontem sklepu Bella, ja z sokiem pomarańczowym, Homer ze szklanką wody mineralnej. Był październik, spokojny miesiąc w Castle Rock. Wiele domów nad jeziorem wciąż zapełnia się w weekendy, lecz agresywne, zakrapiane życie towarzyskie już się skończyło, a myśliwi ze swoimi wielkimi karabinami i kosztownymi tymczasowymi zezwoleniami przypiętymi do pomarańczowych czapek na razie nie zaczęli napływać do miasteczka. Zboże już prawie zebrano. Noce są chłodne, dobre do spania, a stare kości, takie jak moje, jeszcze nie doskwierają. W październiku niebo nad jeziorem jest ulotnie piękne, z tymi wielkimi białymi chmurami, które płyną tak wolno; podoba mi się, że od spodu wydają się całkiem płaskie i trochę szarawe, jakby omroczone cieniem bliskiego zachodu; mogę oglądać błyski słońca na wodzie bez znudzenia przez dobrych kilka minut. To w październiku, kiedy siedzę na ławce przed frontem sklepu Bella i patrzę z daleka na jezioro, żałuję, że już nie palę.

- Ona nie jeździ tak szybko jak Phelia - powiedział Homer. - Takżem sobie myślał, że miała trochę staroświeckie imię jak na kobietę, która wyciska taką prędkość z samochodu.

Letnicy, jak państwo Todd, nie są nawet w połowie równie interesujący dla całorocznych mieszkańców małych miasteczek w Maine, jak sobie wyobrażają. Stali mieszkańcy wolą swoje własne historie miłości i nienawiści, skandale i skandaliczne plotki. Kiedy zastrzelił się ten facet od tekstyliów z Amesbury, Estonia Corbridge przekonała się, że już po tygodniu nie mogła zdobyć nawet zaproszenia na lunch w zamian za swoją historyjkę, jak to go znalazła z pistoletem w sztywniejącej dłoni. Ale ludziska ciągle gadają o Joe Camberze, którego zabił jego własny pies.

No, nieważne. Po prostu startujemy w innych wyścigach. Letnicy biegają truchcikiem; my nie wkładamy codziennie krawatów do pracy i chodzimy spacerkiem. A jednak miejscowi okazali całkiem spore zainteresowanie, kiedy Ophelia Todd zniknęła wtedy w 1973. Ophelia była naprawdę miłą kobietą i zrobiła wiele dla miasteczka. Zbierała pieniądze na Bibliotekę Sloana, pomagała odnowić pomnik bohaterów wojennych i tak dalej. Ale wszyscy letnicy lubili zbierać pieniądze. Tylko wspomniałeś o zbiórce pieniędzy, a już oczy im się zapalały i zaczynały świecić. Tylko wspomniałeś o zbiórce pieniędzy, a już organizowali komitet, wyznaczali sekretarza i ustalali porządek dnia. Tacy już są. Ale jeśli wspomniałeś o czasie (poza jednym wielkim przyjęciem koktajlowym połączonym z zebraniem komitetu), to nie miałeś szczęścia. Letnicy chyba głównie odkładali czas. Zostawiali go na zapas, jakby mogli go przechowywać w wekach jak przetwory. Ale Phelia Todd wolała raczej spędzać czas - dyżurować za biurkiem w bibliotece, nie tylko zbierać na nią pieniądze. Jak trzeba było zakasać rękawy i szorować pomnik bohaterów wojennych, Phelia pracowała razem z miejscowymi kobietami, które straciły synów w trzech różnych wojnach, ubrana w kombinezon, z włosami obwiązanymi chustką. A kiedy trzeba było dowozić dzieci na letnie kursy pływania, mogłeś zobaczyć ją na Landing Road w wielkim błyszczącym pikapie Wortha Todda, wyładowanym z tyłu dzieciakami. Dobra kobieta. Nie miejscowa, ale dobra. Wszyscy się zmartwili, kiedy zniknęła. Nie żeby byli w żałobie, bo właściwie zniknięcie to nie śmierć, nie całkiem. To nie jak odrąbanie czegoś tasakiem; raczej jakby coś wyciekało ze zlewu tak powoli, że nawet nie zauważysz, kiedy Zniknęło, dopiero dużo później.

- Jechała mercedesem - oznajmił Homer, odpowiadając na pytanie, którego nie zadałem. - Dwuosobowy sportowy wózek. Todd dał go jej w sześćdziesiątym czwartym czy może w sześćdziesiątym piątym. Pamiętasz, jak woziła dzieciaki nad jezioro przez te wszystkie łata, kiedy mieli Frogs i Tadpoles? - Aha.

- Woziła je nie więcej niż sześćdziesiątką, pamiętała, że siedzą z tyłu. Ale to ją złościło. Ta kobieta miała ołów w stopie.

Dawniej Homer nigdy nie rozmawiał o swoich letnikach. Ale potem umarła mu żona. To było pięć lat temu. Orała pod górę i traktor się na nią przewrócił. Homer źle to zniósł. Chodził w żałobie przez dwa lata czy coś około tego, a potem chyba poczuł się lepiej. Ale już był nie ten sam. Jakby czekał, żeby coś się stało, czekał na następną rzecz. Czasami o zmierzchu mijałeś jego schludny mały domek i on siedział na ganku, palił fajkę, na poręczy stała szklanka wody mineralnej, miał zachód słońca w oczach i dym z fajki wokół głowy, i myślałeś - w każdym razie ja myślałem - Homer czeka na następną rzecz. Martwiłem się bardziej, niż chciałem przyznać, i w końcu doszedłem do wniosku, że martwię się, bo gdyby to na mnie trafiło, nie czekałbym na następną rzecz jak pan młody, który włożył ślubny garnitur i w końcu zawiązał krawat jak należy, a teraz tylko siedzi na łóżku w swojej sypialni i patrzy najpierw na swoje odbicie w lustrze, a potem na zegar na kominku i czeka, aż wybije jedenasta, żeby się ożenić. Gdyby na mnie trafiło, nie czekałbym na następną rzecz. Czekałbym na ostatnią rzecz.

Ale w trakcie tego oczekiwania - które skończyło się, kiedy Homer wyjechał do Vermont rok później - czasami rozmawiał o tych ludziach. Ze mną, z kilkoma innymi.

- Nigdy nie jeździła szybko ze swoim mężem, o ile wiem. Ale kiedy mnie wiozła, to poganiała tego mercedesa.

Jakiś facet podjechał do pomp i zaczął napełniać bak. Samochód miał rejestrację z Massachusetts.

- To nie był taki nowy sportowy samochód, co jeździ na bezołowiowej i szarpie za każdym razem, jak się naciśnie gaz. To był stary model, z szybkościomierzem wyskalowanym aż do dwustu pięćdziesięciu. Miał dziwny brązowy kolor i raz ją spytałem, jak się nazywa ten kolor, a ona mówi: szampański. Klasa nazwa, mówię, a ona pęka ze śmiechu. Wiesz, podoba mi się kobieta, której nie trzeba tłumaczyć dowcipu.

Mężczyzna przy pompie skończył nalewać benzynę.

- Brywieczór, panowie - powiedział, wchodząc po stopniach.

- Dzień dobry - odparłem, a on wszedł do środka.

- Phelia zawsze szukała skrótu - ciągnął Homer, jakby wcale nam nie przerwano. - Ta kobieta miała fioła na punkcie skrótów. Nigdy nie widziałem lepszej hecy. Mówiła, że kto skraca drogę, ten oszczędza również czas. Mówiła, że jej ojciec święcie w to wierzył. Był komiwojażerem, zawsze w drodze, czasem z nim jeździła i on zawsze szukał najkrótszej drogi. Stąd nabrała tego zwyczaju.

- Zapytałem ją raz, czy to nie trochę dziwne... z jednej strony traci czas na szorowanie tego starego pomnika na placu i wozi maluchy na lekcje pływania, zamiast samej pływać, grać w tenisa i popijać jak normalni letnicy, a z drugiej strony tak cholernie jej zależy, żeby oszczędzić piętnaście minut stąd do Fryeburga, że pewnie przez to nie śpi po nocach. Po prostu myślałem, że jedno kłóci się z drugim, sam rozumiesz. Ona tylko patrzy na mnie i mówi: "Lubię pomagać, Homerze. Lubię też prowadzić... przynajmniej czasami, w trudnych warunkach... ale nie lubię tracić na to czasu. To jak przerabianie ubrań: czasami robisz zaszewkę, a czasami rozpuszczasz. Rozumiesz, o co mi chodzi?".

"Chyba tak, pszepani", odpowiadani trochę niepewnie.

"Gdybym uważała, że siedzenie za kierownicą to najlepszy sposób spędzania czasu, nie szukałabym skrótów, tylko przedłużeń", powiedziała i tak mnie rozśmieszyła, że wybuchnąłem śmiechem.

Facet z Massachusetts wyszedł ze sklepu z sześciopakiem w jednej ręce i kilkoma losami na loterię w drugiej.

- Miłego weekendu - mówi Homer.

- Zawsze są miłe - odpowiada facet z Massachusetts. - Żałuję tylko, że nie stać mnie, żeby tu mieszkać przez okrągły rok.

- No, popilnujemy tutaj porządku do pana następnego przyjazdu - mówi Homer, a facet się śmieje.

Patrzyliśmy, jak odjeżdża nie wiadomo dokąd, z tą tablicą rejestracyjną stanu Massachusetts. Zieloną. Moja Marcy mówi, że Urząd Rejestracyjny w Massachusetts wydaje takie tablice kierowcom, którzy nie mieli wypadku przez dwa lata w tym dziwacznym, gniewnym, zadymionym stanie. Kto miał wypadek, mówi Marcy, dostaje czerwoną tablicę, żeby ludzie wiedzieli, na kogo uważać na drodze.



1   ...   13   14   15   16   17   18   19   20   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna