Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona16/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   12   13   14   15   16   17   18   19   ...   49

Opowiedział Peteyowi o tym, jak znalazł małpę i niewiele więcej - nie chciał dodatkowo przerażać i tak wystraszonego chłopca. Ucierpiała na tym opowieść - stała się chaotyczna i niejasna, ale Petey nie zadawał pytań; może sam uzupełniał braki, pomyślał Hal, tak samo jak on wciąż na nowo śnił o śmierci matki, choć przecież nie było go przy tym.

Wuj Will i ciocia Ida przyjechali na pogrzeb. Potem wuj Will wrócił do Maine - właśnie zaczęły się żniwa - a ciocia Ida została z chłopcami dwa tygodnie, by uporządkować sprawy siostry przed przeprowadzką do Maine. Przede wszystkim jednak wykorzystała ten czas, przyzwyczajając ich do własnej osoby - byli tak oszołomieni nagłą śmiercią matki, że sprawiali wrażenie otępiałych, sennych. Gdy nie mogli zasnąć, zjawiała się z ciepłym mlekiem; kiedy Hal ocknął się o trzeciej nad ranem dręczony koszmarami (koszmarami, w których matka zbliżała się do dystrybutora, nie dostrzegając małpy unoszącej się i podskakującej w zimnej szafirowej głębinie, uśmiechniętej, walącej w talerze; każde machnięcie rąk pozostawiało za sobą pasmo bąbelków); była przy nim; gdy trzy dni po pogrzebie Bill najpierw dostał gorączki, a potem serii bolesnych zajadów i wreszcie pokrzywki - była przy nim. Oswajała chłopców i nim opuścili Hartford, zmierzając autobusem do Portland, zarówno Bill, jak i Hal przyszli do niej, każdy z osobna, i płakali jej na kolanach, a ona tuliła ich i kołysała. W ten sposób zacieśniały się więzy.

Na dzień przed ostatecznym wyjazdem z Connecticut "w dół, do Maine" (jak to wówczas nazywali) przed domem zjawił się śmieciarz w rozklekotanej ciężarówce i zabrał wielki stos niepotrzebnych rzeczy, które Bill z Halem wynieśli na chodnik ze składziku. Kiedy wystawili już wszystkie śmieci, ciotka Ida poprosiła, by raz jeszcze przejrzeli składzik i wybrali sobie te pamiątki, które bardzo chcieliby zatrzymać. Nie mamy miejsca na wszystko, chłopcy, oznajmiła, i Hal przypuszczał, że Bill poważnie potraktował słowa ciotki Idy i przejrzał wszystkie fascynujące pudła, które ojciec zostawił tam przed swoim zniknięciem. Hal nie dołączył do starszego brata; stracił ochotę do grzebania w składziku. Podczas pierwszych dwóch tygodni żałoby przyszła mu do głowy straszna myśl: może ojciec nie zniknął tak po prostu ani nie uciekł, bo dręczył go niepokój lub odkrył, iż małżeństwo to rzecz nie dla niego.

Może dostała go małpa.

Gdy usłyszał ciężarówkę śmieciarza, z rykiem, hukiem i strzałami z gaźnika zmierzającą w ich stronę, Hal sprężył się, chwycił z półki małpę, która tkwiła tam od dnia śmierci matki (nie ważył się jej dotknąć nawet po to, by znów wsadzić zabawkę do składziku) i zbiegł z nią na dół. Will i ciocia Ida zauważyli go. Na beczce pełnej połamanych pamiątek i zapleśniałych książek tkwił karton po purinie, pełen podobnych śmieci. Hal wepchnął małpę z powrotem do pudła, z którego pochodziła, histerycznie rzucając jej wyzwanie, by zaczęła bić w talerze (no dalej, no dalej, wyzywam cię, wyzywam cię na śmierć i życie!), ale małpa jedynie czekała, nonszalancko opierając się o kartonową ściankę, zupełnie jakby wyglądała autobusu, a jej wargi wciąż wykrzywiał ów okropny, wszechwiedzący uśmiech.

Hal stał obok, drobny chłopiec w starych sztruksach i rozdeptanych trampkach. Patrzył, jak śmieciarz, włoski dżentelmen, który nosił na szyi krzyż i pogwizdywał przez szparę między zębami, zaczyna ładować pudła i beczki na pakę średniowiecznej ciężarówki, otoczoną deskami. Patrzył, jak mężczyzna dźwiga beczkę wraz z balansującym na niej kartonem po purinie; patrzył, jak małpa znika na pace; patrzył, jak śmieciarz wdrapuje się do kabiny, donośnie wydmuchuje nos w rękę, wyciera ją wielką czerwoną chustką i przy akompaniamencie ogłuszającego ryku, w oparach tłustego błękitnego dymu, uruchamia silnik; patrzył, jak ciężarówka odjeżdża coraz dalej i wówczas ogromny ciężar spadł mu z serca - Hal poczuł, jak znika. Dwukrotnie podskoczył, jak najwyżej potrafił, rozrzucając ręce, unosząc je dłońmi do góry, i gdyby któryś z sąsiadów zauważył go, z pewnością uznałby, że to niemal bluźnierstwo - czemu ten chłopak podskakuje z radości (bo o to właśnie chodziło, trudno ukryć podskok z radości), pytaliby niewątpliwie, przecież nie ma jeszcze miesiąca, odkąd pochowaliśmy jego matkę?

Robił to, bo małpa zniknęła, zniknęła na zawsze.

Albo przynajmniej tak sądził.

Niecałe trzy miesiące później ciotka Ida posłała go na strych, aby przyniósł pudła ozdóbek choinkowych i kiedy czołgał się, poszukując odpowiednich kartonów - kurz wgryzał się w kolana spodni - nagle znów stanął z nią twarzą w twarz. Ogarnęło go zdumienie i zgroza tak wielka, że musiał ugryźć się mocno w dłoń, by nie krzyknąć... albo nie zemdleć. Stała tam, szczerząc zęby, z uniesionymi i gotowymi do gry talerzami, opierając się nonszalancko o ściankę pudła po purinie, jakby czekała na autobus. Zdawało się, że mówi do niego: Myślałeś, że się mnie pozbyłeś, prawda? Ale mnie niełatwo się pozbyć, Hal, Lubię cię, Hal. Zostaliśmy dla siebie stworzeni, chłopiec i jego małpka, para starych kumpli. A gdzieś na południe stąd, głupi stary włoski śmieciarz leży w wannie stojącej na szponiastych nogach, oczy wyłażą mu z głowy, sztuczna szczęka wypada z ust, stary śmieciarz, cuchnący jak wyczerpana bateria. Zatrzymał mnie dla swojego wnuka, Hal, ustawił mnie na półce w łazience razem z mydłem, maszynką i wodą po goleniu, a także radiem Philco, w którym słuchał meczów brooklińskich Dodgersów, a ja zaczęłam grać, jeden z moich talerzy trafił stare radio, które wpadło do wanny, a wówczas ja wróciłam do ciebie, Hal, wędrowałam nocą wiejskimi drogami, o trzeciej nad ranem promienie księżyca odbijały się w moich zębach. Pozostawiłam za sobą wielu ludzi, którzy Zginęli w licznych Miejscach. Przyszłam do ciebie, Hal, jestem twoim prezentem gwiazdkowym, więc nakręć mnie; kto nie żyje? Czy to Bill? Czy to wuj Will? A może ty?

Hal cofnął się z szaleńczo wykrzywioną twarzą. Nie mógł skupić wzroku i schodząc na dół, omal nie upadł. Powiedział cioci Idzie, że nie udało mu się znaleźć ozdóbek choinkowych - było to jego pierwsze kłamstwo i ciotka zorientowała się po twarzy chłopca, ale dzięki Bogu nie naciskała - a potem gdy Bill wrócił, poprosiła, by on także poszukał. Bill przyniósł ozdóbki. Później, gdy zostali sami, syknął, że Hal to tępak, który mając dwie ręce i latarkę, nie znalazłby nawet własnego tyłka. Hal nie odpowiedział. Siedział blady i milczący, ledwie rozgrzebał kolację. Tej nocy znów przyśniła mu się małpa; jeden z jej talerzy uderzył o radio Philco, z którego wydobywał się właśnie głos Deana Martina, śpiewającego: "Kiedy księżyc ci w twarz wtem poświeci, wtedy dobrze już wiesz, że to amoooore"; a potem radio wpadło do wanny, a małpa uśmiechała się szyderczo uderzając w talerze, z kolejnym dżang i dżang i dżang; tyle że kiedy przez wodę w wannie przepływał prąd, nie siedział w niej włoski śmieciarz.

Tylko on sam.

Hal i jego syn zbiegli niezgrabnie po zboczu za domem i skierowali się do szopy na łodzie, sterczącej nad wodą na swych starych palach. Hal w prawej ręce trzymał torbę. W gardle mu zaschło, uszy nastawił na odbiór nienaturalnie wysokich tonów. Torba była bardzo ciężka.

Odłożył ją na ziemię.

- Nie dotykaj - uprzedził. Zaczął macać w kieszeni w poszukiwaniu kółka kluczy, które dostał od Billa. Jeden z nich opisano starannie SZOPA na kawałku taśmy klejącej.

Dzień był jasny, zimny i wietrzny, niebo miało barwę jaskrawego błękitu. Liście drzew, stłoczonych na brzegu, tuż nad wodą, przybrały wszelkie możliwe jesienne odcienie - od krwistej czerwieni po kanarkową żółć. Rozmawiały ze sobą na wietrze. Wokół adidasów Peteya także tańczyły liście. Hal czuł w powietrzu woń listopada, któremu po piętach depcze zima.

Klucz obrócił się w kłódce i Hal pchnął wahadłowe drzwi. Wspomnienia powróciły; nie musiał nawet patrzeć, by kopnięciem podsunąć podtrzymujący drzwi kloc drewna. Tu panowała woń lata: płótno, kolorowe drewno, resztki bujnego, zmysłowego ciepła.

Łódź wuja Willa wciąż tam była; leżała ze starannie złożonymi wiosłami, jakby zaledwie wczoraj załadował na nią puszkę z przynętą i dwa sześciopaki piwa Black Label. Bill i Hal wiele razy chodzili na ryby z wujkiem Willem, ale nigdy obaj naraz. Wujek Will utrzymywał, że łódź jest za mała dla trojga. Czerwona farba, którą wujek uzupełniał każdej wiosny, wyblakła i odłaziła całymi płatami; pająki utkały na dziobie misterne sieci.

Hal złapał łódź i pociągnął ją po pochylni na maleńki prostokąt plaży. Wyprawy wędkarskie stanowiły jedno z najprzyjemniejszych przeżyć dzieciństwa, spędzonego w domu wujka Willa i ciotki Idy. Podejrzewał, że Bill myśli tak samo. Wujek Will był zazwyczaj niezwykle małomówny, kiedy jednak ustawił już łódkę tak, jak lubił, jakieś sześćdziesiąt-siedemdziesiąt metrów od brzegu, gdy zarzucili wędki, a spławiki tańczyły na wodzie, wówczas otwierał dwa piwa - jedno dla siebie, drugie dla Hala (który rzadko wypijał więcej niż pół dozwolonej przez wujka puszki i zawsze czynił to przy akompaniamencie rytualnych ostrzeżeń, by nigdy nie wspomniał o tym ciotce Idzie, bo "gdyby wiedziała, że daję wam piwo, zastrzeliłaby mnie jak psa") i rozgadywał się niepomiernie. Opowiadał wtedy najróżniejsze historie, odpowiadał na pytania; kiedy trzeba, nakładał nową przynętę na haczyk Hala, a łódź dryfowała swobodnie, unoszona przez wiatr i łagodny prąd.

- Czemu nigdy nie wypływasz na środek, wujku? - spytał pewnego dnia Hal.

- Spójrz tutaj - odparł wujek Will.

Hal posłuchał. Ujrzał błękitną wodę i żyłkę własnej wędki, znikającą w czerni w dole.

- Patrzysz na największą głębię jeziora Crystal - oznajmił wujek Will, zgniatając w jednej dłoni pustą puszkę po piwie. Drugą ręką sięgnął po następną. - Trzydzieści metrów, bez dwóch zdań. Gdzieś tam leży stary studebaker Amosa Culligana. Kompletny dureń, zabrał go na jezioro w grudniu, kiedy lód nie zdążył jeszcze stwardnieć. Miał szczęście, że wyszedł z tego żywy. Nigdy nie zdołali wyciągnąć jego wozu i nie zobaczą go aż do dnia, gdy zagrają trąby na Sąd Ostateczny. W tym miejscu ten kurwi syn jest najgłębszy, Hal. Tu są największe ryby. Nie ma sensu płynąć dalej. Pokaż, jak wygląda twój robak. Dawaj tu tego kurwiego syna.

Hal posłuchał, i podczas gdy wujek Will wyciągał ze starej puszki po smarze, która służyła mu za pojemnik z przynętą, świeżego robaka, on zafascynowany wpatrywał się w wodę, próbując wypatrzyć studebakera Amosa Culligana, pordzewiałą skorupę, zasnutą wodorostami, które wpływały do środka przez otwarte okno od strony kierowcy (tędy właśnie, absolutnie w ostatniej chwili, Amosowi udało się uciec). Wodorosty oplatały kierownicę niczym gnijący naszyjnik, zwisały z lusterka i kołysały się jak niezwykły żywy różaniec. Widział jednak tylko błękit, przechodzący w czerń, i dżdżownicę owiniętą wokół haczyka wujka Willa, wisząca pośrodku świata w swej własnej rozsłonecznionej rzeczywistości. W umyśle Hala pojawiła się na moment oszałamiająca wizja - wisiał bezwładnie nad bezdenną otchłanią - i musiał zamknąć oczy, aby pozbyć się nagłego lęku wysokości. Jeśli dobrze pamiętał, tego dnia wypił całą puszkę piwa.

...największa głębia jeziora Crystal... trzydzieści metrów bez dwóch zdań.
Na moment przystanął, zdyszany, i spojrzał na Peteya, który obserwował go z lękiem.

- Pomóc ci, tato?

- Za minutkę.

Złapał oddech i znów zaczął ciągnąć łódź przez wąski pas piasku do wody, zostawiając za sobą głęboki ślad. Farba się łuszczyła, ale łódź przechowywano w zamknięciu. Wyglądała solidnie.

Kiedy wypływali z wujkiem Willem, wuj przeciągał łódź po pochylni i plaży, a gdy dziób zanurzył się w wodzie, gramolił się do środka, chwytał wiosło, gotów się odepchnąć, i mówił: "Popchnij mnie, Hal... tak zarobisz na utrzymanie".

- Podaj mi torbę, Petey, a potem popchnij - polecił Hal, i z lekkim uśmiechem dodał: - tak zarobisz na utrzymanie.

Petey nie odpowiedział uśmiechem.

- Ja nie płynę?

- Nie tym razem. Kiedyś zabiorę cię na ryby, ale nie dziś.

Chłopiec zawahał się. Wiatr zmierzwił jego brązowe włosy. Kilka żółtych liści, sztywnych, wyschniętych, wirując w powietrzu, przeleciało mu nad ramieniem i wylądowało w wodzie, gdzie zakołysały się jak miniaturowe łódeczki.

- Trzeba było je zapchać - powiedział cicho.

- Słucham? - Hal był niemal pewien, że rozumie, o co chodzi synowi.

- Obwiązać watą talerze. Obkleić taśmą. Żeby nie mogła... robić hałasu.

Hal przypomniał sobie nagle Stokrotkę, zbliżającą się ku niemu - nie szła, lecz potykała się chwiejnie. Nagle z jej oczu trysnęła krew, strumienie krwi, które zmoczyły sierść na szyi i rozlały się po podłodze stodoły, a ona osunęła się na przednie łapy... i Hal usłyszał niosący się w nieruchomym, deszczowym, porannym powietrzu, dziwnie wyraźny odgłos, dobiegający z odległego o pięćdziesiąt metrów strychu: Dżang-dżang-dżang-dżang!

Zaczął histerycznie krzyczeć, upuszczając naręcze drew, które miał zanieść do domu. Pobiegł do kuchni po wujka Willa, który jadł właśnie grzanki i jajecznicę, i nie zdążył jeszcze nawet naciągnąć szelek na ramiona.

- Była starą suką, Hal - powiedział wujek ze zbolałą, nieszczęśliwą miną; sam również wyglądał staro. - Miała dwanaście lat; to dużo jak na psa. Tylko się nie maż. Starej Stokrotce by się to nie spodobało.

- Stara - powtórzył weterynarz, ale i tak wyglądał na zdumionego, bo psy nie zdychają z powodu gwałtownych wylewów do mózgu, nawet jeśli mają dwanaście lat. ("Jakby ktoś wsadził jej w głowę fajerwerk" - powiedział do wuja weterynarz; Hal podsłuchał te słowa. Wujek Will wykopał dół za stodołą tuż obok miejsca, gdzie w 1950 pochował matkę Stokrotki. "Nigdy czegoś takiego nie widziałem, Will").

Później, przerażony do szaleństwa, nie mógł się powstrzymać. Zakradł się na strych.

Witaj, Hal, co słychać? Małpa uśmiechała się z mrocznego kąta. Jej talerze unosiły się, oddalone od siebie o kilkanaście centymetrów. Poduszka z kanapy, którą Hal wsunął między nie, leżała po przeciwnej stronie strychu. Coś, jakaś siła, odrzuciło ją tam tak mocno, że z rozerwanego obicia wysypała się gąbka. Nie martw się o Stokrotkę, szeptała małpa w jego głowie; szklane orzechowe oczy patrzyły wprost w niebieskie oczy Hala Shelburna. Nie przejmuj się, Stokrotka była stara, Hal, nawet weterynarz tak mówił, a przy okazji, widziałeś, jak krew popłynęła jej z oczu? Nakręć mnie, Hal. Nakręć, pobawimy się, i kto nie żyje? Czy to ty?

Kiedy znów zaczął jasno myśleć, odkrył, iż jak zahipnotyzowany czołga się ku małpie, wyciągając rękę, gotową pochwycić klucz. Szarpnął się w tył; w pośpiechu omal nie spadł ze schodów; prawdopodobnie tak by się to skończyło, gdyby klatka schodowa nie była za wąska. Z jego gardła dobywały się ciche jęki.

Teraz siedział w łodzi, patrząc na Peteya.

- Wytłumienie talerzy nic nie daje - rzekł. - Już kiedyś próbowałem.

- I co się stało? - Petey zerknął nerwowo na torbę.

- Nic, o czym chciałbym mówić, i nic, co chciałbyś usłyszeć. No dalej, popchnij mnie.

Petey nachylił się; rufa łodzi ze zgrzytem ruszyła po piasku. Hal wsparł się na wiośle - i nagle uczucie związania z ziemią Zniknęło. Łódź poruszała się lekko, po tylu latach spędzonych w ciemnej szopie znów była sobą. Hal podniósł drugie wiosło i wsunął w dulki.

- Bądź ostrożny, tato! - rzucił Petey.

- To nie potrwa długo - obiecał Hal, potem jednak spojrzał na torbę i nie miał już tej pewności.

Zaczął wiosłować, prostując się i pochylając. Powrócił stary, znajomy ból w krzyżu i między łopatkami. Brzeg oddalał się, a Petey, jak w magicznej sztuczce, znów stał się ośmio-, sześcio-, czterolatkiem, stojącym tuż nad wodą. Drobną dłonią osłaniał oczy.

Hal zerknął przelotnie na brzeg, ale wiedział, że nie może sobie pozwolić na to, by uważnie zbadać go wzrokiem. Minęło prawie piętnaście lat i jeśli przyjrzy się brzegowi, miast podobieństw dostrzeże różnice, a wtedy nigdy nie trafi. Słońce prażyło mu kark; wkrótce zaczął się pocić. Zawadził wzrokiem o torbę i na moment zgubił rytm wiosłowania. Torba jakby... jakby się wybrzuszała. Przyspieszył.

Silniejszy powiew wiatru osuszył pot i ochłodził skórę Hala. Łódź uniosła się; opadający dziób uderzył z pluskiem w wodę. Czy wiatr nie wzmógł się przypadkiem przez ostatnią minutę? I czy Petey czegoś nie krzyczał? Tak. Hal nie zdołał rozróżnić słów pośród szumu wiatru. Nieważne. Pozbyć się małpy na następnych dwadzieścia lat - albo może

(błagam, Boże, na zawsze)

na zawsze - oto co się liczyło.

Łódź wierzgnęła i opadła. Zerknąwszy w lewo, Hal spostrzegł pierwsze nieśmiałe białe grzywy. Obejrzał się na brzeg: oto Hunter's Point i zwalona ruina, która kiedyś była szopą na łodzie Burdonsów. A zatem niemal dotarł do celu, w miejsce, w którym słynny studebaker Amosa Culligana zapadł się pod lód pewnego dnia dawno minionego grudnia. Był prawie nad największą głębią jeziora.

Petey coś krzyczał: krzyczał i wskazywał; Hal wciąż go nie słyszał. Łódź kołysała się i podskakiwała, spod jej obłażącego z farby dziobu tryskała piana. W chmurze wodnego pyłu na moment zalśniła tęcza, natychmiast jednak się rozwiała. Plamy światła i cienia śmigały po wodzie, szybkie jak błysk migawki, fale nie były już łagodne; ich grzywy wyraźnie urosły. Pot zasechł na pokrytej gęsią skórką skórze Hala; kurtka na plecach nasiąkła wodą. Wiosłował z ponurą determinacją, jego wzrok wędrował bez przerwy między brzegiem a torbą. Łódź znów się uniosła - tym razem tak wysoko, że jedno wiosło zamiast wody zgarnęło powietrze.

Petey wskazywał ręką niebo; jego krzyki były już tylko cichutkim, dźwięcznym szmerem.

Hal obejrzał się przez ramię.

Jezioro się burzyło. Przybrało teraz złowieszczy ciemnoniebieski odcień - szaleńczo falująca niebieska kapa, ozdobiona plątaniną białych szwów. Po wodzie sunął ku łodzi cień; w jego kształcie było coś znajomego, coś straszliwie znajomego. Hal uniósł wzrok i nagle we jego ściśniętym gardle wezbrał krzyk.

Skryte za chmurą słońce zmieniło ją w zgarbioną postać, unoszącą dwa półksiężyce o złocistych brzegach. Przez dwie wybite w chmurze dziury przenikały smugi światła.

Gdy chmura przepłynęła nad łodzią, talerze małpy, niemal niewyciszone przez ścianki torby, zaczęły uderzać o siebie. Dżang-dżang-dżang-dżang, to ty, Hal, to w końcu ty, jesteś teraz nad największą głębiną jeziora i nadeszła twoja kolej, twoja kolej, twoja kolej...

Wszystkie konieczne elementy zaskoczyły na miejsce. Gdzieś w dole spoczywały gnijące kości studebakera Amosa Culligana. Tutaj żyją największe ryby. To właśnie było to miejsce.

Hal jednym szarpnięciem uniósł wiosła w dulkach, schylił się, lekceważąc gwałtowne chybotanie łodzi, i chwycił torbę. Talerze odgrywały swą dziką, pogańską melodię; ścianki torby wydymały się i kurczyły, jakby poruszane mrocznym oddechem.

- Właśnie tutaj, ty kurwi synu! - ryknął Hal. - WŁAŚNIE TUTAJ!

Wyrzucił torbę za burtę.

Tonęła szybko. Przez chwilę wydało mu się, że wciąż żyje, jej ścianki poruszały się, i przez tę bezczasową chwilę nadal słyszał uderzenia talerzy. Czarne wody na sekundę pojaśniały i ujrzał potworną głębię, miejsce, w którym żyły największe ryby. Oto studebaker Amosa Culligana, tyle że za oślizgłą kierownicą siedziała matka Hala - uśmiechnięty szkielet; niewielki okoń wyglądał obojętnie z pustego oczodołu. Obok niej unosili się ciotka Ida i wujek Will. Siwoszare włosy ciotki zafalowały, gdy obok, wirując, przemknęła torba w obłoku srebrzystych bąbelków. Dżang-dżang-dżang...

Hal błyskawicznie opuścił wiosła, przy okazji zadrapując do krwi kostki (o Boże, na tylnym siedzeniu studebakera Amosa Culligana było pełno martwych dzieci! Charlie Silverman... Johnny McCabe...) i zaczął zawracać łódź.

Pomiędzy jego stopami coś trzasnęło, sucho, głośno jak wystrzał z pistoletu, i nagle między dwiema deskami wezbrała woda. Łódź była stara; drewno bez wątpienia się rozeschło. To tylko drobny przeciek. Ale Hal mógłby przysiąc, że kiedy wypłynął, nie było go tam.

Brzeg i jezioro zamieniły się miejscami. Teraz siedział tyłem do Peteya. Nad jego głową rozpływała się upiorna małpia chmura. Hal zaczął wiosłować. Dwadzieścia sekund wystarczyło, by uwierzył, że toczy wyścig o życie. Był dość przeciętnym pływakiem, a wzburzone wody wystawiłyby na ciężką próbę nawet mistrza.

Nagle jeszcze dwie deski skurczyły się z tym samym ogłuszającym trzaskiem. Do środka naciekło więcej wody, zalewając mu buty. Usłyszał ciche metaliczne chrzęsty - to pękały gwoździe. Fragment dulki odprysnął i wpadł do jeziora - czy cała dulka będzie następna?

Wiatr dmuchał mu w plecy, jakby chciał go spowolnić albo nawet zepchnąć na środek jeziora. Hal był przerażony, lecz oprócz grozy czuł szaleńczą radość. Tym razem małpa na dobre odeszła. Skądś to wiedział. Cokolwiek się z nim stanie, małpa nie wróci, nie rzuci swego cienia na życie Dennisa i Peteya. Zniknęła; może leży teraz na dachu albo masce studebakera Amosa Culligana na dnie jeziora. Pozbył się jej. Raz na zawsze.

Wiosłował, pochylając się naprzód i prostując plecy. Znów usłyszał suchy trzask; zardzewiała puszka po smarze, leżąca na dziobie, unosiła się w głębokiej na przeszło pięć centymetrów wodzie. Hal poczuł na twarzy dotyk wodnego pyłu. Nagle ławeczka dziobowa pękła na pół. Oba kawałki podpłynęły do pojemnika na robaki. Z lewej burty odpadła deska, potem druga, po prawej, na samej linii wodnej. Hal wiosłował. Z jego ust z jękiem ulatywał suchy, rozgrzany oddech, w gardle wzbierał miedziany posmak zmęczenia. Wiatr unosił mokre od potu włosy.

W dnie łodzi utworzyła się zygzakowata szczelina, biegnąca od jego stóp aż po dziób. Do środka chlusnęła woda; najpierw sięgała mu po kostki, potem do połowy łydek. Wiosłował, lecz łódka poruszała się bardzo opornie. Nie śmiał zerknąć przez ramię, by przekonać się, jak bardzo się zbliżył.

Odpadła kolejna deska. Szczelina biegnąca środkiem łodzi wypuszczała gałęzie, jak drzewo. Do wnętrza wlewała się woda.

Hal wiosłował coraz szybciej, gwałtownie chwytając powietrze. Pociągnął raz... drugi... przy trzecim obie dulki odpadły. Zgubił jedno wiosło i cudem uratował drugie. Zerwał się z miejsca i zaczął młócić nim wodę. Łódź zakołysała się i o mało nie wywróciła; ostre chybnięcie cisnęło go z głuchym łomotem z powrotem na ławeczkę.

W chwilę później stracił kolejne deski. Ławka zapadła się i Hal leżał w wodzie, wypełniającej dno łódki, zaskoczony tym, jak bardzo jest zimna. Próbował dźwignąć się na kolana, desperacko powtarzając w duchu: Petey nie może tego zobaczyć, nie może widzieć, jak ojciec tonie na jego oczach, będziesz płynął, pieskiem, jeśli trzeba, byle naprzód, zrób coś...

Rozległ się kolejny głośny trzask - niemal huk - i znalazł się w wodzie, płynął do brzegu tak, jak jeszcze nigdy w życiu - a brzeg był zdumiewająco blisko. Po minucie Hal stał już na dnie, zanurzony do pasa, pięć metrów od płazy.

Petey z pluskiem rzucił się ku niemu, wyciągając ręce; krzyczał, płakał i śmiał się równocześnie. Hal, brodząc w wodzie, ruszył w stronę syna. Petey, zanurzony po pierś, także parł naprzód.

W końcu się złapali.

Hal, oddychając ciężko ze zmęczenia, mimo wszystko dźwignął chłopca i zaniósł go na plażę. Tam obaj padli na piasek, dysząc.

- Tato? Już jej nie ma? Tej brzydkiej-złej małpy?

- Tak. Myślę, że chyba się jej pozbyliśmy. Tym razem na dobre.

- Łódź się rozpadła. Tak po prostu - rozleciała się wokół ciebie.

Hal zerknął na deski, unoszące się na wodzie jakieś sześć metrów dalej. Zupełnie nie przypominały solidnej łódki, którą niedawno wyciągnął z szopy na przystani.

- Już wszystko dobrze. - Oparł się na łokciu. Zamknął oczy, pozwalając, by słońce ogrzało mu twarz.

- Widziałeś chmurę? - szepnął Petey.

- Tak. Ale teraz jej nie dostrzegam. A ty?

Spojrzeli na niebo. Tu i ówdzie pływały na nim białe obłoczki, lecz ani śladu wielkiej czarnej chmury. Zniknęła, tak po prostu.

Hal pociągnął Peteya.

- W domu będą ręczniki. Chodź. - Przystanął, patrząc na syna. - To wariactwo tak biec do wody.

Petey spojrzał na niego z powagą.

- Byłeś bardzo odważny, tato.

- Naprawdę? - Ani przez moment nie myślał o odwadze. Czuł wyłącznie strach, strach tak wielki, że przesłaniał cały świat. Jeśli ów świat w ogóle istniał. - Chodź, Pete.



1   ...   12   13   14   15   16   17   18   19   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna