Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona14/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   ...   49

Upuścił ją. Trzęsły mu się ręce.

Kluczyk na plecach z brzękiem uderzył o terakotę. W nocnej ciszy ów dźwięk wydał się przeraźliwie głośny. Małpa szczerzyła do niego zęby, jej zamglone bursztynowe oczy, oczy lalki patrzyły z idiotyczną radością. Mosiężne talerze unosiły się, jakby zaraz miały odegrać marsza w piekielnej orkiestrze. Na spodzie wytłoczono napis: made in Hong Kong.

- Nie może cię tu być - szepnął. - Kiedy miałem dziewięć lat, wrzuciłem cię do studni.

Małpa uśmiechała się do niego.

Na zewnątrz, w mroku, czarny podmuch wiatru wstrząsnął motelem.


Następnego dnia spotkali się z bratem Hala Billem i jego żoną Collette w domu wujka Willa i ciotki Idy.

- Czy kiedykolwiek przeszło ci przez myśl, że śmierć w rodzinie to kiepski pretekst do odnawiania więzi? - spytał Bill z lekkim uśmiechem. Nazwano go na cześć wuja Willa. Will i Bill, mistrzowie rodejo, mawiał wujek Will, czochrając dłonią włosy chłopca. To było jedno z jego powiedzonek. Tak jak to, że wiatr może i gwiżdże, ale nigdy nie zaśpiewa. Wujek Will umarł przed sześcioma laty i ciotka Ida mieszkała tu sama, aż w końcu w zeszłym tygodniu powalił ją wylew. Umarła szybko, powiedział Bill, kiedy zadzwonił, by przekazać Halowi wiadomość. Tak jakby wiedział. Jakby ktokolwiek mógł wiedzieć. Mieszkała sama.

- Tak - odparł Hal. - Przeszło mi to przez myśl. Razem przyglądali się domowi, prawdziwemu domowi, w którym dorastali. Ich ojciec, marynarz ze statku handlowego, zniknął z powierzchni ziemi, gdy byli bardzo mali: Bill twierdził, że pamięta go jak przez mgłę, lecz Hal nie miał żadnych wspomnień. Matka zmarła, kiedy Bill miał dziesięć lat, a Hal osiem. Ciotka Ida przywiozła ich tutaj z Hartford autobusem Greyhounda. Tu się wychowali. Tu poszli do college'u. Właśnie za tym miejscem tęsknili. Bill został w Maine i obecnie prowadził popularną kancelarię prawniczą w Portland.

Hal dostrzegł, że Petey zawędrował w pobliże gąszczu jeżyn po wschodniej stronie domu.

- Nie wchodź tam, Petey! - zawołał.

Chłopiec spojrzał na niego pytająco. Hal poczuł, jak ogarnia go gwałtowna miłość do dziecka. I nagle znów pomyślał o małpie.

- Czemu, tato?

- Gdzieś tam jest stara studnia - wyjaśnił Bill. - Ale niech mnie diabli, jeśli pamiętam gdzie. Twój tato ma rację, Petey; lepiej trzymać się z dala od tego miejsca. Spotkanie z cierniami nie byłoby przyjemne. Racja, Hal?

- Racja - odparł odruchowo Hal. Petey odszedł, nie oglądając się za siebie; pobiegł w dół zbocza wiodącego na mały skrawek plaży, gdzie Dennis puszczał kaczki. Dławiący uścisk w piersi Hala zelżał lekko.
Bill może i zapomniał, gdzie była stara studnia, lecz później tego samego popołudnia Hal pomaszerował bezbłędnie w jej stronę, przedzierając się przez kolczaste zarośla. Ciernie szarpały flanelową kurtkę i sięgały ku jego oczom. Dotarłszy na miejsce, stanął bez ruchu, dysząc ciężko i przyglądając się spróchniałym, spaczonym deskom, zakrywającym otwór. Po chwili wahania ukląkł (trzask zginanych kolan zabrzmiał niczym podwójny wystrzał z pistoletu) i odsunął dwie z nich.

Z dna mokrego, tajemnego gardła spojrzała na niego tonąca twarz o szeroko rozwartych oczach i ustach wykrzywionych grymasem. Hal jęknął cicho. Głośniejszy, wręcz ogłuszający był jęk jego serca.

W ciemnej wodzie ujrzał własną twarz.

Nie twarz małpy. Przez chwilę zdawało mu się, że widzi małpę.

Dygotał cały. Wstrząsały nim dreszcze.

Wrzuciłem ją do studni. Wrzuciłem ją do studni. Boże, błagam, nie pozwól, bym zwariował. Wrzuciłem ją do studni.

Studnia wyschła tego samego lata, kiedy zginął Johnny McCabe, w rok po tym, jak Bill i Hal zamieszkali z wujkiem Willem i ciotką Ida. Wujek Will pożyczył z banku pieniądze i kazał wywiercić studnię artezyjską, pozwalając, by zarośla jeżyn otoczyły starą kopaną studnię. Wyschniętą studnię.

Tyle że woda wróciła, tak jak małpa.

Tym razem nie mógł już uciszyć wspomnień. Hal siedział bezradnie, dopuszczając je do siebie, próbując dać się unieść, niczym surfer ujeżdżający ogromną falę, która zmiażdżyłaby go, gdyby spadł z deski. Marzył tylko o tym, by przez to przejść, i znów zapomnieć.
Zakradł się tu z małpą późnym latem tego samego roku. Jeżyny już dawno dojrzały i w powietrzu unosił się mocny, lepki zapach. Nikt tu nie zbierał owoców, choć ciotka Ida czasami stawała na skraju zarośli i zrywała garstkę jeżyn. Tu, w krzakach, jeżyny zdążyły już przejrzeć. Część z nich gniła, wypuszczając z siebie gęsty, biały, przypominający ropę płyn, a świerszcze śpiewały szaleńczym chórem w wysokiej trawie pod stopami, bez końca powtarzając: r-i-i-i-i...

Ciernie kłuły i szarpały jego skórę. Na odsłoniętych rękach i policzkach wystąpiły krople krwi. Nie próbował nawet ich unikać. Zaślepił go strach - do tego stopnia, że o mały włos nie wpadł na przegniłe deski, pokrywające studnię. Jeszcze chwila, a runąłby dziesięć metrów w dół na błotniste dno. Gwałtownie zamachał rękami, próbując utrzymać równowagę, i kolejne kolce odcisnęły swe piętno na jego przedramionach. Właśnie to wspomnienie sprawiło, że tak ostro krzyknął na Peteya.

To był dzień, w którym zginął Johnny McCabe - jego najlepszy przyjaciel. Johnny wspinał się po drabince do domku na drzewie. Tego lata obaj chłopcy spędzili tam mnóstwo czasu, bawiąc się w piratów, wyglądając wyimaginowanych galeonów na jeziorze, przesuwając działa, refując grota (cokolwiek to znaczyło) i szykując się do abordażu. Johnny wdrapywał się do domku, jak to czynił tysiące razy wcześniej, gdy szczebel tuż pod klapą w podłodze pękł mu w rękach i Johnny spadł na ziemię z wysokości dziesięciu metrów, i skręcił sobie kark, i wszystko to było winą małpy, małpy, tej przeklętej małpy. Kiedy zadzwonił telefon, usta cioci Idy otwarły się szeroko w niemym wyrazie grozy, jej przyjaciółka Milly z sąsiedztwa powtórzyła, co się stało, a ciocia Ida powiedziała: "Chodź na werandę, Hal. Mam złe wieści", wtedy natychmiast pomyślał z obezwładniającą zgrozą: Małpa! Co znów zrobiła?

Tego dnia, gdy wyrzucił małpę, na dnie studni nie dostrzegł uwięzionego odbicia własnej twarzy, jedynie kamyki i cuchnące, mokre błocko. Spojrzał na małpę leżącą pośród sztywnej trawy, rosnącej między splątanymi krzakami jeżyn. Zabawka unosiła swe talerze, wyszczerzone zęby połyskiwały pomiędzy rozchylonymi wargami. Patrzył na jej łysiejące tu i ówdzie futro. Na szkliste oczy.

- Nienawidzę cię! - syknął. Zacisnął dłoń wokół wstrętnego tułowia małpy, czując, jak kędzierzawe futro ugina się pod palcami. Uniósł ją do twarzy; małpa uśmiechała się do niego.

- No dalej! - rzucił wyzywająco. Po raz pierwszy tego dnia zaczął krzyczeć. Potrząsnął nią. Uniesione talerze zadrżały leciutko. Małpa psuła wszystko. Wszystko. - No już, uderz w nie, uderz!

Uśmiechała się.

- Dalej, uderz! - Jego głos wzniósł się histerycznie. - No co, tchórzysz? Dalej! Uderz w nie. Wyzywam cię. WYZYWAM!

Żółtobrązowe oczy. Szyderczo wyszczerzone zęby.

I wtedy, oszalały z żalu i strachu, cisnął ją do studni. Ujrzał, jak obraca się w powietrzu - małpi akrobata, wykonujący kolejną ewolucję. Słońce po raz ostatni zalśniło na gładkiej powierzchni talerzy. Z głuchym łoskotem uderzyła o dno. Wstrząs musiał poruszyć mechanizmem, bo nagle talerze istotnie zaczęły uderzać o siebie. Ich miarowe, rytmiczne, metaliczne dźwięki wzlatywały ku jego uszom, odbijając się obłąkańczym echem w kamiennej gardzieli martwej studni: dżang-dżang-dżang-dżang...

Hal przycisnął dłonie do ust. Może jedynie oczyma wyobraźni, ale ujrzał ją tam, leżącą w błocie. Szklane oczy wpatrywały się w maleńki krąg chłopięcej twarzy, wyglądającej zza cembrowiny (jakby zapamiętywały ją na zawsze). Wargi rozszerzały się i zwężały wokół wyszczerzonych zębów, talerze uderzały o siebie. Śmieszna nakręcana małpka.

Dżang-dżang-dżang-dżang. Kto umarł? Dżang-dżang-dżang-dżang. Czy to Johnny McCabe? Spadający z wytrzeszczonymi oczami, kręcący salta w jasnym, letnim, wakacyjnym powietrzu? Z pękniętym szczeblem wciąż ściskanym w dłoniach. Coraz bliższy ziemi; za chwilę uderzy w nią z gromkim trzaskiem, i krew wytryśnie z jego nosa, ust i oczu. Czy to Johnny, Hal? A może ty?

Jęcząc, Hal złapał deski i zasłonił nimi wylot studni, nie zważając na wbijające się w dłonie drzazgi, nawet ich nie dostrzegając. Mimo to wciąż ją słyszał. Drewniana zapora nieco tłumiła dźwięk, który przez to stał się jeszcze gorszy. Małpa leżała tam w kamiennej ciemności, waląc w talerze i kręcąc swym ohydnym ciałem z odgłosem przypominającym koszmarny hałas ze snu.

Dżang-dżang-dżang-dżang. Kto umarł tym razem?

Hal rzucił się pędem z powrotem, rozpychając gałęzie jeżyn. Ciernie kreśliły świeże krwawe linie na jego twarzy. Liście łopianu chwytały mankiety dżinsów i raz nawet wyłożył się jak długi; w uszach wciąż mu dzwoniło, jakby dźwięk go ścigał. Wujek Will znalazł go później, jak zapłakany siedział na starej oponie w garażu. Uznał, iż Hal rozpacza po stracie przyjaciela. Istotnie tak było. Jednakże płacząc, także odreagowywał strach.

Wyrzucił małpę późnym popołudniem. Jeszcze tego wieczoru, gdy zmierzch zakradał się skrycie, pochłaniając migotliwy płaszcz wieczornej mgiełki, samochód, jadący stanowczo zbyt szybko jak na tak słabą widoczność, przejechał kota Manksa ciotki Idy i nie zatrzymując się, zniknął w dali. Na całej drodze walały się wnętrzności. Bill zwymiotował, lecz Hal jedynie odwrócił twarz, bladą, nieruchomą twarz. Szlochanie ciotki Idy (w połączeniu z wieścią o chłopaku McCabe'ów śmierć kota doprowadziła ją do gwałtownego ataku płaczu, graniczącego z histerią i wujek Will zdołał uspokoić ją dopiero po dwóch godzinach) dobiegało go jakby z wielkiej oddali. W głębi serca czuł zimną, triumfalną radość. To nie była jego kolej, tylko kolej kota ciotki. Nie jego, nie jego brata. Billa ani wujka "Willa (dwóch mistrzów rodejo). Małpa odeszła. Leżała na dnie studni. Jeden stary kot Manx z kleszczami w uszach był doprawdy niewielką zapłatą. Jeśli nadal chciała uderzać w te piekielne talerze, proszę bardzo. Mogła na nich grać robakom i chrząszczom, mrocznym istotom lęgnącym się w kamiennym brzuchu studni. Zgnije tam. Jej paskudne kółka, sprężynki i przekładnie zardzewieją. I umrze w błocie i ciemności. A pająki wysnują jej całun.


Ale wróciła.

Hal powoli znów zakrył studnię, tak jak tamtego dnia, i nagle usłyszał widmowe echo talerzy małpy. Dżang-dżang-dżang-dżang. Kto umarł, Hal? Czy to Terry? Dennis? Czy to Petey, Hal? Jest twoim ulubieńcem, prawda? Czy to on? Dżang-dżang-dżang...


- Odłóż to!

Petey wzdrygnął się i upuścił małpę. Przez jeden koszmarny moment Hal sądził, że to wystarczy, że wstrząs uruchomi mechanizm i talerze znów zaczną uderzać o siebie.

- Tatusiu, przestraszyłeś mnie.

- Przepraszam. Po prostu... nie chcę, żebyś się nią bawił. Cała trójka pojechała do kina i sądził, że pierwszy zdąży wrócić do motelu. Zabawił jednak w starym domu dłużej, niż przypuszczał. Stare, znienawidzone wspomnienia poruszały się w swej własnej strefie czasowej.

Terry siedziała obok Dennisa, oglądając serial "The Beverly Hillbillies". Śledziła stare, ziarniste obrazy z rozbawionym skupieniem, które świadczyło o tym, że niedawno łyknęła valium. Dennis czytał pismo rockowe z Culture Club na okładce. Petey siedział na dywanie, majstrując przy małpie.

- I tak nie działa - rzekł.

Co wyjaśnia, czemu Dennis mu ją oddał, pomyślał Hal, i nagle ogarnął go wstyd i gniew na samego siebie. Coraz częściej odczuwał nieopanowaną wrogość wobec starszego syna. Potem jednak czuł się paskudnie winny, poniżony... bezradny.

- Nie - rzekł. - Jest stara, zamierzam ją wyrzucić. Daj mi ją.

Wyciągnął rękę i Peter z niespokojną miną wręczył mu zabawkę.

- Ze starego robi się niezły schizol - mruknął Dennis, zwracając się do matki.

Zanim zdążył pomyśleć, Hal przebiegł już przez pokój. Wciąż trzymał w dłoni małpę, która uśmiechała się z aprobatą. Złapał koszulę syna i szarpnięciem postawił go na nogi. Któryś ze szwów puścił z cichym trzaskiem. Dennis wpatrywał się w ojca z niemal komicznym zdumieniem. Otwarty numer "Rockowej Fali" upadł na podłogę.

- Hej!


- Chodź ze mną - polecił ponuro Hal, ciągnąc chłopaka ku drzwiom prowadzącym do drugiego pokoju.

- Hal! - niemal krzyknęła Terry. Petey jedynie wybałuszył oczy.

Hal wciągnął Dennisa do środka, zatrzasnął drzwi i gwałtownie pchnął na nie syna. Dennis zaczynał wyglądać na wystraszonego.

- Masz zbyt niewyparzony język - oznajmił Hal.

- Puszczaj! Rozdarłeś mi koszulę, ty... Hal ponownie popchnął chłopaka.

- O tak - powiedział. - Naprawdę niewyparzony język. Nauczyłeś się tego w szkole? A może w palarni?

Dennis zarumienił się. Przez sekundę na jego twarzy odbiło się poczucie winy.

- Nie musiałbym chodzić do tej zasranej szkoły, gdyby cię nie wylali! - wybuchnął.

Hal raz jeszcze pchnął Dennisa na drzwi.

- Nikt mnie nie wylał. Nie przedłużyli kontraktu. Dobrze o tym wiesz i nie mam ochoty słuchać twojego ględzenia. Masz jakiś problem? Witaj na świecie, Dennis. Ale nie zwalaj wszystkiego na mnie. Jeszcze jesz, wkładasz coś na tyłek. Masz dwanaście lat i... nie... życzę... sobie... wysłuchiwać... twoich... narzekań. - Podkreślał każde słowo, przyciągając chłopca do siebie tak, że ich nosy niemal się stykały, i odpychając z powrotem. Nie czynił tego dość mocno, by bolało, lecz Dennis wyraźnie się bał - od czasu przeprowadzki do Teksasu ojciec nawet go nie tknął - toteż w końcu rozpłakał się głośnym, zdrowym, zawodzącym płaczem.

- No dalej, zbij mnie! - wrzasnął. Na jego wykrzywioną twarz wystąpiły rumieńce. - Zbij mnie, jeśli chcesz! Wiem, jak cholernie mnie nienawidzisz!

- Nie nienawidzę cię. Bardzo cię kocham, Dennis. Ale jestem twoim ojcem i masz okazywać mi szacunek. W przeciwnym razie oberwiesz.

Dennis próbował się wyrwać. Hal przyciągnął do siebie syna i objął go. Przez chwilę chłopak jeszcze walczył, potem przytulił twarz do piersi Hala i zaczął płakać na dobre. Hal od lat nie słyszał, by któreś z jego dzieci tak płakało. Zamknął oczy, uświadamiając sobie, iż czuje ogromne znużenie.

Terry zaczęła dobijać się z drugiej strony.

- Przestań, Hal! Cokolwiek mu robisz, przestań!

- Nie zabijam go - rzekł. - Odejdź, Terry!

- Nie waż się...

- Wszystko w porządku, mamo - wtrącił Dennis stłumionym głosem, wciąż przywierając do piersi ojca.

Przez chwilę stała tam w milczeniu; wyczuwał jej zagubienie. Potem odeszła. Hal spojrzał na swego syna.

- Przepraszam, że cię tak nazwałem, tato - powiedział niechętnie Dennis.

- W porządku. Przyjmuję przeprosiny i dziękuję. Kiedy w następnym tygodniu wrócimy do domu, odczekam dwa-trzy dni, a potem przejrzę wszystkie twoje szuflady. Jeśli jest w nich coś, czego nie chciałbyś mi pokazać, lepiej się tego pozbądź.

Znów ta mina winowajcy. Dennis spuścił wzrok i otarł wierzchem dłoni zasmarkany nos.

- Mogę już iść? - W jego głosie ponownie zabrzmiała uraza.

- Jasne - odparł Hal i puścił go. Wiosną muszę zabrać go na kemping. Tylko my dwaj. Będziemy łowić ryby jak wujek Will ze mną i z Billem. Muszę się do niego zbliżyć. Muszę spróbować.

Usiadł na łóżku w pustym pokoju i spojrzał na małpę. Już nigdy się do niego nie zbliżysz, Hal - zdawał się mówić jej uśmiech. - Możesz mi wierzyć. Wróciłam, aby wszystkim się zająć. Zawsze wiedziałeś, że tak będzie.

Hal odłożył ją na bok i zasłonił dłonią oczy.


Stał w łazience i rozmyślał, szczotkując zęby. Była w tym samym pudle. Jak to możliwe, by była w tym samym pudle?

Szczoteczka dźgnęła w górę, boleśnie uderzając w dziąsło. Skrzywił się.

Kiedy pierwszy raz ujrzał małpę, miał cztery lata, a Bill sześć. Zanim jeszcze zginął albo zapadł się w głąb dziury na końcu świata, czy cokolwiek go spotkało, ich zaginiony ojciec kupił dom w Hartford, który należał do nich - uczciwie, bez żadnych ale. Matka pracowała jako sekretarka w Holmes Aircraft, fabryce helikopterów w Westville, i zatrudniała co jakiś czas kolejną opiekunkę do chłopców. Tyle że w owym czasie tylko Hal wymagał całodziennej opieki - Bill był już duży i chodził do pierwszej klasy. Żadna opiekunka nie zabawiła długo. Zachodziły w ciążę i poślubiały swoich chłopaków albo zatrudniały się u Holmesa, albo też pani Shelburn odkrywała, że pociągają ukradkiem z butelki kuchennej sherry czy koniaku, przechowywanego na szczególne okazje w kredensie. Najczęściej były to głupie dziewczyny, które interesowało jedynie jedzenie i spanie. Żadna z nich nie chciała czytać Halowi, jak robiła to matka.

Tej długiej zimy ich opiekunką była rosła, szczupła czarna dziewczyna imieniem Beulah. Kiedy matka Hala przebywała w jej pobliżu, Beulah cackała się chłopcem; gdy jej nie było, czasem go szczypała. Mimo wszystko Hal nawet lubił Beulah, która od czasu do czasu czytała mu barwne opowieści z jednego z pism z Prawdziwymi Historiami Życiowymi bądź Detektywistycznymi ("Zmysłowa Rudowłosa w Objęciach Śmierci" - intonowała złowieszczo Beulah w sennej południowej ciszy salonu i wsuwała do ust kolejny cukierek orzechowy Reese'a, podczas gdy Hal z uwagą studiował ziarniste zdjęcia w brukowcu i popijał mleko ze swego kubeczka dobrych życzeń). Fakt, że ją lubił, sprawił, iż jeszcze gorzej zniósł to, co się stało.

Znalazł małpę zimnego, pochmurnego marcowego dnia. Od czasu do czasu fala deszczu ze śniegiem zacinała o szybę. Beulah spała na kanapie, trzymając otwarty egzemplarz "Mojej Historii" na bujnym biuście.

Hal zakradł się do składziku, by obejrzeć rzeczy ojca.

Składzik był w istocie dodatkową komórką na całej długości pierwszego piętra po lewej stronie, dodatkowym pomieszczeniem, którego nigdy nie wykończono. Można się było doń dostać małymi drzwiami - jak te prowadzące w głąb króliczej nory - w sypialni chłopców, po stronie Billa. Obaj lubili tam chodzić, choć w zimie panował straszny ziąb, a w lecie upał tak wielki, że wyciskał z młodzieńczej skóry całe wiadra potu. Długi, wąski, czasem duszny składzik pękał w szwach od fascynujących rupieci. Nieważne, jak wiele się ich przejrzało, nigdy nie obejrzało się wszystkich. Raz z Billem spędzali w nim całej sobotnie popołudnia, ledwie odzywając się do siebie, wyciągali rzeczy z pudeł, oglądali je, obracając nieustannie tak, by ręce wchłonęły każdą nową rzeczywistość, i odkładali na miejsce. Teraz Hal zastanawiał się, czy wówczas nie próbowali z Billem w jedyny dostępny im sposób nawiązać kontaktu z zaginionym ojcem.

Ojciec był marynarzem na statku handlowym. Miał patent nawigatora, toteż w składziku leżały całe stosy map, częściowo poznaczonych równymi kółkami (pośrodku każdego widniał dołek po ostrzu cyrkla). Obok nich spoczywało dwadzieścia tomów zatytułowanych "Przewodnik nawigacyjny Barrona" i pokrzywiona lornetka, która, jeśli patrzyłeś w nią zbyt długo, sprawiała, że oczy zaczynały piec i dziwnie widzieć. Były tam też turystyczne pamiątki z tuzina różnych portów - gumowe tancerki hula, czarny kartonowy melonik z rozdartą wstążką, na której napisano: "Jednym dziewczyna życie umili, mnie Piccadilly", szklana kula, w której wnętrzu umieszczono maleńką wieżę Eiffla. Były tam koperty z zagranicznymi znaczkami, starannie ufożonymi w środku, i zagraniczne monety; próbki minerałów z hawajskiej wyspy Maui, szklisto czarne, ciężkie i dziwnie złowrogie, oraz dziwaczne płyty w obcych językach.

Tego dnia, gdy deszcz hipnotycznie bębnił o dach tuż na jego głową, Hal przekopał się aż na najdalszy koniec składziku. Odsunął jakiś karton i ujrzał za nim kolejny - pudełko po purinie Ralstona. Znad tekturowej ścianki wyglądała para szklanych orzechowych oczu. Ich widok przestraszył go, toteż na moment odskoczył z walącym sercem, jakby odkrył śmiertelnie groźnego pigmeja. Później jednak dostrzegł ich milczenie, martwy połysk, i pojął, że to jakaś zabawka. Ponownie ruszył naprzód i ostrożnie wyjął ją z pudła.

Uśmiechała się do niego w żółtym świetle, szczerząc zęby i unosząc wysoko talerze.

Zachwycony Hal zaczął obracać ją w dłoniach. Jego palce muskały kędzierzawe futro. Podobał mu się zabawny uśmiech małpy. Ale czy nie było w niej jeszcze czegoś? Czy nie poczuł niemal instynktownej niechęci, która pojawiła się i zniknęła, zanim uświadomił sobie, co czuje? Możliwe, lecz przy tak starych wspomnieniach trzeba bardzo uważać, by nie uwierzyć w zbyt wiele. Stare wspomnienia mogą kłamać... ale czyż nie dostrzegł tego samego grymasu na twarzy Peteya na strychu w rodzinnym domu?

Zauważył kluczyk, wetknięty w zwężenie pleców, i przekręcił go. Klucz obracał się stanowczo zbyt łatwo. Nie towarzyszyły mu trzaski zapadek. A zatem zepsuta. Zepsuta, ale wciąż fajna.

Zabrał ją, żeby się pobawić.

- Co tam masz, Hal? - spytała Beulah, budząc się z drzemki.

- Nic - odparł Hal. - Znalazłem to.

Postawił małpę na półce po swej stronie w sypialni. Spoczęła na stercie książeczek do kolorowania z Lassie, uśmiechając się szeroko, patrząc w dal, unosząc talerze. Była zepsuta, ale i tak się uśmiechała. Tej nocy Hal przebudził się z niespokojnego snu z pełnym pęcherzem i wstał, by skorzystać z łazienki w korytarzu. Po drugiej stronie pokoju Bill spał jak kamień pod kołdrą.

Hal wrócił. Już prawie zasypiał, gdy nagle w ciemności małpa zaczęła uderzać talerzami.

Dżang-dżang-dżang-dżang.

Natychmiast obudził się, jakby ktoś uderzył go w twarz zimnym, mokrym ręcznikiem. Jego serce szarpnęło się gwałtownie, z gardła uleciał cichy mysi pisk. Szeroko otwierając oczy, patrzył na małpę. Jego wargi drżały.

Dżang-dżang-dżang-dżang.

Jej ciało kołysało się i podskakiwało na półce. Wargi otwierały się i zamykały, otwierały i zamykały w grymasie potwornej radości, ukazując wielkie, drapieżne zębiska.

- Przestań - szepnął Hal.

Brat obrócił się na drugi bok i chrapnął. Poza tym wszystko było ciche... prócz małpy. Talerze uderzały o siebie z brzękiem; ich dźwięk z pewnością obudzi brata, matkę, cały świat. Zbudziłby nawet umarłych.

Dżang-dżang-dżang-dżang.

Hal ruszył ku niej. Zamierzał ją jakoś uciszyć, może wsunąć dłoń pomiędzy talerze, póki mechanizm się nie rozkręci, gdy małpa sama się zatrzymała. Talerze złączyły się po raz ostatni - dżang! - a potem powoli powróciły do swej pierwotnej pozycji. Mosiądz połyskiwał wśród cieni. Brudne, żółtawe zęby małpy szczerzyły się w uśmiechu.

W domu znów panowała cisza. Matka odwróciła się w łóżku i - podobnie jak wcześniej Bill - zachrapała. Hal także się położył i naciągnął kołdrę na głowę. Serce waliło mu jak młotem. Jutro odłożę ją do składziku, pomyślał. Nie chcę jej.

Lecz następnego ranka zupełnie zapomniał o odłożeniu małpy, bo matka nie poszła do pracy. Beulah nie żyła. Matka nie chciała im powiedzieć, co się właściwie stało.

- To był wypadek. Straszliwy wypadek - rzekła jedynie.

Lecz tego popołudnia Bill w drodze do domu ze szkoły kupił gazetę i przemycił pod koszulą do sypialni czwartą stronę. Gdy matka gotowała kolację w kuchni, zacinając się przeczytał Halowi artykuł. Lecz Hal sam potrafił odczytać nagłówek - DWIE OFIARY DOMOWEJ STRZELANINY. Beulah McCaffery, lat dziewiętnaście, i Sally Tremont, lat dwadzieścia, zostały zastrzelone przez chłopaka panny McCaffery, Leonarda White'a, lat dwadzieścia pięć, po sprzeczce, kto ma wyjść i przynieść zamówiony chiński posiłek. Panna Tremont umarła na izbie przyjęć w Hartford. Beulah McCaffery zginęła na miejscu.

Zupełnie jakby Beulah zniknęła, przeniosła się do jednego ze swoich pism detektywistycznych, pomyślał Hal Shelburn i poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu po kręgosłupie i okrąża serce. A potem uświadomił sobie, iż do strzelaniny doszło mniej więcej w czasie, gdy małpa...


- Hal? - Senny głos Terry. - Idziesz do łóżka?

Wypluł pastę do umywalki i przepłukał usta.

- Tak - rzekł.

Wcześniej schował małpę do walizki i zamknął na klucz. Za dwa, trzy dni wracali do Teksasu. Zanim to jednak nastąpi, pozbędzie się tego paskudztwa. Raz na zawsze.

Zrobi to. Jakoś.

- Po południu ostro naskoczyłeś na Dennisa - powiedziała w mroku Terry.

- Myślę, że Dennis od dawna potrzebował, by ktoś na niego naskoczył. Zagubił się. Nie chcę, by zaczął się staczać.

- Z punktu widzenia psychologii, zbicie chłopca nie jest zbyt efektywną...



1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna