Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona12/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   8   9   10   11   12   13   14   15   ...   49

- Gdyby tak się stało, samochód będzie twój. Prosiłbym cię tylko o to, żebyś zaopiekował się Billym tak dobrze i długo, jak będziesz mógł.

Ollie dokończył piwo, po czym wrzucił pustą puszkę do chłodziarki; sądząc po odgłosie, takich puszek było tam już sporo. Z kieszeni spodni wystawała mu rękojeść rewolweru Amandy.

- Na południe? - zapytał, patrząc mi prosto w oczy.

- Tak mi się wydaje. Na południe, żeby jak najprędzej wyjechać z mgły.

- Ile masz paliwa?

- Prawie cały bak.

- Przyszło ci do głowy, że być może nic to nie da? Przyszło. Nie sposób było wykluczyć ewentualności, że ci głupcy z Projektu Grot Strzały na przykład przeciągnęli całą okolicę w inny wymiar.

- Owszem - przyznałem - ale możemy jedynie stąd pryskać lub potulnie czekać na decyzję pani Carmody, komu przypadnie zaszczytne pierwszeństwo wstąpienia na ołtarz ofiarny.

- Chcesz wyruszyć jeszcze dzisiaj?

- Nie. Już jest popołudnie, a po ciemku uaktywniają się potwory. Jutro z samego rana.

- Kto się zabierze?

- Ja, ty, Billy, Hattie Turman, Amanda Dumfries, Cornell i pani Reppler. Może jeszcze Bud Brown. To w sumie osiem osób, ale Billy może usiąść komuś na kolanach, a reszta jakoś się ścieśni.

Zastanawiał się przez chwilę.

- Zgoda - oświadczył wreszcie. - Spróbujemy. Mówiłeś o tym komuś?

- Jeszcze nie.

- Więc radzę ci, żebyś co najmniej do czwartej rano trzymał gębę na kłódkę. Zgromadzę trochę zapasów przy kasie najbliżej drzwi. Przy odrobinie szczęścia wymkniemy się, zanim ktokolwiek się zorientuje, co się dzieje. - Ponownie przeniósł spojrzenie na panią Carmody. - Gdyby dowiedziała się za wcześnie, mogłaby spróbować nas zatrzymać.

- Tak myślisz? Otworzył kolejne piwo.

- Tak myślę.


To popołudnie - wczorajsze popołudnie - upływało w zwolnionym tempie. Mgła stopniowo nasączała się mrokiem; o wpół do dziewiątej za oknami supermarketu rozpościerała się już niemal nieprzenikniona ciemność.

Wkrótce potem powróciły różowe robale, a razem z nimi niby-ptaki; nadlatywały z mroku i porywały je z szyb. Od czasu do czasu do naszych uszu docierał odległy ryk, tuż po północy dość blisko rozległ się mrożący krew w żyłach odgłos - taki, jaki mógłby wydać ogromny samiec aligatora w samym środku nieprzebytych moczarów. Ku oknom natychmiast zwróciły się przerażone, zdezorientowane twarze.

Sytuacja rozwijała się zgodnie z przewidywaniami Millera. Jeszcze przed świtem grupa zwolenników pani Carmody powiększyła się o kolejne trzy osoby. Był wśród nich McVey, rzeźnik; stał z rękami skrzyżowanymi na piersi i obserwował ją nieruchomym spojrzeniem.

Pani Carmody była jak w transie. W ogóle nie potrzebowała snu. Jej kazanie, wypełnione okropieństwami, jakich nie powstydziliby się Dore, Bosch lub Jonathan Edwards, ciągnęło się bez końca, lecz odniosłem wrażenie, iż powoli zaczyna się zbliżać do punktu kulminacyjnego. Słuchacze mamrotali pod nosami niektóre fragmenty i kołysali się jak w hipnotycznym śnie. Mieli błyszczące, martwe oczy. Rzuciła na nich urok.

Około trzeciej nad ranem (kazanie wciąż trwało; ci, którzy nie byli nim zainteresowani, wycofali się w głąb sklepu, żeby choć trochę się zdrzemnąć) zauważyłem, że Ollie upycha na półce pod jedną z kas pokaźną torbę. Pół godziny później dołączyła do niej druga. Chyba tylko ja to widziałem. Billy, Amanda i pani Turman spali przytuleni do siebie w ogołoconym dziale mięsnym. Dołączyłem do nich i zapadłem w niespokojną drzemkę.

Ollie obudził mnie kwadrans po czwartej. Towarzyszył mu Cornell; ukryte za grubymi szkłami oczy starego mężczyzny błyszczały z podniecenia.

- Już pora, Davidzie - wyszeptał Ollie.

Poczułem silny skurcz żołądka, ale niemiłe doznanie szybko minęło. Obudziłem Amandę. Przez chwilę zastanawiałem się, jak pogodzić obecność Amandy i Stephanie w tym samym samochodzie, ale szybko doszedłem do wniosku, że zamiast zaprzątać sobie głowę takimi problemami, powinienem brać sprawy takie, jakie są.

Wspaniałe zielone oczy otworzyły się i spojrzały prosto na mnie.

- David?


- Spróbujemy się stąd wydostać. Idziesz z nami?

- O czym ty mówisz?

Zacząłem jej wyjaśniać, ale zaraz przerwałem, obudziłem panią Turman i powiedziałem wszystko od początku, żeby uniknąć konieczności późniejszego powtarzania całej przemowy.

- Twoja teoria dotycząca węchu nie opiera się na żadnych konkretnych dowodach, prawda? - zapytała Amanda, kiedy skończyłem.

- Niestety nie.

- Dla mnie to bez znaczenia. - oświadczyła Hattie. Była potwornie blada i miała ogromne sińce pod oczami. - Jestem gotowa podjąć każde ryzyko, żeby tylko znowu zobaczyć słońce.

Żeby znowu zobaczyć słońce... Przez moje ciało przebiegł lekki dreszcz. Pani Turman nieświadomie trafiła w centralny punkt moich lęków, wydobyła na wierzch przyczynę dręczącego mnie, nie do końca uświadamianego przeświadczenia o nieuchronnej zagładzie, które narodziło się chyba już w chwili, kiedy potężne macki wyciągnęły Norma z magazynu. Oglądane przez mgłę słońce przypominało małą srebrną monetę. Zupełnie jakbyśmy byli na Wenus.

To nie była sprawka monstrualnych stworów kryjących się we mgle; jedno uderzenie łomem dowiodło ponad wszelką wątpliwość, iż nie są Lovecraftowskimi upiorami obdarzonymi nieśmiertelnością, lecz organicznymi tworami o wielu czułych punktach. To mgła pozbawiała nas sił i woli walki. Żeby znowu zobaczyć słońce... Miała rację. Dla tego jednego powodu warto było przejść przez każde piekło.

Uśmiechnąłem się do niej; zrewanżowała mi się tym samym.

- Ja też idę - powiedziała Amanda. Zacząłem delikatnie budzić Billy'ego.


- Jestem z wami - oznajmiła lakonicznie pani Reppler.

Zebraliśmy się przy ladzie chłodniczej z mięsem. Nie było z nami Buda Browna; uprzejmie podziękował za zaproszenie, ale je odrzucił. Oświadczył, że nie może opuścić sklepu, lecz zaraz potem dodał zaskakująco łagodnym tonem, że nie ma o to najmniejszych pretensji do Olliego.

Z wnętrza długiej emaliowanej rynny zaczął się już wydobywać nieprzyjemny słodkawy zapaszek - taki sam, jaki poczuliśmy w domu po tygodniowym pobycie na Cape Cod, kiedy okazało się, że nie działa zamrażarka. Być może właśnie odór psującego się mięsa skłonił McVeya do przyłączenia się do grupy pani Carmody.

- ...pokuta! Powinniśmy teraz myśleć o pokucie! Ukarano nas batogami i plagą skorpionów! Ukarano nas za grzebanie w tajemnicach, które Bóg już dawno zabronił zgłębiać! Ujrzeliśmy na własne oczy, jak otwierają się usta Ziemi, zobaczyliśmy najokropniejsze koszmary. Skała ich nie ukryje, martwe drzewo nie da im schronienia. Jak to się skończy? Co zdoła powstrzymać zagładę?

- Pokuta! - wykrzyknął stary, dobry Myron LaFleur.

- Pokuta... pokuta... - zawtórowały mu niepewne szepty.

- Chcę was słyszeć! Chcę wiedzieć, że naprawdę w to wierzycie! - wrzasnęła pani Carmody.

Żyły wystąpiły jej na szyi, schrypnięty głos trochę się załamywał, lecz nadal był zdumiewająco silny. Nagle przyszło mi do głowy, że tę siłę dała jej mgła - siłę, dzięki której mogła mącić ludziom w głowach i prezentować zaskakującą bystrość umysłu - dokładnie w tym samym czasie, kiedy nam wszystkim odebrała moc płynącą ze słońca. Wcześniej pani Carmody była tylko nieco zdziwaczałą starą kobietą prowadzącą sklep ze starociami w miasteczku, w którym aż roiło się od takich przybytków. Tylko starą kobietą z kilkoma wypchanymi zwierzakami na zapleczu i reputacją

(ta wiedźma... ta cipa)

znachorki. Powiadano, że potrafi znaleźć wodę za pomocą różdżki, że umie spędzać kurzajki i że sprzedaje krem, który pozwala w krótkim czasie pozbyć się wszystkich piegów. Słyszałem nawet (chyba mówił mi o tym Bill Giosti), iż od pani Carmody można (w całkowitym zaufaniu) zasięgać porad dotyczących życia seksualnego i że sporządzona przez nią mikstura potrafi tchnąć nowe życie w twój wyeksploatowany narząd.

- POKUTA! - wrzasnęli razem.

- Tak jest: pokuta! - wołała z uniesieniem. - Tylko dzięki pokucie pozbędziemy się tej mgły! Dzięki naszej pokucie odejdą precz potwory i ohydztwa! Dzięki pokucie łuski opadną z naszych oczu i wreszcie ujrzymy światło! - Ściszyła nieco głos. - A co napisano o pokucie w Piśmie Świętym? Czym, w oczach Pana, można odkupić winy?

- Krwią!

Tym razem dreszcz, który wstrząsnął moim ciałem, był znacznie silniejszy, a na dodatek włosy zjeżyły mi się na głowie. Słowo "krew" padło z ust McVeya, rzeźnika, który uprawiał swoją profesję już wtedy, kiedy jako mały chłopiec przyjeżdżałem do miasta i wchodziłem do sklepu, trzymając ojca za rękę. McVey wydający polecenia pracownikom i osobiście porcjujący mięso w poplamionym krwią fartuchu. McVey, który doskonale posługuje się nożem, a także toporem i piłą. McVey, który lepiej niż ktokolwiek na świecie zdaje sobie sprawę, iż oczyszczenie duszy następuje poprzez rany zadawane ciału.

- Krew... - rozszedł się szept.

- Tatusiu, ja się boję - powiedział Billy, niemal miażdżąc mi palce w swojej małej dłoni. Twarz miał bladą i ściągniętą.

- Ollie, zwiewajmy z tego domu wariatów - rzuciłem.

- Z przyjemnością - odparł.

Ruszyliśmy w kierunku kas luźną grupą: Ollie, Amanda, Cornell, pani Turman, pani Reppler, Billy i ja. Była za kwadrans piąta, mgła powoli zaczynała się rozjaśniać.

- Ty i Cornell weźmiecie torby z zapasami - powiedział Ollie.

- Dobrze.

- Ja pójdę pierwszy. Twój wóz ma czworo drzwi, prawda?

- Aha.

- W takim razie otworzę drzwi kierowcy i tylne, po tej samej stronie. Pani Dumfries, czy da pani radę przenieść Billy'ego?



Bez słowa wzięła go na ręce.

- Nie jestem za ciężki? - zapytał.

- Skądże znowu, skarbie.

- To dobrze.

- Pani wskakuje z przodu i przesiada się na miejsce pasażera, pani Turman też na przód, pośrodku, David za kierownicę. Reszta...

- A wy dokąd się wybieracie? To była pani Carmody.

Blokowała dostęp do kasy, pod którą Ollie ukrył nasz prowiant. W szarawym półmroku jej krzykliwy strój był jaskrawożółtą plamą. Potargane włosy sterczały we wszystkie strony, zupełnie jak Elsie Lanchester w "Narzeczonej Frankensteina", oczy błyszczały. Za jej plecami tłoczyło się dziesięć albo piętnaście osób, zasłaniając zarówno drzwi wejściowe, jak i wyjściowe. Wszyscy wyglądali jak ofiary wypadków samochodowych, świadkowie lądowania UFO albo jak ludzie, którzy na własne oczy widzieli maszerujące o własnych siłach drzewa.

Billy ukrył twarz na ramieniu Amandy.

- Wychodzimy - odparł Ollie zaskakująco spokojnym, niemal uprzejmym tonem. - Proszę nas przepuścić.

- Nie możecie stąd wyjść. Na zewnątrz czai się śmierć. Czyżbyście o tym zapomnieli?

- Nie przeszkadzaliśmy pani, więc proszę nam też nie przeszkadzać - powiedziałem.

Chyba od początku wiedziała, co planujemy, schyliła się bowiem i wyciągnęła z półki pod kasą ukryte przez Olliego torby z zapasami. Jedna z nich pękła, po posadzce potoczyły się puszki. Drugą torbę celowo rzuciła na podłogę; rozległ się brzęk tłuczonego szkła, pociekły soki i woda mineralna.

- Właśnie tacy ludzie ściągnęli na nas to nieszczęście! - wykrzyknęła ochrypłym głosem. - Ludzie, którzy nie chcą podporządkować się woli Najwyższego! Grzeszą pychą, są hardzi i mają twarde karki. To ktoś z nich musi zostać złożony w ofierze! To z ich ran musi popłynąć krew odkupienia!

Poparł ją gwar podekscytowanych głosów. Naprawdę była w transie, ślina pryskała z jej ust, kiedy krzyczała w uniesieniu:

- Chcemy chłopca! On będzie naszą błagalną ofiarą! Bierzcie go!

Ruszyli ku nam, na przedzie Myron LaFleur z szalonymi, rozradowanymi oczami, tuż za nim McVey z nieruchomą, skupioną twarzą.

Amanda objęła Billy'ego jeszcze mocniej i zaczęła się cofać. Odwróciła się ku mnie, wbiła przerażone spojrzenie w moją twarz.

- Davidzie, co...

- Oboje! - wrzasnęła pani Carmody. - Bierzcie oboje! Tę dziwkę też! - Wyglądała jak przeraźliwie żółty, ruchomy pomnik grobowej radości. Przez ramię wciąż miała przewieszoną ogromną torebkę. - Bierzcie... oboje... tę dziwkę... też... bierzcie... oboje... tę dziwkę... też... - wykrzykiwała, podskakując z podniecenia.

Rozległ się pojedynczy, ostry huk wystrzału.

Zapanował całkowity bezruch, jakbyśmy byli klasą rozbrykanych bachorów, które nagle usłyszały trzaśniecie drzwi zamykanych przez nauczyciela. Myron LaFleur i McVey stanęli jak wryci jakieś dziesięć kroków od nas. Myron zerknął niepewnie na rzeźnika, lecz ten chyba nawet nie zdawał sobie sprawy z jego obecności. Miał zupełnie pusty, obojętny wyraz twarzy - ostatnio zbyt często zdarzało mi się go oglądać. Umysł McVeya nie wytrzymał obciążenia i pękł jak spróchniała gałąź.

Myron cofał się powoli, wpatrując się w Olliego szeroko otwartymi, przerażonymi oczami. Po chwili odwrócił się i rzucił do ucieczki; skręcając w alejkę, potknął się o jakąś puszkę, przewrócił, ale natychmiast poderwał się na nogi i pobiegł dalej.

Ollie stał w klasycznej pozycji strzeleckiej, ściskając oburącz rękojeść rewolweru Amandy. Pani Carmody wciąż tkwiła przy kasie; ręce pokryte plamami wątrobianymi przyciskała do brzucha, spomiędzy palców płynęła krew i rozlewała się po żółtych spodniach.

Otworzyła usta... Zamknęła... Otworzyła... Znowu zamknęła. Usiłowała coś powiedzieć. Wreszcie jej się udało:

- Wszyscy tam zginiecie...

Bardzo powoli pochyliła się do przodu, po czym osunęła się na posadzkę. Torba spadła jej z ramienia, ze środka wypadła zawinięta w papier fiolka i potoczyła mi się pod nogi. Podniosłem ją odruchowo: tabletki przeciwko zgadze. Z obrzydzeniem rzuciłem fiolkę na podłogę. Nie chciałem mieć kontaktu z niczym, co należało do tej kobiety.

Zbici z tropu, zdezorientowani "wierni" rozchodzili się powoli, ale prawie nikt z nich nie odwrócił jeszcze wzroku od martwego ciała otoczonego kałużą ciemnej krwi.

- Zamordowaliście ją! - wykrzyknął ktoś oskarżycielskim tonem.

Nikt jakoś nie uznał za stosowne zauważyć, że los, jaki ją spotkał, miał się stać udziałem mego syna.

Ollie wciąż nawet nie drgnął, ale zaczęły mu drżeć usta. Delikatnie położyłem rękę na jego ramieniu.

- Chodźmy już. I dziękuję.

- Zabiłem ją - wykrztusił. - Niech mnie szlag trafi! Ja ją zabiłem...

- Owszem. Właśnie za to ci podziękowałem. A teraz chodźmy.

Ponownie ruszyliśmy w kierunku drzwi. Ponieważ pani Carmody uwolniła nas od konieczności niesienia toreb z zapasami, mogłem wziąć Billy'ego na ręce.

- Nie zastrzeliłbym jej, Davidzie - powiedział cicho Ollie, kiedy na chwilę zatrzymaliśmy się przy drzwiach. - Na pewno bym jej nie zastrzelił, gdyby było jakieś inne wyjście.

- Wiem.


- Wierzysz mi?

- Jasne.


- W takim razie idziemy. Wyszliśmy.
11. KONIEC
Ollie, wciąż z rewolwerem w ręce, poruszał się w błyskawicznym tempie; zanim zdążyłem zrobić z Billym choćby dwa kroki, on już był przy moim samochodzie, niczym duch z filmu telewizyjnego. Otworzył przednie drzwi, tylne, a potem coś wyskoczyło z mgły i niemal przecięło go na pół.

Nie zdołałem się temu czemuś dobrze przyjrzeć, i bardzo się z tego cieszę. Wiem tylko, że było czerwone jak rozwścieczony homar, miało szpony i basowo pochrząkiwało; bardzo podobne odgłosy usłyszeliśmy wkrótce po tym, jak Norton wyruszył ze swoją grupą na fatalną wyprawę.

Ollie zdążył tylko raz nacisnąć spust. Szponiaste łapy wykonały gwałtowny ruch, a on zniknął w straszliwej erupcji krwi. Rewolwer wysunął mu się z ręki, spadł na asfalt i wystrzelił raz jeszcze. Mignęły mi czarne, matowe ślepia rozmiarów kiści winogron, po czym koszmarne stworzenie schroniło się we mgle ze szczątkami Olliego Weeksa w objęciach, ciągnąc za sobą długi, wielosegmentowy odwłok podobny do odwłoku skorpiona.

W następnym ułamku sekundy musiałem dokonać wyboru: połową duszy pragnąłem natychmiast popędzić z powrotem do supermarketu, druga połowa kazała mi podbiec do scouta, wrzucić Billy'ego do środka i wskoczyć za nim. Niemal w tej samej chwili rozległ się przeraźliwy, histeryczny krzyk Amandy, coraz głośniejszy i wyższy, sięgający niemal, ultradźwięków. Billy przycisnął się do mnie tak mocno, że niemal zmiażdżył mi żebra.

Pająk - bardzo duży pająk - dopadł Hattie Turman, przewrócił ją na ziemię i przykucnął nad nią. Wyglądało to tak, jakby delikatnie masował jej ramiona włochatymi odnóżami, lecz w rzeczywistości błyskawicznie oplatał ją przędzą. Pani Carmody miała rację, przemknęło mi przez głowę. Wszyscy tu zginiemy. Wszyscy, co do jednego.

- Amanda! - ryknąłem.

Krzyczała nadal jak w transie. Pająk w dalszym ciągu pracowicie plótł kokon wokół ciała opiekunki Billy'ego, która uwielbiała krzyżówki i rozmaite łamigłówki - takie, co to każdego normalnego człowieka najdalej w ciągu kilku minut przyprawiają o pomieszanie zmysłów. Białe włókna krzyżujące się na chudych nogach, tułowiu i ramionach w wielu miejscach były już poplamione krwią.

Cornell powoli wycofywał się w kierunku sklepu. Oczy za okularami były wielkości spodków. Nagle odwrócił się, dopadł drzwi, pchnął je rozpaczliwie i wpadł do środka.

Zaraz potem minęło mi rozdwojenie jaźni: pani Reppler żywo wystąpiła naprzód i z całej siły uderzyła Amandę w twarz - najpierw z forehandu, zaraz potem z backhandu. Amanda umilkła, ja zaś doskoczyłem do niej, obróciłem ją twarzą w kierunku scouta i krzyknąłem co sił w płucach:

- Biegnij!

Pobiegła. Pani Reppler przemknęła obok mnie, wepchnęła Amandę na tylną kanapę, wsiadła za nią i zatrzasnęła drzwi.

Rozerwałem stalowy uścisk Billy'ego i wrzuciłem go do środka. Kiedy wskakiwałem na fotel kierowcy, jedna z białych pajęczych nici spłynęła mi na kostkę. Poczułem pieczenie, jakby w tym miejscu przesunęła się błyskawicznie cienka żyłka - tyle że znacznie silniejsze. Z całej siły szarpnąłem nogą, nić pękła, a ja wślizgnąłem się za kierownicę.

- Zamknij drzwi na litość boską zamknij drzwi prędko zamknij drzwi! - krzyczała Amanda.

Sekundę po tym, jak udało mi się je zatrzasnąć, w szybę z cichym pacnięciem uderzył spory pająk. Zaledwie kilkanaście centymetrów od twarzy miałem czerwone, drapieżnie głupie oczy, włochate odnóża grubości mego przedramienia bezradnie skrobały karoserię. Amanda krzyczała już bez przerwy.

- Kobieto, przymknij się wreszcie! - poradziła jej pani Reppler.

Pająk zrezygnował. Nie czuł naszego zapachu, więc przestaliśmy dla niego istnieć. Potruchtał w mgłę, zblakł, wreszcie zniknął.

Rozejrzałem się ostrożnie, czy nie nadchodzi następny, po czym otworzyłem drzwi.

- Co robisz?! - wrzasnęła Amanda.

Dobrze wiedziałem, co robię. Myślę, że Ollie postąpiłby tak samo. Wychyliłem się na zewnątrz i zgarnąłem z asfaltu rewolwer. Coś się na mnie rzuciło, lecz zanim zdążyłem to zobaczyć, cofnąłem się i zatrzasnąłem drzwi.

Amanda już nie krzyczała, tylko rozpaczliwie szlochała. Pani Reppler otoczyła ją ramieniem i próbowała pocieszyć.

- Tatusiu, czy jedziemy do domu? - zapytał Billy.

- Spróbujemy, mistrzu.

- To dobrze - powiedział cicho. Zabezpieczyłem rewolwer, a następnie włożyłem go do schowka. Ollie naładował go przed wyprawą do drogerii. Zapasowa amunicja przepadła razem z nim - trudno. Strzelił do pani Carmody, strzelił do stwora ze szponami, potem rewolwer wypalił jeszcze raz, kiedy uderzył o asfalt. W samochodzie było nas czworo, wiedziałem jednak, że gdyby doszło do najgorszego i zabrakło dla mnie kuli, wymyślę jakieś inne rozwiązanie.

Przez kilka mrożących krew w żyłach sekund nie mogłem znaleźć kluczyków. Sprawdziłem we wszystkich kieszeniach - bez rezultatu. Przeszukałem kieszenie jeszcze raz, powoli, zmuszając się do zachowania spokoju. Kluczyki znalazły się w dżinsach; po prostu schowały pod drobnymi, jak to kluczyki. Silnik zaskoczył za pierwszym razem. Słysząc jego flegmatyczny pomruk, Amanda wybuchnęła płaczem.

Czekałem, żeby sprawdzić, czy warkot silnika lub woń spalin zwróci na nas czyjąś uwagę. Minęło pięć najdłuższych minut mojego życia. Nic się nie wydarzyło.

- Długo jeszcze będziemy tu sterczeć? - zapytała wreszcie pani Reppler.

- Nie - odparłem. - Już jedziemy.

Cofnąłem samochód i włączyłem światła mijania.

Ulegając wewnętrznemu nakazowi (być może jednemu z tych najbardziej podstawowych), w żółwim tempie przejechałem przy samej przeszklonej ścianie supermarketu. Wzniesione przez nas obwałowania uniemożliwiały ogarnięcie wzrokiem wnętrza - takie nagromadzenie worków z nawozami sztucznymi sprawiało, że sklep wyglądał jak podczas szczytu jakiejś ogrodniczej promocji - lecz w każdym otworze obserwacyjnym dostrzegłem dwie albo trzy twarze. Potem skręciłem w lewo i mgła zamknęła się za nami. Nie mam pojęcia, jaki los spotkał tych ludzi.

Jechałem Kansas Road z prędkością siedmiu, może ośmiu kilometrów na godzinę. Reflektory oświetlały drogę najwyżej na trzy metry przed maską.

Miller miał rację: ziemia wyglądała jak po silnych wstrząsach. Miejscami szosa tylko popękała, tu i ówdzie jednak natrafialiśmy na rozległe zapadliska lub potężne wybrzuszenia. Bogu dzięki, napęd na dwie osie pozwolił nam jakoś pokonać te przeszkody, przez cały czas jednak potwornie się bałem, iż prędzej czy później natrafimy na taką, wobec której nawet mój scout okaże się bezradny.

Na pokonanie trasy, którą zazwyczaj przejeżdżałem w siedem albo osiem minut, tym razem potrzebowałem czterdziestu. Wreszcie z mgły wyłonił się znak stojący przy naszej drodze. Billy, który był przecież na nogach od piątej rano, zdążył tymczasem zapaść w głęboki sen. W znajomym wnętrzu samochodu czuł się prawie jak w domu.

Amanda wytężała wzrok, usiłując cokolwiek dojrzeć na bocznej drodze.

- Naprawdę chcesz tam jechać?

- Spróbuję.

Nie dałem rady. Nocna burza osłabiła wiele drzew, a tajemnicze tąpnięcie dokończyło dzieła zniszczenia. Przez dwa jakoś przejechaliśmy, ale to były młodziaki. Zaraz za nimi w poprzek drogi leżała potężna wiekowa sosna; od domu dzieliło nas jeszcze około czterystu metrów. Billy wciąż spał obok mnie, a ja zatrzymałem wóz, zakryłem twarz rękami i usiłowałem coś wymyślić.


Teraz, kiedy siedzę w restauracji motelu Howarda Johnsona w pobliżu zjazdu numer 3 z autostrady stanowej i spisuję to wszystko na papierze z motelowej papeterii, jestem prawie pewien, że pani Reppler, ta rzeczowa i twarda stara dama, w paru krótkich zdaniach mogła wyłożyć całą beznadziejność mojej sytuacji. Okazała się jednak na tyle delikatna, że pozwoliła mi samodzielnie dojść do oczywistych wniosków.

Nie mogłem wysiąść z samochodu. Nie mogłem ich zostawić. Nie mogłem nawet się łudzić, że wszystkie straszydła z filmów grozy zostały tam, przy supermarkecie; wystarczyło uchylić okno, żeby usłyszeć, jak buszują po lesie. Z liści kapała woda, w górze przez mgłę od czasu do czasu przemykał cień, kiedy śmigało nad nami jakieś upiorne latające stworzenie.

Usiłowałem sobie wmówić - usiłuję nawet teraz - że jeśli działała bardzo szybko, jeśli zdążyła zamknąć się w domu, to miała tam wody i żywności na dziesięć dni, może nawet na dwa tygodnie... ale to niewiele daje. Najbardziej przeszkadza mi wspomnienie chwili, kiedy widziałem ją po raz ostatni, w słomianym kapeluszu z szerokim rondem i ogrodniczych rękawiczkach, maszerującą do naszego miniaturowego ogródka warzywnego, podczas gdy za jej plecami od strony jeziora nieuchronnie nadciągała mgła.

Teraz muszę myśleć o Billym, powtarzam sobie. O Billym. O mistrzu. Powinienem chyba napisać to ze sto razy jak dzieciak, któremu za karę kazano kaligrafować zdanie "Nie będę strzelał w kolegów kulkami z papieru", kiedy przez otwarte okna sączy się słoneczna popołudniowa cisza, a nauczycielka sprawdza przy biurku prace domowe i słychać tylko skrzypienie jej pióra, podczas gdy gdzieś hen, daleko, chłopcy wybierają składy do gry w piłkę.

W końcu zrobiłem jedyną rzecz, jaka mi została: wrzuciłem wsteczny bieg, ostrożnie wycofałem scouta na Kansas Road, po czym wybuchnąłem płaczem.

Amanda nieśmiało położyła mi rękę na ramieniu.

- Tak mi przykro, Davidzie...

- Mnie też - odparłem, bez powodzenia usiłując zapanować nad łzami. - Mnie też.


Dojechałem do szosy numer 302 i skręciłem w lewo, w kierunku Portland. Ta droga również była zniszczona, jechało się nią jednak łatwiej niż po Kansas Road. Najbardziej niepokoił mnie stan mostów; przez Maine płynie niezliczenie wiele rzek, więc wszędzie jest mnóstwo mostów, dużych i małych. Na szczęście most w Naples był nietknięty, stamtąd zaś wiodła już prosta droga do Portland.

Mgła ani trochę nie zrzedła. W pewnej chwili zatrzymałem samochód, przekonany, że szosę zatarasowały pnie zwalonych drzew; zaraz potem rzekome drzewa zaczęły się wić i przesuwać. To były gigantyczne macki. Innym razem na masce przysiadło duże latające stworzenie o opalizującej zielonej skórze i długich przezroczystych skrzydłach. Trochę przypominało mocno zdegenerowaną ważkę. Przez jakiś czas jechało z nami, a potem odleciało.



1   ...   8   9   10   11   12   13   14   15   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna