Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona11/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   49

- Po co to pani? - zapytał Jim.

- Nie mam pojęcia. - Mówiła cicho, z chrypką, bardzo spokojnie. - Lepiej się czuję, kiedy mam ją przy sobie. - Przyjrzała mu się uważnie. - Ty jesteś Jim Grondin, prawda? Czy ja cię aby nie uczyłam?

Jim uśmiechnął się niepewnie.

- Owszem, proszę pani. Mnie i moją siostrę Pauline.

- Co, trochę za dużo się wczoraj wypiło?

Chociaż był wyższy od niej o dwie głowy i cięższy co najmniej o pięćdziesiąt kilogramów, zaczerwienił się aż po cebulki ostrzyżonych na jeża włosów.

- Eee... To znaczy...

Nie czekała, aż skończy.

- Wydaje mi się, że jesteśmy gotowi - powiedziała. Każdy zabrał coś, co mogło posłużyć jako broń, choć trudno byłoby nazwać tę zbieraninę groźnym arsenałem. Ollie miał rewolwer Amandy, Buddy Eagleton łom, ja - kij od szczotki.

- W porządku - przemówił Dan Miller podniesionym głosem. - Mogę prosić o chwilę uwagi?

Przy drzwiach zgromadziło się kilkanaście osób. Nieco z boku stała pani Carmody i jej nowi przyjaciele.

- Idziemy do drogerii, żeby sprawdzić, jak tam wygląda sytuacja. Miejmy nadzieję, że znajdziemy coś, co pomoże pani Clapham. - Tak nazywała się starsza kobieta stratowana minionego dnia przez tłum. Miała złamaną nogę i bardzo cierpiała.

Miller przesunął po nas spojrzeniem.

- Nie ryzykujemy. Jak tylko zauważymy coś podejrzanego, natychmiast wracamy do sklepu...

- I ściągacie nam na głowy hordę wysłanników piekła! - wykrzyknęła piskliwym głosem pani Carmody.

- Właśnie! - zawtórowała jej jedna z urlopowiczek. - Zwrócicie na nas ich uwagę! Przyjdą po nas! Dlaczego nie możecie siedzieć tutaj, gdzie wam dobrze?

Wśród grupki gapiów rozległo się kilka potakujących pomruków.

- Czyżby naprawdę było pani tu dobrze? - zapytałem. Zmieszana, opuściła wzrok.

Pani Carmody wystąpiła krok naprzód i potoczyła dokoła płomiennym spojrzeniem.

- Zginiesz tam, Davidzie Drayton! Czy chcesz, żeby twój syn został sierotą?

Patrzyła nam kolejno w oczy. Buddy Eagleton odwrócił głowę i jednocześnie uniósł łom, jakby chciał ją odstraszyć.

- Wszyscy tam zginiecie! Nie zdajecie sobie sprawy, że nadszedł koniec świata? Wróg znalazł się na wolności! Na niebie świeci Gwiazda Goryczy i każdy, kto postawi stopę na zewnątrz, zostanie rozszarpany na strzępy! A potem, tak jak mówi ta mądra kobieta, potwory zjawią się po nas! Czy zamierzacie do tego dopuścić? - Teraz przemawiała do gapiów. Zauważyłem kilka potakujących głów. - Po tym, co wczoraj spotkało niedowiarków? Tam jest śmierć! Śmierć! To...

Nad głowami zebranych przeleciała puszka z gruszkami w syropie i uderzyła panią Carmody w prawą pierś tak mocno, że kobieta boleśnie stęknęła i zatoczyła się do tyłu. Chwilę potem ktoś rozepchnął gapiów i wystąpił naprzód: Amanda.

- Zamknij się! Masz się natychmiast zamknąć, ty okropna wrono!

- Ona służy Złemu! - wykrzyknęła. Na jej twarzy rozkwitł szyderczy uśmiech. - Z kim spałaś tej nocy, panienko? Powiedz, z kim spędziłaś tę noc? Mama Carmody widzi takie rzeczy! O tak, mama Carmody widzi rzeczy, na które inni nie zwracają uwagi!

Jednak czar, który udało jej się wytworzyć, prysł, a i Amanda nie ugięła się pod jej przeszywającym spojrzeniem.

- Idziemy czy będziemy tak tutaj stać do południa? - zapytała pani Reppler rzeczowym tonem.

Poszliśmy. Na Boga, poszliśmy.
Pochód otwierał Dan Miller, Ollie szedł drugi, ja ostatni. Przed sobą miałem panią Reppler. Nigdy w życiu nie bałem się tak jak wtedy; ręka, w której ściskałem kij od szczotki, była śliska od potu.

Znowu czułem ledwo uchwytny, kwaśny, nienaturalny zapach. Zanim przeszedłem przez drzwi, Miller i Ollie już rozpłynęli się we mgle, a idący trzeci Hatlen był ledwo widoczny.

Tylko sześć metrów, powtarzałem w duchu. Tylko sześć metrów.

Pani Reppler szła spokojnym, pewnym krokiem, od niechcenia kołysząc rakietą. Po lewej stronie mieliśmy ścianę z czerwonej cegły, po prawej pierwszy rząd samochodów, majaczących we mgle niczym statki widma. Ze skłębionej bieli wyłonił się kolejny kosz na śmieci, zaraz potem zaś ławeczka, na której siadywali ludzie czekający w kolejce do automatu telefonicznego. Tylko sześć metrów, Miller jest już pewnie na miejscu, sześć metrów to najwyżej dziesięć albo dwanaście kroków, więc...

- Boże! - wrzasnął Miller. - Dobry Boże, spójrzcie na to! Tak, na pewno był już na miejscu.

Buddy Eagleton, który szedł przed panią Reppler, odwrócił się na pięcie. Miał szeroko otwarte, nieprzytomne oczy i z pewnością rzuciłby się do ucieczki, gdyby nauczycielka nie zapytała swoim rzeczowym, nieco zachrypniętym głosem:

- Można wiedzieć, dokąd się wybierasz, chłopcze?

To wystarczyło, żeby się opanował.

Kolejno dołączaliśmy do Millera. Zerknąłem w tył; wejście do supermarketu znikło we mgle. Ceglana ściana była czerwona tylko tuż przy mnie; pół metra dalej miała bladoróżowy kolor, a zaraz potem rozpływała się bez śladu. Czułem się tak samotny i bezradny jak nigdy w życiu - zupełnie jakbym dopiero co opuścił bezpieczne schronienie w łonie matki.

Wnętrze drogerii wyglądało jak jatka.

Miller i ja znaleźliśmy się najbliżej, tuż przy tym, co pozostało na miejscu masakry. Stworzenia żyjące we mgle bez wątpienia posługiwały się głównie węchem - było to całkiem naturalne, bo przecież ze wzroku miałyby niewielki pożytek. Ze słuchu może trochę większy, ale, jak już wspomniałem, mgła w przedziwny sposób zmieniała akustykę: bliskie odgłosy wydawały się niezmiernie odległe, te zaś, które dobiegały z daleka, zdawały się niekiedy rozbrzmiewać w pobliżu. Stwory z mgły ufały więc temu zmysłowi, który ich nie zwodził: węchowi.

My, którzy w chwili nadejścia mgły znajdowaliśmy się w supermarkecie, ocaleliśmy dzięki awarii elektryczności, ponieważ otwierające drzwi fotokomórki przestały działać i w pewnym sensie zostaliśmy odcięci od świata. Drzwi drogerii były otwarte na oścież. Przestała działać klimatyzacja, więc pracownicy sklepu otworzyli je i zablokowali gumowymi klinami, żeby wpuścić świeże powietrze. Niestety, razem z powietrzem do środka dostało się coś jeszcze...

W samym wejściu leżał na brzuchu mężczyzna w brązowoczerwonej bawełnianej koszulce. To znaczy, w pierwszej chwili uznałem, że to kolor koszulki, ale zaraz potem dostrzegłem kilka jasnych plam i uświadomiłem sobie, że koszulka była biała, natomiast brązowoczerwona barwa wzięła się z zaschniętej krwi. Coś jeszcze było z nim nie w porządku, ale co?... Buddy Eagleton odwrócił się i głośno zwymiotował, a ja nadal się zastanawiałem. Myślę, że kiedy widzisz coś tak... ostatecznego, twój umysł po prostu nie chce tego zaakceptować, i tyle - chyba że dzieje się to na wojnie.

Mężczyźnie brakowało głowy. Rozrzucone nogi leżały wewnątrz sklepu, głowa powinna więc spoczywać na niskim stopniu. Nie spoczywała, ponieważ jej nie było.

Jim Grondin miał dosyć. Obrócił się na pięcie, przycisnął ręce do ust, przez sekundę wpatrywał się we mnie wybałuszonymi, przekrwionymi oczami, a następnie chwiejnym krokiem ruszył z powrotem w kierunku, z którego przyszliśmy.

Pozostali zachowali spokój. Mike wszedł do środka, za nim Mike Hatlen, pani Reppler zajęła stanowisko po jednej stronie drzwi, po drugiej stanął Ollie z rewolwerem Amandy w ręce. Lufa była skierowana w chodnik.

- Chyba powoli zaczynam tracić nadzieję, Davidzie - powiedział cicho.

Buddy Eagleton opierał się o daszek nad automatem telefonicznym jak ktoś, kto właśnie otrzymał złą wiadomość z domu. Szerokimi barkami wstrząsał spazmatyczny szloch.

- Jeszcze nie spisuj nas na straty - odparłem, wchodząc do sklepu. Nie miałem najmniejszej ochoty tego robić, ale przecież obiecałem Billy'emu komiks.

Wnętrze drogerii przedstawiało opłakany widok. Wszędzie walały się porozrzucane towary; na podłodze tuż przy swoich stopach dostrzegłem "Spidermana" i "Hulka-Olbrzyma". Bez zastanowienia schyliłem się, podniosłem oba zeszyty i wepchnąłem je do tylnej kieszeni spodni. Na jednym z regałów wisiała oderwana ręka.

Poczułem się jak w absurdalnym śnie. Zniszczenia, masakra - to wszystko było wystarczająco przerażające, ale równocześnie nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w tym miejscu odbywało się jakieś szalone przyjęcie. Z sufitu, ścian oraz mebli zwieszały się długie wstęgi czegoś, co w pierwszej chwili wziąłem za serpentyny, jednak po bliższych oględzinach wyszło na jaw, że nimi nie są; przypominały raczej grube struny albo cienkie przewody elektryczne i były koloru mgły. Zaczęła mi po grzbiecie wędrować w górę kolumna mrówek. Nie krepa, więc co? Gdzieniegdzie wisiały na nich czasopisma i inne drobne przedmioty.

Mike Hatlen szturchał stopą jakiś podłużny czarny przedmiot.

- Co to może być, do wszystkich diabłów? - mruknął pod nosem.

Nagle zrozumiałem. Wiedziałem już, co zabiło tych nieszczęśników, którzy w chwili nadejścia mgły mieli pecha znaleźć się w drogerii i zostali zwęszeni przez potwory.

- Uciekajmy. - Miałem tak sucho w gardle, że mój głos zabrzmiał jak skrzeczenie ropuchy. - Uciekajmy stąd.

Ollie spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

- O co cho...

- To pajęczyna.

Niemal równocześnie rozległy się dwa okrzyki: pierwszy zaskoczenia, drugi - bólu. Krzyczał Jim. Jeśli rzeczywiście miał do spłacenia jakiś dług, to spłacał go właśnie teraz.

- Uciekajcie! - ryknąłem do Mike'a i Dana Millera.

Coś wystrzeliło z mgły. Na białym tle było prawie niewidoczne, ale za to doskonale słyszalne: odgłos przypominał oddany od niechcenia strzał z bicza. Zobaczyłem to dopiero wtedy, kiedy owinęło się wokół uda Buddy'ego Eagletona. Wrzasnął przeraźliwie i złapał za to, co akurat miał pod ręką, czyli za telefon. Słuchawka spadła z widełek, po czym zaczęła kołysać się na sznurze.

- Jezu, to boli! - krzyczał Buddy.

Ollie wyciągnął do niego obie ręce, a ja w tej samej chwili zrozumiałem, dlaczego zwłoki leżące w drzwiach nie mają głowy: cienki biały kabel, który owinął się wokół nogi Buddy'ego niczym jedwabny sznurek, zagłębiał się w jego ciało! Równiutko obcięta nogawka dżinsów zsuwała się powoli na ziemię, z wąskiej, biegnącej dokoła uda i coraz głębszej rany obficie płynęła krew.

Ollie pociągnął z całej siły, rozległ się suchy, niezbyt donośny trzask i Buddy znalazł się na wolności. Był tak zszokowany, że aż posiniały mu usta.

Mike i Dan rozpoczęli odwrót, ale zbyt powoli. Dan potknął się, wpadł na wiszące włókna i przykleił się nich jak mucha do lepu. Na szczęście zdołał się uwolnić gwałtownym szarpnięciem, ale stracił przy tym znaczną część koszuli.

Nagle rozległa się cała seria wystrzałów i w powietrzu zrobiło się gęsto od białych grubych włókien, pokrytych lepką żrącą substancją. Dwa zdołałem ominąć (zawdzięczałem to raczej szczęśliwemu trafowi niż szybkości reakcji), trzecie wylądowało tuż przede mną; asfalt natychmiast zasyczał i pojawiły się na nim bąble. Jeszcze jedno przemknęło tuż obok pani Reppler, która z zimną krwią uderzyła rakietą. "Ping! Ping! Ping!" - rozkrzyczały się przecinane żyłki w szaleńczym pizzicato. Zaraz potem biały kabel owinął się wokół rękojeści rakiety i wyszarpnął ją kobiecie z dłoni.

- Wracamy! - wykrzyknął Ollie.

Nie musiał dwa razy powtarzać. Podtrzymywał słaniającego się Buddy'ego, Dan Miller i Mike Hatlen biegli po obu stronach pani Reppler. Białe włókna wciąż nadlatywały z mgły, widoczne tylko na tle czerwonej ceglanej ściany.

Jedno z nich owinęła się wokół lewego przedramienia Mike'a Hatlena, drugie błyskawicznie oplotło mu szyję. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, odciągnęły go w mgłę. Z nogi zsunął mu się biały sportowy but i został na ziemi.

Buddy nagle runął na asfalt, niemal pociągając Olliego za sobą.

- Zemdlał - wystękał Ollie. - Pomóż mi, Davidzie!

Złapałem Buddy'ego wpół i wspólnie z Olliem pociągnęliśmy go po asfalcie. Chociaż nieprzytomny, wciąż kurczowo ściskał łom. Noga, w którą wgryzło się białe włókno, odgięła się pod przerażającym kątem.

Pani Reppler odwróciła ku nam głowę.

- Uważajcie! Z tyłu!

Zanim zdążyłem się odwrócić, nadleciała biała gruba nić i opadła na potylicę Millera. Natychmiast zaczął jak szaleniec wywijać rękami, usiłując zedrzeć ją z siebie.

Za naszymi plecami z mgły wyłonił się pająk. Był wielkości dużego psa, czarny w żółte pasy. Jak samochód wyścigowy, przemknęła mi przez głowę absurdalna myśl. Oczy miał czerwonofioletowe. Dziarsko zmierzał ku nam na dwunastu albo nawet czternastu nogach o wielu stawach. To nie był zwyczajny pająk rozdęty do niesamowitych rozmiarów, lecz coś zupełnie innego, być może w żaden sposób niespokrewnione z pająkami. Gdyby Mike Hatlen zdążył go zobaczyć, z pewnością zrozumiałby, co to był za ciemny podłużny przedmiot, który znalazł w drogerii.

Zbliżał się w szybkim tempie, wyrzucając z siebie nić, która wyłaniała się z otworu w górnej części podbrzusza. Leciała ku nam szerokimi splotami w kształcie wachlarza. Kiedy patrzyłem na tę koszmarną istotę, mimo wszystko bardzo podobną do czarnych jak noc pająków skulonych nad martwymi muchami w najciemniejszych zakamarkach naszej szopy na łodzie, poczułem, jak mój umysł wierzga rozpaczliwie, usiłując zerwać krępujące go więzy rozsądku. Teraz jestem pewien, że tylko pamięć o Billym pozwoliła mi zachować resztki normalności. Z moich ust wydobywały się jakieś dźwięki, ale nie mam pojęcia, co to było - śmiech, krzyk czy szloch.

Ollie Weeks zachował natomiast olimpijski spokój. Bez śladu emocji, jak na strzelnicy, uniósł rewolwer Amandy i z bliska wpakował cały magazynek w pasiaste stworzenie. Bez względu na to, z jakiego piekła przybyło, nie było niezniszczalne. Z podziurawionego cielska trysnęła gęsta czarna ciecz, stwór zajęczał przeciągle tak niskim głosem, że raczej dało się go wyczuć niż usłyszeć, a następnie zawrócił i znikł we mgle. Gdyby nie kałuże czarnej substancji na asfalcie, można by uznać go za okropne przywidzenie.

Łom wysunął się z palców Buddy'ego i z donośnym brzęknięciem upadł na nawierzchnię parkingu.

- Nie żyje - powiedział Ollie. - Zostaw go, Davidzie. To pieprzone draństwo przecięło mu tętnicę. Zmiatajmy stąd, póki nie jest za późno.

Po okrągłej twarzy znowu spływały mu krople potu, wytrzeszczone oczy przypominały wyglądem jajka na twardo. Cieńsze od innych włókno przykleiło mu się do ręki; zerwał je natychmiast, ale na skórze została krwawa pręga.

- Uwaga! - wykrzyknęła pani Reppler.

Jak jeden mąż odwróciliśmy się w jej stronę. Ten pająk, dla odmiany, dopadł nogi Dana Millera i oplótł ją odnóżami w jakimś szaleńczym paroksyzmie miłości. Dan bezskutecznie walił go pięścią. Schyliłem się po łom Buddy'ego, ale kiedy się wyprostowałem, Miller był już częściowo opleciony białą nicią i miotał się w groteskowym, śmiertelnym tańcu.

Pani Reppler podeszła szybkim krokiem z pojemnikiem raida w wyprostowanej ręce. Nacisnęła zawór i chmura środka owadobójczego uderzyła w jedno z dużych, lśniących jak drogocenny kamień oczu. Ponownie usłyszeliśmy, a raczej wyczuliśmy niski jęk, pająk zadrżał gwałtownie, po czym rozpoczął powolny odwrót, powłócząc odnóżami po asfalcie. Choć z pewnością kosztowało go to mnóstwo wysiłku, ciągnął za sobą spowite w kokon ciało Millera. Pani Reppler cisnęła za nim pustym opakowaniem; odbiło się od pękatego ciała i potoczyło pod najbliższy samochód. Pająk uderzył w bok małego sportowego auta na tyle silnie, że aż się zakołysało, a potem znikł we mgle.

Pani Reppler, blada jak kartka papieru, zachwiała się na nogach. Doskoczyłem do niej i podtrzymałem ją.

- Dziękuję, młody człowieku. Zrobiło mi się trochę słabo.

- Wszystko w porządku - odparłem zachrypniętym głosem.

- Uratowałabym go, gdybym mogła.

- Wiem.

Dołączył do nas Ollie. Przebiegliśmy kilka metrów dzielące nas od wejścia do supermarketu, omijając spadające gęsto wokół nas włókna. Jedno z nich przywarło do płóciennej torby pani Reppler; nauczycielka rozpaczliwie walczyła o swoją własność, ale w końcu przegrała.



Kiedy byliśmy już niemal przy drzwiach, przy samej ścianie budynku pojawił się szybko biegnący znacznie mniejszy pająk, wielkości młodego cocker spaniela. Nie wytwarzał nici; przypuszczalnie był jeszcze za młody.

Ollie naparł potężnym ramieniem na drzwi, rozsunął je i przytrzymał, żeby pani Reppler mogła wślizgnąć się do środka, ja zaś z całej siły pchnąłem łomem jak mieczem i przebiłem stworzenie na wylot. Rozpaczliwie wymachiwało odnóżami, a jego czerwonofioletowe oczy zdawały się szukać mojego wzroku, przyzywać mnie...

- Davidzie!

Ollie wciąż trzymał drzwi.

Wbiegłem do środka, a on za mną.

Otoczyły nas blade, przerażone twarze. Wyszło nas siedmioro, wróciło troje. Ollie, ciężko dysząc, oparł się o ciężkie szklane drzwi i zaczął ładować rewolwer Amandy. Biała koszula oblepiała jego ciało, spod pach wypełzły szare plamy potu.

- I co? - zapytał ktoś cichym, skrzypiącym głosem.

- Pająki - odparła ponuro pani Reppler. - Te dranie zabrały mi torbę.

Zza pleców ludzi wypadł zapłakany Billy i rzucił mi się w ramiona. Przytuliłem go mocno. Bardzo mocno.
10. ZAKLĘCIE PANI CARMODY. DRUGA NOC. OSTATECZNA KONFRONTACJA.
Teraz musiałem się zdrzemnąć. Spałem cztery godziny, więc nie mam pojęcia, co się wtedy działo. Amanda twierdziła, że coś mówiłem, a nawet raz czy dwa krzyczałem, ale ja nie pamiętam żadnych snów. Kiedy się obudziłem, było już po południu i doskwierało mi ogromne pragnienie. Część mleka już się zepsuła, część jednak nadawała się do spożycia. Wypiłem chyba litr.

Dołączyli do nas Amanda oraz wiekowy mężczyzna, który był gotów przedsięwziąć wyprawę do swojego samochodu po strzelbę. Przypomniałem sobie, że nazywa się Cornell. Ambrose Cornell.

- Jak się miewa pański syn? - zapytał.

- Dobrze. - Mnie natomiast wciąż chciało się pić i dokuczał mi ból głowy. No i bałem się, rzecz jasna. Otoczyłem Billy'ego ramieniem, po czym przeniosłem wzrok z Cornella na Amandę. - Co się dzieje?

- Pana Cornella niepokoi pani Carmody - wyjaśniła Amanda. - Mnie zresztą też.

- Billie, może poszedłbyś ze mną na spacer? - zaproponowała Hattie.

- Nie chcę.

- Idź, mistrzu - poprosiłem. Posłuchał, choć bez entuzjazmu.

- Więc co z panią Carmody? - zapytałem, kiedy oddalił się na bezpieczną odległość.

- Robi zamieszanie. - Cornell patrzył na mnie smutnym wzrokiem starego człowieka. - Myślę, że musimy z tym skończyć. Wszystko jedno, w jaki sposób.

- Jest z nią już ponad dziesięć osób - dodała Amanda. - Urządzili sobie jakąś zwariowaną mszę albo coś w tym rodzaju.

Rozmawiałem kiedyś z przyjacielem, pisarzem, który mieszkał w Otisfield i utrzymywał siebie, żonę i dwoje dzieci z hodowli kurcząt. Wydawał jedną książkę w miękkiej oprawie rocznie; zawsze były to historie szpiegowskie. Rozmowa zeszła na temat popularności, jaką ostatnio zaczęły się cieszyć książki traktujące o zjawiskach nadprzyrodzonych. Gault przypomniał, że w latach czterdziestych "Weird Tales" płaciły swym autorom psie pieniądze, w pięćdziesiątych zaś zbankrutowały. Kiedy zawodzą maszyny, mówił (w tym samym czasie jego żona oglądała pod światło jaja, a na zewnątrz głośno gdakały kury), kiedy zawodzi technika, kiedy zawodzą tradycyjne religie, ludzie szukają jakiegoś oparcia. Nawet żywy trup maszerujący przez ciemną noc stanowi wyjątkowo pożądane towarzystwo w porównaniu z egzystencjalną tragifarsą z dziurą ozonową w roli głównej, powiększającą się nieustannie pod ostrzałem milionów aerozoli.

Tkwiliśmy tu od dwudziestu sześciu godzin i w tym czasie zdołaliśmy zaledwie wysłać jedną ekspedycję badawczą, która poniosła pięćdziesięciosiedmioprocentowe straty w ludziach. Nic dziwnego, że pani Carmody zaczęła zyskiwać na popularności.

- Naprawdę jest ich już tylu? - zapytałem.

- Na razie tylko ośmioro - odparł Cornell - ale ona gada bez przerwy! Zupełnie jak Castro podczas tych swoich dziesięciogodzinnych przemówień. Cholerna paplanina!

Osiem osób. Niby niewiele, za mało nawet, żeby skompletować ławę przysięgłych, lecz mimo to doskonale rozumiałem, skąd bierze się troska na twarzach Amandy i Cornella. Teraz, kiedy zabrakło Dana i Mike'a, tamci stanowili najsilniejszą frakcję w supermarkecie. Na myśl o tym, że największa jednolita grupa w naszym zamkniętym mikrosystemie wsłuchuje się w brednie o końcu świata i wysłannikach mocy piekielnych, poczułem, jak ogarnia mnie klaustrofobia.

- Znowu zaczęta mówić o krwawej ofierze - dodała Amanda. - Bud Brown zakazał jej wygadywania takich rzeczy w jego sklepie, a wtedy dwaj mężczyźni z jej grupy - jeden z nich to Myron LaFleur - powiedzieli mu, że to on ma się zamknąć, bo żyjemy w wolnym kraju. Nie chciał ich posłuchać, więc doszło do przepychanek.

- Brown ma rozbity nos - poinformował mnie Cornell. - Oni nie żartują.

- Ale chyba nie zamierzają składać ofiar z ludzi?

- Nie wiem, do czego się posuną, jeśli ta mgła się nie podniesie - odparł przyciszonym głosem. - I nie zamierzam tego sprawdzać. Chcę stąd wyjść.

- Łatwiej powiedzieć niż zrobić.

Coś jednak zaczęło mi się kołatać po głowie. Zapach. Tak, kluczem był zapach. W sklepie mieliśmy względny spokój. Różowe robale zwabiło światło, niby-ptaki po prostu podążyły za pożywieniem, natomiast większe stwory zostawiły nas samym sobie - chyba że z jakiegoś powodu rezygnowaliśmy ze szczelnego zamknięcia. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, iż do masakry w drogerii doszło z powodu otwartych na oścież drzwi. Sądząc po odgłosach, istota lub istoty, które rozprawiły się z Nortonem i jego ekipą, były monstrualnych rozmiarów, lecz przynajmniej, jak do tej pory, nie zbliżały się do supermarketu, to zaś mogło oznaczać, że być może...

Nagle zapragnąłem porozmawiać z Olliem Weeksem. Musiałem z nim porozmawiać.

- Zamierzam stąd wyjść albo zginąć - ciągnął Cornell. - Nie chcę siedzieć tu do końca lata.

- Były cztery samobójstwa - powiedziała niespodziewanie Amanda.

- Co takiego?

Przemknęło mi przez głowę, że odkryto zwłoki żołnierzy, i jakby zakłuło mnie sumienie.

- Tabletki nasenne - wyjaśnił rzeczowo Cornell. - Razem z dwoma gośćmi wyniosłem zwłoki na zaplecze.

Niewiele brakowało, żebym parsknął histerycznym śmiechem. Mieliśmy więc już prawdziwą kostnicę.

- Mgła rzednie - dodał. - Chcę się stąd zbierać.

- Nie dojdzie pan nawet do samochodu. Może mi pan wierzyć.

- Stoi w pierwszym rzędzie. To bliżej niż drogeria. Nie odpowiedziałem. Przynajmniej wtedy.

Mniej więcej godzinę później odnalazłem Olliego zajętego opróżnianiem puszki buscha. Twarz miał spokojną, lecz zauważyłem, że stara się nie spuszczać oka z pani Carmody, która działała jakby na dodatkowych bateriach. Co gorsza, znowu wróciła do tematu składania ofiar z ludzi, tyle że teraz nie znalazł się nikt, kto by kazał jej się zamknąć. Część spośród tych, którzy robili to wczoraj, dołączyła do grona jej zwolenników albo przynajmniej była gotowa jej wysłuchać, natomiast pozostali znaleźli się w mniejszości.

- Założę się, że do jutra rana na pewno kogoś przekona - powiedział Ollie. - Ciekawe, komu wyznaczy zaszczytną rolę ofiary?

Bud Brown wystąpił otwarcie przeciwko niej, podobnie jak Amanda. Był jeszcze mężczyzna, który uderzył ją w twarz... i oczywiście byłem ja.

- Wiesz co, Ollie? Wydaje mi się, że pięć, może sześć osób zdołałoby się stąd wydostać. Nie mam pojęcia, jak daleko udałoby nam się uciec, ale jestem prawie pewien, że przynajmniej opuścilibyśmy ten lokal.

- Jak?

Wyłuszczyłem mu mój plan. Był bardzo prosty. Należało błyskawicznie przeskoczyć do mojego samochodu, gdzie nic by nas nie zwietrzyło. Przynajmniej dopóty, dopóki mielibyśmy zamknięte wszystkie okna.



- A jeśli zwabi je jakiś inny zapach? Na przykład spalin?

- Wtedy będzie po nas - przyznałem.

- No i ruch. Ruch może zwrócić ich uwagę, Davidzie.

- Nie wydaje mi się. Najważniejszy jest zapach. Myślę, że to on odgrywa główną rolę.

- Ale nie wiesz na pewno? - Nie.

- Dokąd chciałbyś pojechać?

- Najpierw do domu. Po żonę.

- Davidzie...

- Wiem, wiem... Więc po to, żeby sprawdzić. Żeby wiedzieć na pewno.

- Te stworzenia mogą być już wszędzie. Dopadną cię, jak tylko wysiądziesz z wozu.



1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna