Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona15/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   ...   49

- Na miłość boską, Terry, ja go nie zbiłem!

- ...metodą narzucania władzy rodzicielskiej...

- Skończ z tym terapeutycznym żargonem! - rzucił gniewnie Hal.

- Widzę, że nie chcesz o tym rozmawiać. - Jej głos był zimny.

- Kazałem mu też pozbyć się z domu prochów.

- Naprawdę? - Niedowierzanie i obawa. - Jak to przyjął? Co powiedział?

- Daj spokój, Terry! Co miał powiedzieć? Jesteś zwolniony?

- Hal, co się z tobą dzieje? Zwykle taki nie jesteś - co się stało?

- Nic - odparł, myśląc o zamkniętej w walizce małpie. Czy usłyszałby, gdyby zaczęła uderzać talerzami? Tak, z pewnością. Stłumiony, lecz wyraźny dźwięk. Odgłosy zguby dla kogoś, jak wcześniej dla Beulah, Johnny'ego McCabe'a, Stokrotki, suczki wujka Willa. Dżang-dżang-dżang-dżang. Czy to ty, Hal? - Ostatnio mam wiele na głowie.

- Mam nadzieję, że to minie, bo nie podobasz mi się taki.

- Nie? - Następne słowa wymknęły mu się, zanim zdążył je powstrzymać: tak naprawdę jednak, wcale nie chciał ich powstrzymać. - Więc łyknij sobie valium i wszystko znów będzie dobrze.

Usłyszał, jak głośno wciągnęła powietrze i wypuściła je z drżeniem. Zaczęła płakać. Mógł ją pocieszyć (może), lecz nie znajdował w sobie słów pociechy. Wyparła je groza. Kiedy małpa zniknie, wszystko będzie lepiej. Jeśli zniknie na dobre. Proszę cię, Boże, na dobre.

Leżał w ciemnościach, nie śpiąc, póki szarość poranka nie rozjaśniła mroku. Wiedział, co musi zrobić.
Za drugim razem to Bill znalazł małpę.

Było to niespełna półtora roku po tym, jak Beulah McCaffery Zginęła na Miejscu. Nadeszło lato. Hal właśnie skończył przedszkole.

Wrócił do domu z podwórka i matka zawołała.

- Senior, umyj ręce. Jesteś brudny jak świnka. - Siedziała na werandzie, sącząc mrożoną herbatę i czytając książkę. Była na urlopie: dostała dwa tygodnie.

Hal przesunął pobieżnie ręce pod strumieniem zimnej wody i odcisnął na ręczniku brudną pieczęć.

- Gdzie jest Bill?

- Na górze.

- Powiedz mu, że ma posprzątać swoją część sypialni. Straszny tam bałagan.

Hal, który uwielbiał przynosić podobne nieprzyjemne wieści, pobiegł na górę. Billy siedział na podłodze. Małe magiczne drzwiczki wiodące do składziku były uchylone. W rękach trzymał małpę.

- Jest zepsuta - powiedział natychmiast Hal.

Czuł lęk, choć ledwie pamiętał, jak owej nocy wrócił z łazienki, by ujrzeć małpę grającą na talerzach. Jakiś tydzień później nawiedził go zły sen, o małpie i Beulah - nie pamiętał dokładnie jaki - i Hal obudził się z krzykiem. Przez moment sądził, iż miękki ciężar na jego piersi to małpa, że otworzy oczy i ujrzy jej szyderczy uśmiech. Lecz, oczywiście, miękkim ciężarem okazała się tylko poduszka, którą przycisnął do siebie w panice. Po chwili zjawiła się matka, niosła szklankę wody i dwie biało-pomarańczowe dziecięce aspiryny, owe valium na smutki najmłodszych. Sądziła, iż to śmierć Beulah wywołała koszmary. Owszem. Ale nie takie, jak myślała.

Teraz ledwie już to pamiętał, ale małpa wciąż go przerażała. Zwłaszcza jej talerze i zęby.

- Wiem. - Bill rzucił małpę na bok. - Jest głupia. - Zabawka wylądowała na jego łóżku, patrząc w sufit i unosząc talerze. Halowi nie spodobał się ten widok. - Chcesz pójść do Teddy'ego na mrożony sok?

- Już wydałem kieszonkowe - odparł Hal. - Poza tym mama kazała ci posprzątać twoją część pokoju.

- Mogę to zrobić później. Jeśli chcesz, pożyczę ci piątaka. - Bill nie miał nic przeciw temu, by od czasu do czasu wyciąć Halowi kawał. Czasem też podstawiał mu nogę albo szczypał bez powodu, najczęściej jednak był w porządku.

- Jasne - odparł Hal z wdzięcznością. - Schowam tylko najpierw tę zepsutą małpę do składziku. Zgoda?

- Nie - rzucił Bill i wstał. - Cho-cho-cho-chodźmy. Hal poszedł. Nastroje Billa często się zmieniały i gdyby zwlekał, marnując czas na chowanie małpy, mógłby stracić ulubiony przysmak. Poszli do Teddy'ego i kupili mrożony sok na patykach, i to nie taki zwykły, lecz istną gratkę - jagodowy. Następnie pomaszerowali na boisko: grupka dzieciaków organizowała właśnie mecz w bejsbola. Hal był za mały, by grać; usiadł daleko na spalonym, liżąc mrożony sok na patyku, i zajął się łapaniem tego, co więksi chłopcy nazywali "chińskimi odbiciami". Do domu wrócili tuż przed zmrokiem. Matka trzepnęła Hala za to, że zabrudził ręcznik, i Billa za to, że nie posprzątał swej części pokoju. A po kolacji oglądali telewizję i przez ten czas Hal zupełnie zapomniał o małpie. W jakiś sposób powędrowała na półkę Billa, gdzie stanęła tuż obok zdjęcia Billa Boyda z autografem. I została tam prawie dwa lata.

Gdy Hal skończył siedem lat, opiekunki stały się kosztownym kaprysem i codzienne pożegnalne słowa pani Shelburn brzmiały: "Bill, zaopiekuj się bratem".

Tego dnia jednak Bill musiał zostać po szkole i Hal wrócił do domu sam, przystając na każdym rogu tak długo, aż upewnił się, że z żadnej strony nie nadjeżdża samochód, a potem pędząc na drugą stronę, przygarbiony niczym żołnierz piechoty, przekraczający ziemię niczyją. Otworzył drzwi kluczem spod wycieraczki i natychmiast skierował się do lodówki po mleko. Wyjął butelkę, która nagle wymknęła mu się z palców i roztrzaskała na kawałeczki; wszędzie wokół posypały się odłamki szkła.

Dżang-dżang-dżang-dżang. Z sypialni na górze. Dżang-dżang-dżang-dżang. Cześć, Hal! Witaj w domu! A przy okazji, Hal, czy to ty? Czy to twoja kolei? Czy dziś Zginiesz na Miejscu?

Stał tam bez ruchu, patrząc na stłuczoną butelkę i kałużę mleka. Przepełniała go groza, której nie potrafił pojąć ani nazwać. Po prostu ją czuł. Zdawała się wylewać wszystkimi porami skóry.

Odwrócił się i śmignął po schodach. Małpa stała na półce Billa; zdawało się, że na niego patrzy. Zrzuciła zdjęcie Billa Boyda z autografem, twarzą w dół, na łóżko. Małpa kołysała się i uśmiechała, i uderzała w talerze. Hal podszedł do niej powoli. Nie chciał się zbliżać, lecz nie mógł stać z boku. Talerze odskoczyły i zderzyły się gwałtownie, po czym znów odskoczyły. Zbliżając się, usłyszał tykanie mechanizmu we wnętrznościach zabawki.

Nagle z okrzykiem grozy i wstrętu machnął ręką i zrzucił ją z półki jak natrętnego owada. Małpa odbiła się od poduszki Billa i runęła na podłogę, wciąż uderzając w talerze: dżang-dżang-dżang. Jej wargi rozciągały się, gdy tak leżała na plecach w plamie późnokwietniowego słońca.

Kopnął ją z całych sił i tym razem w jego krzyku zabrzmiała wściekłość. Nakręcana małpa szurnęła po podłodze, odbiła się od ściany i legła bez ruchu. Hal stał, patrząc na nią. Zaciskał pięści, serce mu waliło. Małpa uśmiechała się wyzywająco. Słońce płonęło oślepiająco w jednym szklanym oku. Możesz mnie kopać, ile chcesz, zdawała się mówić. Jestem tylko zbieraniną sprężyn, zębatek i paru zużytych przekładni. Kop mnie, jeśli masz ochotę. Nie jestem prawdziwa. Jestem tylko zabawną, nakręcaną małpą. A kto nie żyje? W fabryce helikopterów doszło do wybuchu. I co wzlatuje w niebo niczym wielka, krwawa kula do gry w kręgle, z oczami w miejscu, gdzie powinny być otwory na palce? Czy to głowa twojej mamy, Hal? Łaaa! Cóż za szalona przejażdżka! A może na rogu Brook Street? Uważaj, koleś! Samochód jechał za szybko! Kierowca był pijany! I mamy jednego Billa mniej na świecie! Słyszałeś chrzęst, gdy koła miażdżyły mu czaszkę, a mózg wypływał uszami? Tak? Nie? Może? Mnie nie pytaj. Ja nie wiem. Nie mam skąd wiedzieć. Umiem tylko uderzać talerzami. Dżang-dżang-dżang. Kto Zginął na Miejscu, Hal? Twój brat? A może to ty, Hal? Może to ty?

Skoczył ku niej, zamierzając ją rozdeptać, zmiażdżyć, skakać po niej, póki sprężyny i kółka nie rozsypią się po pokoju, a straszliwe szklane oczy nie potoczą się po podłodze. Lecz w chwili gdy do niej dotarł, talerze zderzyły się po raz ostatni, bardzo cicho... (dżang). Gdzieś wewnątrz sprężyna poruszyła się leciutko i lodowata drzazga przeniknęła ścianę jego serca, unieruchamiając je, wyciszając wściekłość i pozostawiając jedynie dławiącą grozę. Zdawało się, że małpa wie - jakże szyderczo się uśmiechała!

Podniósł ją, chwytając jedną z jej rąk między kciuk i palec wskazujący prawej ręki. Jego usta wygięły się z odrazą, jakby trzymał w dłoni trupa. Dotknięcie parszywego, sztucznego futra zdawało się parzyć skórę. Niezgrabnie otworzył małe drzwiczki, prowadzące do składziku, i włączył światło. Małpa szczerzyła zęby, podczas gdy Hal czołgał się wzdłuż długiego pomieszczenia pomiędzy stosami pudeł i kartonów, mijając komplet ksiąg nawigacyjnych i albumy ze zdjęciami, roztaczające wokół siebie woń starych środków chemicznych, pamiątek i znoszonych ubrań. Jeśli znów uderzy w talerze, pomyślał, i ruszy się w mojej dłoni, zacznę krzyczeć. A jeśli krzyknę, nie będzie się tylko uśmiechała. Zacznie się śmiać, wyśmiewać ze mnie. A wtedy oszaleję i znajdą mnie tutaj zaślinionego i chichoczącego obłąkańczo. Będę wariatem. Proszę, dobry Boże. Proszę, Jezu. Nie pozwól mi oszaleć...

Wreszcie dotarł do końca. Gwałtownie odsunął dwa kartony, rozsypując zawartość jednego z nich, i wepchnął małpę w najdalszy kąt, z powrotem do pudła po purinie. Leżała tam wygodnie, jakby w końcu wróciła do domu, unosząc talerze i uśmiechając się szyderczo; wyraźnie z niego drwiła. Hal odczołgał się tyłem, zalewany na przemian gorącym i zimnym potem. Ogień i lód. Czekał, aż talerze zaczną dzwonić, a kiedy zaczną, małpa wyskoczy z pudełka i śmignie ku niemu niczym żuk, z chrzęstem sprężyn i szaleńczym brzękiem talerzy, i...

...i nic się nie stało. Wyłączył światło. Zatrzasnął małe, królicze drzwi i oparł się o nie, dysząc. Po chwili poczuł się nieco lepiej. Na miękkich nogach wrócił na dół, wyjął świeży worek i zaczął starannie zbierać szklane drzazgi i odłamki, pozostałości stłuczonej butelki. Zastanawiał się, czy skaleczy się i wykrwawi na śmierć. Czy to właśnie oznaczało dzwonienie talerzy? Lecz to także się nie wydarzyło. Przyniósł ścierkę, starł mleko i usiadł, czekając, aż matka i brat wrócą do domu.

Matka zjawiła się pierwsza, pytając: gdzie Bill?

Niskim, bezbarwnym głosem, pewien, że Bill z pewnością Zginął już na jakimś Miejscu, Hal zaczął opowiadać o spotkaniu kółka teatralnego, doskonale wiedząc, że nawet jeśli trwało ono bardzo długo, Bill powinien był zjawić się w domu pół godziny temu.

Matka spojrzała na niego dziwnie. Zaczęła pytać, co się stało, gdy nagle drzwi otwarły się i stanął w nich Bill - tyle że nie był to Bill, lecz jedynie jego zjawa, blada i milcząca.

- Co się stało?! - wykrzyknęła pani Shelburn. - Bill, co się stało?

Bill rozpłakał się i przez łzy wykrztusił całą historię. Razem z przyjacielem Charliem Silvermanem wracali do domu po spotkaniu, kiedy z zza rogu Brook Street wynurzył się jadący zbyt szybko samochód i Charlie zamarł. Bill pociągnął go za rękę, ale rozluźnił uchwyt i samochód...

Bill zaczął zawodzić w głos, szlochając histerycznie. Matka przytuliła go i ukołysała, a Hal wyjrzał na werandę. Ujrzał dwóch policjantów. Wóz patrolowy, którym dostarczyli Billa do domu, wciąż stał przy krawężniku. Wówczas sam zaczął płakać... lecz były to łzy ulgi.

Teraz to Billa dręczyły koszmary - sny, w których wciąż od nowa oglądał śmierć Charliego Silvermana, wyrzuconego z kowbojskich butów i ciśniętego na rdzawą maskę hudsona horneta, którym kierował pijak. Głowa Charliego Silvermana i przednia szyba hudsona zderzyły się z ogromną siłą. Obie się roztrzaskały. Pijany kierowca, właściciel sklepu ze słodyczami w Milford, tuż po aresztowaniu dostał ataku serca (może sprawił to widok mózgu Charliego Silvermana, zasychającego na jego spodniach). Podczas procesu jego adwokat z powodzeniem użył argumentu: "Ten człowiek został już dostatecznie ukarany". Pijak dostał sześćdziesiąt dni w zawieszeniu i na pięć lat odebrano mu prawo prowadzenia pojazdów silnikowych w stanie Connecticut. Pięć lat. Mniej więcej tyle trwały koszmary Billa Shelburna. Małpa znów trafiła do składziku. Bill nawet nie zauważył, że zniknęła z jego półki. A jeśli zauważył, nigdy o tym nie wspomniał.

Jakiś czas Hal czuł się bezpieczny. Zaczynał powoli zapominać o małpie, czy też wierzyć, że była ona jedynie złym snem. Kiedy jednak wrócił do domu, po południu w dniu, gdy umarła jego matka, małpa znów siedziała na półce, unosząc talerze i uśmiechając się szyderczo.

Podszedł do niej powoli, niemal wbrew sobie - jakby jego własne ciało na widok małpy zmieniło się w nakręcaną zabawkę. Ujrzał, jak jego ręka sięga ku niej. Poczuł własną dłoń zaciskającą się na kędzierzawym futrze. Lecz uczucie to było odległe, stłumione, jedynie nacisk, jakby ktoś dał mu zastrzyk nowokainy. Słyszał własny oddech, szybki, suchy niczym szelest wiatru wśród słomy.

Odwrócił ją. Chwycił klucz - i wiele lat później myślał często, że jego tępa fascynacja przypominała zachowanie człowieka, który przykłada do zamkniętego, drżącego oka lufę sześciostrzałowca z jednym nabojem i pociąga spust.

Nie. Nie. Zostaw ją. Wyrzuć. Nie dotykaj jej...

Przekręcił klucz i usłyszał w ciszy serię cichych kliknięć nakręcanego mechanizmu. Gdy go puścił, małpa zaczęła uderzać w talerze. Czuł, jak jej ciało szarpie się, zgina i szarpie, zgina i szarpie, jakby żyła; ona żyła, wiła się w jego dłoni niczym ohydny karzeł, a wibracji, które czuł przez łysiejące brązowe futro, nie wywoływały obracające się kółka i sprężyny, lecz bicie małego serca.

Hal z głośnym jękiem upuścił małpę i cofnął się. Przycisnął dłonie do ust. Paznokcie wbiły mu się w skórę pod oczami. Potknął się o coś i niemal stracił równowagę (wówczas wylądowałby na podłodze tuż obok niej, jego wybałuszone błękitne oczy spojrzałyby prosto w szklane orzechowe źrenice). Wycofał się do wyjścia, przekroczył próg, zatrzasnął drzwi i oparł się o nie. Nagle śmignął do łazienki i zwymiotował.

To pani Stukey z fabryki helikopterów przyniosła im wiadomość i została z nimi przez dwie pierwsze, niekończące się noce, póki ciotka Ida nie przybyła z Maine. Ich matka zmarła na zator mózgu wczesnym popołudniem. Stała właśnie przy dystrybutorze z kubkiem wody w ręku, gdy zgięła się, jakby ktoś ją postrzelił, i upadła, wciąż ściskając w dłoni papierowy kubeczek. Drugą ręką usiłowała chwycić dystrybutor i pociągnęła za sobą wielką szklaną butlę wody Poland. Butla rozbiła się... lecz lekarz zakładowy, który zjawił się biegiem, powiedział później, iż według niego pani Shelburn zmarła, nim woda zdążyła wsiąknąć w jej sukienkę i zmoczyć skórę. Chłopcom nigdy o tym nie mówiono, ale Hal i tak wiedział. Podczas długich nocy po śmierci matki wciąż o tym śnił. "Ciągle masz kłopoty ze snem, braciszku?" - spytał Bill; Hal przypuszczał, iż według Billa wszystkie koszmary i przewracanie się na łóżku wiązały się z nagłą śmiercią matki, i miał rację... lecz tylko częściowo. Bo było jeszcze poczucie winy. Absolutna, złowroga pewność, że zabił swą matkę, nakręcając małpę owego słonecznego popołudnia po szkole.


Kiedy Hal w końcu zasnął, spał głęboko. Obudził się tuż przed południem. Petey siedział na krześle po drugiej stronie pokoju, metodycznie zjadając cząstki pomarańczy i oglądając jakiś teleturniej.

Hal usiadł na łóżku. Czuł się, jakby ktoś uśpił go, zadając ogłuszający cios, a potem drugim ciosem ocucił. Ból pulsował mu w skroniach.

- Gdzie twoja mama, Petey? Chłopiec rozejrzał się.

- Poszła z Dennisem na zakupy. Ja powiedziałem, że zostanę z tobą. Tato, czy zawsze mówisz przez sen?

Hal zmierzył syna czujnym spojrzeniem.

- Nie. Co mówiłem?

- Nic nie mogłem zrozumieć. Trochę mnie wystraszyłeś.

- Ale teraz jestem już przy zdrowych zmysłach. - Zmusił się do słabego uśmiechu. W odpowiedzi Petey uśmiechnął się szeroko, i Hal znów poczuł, jak ogarnia go miłość do syna, jasna, prosta, silna i nieskomplikowana. Zastanawiał się, czemu Petey budzi w nim zawsze podobne uczucie, czemu ma wrażenie, że rozumie Peteya i wie, jak mu pomóc, gdy tymczasem Dennis pozostaje oknem zbyt ciemnym, by przeniknąć je wzrokiem, tajemnicą o osobliwych zwyczajach i pomysłach, chłopakiem z typu, którego Hal nie umie zrozumieć, bo sam nigdy nie był tym typem chłopaka. To zbyt proste twierdzić, że przeprowadzka do Kalifornii odmieniła Dennisa, czy że...

Jego myśli zamarły w biegu. Małpa. Stała na parapecie, unosząc talerze. Poczuł, jak serce zastyga mu w piersi, po czym podrywa się do galopu. Świat przed oczami zawirował, lekki ból głowy przerodził się w nieznośne świdrowanie.

Uciekła z walizki i stała na parapecie, uśmiechając się do niego. Myślałeś, że się mnie pozbyłeś, co? Ale kiedyś już tak sądziłeś, prawda?

Tak, odparł słabo w myślach. Tak sądziłem.

- Petey, czy wyjąłeś małpę z mojej walizki? - spytał, choć z góry znał odpowiedź. Zamknął przecież walizkę i schował klucz do kieszeni płaszcza.

Petey zerknął na małpę i coś dziwnego - Halowi wydało się, że niepokój - przemknęło po jego twarzy.

- Nie - odparł. - To mama ją tam położyła.

- Mama?

- Tak. Zabrała ci ją. Śmiała się.



- Zabrała mi ją? O czym ty mówisz?

- Miałeś ją w łóżku. Właśnie myłem zęby, ale Dennis widział. Mówił, że wyglądasz jak dziecko z pluszowym misiem.

Spojrzał na małpę. W ustach zaschło mu tak, że nie mógł przełknąć śliny. Leżała z nim w łóżku? W łóżku? To ohydne futro dotykało mu policzka, może nawet ust, złośliwe oczy obserwowały uśpioną twarz, zęby szczerzyły się blisko szyi? Na szyi? Dobry Boże!

Odwrócił się gwałtownie i zajrzał do szafy. Walizka wciąż tam stała, nadal zamknięta. Kluczyk ciągle tkwił w kieszeni płaszcza.

Za jego plecami telewizor nagle umilkł. Hal powoli zamknął szafę. Petey patrzył na niego z powagą.

- Tato, nie lubię tej małpy - oświadczył tak cicho, że niemal niesłyszalnie.

- Ja też nie - odparł Hal.

Petey przyjrzał mu się uważnie, jakby sprawdzał, czy ojciec nie żartuje. Przekonawszy się, iż mówi serio, podszedł i objął go z całych sił. Hal odkrył, że syn drży.

I wtedy Petey zaczął szeptać mu do ucha, bardzo szybko, jakby się bał, że nie starczy mu odwagi, by to powtórzyć... albo że małpa mogłaby podsłuchać.

- Zupełnie jakby na mnie patrzyła. Patrzy na mnie, nieważne, gdzie jestem. A kiedy przechodzę do drugiego pokoju, ona patrzy przez ścianę. Mam wrażenie, jakby... jakby czegoś ode mnie chciała.

Chłopiec zadrżał. Hal ściskał go mocno.

- Jakby chciała, żebyś ją nakręcił - dokończył. Petey przytaknął gwałtownie.

- Tak naprawdę nie jest zepsuta, tato?

- Czasami jest. - Hal ponad ramieniem syna zerknął na małpę. - Ale czasem działa.

- Wciąż miałem ochotę podejść tam i ją nakręcić. Było tak cicho, że pomyślałem: Nie mogę, obudzę tatę, ale ciągle tego chciałem, i podszedłem, i... dotknąłem jej; nienawidzę jej dotyku... ale jednocześnie podobał mi się... zupełnie jakby mówiła: Nakręć mnie, Petey, pobawimy się, ojciec się nie obudzi, już nigdy się nie obudzi, nakręć mnie, nakręć... Chłopiec wybuchnął płaczem.

- Ona jest zła, ja to wiem. Coś jest z nią nie tak. Nie moglibyśmy jej wyrzucić, tato? Proszę?

Małpa szczerzyła do Hala zęby w niekończącym się uśmiechu. Czuł na skórze łzy syna. Mosiężne talerze lśniły w przedpołudniowym słońcu - światło odbijało się od nich i rzucało złociste smugi na biały stiukowy sufit.

- Czy mama mówiła, o której wrócą z Dennisem?

- Koło pierwszej. - Petey otarł zaczerwienione oczy rękawem koszuli, wyraźnie zawstydzony swoim płaczem. Nadal jednak nie patrzył na małpę. - Włączyłem telewizor - szepnął. - Nastawiłem bardzo głośno.

- Bardzo dobrze, Petey.

Jak by się to stało? - zastanawiał się Hal. - Atak serca? Zator, jak u matki? Jak? A zresztą to przecież nieważne.

A potem druga, przejmująca chłodem myśl: Pozbądź się jej. Tak powiedział. Wyrzuć ją. Ale czy można się jej pozbyć? Czy to się kiedyś uda?

Małpa uśmiechała się szyderczo, unosząc oddalone o kilkanaście centymetrów talerze. Czy ożyła nagle tamtej nocy, gdy umarła ciotka Ida? Czy ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszała, było stłumione dżang-dżang-dżang małpich talerzy, bijących o siebie w ciemnościach strychu, podczas gdy wiatr gwizdał w rynnie?

- Może to jednak nie wariactwo - powiedział wolno. - Petey, idź, przynieś torbę lotniczą.

Syn spojrzał na niego niepewnie.

- Co zrobimy?

Może jednak zdołamy się jej pozbyć. Jeśli nie na zawsze, to na jakiś czas - dłuższy bądź krótszy. Możliwe, że wciąż będzie wracała, bez końca... ale może zdołam - zdołamy - pożegnać się z nią na długo. Tym razem powrót zabrał jej dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat wyłaziła ze studni...

- Wybierzemy się na wycieczkę - oznajmił. Był całkiem spokojny, lecz wewnątrz czuł się dziwnie ociężały. Miał wrażenie, że nawet jego oczy przybrały na wadze. - Ale najpierw weź torbę, idź na koniec parkingu i poszukaj trzech-czterech sporych kamieni. Włóż je do torby i przynieś tutaj. Zrozumiałeś?

Oczy Peteya zalśniły.

- Dobrze, tato.

Hal zerknął na zegarek. Dochodziła 12.15.

- Pospiesz się. Chcę wyjechać, zanim wróci twoja matka.

- Dokąd jedziemy?

- Do wuja Willa i ciotki Idy - odparł Hal. - Do domu.


Hal poszedł do łazienki, zajrzał za muszlę i wyciągnął leżącą tam szczotkę do czyszczenia toalet. Zaniósł ją do okna i przystanął, trzymając szczotkę w dłoni niczym wysadzaną klejnotami magiczną różdżkę. Obserwował Peteya w grubej wełnianej koszulokurtce, maszerującego przez parking z torbą lotniczą na ramieniu; nawet z daleka mógł wyraźnie odczytać napis DELTA, drukowany białymi literami na niebieskim tle. W górnym roku okna bzyczała mucha, powolna i otępiała od chłodów zwiastujących koniec lata. Hal wiedział, jak się czuje.

Patrzył, jak Petey wyszukuje trzy spore kamienie i rusza z powrotem przez parking. Zza rogu motelu wyłonił się samochód, samochód jadący zbyt szybko, stanowczo zbyt szybko i Hal bez namysłu, z refleksem godnym pierwszorzędnego futbolisty wyciągnął prawą rękę, wciąż trzymającą szczotkę. Dłoń opadła niczym w ciosie karate... i zamarła.

Talerze zamknęły się na niej bezszelestnie i poczuł w powietrzu coś nowego. Coś jakby wściekłość.

Hamulce samochodu zapiszczały ogłuszająco. Petey odskoczył do tyłu. Kierowca niecierpliwie machnął na niego, jakby to, co omal się nie wydarzyło, było winą Peteya, i chłopiec puścił się pędem przez parking. Łopocząc kołnierzem, dotarł do tylnego wyjścia hotelu.

Po piersi Hala spływał pot. Czuł go na czole niczym krople tłustego deszczu. Zimne talerze zaciskały się na jego dłoni, zaczynał tracić w niej czucie.

No dalej, pomyślał z ponurą zawziętością. Dalej, mogę zaczekać. Jeśli trzeba, nawet do końca świata.

Talerze rozsunęły się i znieruchomiały. Hal usłyszał dobiegające z wnętrza małpy słabe kliknięcie. Cofnął rękę ze szczotką i obejrzał ją. Część białych szczecinek poczerniała jak przypalona.

Mucha wciąż bzyczała, dążąc niestrudzenie do zimnego październikowego słońca, które zdawało się takie bliskie.

Petey wpadł do środka zdyszany, z zaróżowionymi policzkami.

- Przyniosłem trzy pierwszorzędne kamienie, tato. Ja...

- urwał. - Wszystko w porządku?

- Jasne - odparł Hal. - Daj mi torbę.

Zahaczył stopą stół i przeciągnął go na miejsce obok kanapy przy oknie, tak by stanął pod parapetem. Położył na nim torbę lotniczą, która otwarła się niczym złaknione usta. Widział połyskujące wewnątrz kamienie Peteya. Szczotką toaletową zaczepił małpę i pociągnął. Przez moment zabawka zakołysała się, a potem wpadła do torby. Ze środka rozległo się cichutkie dżang!; to jeden z talerzy trafił w kamień.

- Tato? Tatusiu! - W głosie Peteya zabrzmiał lęk. Hal obejrzał się na niego. Coś się zmieniło; coś było inaczej. Ale co?

I wówczas dostrzegł kierunek spojrzeń Peteya i już wiedział: Bzyczenie muchy ucichło. Owad leżał martwy na parapecie.

- Czy małpa to zrobiła? - wyszeptał Petey.

- Chodź. - Hal zaciągnął suwak torby. - Opowiem ci w drodze do domu.

- Jak pojedziemy? Mama i Dennis zabrali samochód.

- Nie martw się. - Hal zwichrzył włosy Peteya.
Pokazał recepcjoniście prawo jazdy i banknot dwudziestodolarowy. Pobrawszy w zastaw cyfrowy zegarek Hala z Texas Instruments, recepcjonista wręczył mu klucze do swego samochodu - sponiewieranego AMC gremlina. Gdy ruszyli trasą 302 w stronę Casco, Hal zaczął mówić, z początku z wahaniem, potem nieco szybciej. Najpierw opowiedział Peteyowi, że najprawdopodobniej to jego ojciec przywiózł małpę z zagranicy w prezencie dla swoich synów. Nie była to zbyt wyjątkowa zabawka - nie miała w sobie nic osobliwego ani cennego. Na tym świecie muszą istnieć setki tysięcy nakręcanych małp, część z nich pochodzi z Hongkongu, inne z Tajwanu, jeszcze inne z Korei. Lecz gdzieś po drodze - może nawet w mrocznym składziku domu w Connecticut, gdzie obaj chłopcy rozpoczynali swoje dorastanie - coś się z nią stało. Coś złego. Możliwe, powiedział Hal, próbując przekonać wóz recepcjonisty, by przyspieszył do sześćdziesięciu kilometrów na godzinę - że jakieś złe rzeczy - nawet najgorsze - tak naprawdę nie są świadome tego, czym się stały. Na tym zakończył temat, bo Petey i tak więcej by nie zrozumiał, lecz jego umysł wędrował utartym szlakiem. Pomyślał, iż zło mogło w istocie często przypominać małpę, pełną sprężyn i zębatek; przekręcasz kluczyk, mechanizm się obraca, talerze uderzają o siebie, szyderczy uśmiech, głupie szklane roześmiane oczy... a może tylko wydają się roześmiane...



1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna