Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona13/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   ...   49

Billy obudził się dwie godziny po tym, jak zjechaliśmy z Kansas Road, i od razu zapytał, czy zabraliśmy mamę. Wyjaśniłem mu, że droga była zablokowana i że nie zdołałem dojechać do naszego domu.

- Ale nic jej się nie stało, prawda, tatusiu?

- Nie wiem, synku. Kiedyś na pewno wrócimy, żeby sprawdzić.

Nie płakał, tylko znowu zasnął. Chyba wolałbym łzy. Niepokoiło mnie, że ostatnio śpi coraz więcej.

Od nieustannego napięcia rozbolała mnie głowa. Wykańczała mnie jazda przez mgłę z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę, wykańczała towarzysząca mi przez cały czas świadomość, że w każdej chwili coś może się z niej wyłonić... Cokolwiek. Rozpadlina. Urwisko. Albo Ghidra, Trójgłowe Monstrum. Chyba się modliłem. Modliłem się do Boga o to, żeby Stephanie przeżyła i żeby nigdy się nie dowiedziała o mojej zdradzie. Modliłem się, żeby pozwolił mi dowieźć w bezpieczne miejsce syna, który ostatnio tak wiele przecierpiał.

Na szczęście, kiedy nadciągnęła mgła, większość kierowców zdążyła zjechać na pobocze, dzięki czemu około południa udało nam się dotrzeć do North Windham. Skręciłem w River Road, lecz mniej więcej po sześciu kilometrach natrafiliśmy na zerwany niewielki mostek. Musiałem ponad kilometr jechać na wstecznym biegu, zanim znalazłem miejsce wystarczająco szerokie, żeby zawrócić. Do Portland pojechaliśmy szosą numer 302.

Przed samym miastem skręciłem na autostradę. Szereg schludnych budek przy wjeździe zamienił się w straszące powybijanymi oknami szkielety. Wszystkie były puste; tylko w jednej dostrzegłem poszarpaną, pokrytą plamami zaschniętej krwi marynarkę. Uświadomiłem sobie, że od opuszczenia supermarketu nie widzieliśmy nikogo żywego.

- Może sprawdź, czy coś nadają przez radio? - zaproponowała pani Reppler.

Rąbnąłem się pięścią w głowę. Jak mogłem zapomnieć o zamontowanym w samochodzie radioodtwarzaczu?

- Nie rób tego, Davidzie - skarciła mnie nauczycielka. - Nie możesz myśleć o wszystkim. Jeśli będziesz usiłował to zrobić, wkrótce oszalejesz i nie będziemy mieli z ciebie żadnego pożytku.

Na falach długich i średnich królował biały szum, na UKF-ie panowała złowieszcza cisza.

- Czy to znaczy, że nikt nie nadaje? - zapytała Amanda. Wiedziałem, do czego zmierza. Dotarliśmy już tak daleko na południe, że powinniśmy odbierać silniejsze stacje z Bostonu, ale jeśli Boston również milczy, to...

- To nic nie znaczy - odparłem. - Biały szum może pochodzić z zakłóceń. Mgła utrudnia również rozchodzenie się fal radiowych.

- Jesteś tego pewien?

- Oczywiście.

Niczego nie byłem pewien.

Pojechaliśmy na południe. Na pierwszym słupku kilometrowym, jaki zobaczyliśmy, widniała liczba 60, potem liczby się zmniejszały. Jedynka miała oznaczać granicę New Hampshire. Autostradą podróżowało się gorzej niż zwykłą szosą, ponieważ niektórzy kierowcy nie chcieli lub nie zdążyli w porę zatrzymać pojazdów, w związku z czym doszło do licznych kolizji. Parę razy musiałem nawet zjeżdżać daleko na pobocze.

Mniej więcej dwadzieścia po pierwszej - pomału zaczynał mi doskwierać głód - Billy chwycił mnie za ramię.

- Tatusiu, co to? Co to?

We mgle zamajaczył cień. Był wielki jak góra i zmierzał prosto na nas. Wdepnąłem hamulec; Amanda, która drzemała na tylnym siedzeniu, niemal spadła między fotele.

Mogę tylko powiedzieć, że coś widziałem. Jedną z przyczyn takiej ogólnikowości jest z pewnością fakt, że we mgle nie sposób było czemukolwiek dokładnie się przyjrzeć, ale moim zdaniem wiąże się to także z konstrukcją ludzkiego umysłu, który po prostu nie chce godzić się z pewnymi rzeczami. Istnieją przerażające, mroczne zjawiska - a także niewiarygodnie piękne - które po prostu nie mieszczą się w wąskich drzwiach ludzkiej percepcji.

Wiem na pewno, że miało sześć nóg i szarą skórę, tu i ówdzie pokrytą brązowymi plamami. Natychmiast skojarzyły mi się z wątrobianymi plamami na rękach pani Carmody. Skóra była poorana głębokimi bruzdami, przywarły do niej dziesiątki, jeśli nie setki różowych robali. Nie mam pojęcia jak duże było, ale wiem, że przeszło nad nami. Jedna z monstrualnych nóg opadła z hukiem tuż obok moich drzwi; pani Reppler powiedziała później, że choć zadarła głowę, nie zdołała wypatrzyć we mgle podbrzusza potwora. Widziała tylko olbrzymie nogi przemieszczające się niczym ruchome wieże.

Chociaż, jak już wspomniałem, nie zdołałem obejrzeć stwora w całości, odniosłem wrażenie, że płetwal błękitny wyglądałby przy nim jak płotka - krótko mówiąc, rozmiary stworzenia wymykały się wszelkim wyobrażeniom. Wkrótce potem znikł, znacząc trasę przemarszu wyraźnie odczuwalnymi mikrotrzęsieniami ziemi oraz pozostawionymi w nawierzchni autostrady śladami tak głębokimi, że wzrok nie sięgał dna.

Przez jakiś czas w samochodzie słychać było nasze oddechy i odgłosy oddalających się stąpnięć kolosa. Milczenie przerwał Billy:

- Tato, czy to był dinozaur? Jak ten ptak, który wleciał do supermarketu?

- Nie wydaje mi się. Wątpię, żeby tak wielkie zwierzęta kiedykolwiek żyły na Ziemi. Przynajmniej na naszej Ziemi...

Wróciłem myślami do Projektu Grot Strzały. Jakimi szaleństwami oni się tam zajmowali?

- Jedźmy dalej - zaproponowała nieśmiało Amanda. - To przecież może wrócić...

Owszem. A przed nami może ich być jeszcze więcej... Nie powiedziałem jednak tego głośno, ponieważ nie miało to najmniejszego sensu. Dokądś przecież musieliśmy dotrzeć. Ruszyłem, lawirując między monstrualnymi śladami, aż wreszcie skręciły w bok.
Tyle właśnie się wydarzyło. Aha, jest jeszcze jedna sprawa, do której za chwilę dojdę, ale proszę, nie oczekujcie jakiegoś optymistycznego zakończenia w rodzaju: "I wyjechali z mgły w pogodny blask nowego dnia", albo: "Kiedy się obudziliśmy, okazało się, że w nocy przybyły z odsieczą oddziały Gwardii Narodowej", albo nieśmiertelnego: "Na szczęście wszystko to był tylko sen".

To zakończenie będzie raczej, jak mawiał z upodobaniem mój ojciec, "w stylu Alfreda Hitchcocka". Rozumiał przez to sytuację, w której widzowi lub czytelnikowi nie podsuwa się jednoznacznego rozwiązania, lecz zmusza do tego, żeby sam dokonał interpretacji wydarzeń. Dla historii, które kończyły się inaczej, ojciec miał tylko jedno, pogardliwe określenie: "tandeta".

Do motelu sieci Howarda Johnsona przy zjeździe numer 3 dotarliśmy wtedy, kiedy gęstniejący zmierzch prawie uniemożliwił dalszą jazdę. Wcześniej zaryzykowaliśmy przejazd mostem nad rzeką Saco; nie wyglądał najlepiej, a we mgle nie sposób było stwierdzić, czy jest cały, czy nie. Jakoś jednak nam się udało.

Ale przecież musimy myśleć o tym, co będzie dalej, nieprawdaż?

Piszę te słowa dwudziestego trzeciego lipca, za kwadrans pierwsza w nocy. Burza, która okazała się początkiem końca wszystkiego, zaatakowała zaledwie przed czterema dniami. Billy śpi w holu na materacu, Amanda i pani Reppler są w pobliżu. Piszę przy blasku wielkiej latarki, na zewnątrz różowe robale łażą po szybach. Co pewien czas któryś z nich ginie w dziobie ptakopodobnej istoty.

Paliwa wystarczy jeszcze na jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów. Oczywiście możemy zatankować; stacja benzynowa jest zaledwie parę metrów stąd. Co prawda nie ma prądu, ale z pewnością udałoby mi się napompować ręcznie kilkanaście litrów.

Żeby jednak to zrobić, musiałbym wyjść na zewnątrz.

Jeśli uda nam się zdobyć paliwo - wszystko jedno, tutaj czy gdzieś indziej - będziemy jechać dalej. Nawet wiem dokąd. Właśnie o tym chciałem wam jeszcze powiedzieć.

Oczywiście nie mogę być niczego pewien, i to jest najgorsze. Być może dałem się ponieść wyobraźni, a nawet jeśli nie, to szansę, żeby tam dotrzeć, są minimalne. Ile to jeszcze kilometrów? Ile mostów? Ile monstrualnych istot, które z rozkoszą rozszarpałyby na strzępy i pożarły mojego syna?

Prawdopodobieństwo, że uległem złudzeniu, jest tak wysokie, że o niczym im nie powiedziałem. Przynajmniej na razie.

W biurze kierownika znalazłem spore wielozakresowe radio na baterie podłączone do zewnętrznej anteny. Włączyłem je i zacząłem kręcić gałką; nic, tylko biały szum.

A potem, niemal na samym końcu pasma, kiedy już wyciągnąłem rękę, żeby je wyłączyć, usłyszałem - albo wydawało mi się, że usłyszałem - jedno jedyne słowo.

I nic więcej. Nasłuchiwałem przez godzinę - bez rezultatu. Jeśli naprawdę je usłyszałem, to musiało dotrzeć przez mikroskopijną dziurę we mgle, która zaraz potem się zamknęła, ponownie odcinając nas od świata.

Jedno słowo.

Muszę się przespać, oczywiście pod warunkiem że zdołam zasnąć i że nie będą mnie prześladować twarze Olliego Weeksa, pani Carmody, Norma... a także twarz Steff, częściowo zasłonięta rondem słomianego kapelusza.

Jest tu restauracja, taka sama jak we wszystkich motelach Howarda Johnsona, z długą, wygiętą w kształcie podkowy ladą. Zostawię na niej te zapiski. Może pewnego dnia ktoś je znajdzie i przeczyta.

Jedno słowo.

Obym tylko się nie przesłyszał. Obym.

Idę teraz spać, ale najpierw pocałuję syna i wyszepczę mu do ucha dwa słowa - wiecie, żeby odegnać koszmary.

Dwa zupełnie do siebie niepodobne słowa, które jednak oznaczają prawie to samo.

Jedno z nich to "Hartford".

Drugie to "nadzieja".


Przełożył

Arkadiusz Nakoniecznik


ZJAWI SIĘ TYGRYS
Charles musiał pójść do łazienki.

Nie było co dłużej udawać, że zdoła poczekać do przerwy. Pęcherz tak dawał mu się we znaki, że panna Bird zauważyła, co się dzieje.

W trzeciej klasie szkoły podstawowej przy ulicy Acorn były trzy nauczycielki. Panna Kinney - młoda, pełna werwy blondynka, którą po szkole zabierał narzeczony zajeżdżający błękitnym camaro. Pani Trask przypominała poduchę, zaplatała włosy w warkocze i śmiała się tubalnie. No i była jeszcze panna Bird.

Charles wiedział, że jemu trafi się panna Bird. Po prostu wiedział. To było nieuniknione. Ponieważ panna Bird najwyraźniej chciała go zniszczyć. Nie pozwalała dzieciom chodzić do piwnicy. Piwnica, mówiła panna Bird, to miejsce na bojlery. Dobrze wychowani młodzi ludzie nigdy tam nie chodzą, gdyż piwnica jest stara, brzydka i brudna. Młodzi ludzie chodzą do łazienki.

Charles skręcał się w potrzebie.

Panna Bird spojrzała na niego.

- Charles - powiedziała głośno, wciąż wskazując linijką na Boliwię - czy potrzebujesz wyjść do łazienki?

Siedząca przed nim Cathy Scott zachichotała, rozsądnie zasłaniając usta.

Kenny Griffen też parsknął śmiechem i kopnął Charlesa pod ławką.

Charles poczerwieniał jak piwonia.

- Powiedz, chłopcze - panna Bird ciągnęła pogodnie - czy potrzebujesz wyjść, aby

(oddać mocz, zaraz powie oddać mocz, zawsze tak mówi)

- Tak, panno Bird.

- Co tak?

- Muszę pójść do piwni... do ubikacji. Panna Bird uśmiechnęła się.

- Świetnie, Charles. Możesz wyjść do ubikacji i oddać mocz. Czy właśnie to musisz zrobić? Oddać mocz?

Charles, pognębiony, zwiesił głowę.

- Dobrze, Charles. Możesz iść. A następnym razem nie musisz czekać, bym cię prosiła.

Teraz już śmiała się cała klasa. Panna Bird postukała w tablicę linijką.

Kiedy Charles przeciskał się wzdłuż rzędu w stronę drzwi, trzydzieści par oczu wbijało mu się w plecy i każde z tych dzieci wiedziało, że on teraz idzie do łazienki oddać mocz. W tym Cathy Scott. Od drzwi dzieliła go co najmniej długość boiska futbolowego. Panna Bird nie kontynuowała lekcji, milczała do chwili, kiedy otworzył drzwi, wyszedł na błogosławiony, cichy korytarz i zamknął za sobą drzwi.

Ruszył w kierunku chłopięcej ubikacji,

(piwnicy piwnicy piwnicy JEŚLI TYLKO ZECHCĘ)

przeciągając palcami wzdłuż chłodnych płytek ściany, pozwalając im podskoczyć, kiedy wjechały na tablicę ogłoszeń, a następnie nieco zjechać na czerwoną krawędź

(W RAZIE POTRZEBY ZBIJ SZYBĘ)

skrzynki alarmu przeciwpożarowego.

Pannie Bird sprawiało to przyjemność. Lubiła patrzeć, jak robił się czerwony na twarzy. I to przy Cathy Scott - która nigdy nie musiała schodzić do piwnicy, co już było niesprawiedliwe - i przy wszystkich innych.

Stara zdzi-ra, pomyślał. Używał sylab, ponieważ w zeszłym roku doszedł do wniosku, że wtedy Bóg nie uzna tego za grzech.

Wszedł do męskiej ubikacji.

Panował tu chłód, w powietrzu wisiał lekki, nawet dość przyjemny zapach chloru. Rano było tutaj czysto i pusto, spokojnie i całkiem miło, zupełnie inaczej niż w zadymionej, śmierdzącej ubikacji w śródmiejskim Star Theatre.

Ubikacja


(piwnica!)

miała kształt litery L. Na krótszym ramieniu wisiał rząd kwadratowych luster, białych porcelanowych umywalek i pojemników z ręcznikami papierowymi. W dłuższej części mieściły się dwa pisuary i trzy kabiny.

Charles przeszedł tam, po drodze rzucając wzrokiem na odbicie swej chudej, raczej bladej twarzy w jednym z luster.

Tygrys leżał w najdalszym kącie, pod samym oknem. To był duży tygrys, z brązową mordą i cętkowana sierścią. Zaniepokojony podniósł wzrok na Charlesa, patrzył na niego zmrużonymi zielonymi ślepiami. Wydał z siebie coś w rodzaju pomruku. Gładkie mięśnie napięły się i tygrys wstał. Koniec jego ogona poruszał się nerwowo, uderzając w porcelanę ostatniego pisuaru, wywoływał cichy brzęk.

Tygrys wyglądał na bardzo głodnego i niezwykle niebezpiecznego.

Charles pospiesznie wycofał się na korytarz. Wydawało mu się, że drzwi na sprężynę nigdy się za nim nie zamkną, ale kiedy wreszcie to się stało, poczuł się bezpieczny. Te drzwi otwierały się tylko do środka, a nie przypominał sobie, by kiedykolwiek słyszał czy czytał, że tygrysy są na tyle inteligentne, żeby otworzyć drzwi.

Charles otarł wierzch dłoni o nos. Serce biło mu tak mocno, że sam je słyszał. I ciągle chciało mu się siusiu, bardziej niż kiedykolwiek.

Jęknął i przyłożył dłoń do brzucha. Naprawdę musiał zejść do piwnicy. Gdyby był pewien, że nikt nie przyjdzie, skorzystałby z łazienki dziewczynek. Po drugiej stronie korytarza. Charles popatrzył w tamtą stronę z nadzieją, ale wiedział, że za nic by się nie odważył. Bo gdyby na przykład przyszła Cathy Scott! Albo - jeszcze gorzej - panna Bird.

Może tylko wymyślił sobie tego tygrysa.

Pchnął drzwi, ale tylko tyle, by zerknąć do środka jednym okiem. Tygrys odwzajemnił mu się spojrzeniem jaskrawozielonych oczu. Charlesowi wydawało się, że gdzieś głęboko w tej zieloności błyska błękit, tak jakby oko tygrysa połknęło jego oko. Tak jakby...

Poczuł na karku czyjąś dłoń.

Wydał z siebie zduszony krzyk, czując, jak serce i żołądek podchodzą mu do gardła. Przez jeden straszliwy moment odniósł wrażenie, że się zmoczy.

To był Kenny Griffen, uśmiechnięty i zadowolony z siebie.

- Panna Bird wysłała mnie po ciebie. Wyszedłeś całe wieki temu. Jesteś w kłopotach.

- Tak, ale nie mogę pójść do łazienki - powiedział Charles. Kenny tak go przeraził, że było mu po prostu słabo.

- Zatkało cię! - zarechotał zachwycony Kenny. - Poczekaj, powiem Cathy.

- Lepiej tego nie rób - pospiesznie zareagował Charles. - Poza tym nie o to chodzi. Tam w środku siedzi tygrys.

- I co tam niby robi? - spytał Kenny. - Może sika?

- Nie wiem. - Charles odwrócił się do ściany. - Tylko chciałbym, żeby sobie poszedł. - Zaczął płakać.

- No, coś ty - powiedział Kenny, zaskoczony i trochę przestraszony. - No, co ty.

- I co się stanie, jeśli będę musiał tam wejść? Jeśli nie będę mógł się powstrzymać? Panna Bird powie...

- Chodź - rzekł Kenny, łapiąc go za ramię, drugą ręką pchnął drzwi. - Zaraz będziesz miał to za sobą.

Znaleźli się w środku zanim Charles, przerażony, zdołał się wyrwać i ukryć za drzwiami.

- Tygrys - Kenny wymówił to z niesmakiem. - Człowieku, panna Bird po prostu cię zabije.

- Siedzi tam w drugiej części. Kenny ruszył mijając umywalki.

- Kici-kici-kici. Koteczku?

- Przestań - wyszeptał Charles. Kenny zniknął za węgłem.

- Kici-kici-kici. Kotku?

Charles wycofał się z ubikacji, przywarł plecami do ściany i czekał, zakrywając dłońmi usta, zaciskając mocno oczy. Czekał i czekał na krzyk.

Nie rozległ się jednak żaden krzyk.

Nie miał pojęcia, jak długo tak stał. Wydawało mu się, że pęcherz mu zaraz pęknie. Wpatrywał się w drzwi, lecz nic nie mógł z nich wyczytać. Po prostu drzwi.

Nie wejdzie tam.

Nie może.

Ale wreszcie wszedł.

Umywalki i lustra były tak samo czyste jak poprzednio. W powietrzu unosił się ten sam zapach chloru. Jednak wydawało się, że towarzyszy mu jeszcze jakiś inny zapach. Leciutki nieprzyjemny zapach świeżo ciętej miedzi.

Powstrzymując jęk, cały dygocząc, podszedł do załamania muru i zerknął.

Tygrys leżał rozwalony na posadzce i lizał wielkim różowym językiem łapę. Spojrzał bez zainteresowania na Charlesa. Na pazurze pozostał mu strzęp koszulki.

Potrzeba Charlesa była już tak wielka, że nie mógł wytrzymać. Musiał to zrobić. Wrócił na palcach do białej porcelanowej umywalki, tej najbliżej drzwi.

Panna Bird wpadła do łazienki w chwili, gdy właśnie zapinał spodnie.

- Co ty wyprawiasz, wstrętny chłopaku - powiedziała prawie spokojnie.

Charles wlepiał zapłakane oczy w róg łazienki.

- Przepraszam, panno Bird... to tygrys... ja posprzątam... umyję mydłem... przysięgam, że...

- Gdzie jest Kenneth? - zapytała spokojnie panna Bird.

- Nie wiem. Naprawdę nie wiedział.

- Czy jest tam w środku?

- Nie! - krzyknął Charles. Panna Bird ruszyła w głąb łazienki.

- Wychodź, Kenneth. W tej chwili.

- Panno Bird...

Ale ona już znikła za rogiem. Chciała dopaść Kennetha. Charles pomyślał, że panna Bird zaraz się dowie, co to znaczy, gdy coś cię dopadnie.

Znowu wyszedł z łazienki. Popatrzył na amerykańską flagę wiszącą nad wejściem do sali gimnastycznej, na tablicę informacyjną. Jeden napis głosił NIE BRUDŹ, drugi, z rysunkiem uśmiechniętego policjanta NIE WSIADAJ DO SAMOCHODU OBCEJ OSOBY. Charles przeczytał oba napisy dwa razy.

Potem wrócił do klasy, szedł na swoje miejsce z oczami wbitymi w podłogę, wsunął się na siedzenie. Była za kwadrans jedenasta. Wyciągnął "Drogi, które prowadzą wszędzie" i zaczął czytać przygodę Billa na rodeo.
Przełożyła

Dorota Malinowska


MAŁPA
Kiedy Hal Shelburn ujrzał, jak jego syn Dennis wyciąga ją z nadgniłego kartonowego pudełka po purinie Ralstona, wepchniętego głęboko w kąt pod ukośnym dachem strychu, ogarnęła go taka groza i rozpacz, że przez chwilę wydało mu się, że zacznie krzyczeć. Uniósł do ust pięść, jakby chciał wepchnąć wrzask z powrotem do gardła... po czym zaledwie zakasłał. Terry ani Dennis niczego zauważyli, lecz Petey obejrzał się ciekawie.

- Hej, fajna! - rzekł z szacunkiem Dennis. Hal nieczęsto . już słyszał w głosie chłopca podobny ton. Dennis miał dwanaście lat.

- Co to? - spytał Petey. Znów zerknął na ojca. Potem jednak znalezisko starszego brata pochłonęło go bez reszty. - Co to jest, tatusiu?

- To małpa, pierdoło - odparł Dennis. - Nigdy nie widziałeś małpy?

- Nie nazywaj brata pierdołą - upomniała automatycznie Terry i zaczęła oglądać pudło zasłon. Dotknąwszy oślizgłego od pleśni materiału, upuściła je szybko. - Fuj.

- Mogę ją sobie wziąć, tatusiu? - spytał Petey. Miał dziewięć lat.

- Co to znaczy mogę? - krzyknął Dennis. - Ja ją znalazłem!

- Chłopcy, proszę - wtrąciła Terry. - Boli mnie głowa.

Hal prawie ich nie słyszał. Błyszczące oczy małpy patrzyły na niego z rąk starszego syna. Jej pysk wykrzywiał stary, znajomy uśmiech. Ten sam uśmiech, który nawiedzał jego koszmary w dzieciństwie i nękał go, póki...

Na zewnątrz zerwał się zimny wiatr; z bezcielesnych ust uleciało długie tchnienie, wpadające ze świstem w starą, przerdzewiałą rynnę. Petey przysunął się do ojca, z niepokojem patrząc na szorstkie belki dachu, z których wystawały główki gwoździ.

- Co to było, tato? - spytał, gdy świst zamilkł w gardłowym jęku.

- To tylko wiatr - odparł Hal, wciąż przyglądając się małpie. Jej talerze, w świetle nagiej żarówki bardziej przypominające półksiężyce niż pełne mosiężne kręgi, trwały w bezruchu, oddalone od siebie o kilkanaście centymetrów. Zapatrzony, dodał odruchowo: - Wiatr może i gwiżdże, ale nigdy nie śpiewa. - W tym momencie uświadomił sobie, że to powiedzonko wujka Willa, i po plecach przebiegł mu dreszcz.

Dźwięk rozległ się ponownie. Wiatr znad jeziora Crystal uderzył w dach i zamarł w rynnie. Pół tuzina szczelin przepuszczało do środka zimne październikowe powietrze, które owiało twarz Hala. Boże, to miejsce tak bardzo przypominało tylny składzik w domu w Hartford, że poczuł się, jakby cofnął się w czasie o 30 lat.

Nie będę o tym myślał.

Lecz oczywiście teraz mógł myśleć wyłącznie o tym.

W tylnym składziku, tam właśnie znalazłem tę przeklętą małpę. W tym samym pudle.

Terry odeszła, aby zbadać zawartość drewnianej skrzyni, wypełnionej przeróżnymi rupieciami. Musiała się schylić, bo w tym miejscu dach opadał nisko.

- Nie podoba mi się - oznajmił Petey i zaczął macać w poszukiwaniu ręki ojca. - Dennis może ją sobie wziąć, jeśli chce. Tatusiu, chodźmy już.

- Boisz się duchów, tchórzu? - spytał Dennis.

- Dennis, przestań! - rzuciła z roztargnieniem Terry i wyjęła ze skrzyni cieniutką filiżankę, ozdobioną chińskim wzorem. - Ładna, naprawdę...

Hal ujrzał, że Dennis znalazł kluczyk na plecach małpy. Groza w jego sercu rozwinęła czarne skrzydła.

- Nie rób tego!

Zabrzmiało to ostrzej, niż planował: zanim zorientował się, co robi, wyrwał małpę z rąk Dennisa. Syn spojrzał na niego ze zdumieniem. Terry także obejrzała się przez ramię, a Petey uniósł wzrok. Przez chwilę wszyscy milczeli. Wiatr znów zagwizdał, tym razem bardzo cicho. Zabrzmiało to jak nieprzyjemne zaproszenie.

- To znaczy, pewnie jest zepsuta - wyjaśnił Hal.

I była zepsuta. Chyba że akurat chciała działać.

- Ale nie musiałeś tak szarpać - zaprotestował syn.

- Dennis, zamknij się!

Chłopak wzdrygnął się i przez moment sprawiał wrażenie zaniepokojonego. Hal od bardzo dawna tak do niego nie mówił - od czasu gdy dwa lata temu stracił pracę w National Aerodyne w Kalifornii i cała rodzina przeniosła się do Teksasu. Chwilowo Dennis postanowił nie drążyć tematu. Odwrócił się z powrotem do pudła po purinie i zaczął w nim grzebać. Lecz odkrył jedynie śmiecie. Zniszczone zabawki, z wyłażącą gąbką i sprężynami.

Wiatr stawał się coraz głośniejszy. Już nie gwizdał, lecz zawodził. Belki strychu zatrzeszczały cicho; zabrzmiało to jak kroki.

- Proszę, tatusiu - powtórzył Peter tak cicho, że usłyszał go jedynie ojciec.

- Zgoda - odparł. - Terry, idziemy.

- Jeszcze nie skończyłam... - Powiedziałem: idziemy.

Tym razem to ona spojrzała nań ze zdumieniem.

W motelu zajęli dwa sąsiadujące pokoje. O dziesiątej tego wieczoru chłopcy spali już w swojej sypialni, a Terry w pokoju dorosłych. W czasie jazdy z domu w Casco zażyła dwie tabletki valium, aby ze zdenerwowania nie dostać migreny. Ostatnio łykała mnóstwo valium. Zaczęło się to mniej więcej wtedy, gdy National Aerodyne nie przedłużyła kontraktu z Halem. Przez ostatnie dwa lata pracował w Texas Instruments - oznaczało to cztery tysiące dolarów rocznie mniej, ale przynajmniej miał pracę. Powiedział Terry, że mieli szczęście. Przytaknęła. Mnóstwo projektantów oprogramowania siedzi na zasiłku - zauważył. Przytaknęła. Firmowy dom w Arnette jest równie porządny jak stary we Fresno - dodał. Przytaknęła. Lecz odniósł wrażenie, że za każdym razem kłamała.

Tracił też kontakt z Dennisem. Czuł, że dzieciak oddala się od niego, osiągając przedwcześnie prędkość ucieczki. To tyle, Dennisie. Bywaj, nieznajomy. Miło było przejechać się z tobą. Terry twierdziła, że chłopak pali trawkę. Czasami czuła jej zapach. Będziesz musiał z nim pomówić, Hal. A on przytaknął. Lecz jak dotąd nie znalazł jeszcze stosownej okazji.

Chłopcy spali. Terry spała. Hal poszedł do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Usiadł na zamkniętej pokrywie sedesu i spojrzał na małpę.

Nienawidził jej dotyku: miękkiego, kędzierzawego, brązowego futra, miejscami zupełnie przetartego. Nienawidził jej uśmiechu. Ta małpa szczerzy się jak czarnuch - powiedział kiedyś wujek Will. Ale to nieprawda. Nie uśmiechała się jak czarnuch ani w ogóle jak człowiek. Ukazywała jedynie wyszczerzone zęby. A jeśli nakręciło się mechanizm, jej wargi poruszały się, a kły zdawały się rosnąć, zmieniać się w zęby wampira, wargi wykrzywiały się, talerze uderzały o siebie, głupia małpa, głupia nakręcana małpa, głupia, głupia...



1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna