Stephen king



Pobieranie 1,86 Mb.
Strona10/49
Data24.10.2017
Rozmiar1,86 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   49

Uświadomiłem sobie z przerażeniem, że zaczynam patrzeć na świat zupełnie innymi, nowymi oczami. Czy jednak na pewno nowymi? Wcale nie. To stare oczy, jednocześnie będące oczami dziecka, które jeszcze nie nauczyło się w obronnym odruchu zawężać sobie pola widzenia, odcinając się w ten sposób od dziewięćdziesięciu procent wszechświata. Dzieci dostrzegają wszystko, na co padnie ich spojrzenie, słuchają wszystkiego, co dociera do ich uszu. Jeżeli jednak życie istotnie polega na wzroście świadomości (makatkę z takim właśnie hasłem wykonała moja żona na zajęciach praktyczno-technicznych w szkole średniej), to owemu wzrostowi towarzyszy drastyczne obniżenie poziomu sygnałów na wszystkich wejściach.

Groza pojawia się wtedy, kiedy perspektywa i percepcja ulegają rozszerzeniu. Mnie najbardziej przerażała świadomość, że oto szybko zbliżam się do miejsca, które większość z nas zostawia za sobą w chwili, kiedy przestajemy używać pieluch. Po twarzy Olliego widziałem, iż z nim dzieje się podobnie. Gdy racjonalne myślenie zawodzi, może nastąpić przeciążenie niektórych obwodów w mózgu. Aksony nadmiernie się rozgrzewają, zanika różnica między halucynacjami i rzeczywistością: kropelka rtęci drżąca w miejscu, gdzie za sprawą perspektywy spotykają się dwie równoległe linie, pojawia się naprawdę, martwi wstają z grobów, a kwiaty zaczynają śpiewać.

- Mnóstwo ludzi mówiło różne rzeczy na ten temat - ciągnął Ollie. - Justine Robards, Nick Tochai, Ben Michaelson... W małych miasteczkach nie ma czegoś takiego jak tajemnica. Czasem to przypomina sprężynę, która nagle wyskakuje z ziemi i nikt nie wie, skąd ani dlaczego się wzięła. Usłyszysz coś w bibliotece albo na przystani, albo Bóg wie gdzie, i przekażesz to dalej... Przez całą wiosnę i lato słyszałem wciąż: "Projekt Grot Strzały, Projekt Grot Strzały...".

- Ale tych dwóch... - Potrząsnąłem głową. - Przecież to jeszcze dzieciaki!

- W Wietnamie takie same dzieciaki obcinały żółtkom uszy. Byłem, widziałem.

- Ale... Dlaczego to zrobili?

- Nie mam pojęcia. Może o czymś wiedzieli, a może tylko podejrzewali? Na pewno zdawali sobie sprawę, że ludzie w końcu zaczną ich wypytywać. Jeśli zdążą, ma się rozumieć...

- Jeżeli masz rację, to znaczy, że to było coś wyjątkowo paskudnego.

- Ta burza... - mówił dalej Ollie, jakby mnie nie usłyszał. - Może coś uszkodziła albo spowodowała jakiś wypadek. Licho wie, w czym tam grzebali. Niektórzy twierdzą, że chodziło o wyjątkowo silne lasery i masery, inni, że o kontrolowaną reakcję termojądrową. Przypuśćmy... Tylko przypuśćmy, że przypadkiem wyrąbali dziurę prosto do innego wymiaru...

- To czcze gadanie.

- A oni? - Wskazał na ciała.

- Oni są prawdziwi - przyznałem. - Teraz musimy się zastanowić, co robić.

- Moim zdaniem powinniśmy ich odciąć i gdzieś ukryć. Najlepiej przykryć czymś, czego nikt nie ruszy - żarciem dla psów, płynami do zmywania naczyń albo czymś w tym rodzaju. Gdyby to wyszło na jaw, zrobiłoby się jeszcze gorzej. Właśnie dlatego cię tu przyprowadziłem, Davidzie. Coś mi mówi, że tylko tobie mogę zaufać.

- Zupełnie jak hitlerowscy zbrodniarze wojenni, którzy popełniali samobójstwa w swoich celach... - mruknąłem.

- Mnie też przyszło to na myśl.

Umilkliśmy. Niemal natychmiast zza metalowej bramy ponownie dobiegły znajome odgłosy skrobania i szurania. Odruchowo stanęliśmy bliżej siebie. Na całym ciele miałem gęsią skórkę.

- W porządku - powiedziałem.

- W takim razie bierzmy się do roboty. - Sygnet Olliego zalśnił w blasku latarki. - Chciałbym zniknąć stąd jak najprędzej.

Przyjrzałem się stryczkom. Żołnierze posłużyli się taką samą linką do bielizny jak ta, którą obwiązał sobie wokół piersi człowiek w czapeczce golfisty. Sznur werżnął się głęboko w opuchnięte ciało, a mnie ponownie zaczęło dręczyć pytanie, jaka tajemnica skłoniła tych dwóch młodych ludzi do takiego czynu. Doskonale zdawałem sobie sprawę, co Ollie miał na myśli, mówiąc, że gdyby wiadomość o podwójnym samobójstwie wydostała się z tego pomieszczenia, zrobiłoby się jeszcze gorzej. Mnie już zrobiło się gorzej, choć jeszcze niedawno dałbym sobie głowę uciąć, że to niemożliwe.

Ollie otworzył duży, solidny scyzoryk o długim ostrzu, którym zapewne rozcinał kartonowe pudła. I sznurki, ma się rozumieć.

- Ty czy ja? - zapytał.

- Każdy po jednym.

I tak właśnie zrobiliśmy.


Kiedy wróciłem, przy Billym była pani Turman, Amanda zaś znikła bez śladu. Oboje spali. Ruszyłem przed siebie alejką; po kilkunastu krokach ktoś zawołał mnie półgłosem:

- Panie Drayton... Davidzie!

Amanda, z oczami jak szmaragdy, stała przy schodkach prowadzących do biura.

- Co się stało? - zapytała.

- Nic takiego.

Podeszła do mnie. Poczułem delikatny zapach perfum. Boże, jak pragnąłem tej kobiety!

- Kłamiesz.

- Naprawdę nic. Fałszywy alarm.

- Skoro tak chcesz... - Wzięła mnie za rękę. - Właśnie byłam w biurze. Jest puste, drzwi są zamykane na zamek.

Twarz miała zupełnie spokojną, w jej oczach natomiast płonął dziki, niemal zwierzęcy ogień, a z boku szyi widziałem szybkie uderzenia pulsu.

- Nie rozumiem, co...

- Widziałam, jak na mnie patrzyłeś. Jeśli koniecznie chcesz o tym rozmawiać, to nic z tego nie będzie. Twój syn jest z panią Turman.

- Wiem.

Przyszło mi do głowy, że może to dobry sposób (nie najlepszy, ale jednak), żeby choć na chwilę zapomnieć o tym, co przed chwilą robiłem z Olliem. Na pewno nie najlepszy: po prostu jedyny.



Wspięliśmy się po wąskich schodkach i weszliśmy do biura. Tak jak powiedziała, było puste, w drzwiach był zamek. Przekręciłem go. W ciemności Amanda stała się tylko kształtem. Wyciągnąłem ręce, dotknąłem jej, przyciągnąłem do siebie. Drżała. Osunęliśmy się na podłogę, przez chwilę całowaliśmy się, klęcząc, położyłem rękę na jędrnej piersi. Przez gruby materiał bluzy wyraźnie czułem łomotanie serca. Przypomniałem sobie, jak Steff ostrzegała Billy'ego, żeby nie dotykał przewodów pod napięciem. Przypomniałem sobie siniak na jej biodrze, kiedy w noc poślubną zrzuciła z siebie sukienkę. Przypomniałem sobie, jak zobaczyłem ją po raz pierwszy, jadącą na rowerze przez dziedziniec Uniwersytetu Maine; maszerowałem wtedy z pracami pod pachą na zajęcia z Vincentem Hartgenem. Nie mogłem sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek w życiu miał tak gigantyczny wzwód.

Potem się położyliśmy i Amanda wyszeptała:

- Kochaj się ze mną, Davidzie. Rozgrzej mnie. Szczytując, wbiła mi paznokcie w grzbiet i wykrzyknęła czyjeś imię. Nie miałem jej tego za złe. Wyszliśmy na remis. Kiedy zeszliśmy do głównej hali, zaczęło się już coś w rodzaju upiornego przedświtu. Nieprzenikniona czerń za otworami obserwacyjnymi zaczęła się niechętnie przeistaczać w równie nieprzeniknioną szarość, by potem jaśnieć coraz bardziej, aż do matowej, nieskalanej bieli kinowego ekranu. Mike Hatlen spał w zdobytym gdzieś składanym turystycznym foteliku, Dan Miller siedział nieopodal na podłodze, zajadając pączka posypanego cukrem pudrem.

- Zapraszam, panie Drayton.

Rozejrzałem się w poszukiwaniu Amandy, ale ona była już w połowie alejki. Nasze sam na sam w ciemności już wydawało mi się niewiele bardziej realne od snu; nawet w tym nędznym dziennym świetle prawie nie byłem w stanie w nie uwierzyć. Usiadłem.

Podsunął mi pudełko.

- Może pączka? Pokręciłem głową.

- Cukier to śmierć. Gorzej niż papierosy. Rozbawiłem go.

- W takim razie proszę od razu wziąć dwa.

Ze zdziwieniem stwierdziłem, że stać mnie jeszcze na śmiech. Odkryłem to dzięki Millerowi i byłem mu za to wdzięczny. Zgodnie z jego radą wziąłem dwa pączki; były bardzo smaczne. Zaraz potem sięgnąłem po papierosa, choć zazwyczaj rano nie palę.

- Powinienem wracać do chłopca - powiedziałem. - Lada chwila się obudzi.

Miller skinął głową.

- Te różowe robale znikły - poinformował mnie. - Ptaki też. Hank Vannerman mówił, że ostatni rąbnął w okno około czwartej. Wygląda na to, że te... zwierzęta są znacznie bardziej aktywne w ciemności.

- Brent Norton chybaby panu nie uwierzył. Ani Norm. Ponownie skinął głową. Milczenie przedłużało się, wreszcie Miller zapalił papierosa i spojrzał na mnie.

- Nie możemy tu zostać, Drayton.

- Dlaczego? Przecież mamy pod dostatkiem żywności i napojów...

- Nie chodzi o prowiant i pan dobrze o tym wie. Co poczniemy, jeśli jakiś kolos wreszcie dojdzie do wniosku, że zamiast postękiwać we mgle, warto sprawdzić, co jest tutaj, w środku? Przegonimy go kijami od szczotek i podpałką do grilla?

Oczywiście miał rację. Być może dziwna mgła w jakiś sposób nas chroniła, ale jak długo mogło to potrwać. Poza tym była jeszcze jedna sprawa: przebywaliśmy w supermarkecie dopiero mniej więcej od osiemnastu godzin, a ja już czułem, jak zaczyna mnie ogarniać zobojętnienie bardzo podobne do tego, którego doświadczyłem raz czy dwa razy, kiedy zdarzyło mi się odpłynąć za daleko od brzegu. Jakiś głos coraz bardziej natarczywie szeptał mi do ucha, żeby przeczekać, żeby zobaczyć, co będzie dalej, żeby tylko opiekować się Billym (i ewentualnie od czasu do czasu przelecieć Amandę Dumfries pod osłoną nocy), poczekać, aż mgła się podniesie i wszystko będzie takie jak przedtem.

Identyczne zobojętnienie dostrzegałem na wielu otaczających mnie twarzach; nagle zdałem sobie sprawę, że część tych ludzi bez względu na okoliczności nie zdecyduje się na opuszczenie sklepu. Sama myśl o tym, że mogliby wyjść na zewnątrz po tym wszystkim, co się stało, podziała na nich paraliżująco.

Moja twarz była chyba jak otwarta księga, Miller bowiem powiedział:

- Kiedy nadeszła ta cholerna mgła, było tu około osiemdziesięciu osób. Trzeba odjąć pakowacza, Nortona, tę czwórkę, która z nim wyszła, i Smalleya. Zostaje siedemdziesięciu trzech ludzi.

Minus dwóch żołnierzy spoczywających pod stertą toreb z karmą dla psów, uzupełniłem w myślach. Siedemdziesięciu jeden.

- Minus ci, których przestało cokolwiek interesować - ciągnął Miller. - Przyjmijmy, że jest ich dziesięcioro. Zostaje więc sześćdziesięciu trzech ludzi, ale... - Podniósł palec powalany cukrem pudrem. - Z tej liczby około dwudziestu nigdzie się nie ruszy. Trzeba by wyciągać ich siłą.

- Czego to dowodzi?

- Tylko tego, że musimy stąd wyjść. Ja idę. Myślę, że trzeba wyruszyć około południa. Wezmę wszystkich, którzy zechcą się do mnie przyłączyć. Chciałbym, żeby pan i pański syn byli wśród nich.

- Po tym, co spotkało Nortona?

- Norton poszedł jak baranek na rzeź. My zrobimy to inaczej.

- To znaczy jak? Przecież mamy tylko jeden rewolwer!

- I powinniśmy się z tego cieszyć. Jeżeli uda nam się dojść do skrzyżowania, być może zdołamy dotrzeć do sklepu sportowego przy Main Street. Trzymają tam tyle broni, że wystarczyłoby dla małej armii.

- To co najmniej o jedno "jeżeli" i "być może" za wiele.

- W tej sytuacji wszystko jest "jeżeli" i "być może" - zripostował bez namysłu, ale przecież nie miał syna, o którym musiałby myśleć. - Niech pan się zastanowi, dobrze? Niewiele spałem tej nocy, ale za to przemyślałem parę spraw. Interesuje pana, do jakich doszedłem wniosków?

- Jasne.


Podniósł się i przeciągnął.

- Proszę podejść ze mną do okna.

Minęliśmy kasę przy półkach z pieczywem i zatrzymaliśmy się przy najbliższym otworze obserwacyjnym.

- Robale znikły - oznajmił wartownik. Miller poklepał go po ramieniu.

- Napij się kawy i wrzuć coś na ruszt, kolego. My tu postoimy.

- Dzięki. Zajęliśmy jego miejsce.

- Proszę mi powiedzieć, co pan widzi - zwrócił się do mnie Miller.

Spojrzałem przez szybę. W nocy coś - przypuszczalnie latające nisko niby-ptaki - przewróciło kosz na śmieci, w związku z czym asfalt był zasłany pustymi puszkami, celofanowymi opakowaniami i plastikowymi kubkami po koktajlach mlecznych. Nieco dalej majaczył niewyraźnie pierwszy rząd samochodów, i nic więcej.

- Ten granatowy chevrolet pikap jest mój. - Wycelował palec w ledwo widoczny we mgle zarys. - Kiedy przyjechał pan wczoraj, parking był zapchany, zgadza się?

Przeniosłem wzrok na mego scouta i przypomniałem sobie, iż zaparkowałem tak blisko wejścia do sklepu wyłącznie dzięki temu, że zająłem zwolnione przed chwilą miejsce. Skinąłem głową.

- A teraz, Drayton, niech pan zwróci uwagę na pewien szczegół. Otóż Norton i jego... Jak pan ich nazwał?

- Stowarzyszenie Płaskiej Ziemi.

- Dobre. I trafne. No więc, wychodzą na zewnątrz, prawda? Prawie na całą długość linki. A potem słyszymy jakieś ryki, jakby szalało tam stado rozjuszonych słoni, zgadza się?

- Słoni? Chyba nie. To brzmiało raczej jak... Chciałem powiedzieć: "...jak gromada prehistorycznych potworów", ale w ostatniej chwili się rozmyśliłem. Gdybym rozmawiał z Olliem Weeksem, nie wahałbym się ani chwili, ale to był Miller, który niedawno poklepał człowieka po ramieniu i tonem trenera dokonującego zmiany zawodników na boisku kazał mu iść na kawę.

- Nie potrafię tego opisać - dokończyłem niezręcznie.

- Ale na pewno jak coś dużego.

- Owszem.

Nawet bardzo dużego.

- Czemu więc nie słyszymy odgłosów miażdżonej blachy i tłuczonego szkła?

- Dlatego że... - Umilkłem. Nie miałem pojęcia dlaczego. - Nie wiem.

- Tamci na pewno nie zdążyli wyjść poza parking, kiedy dopadło ich to paskudztwo. Powiem panu, co myślę. Otóż myślę, że niczego nie słyszymy... bo tam niczego nie ma. Samochody znikły. Zapadły się pod ziemię, wyparowały - cokolwiek. Po prostu znikły, i tyle. Wtedy, kiedy nastąpiło to tąpnięcie. Rzeczy pospadały z regałów, pękła szyba, i właśnie wtedy umilkła syrena.

Spróbowałem sobie wyobrazić brak połowy parkingu. Spróbowałem sobie wyobrazić, że wychodzę na zewnątrz i po kilkunastu krokach docieram do pionowego urwiska, na którym kończy się gładki asfalt z pomalowanymi żółtą farbą liniami. Urwiska, pionowej ściany... a może bezdennej przepaści wypełnionej bezkształtną białą mgłą.

- Jeśli jest właśnie tak, jak pan mówi - odezwałem się po kilku sekundach - to jak daleko, pańskim zdaniem, zajedzie pan swoim pikapem?

- Szczerze mówiąc, myślałem nie o moim pikapie, tylko o pańskiej terenówce.

Było to coś, nad czym powinienem się poważnie zastanowić, ale chyba nie teraz.

- O czym jeszcze pan myślał?

Wprost palił się do tego, by jak najprędzej podzielić się ze mną swymi pomysłami.

- O drogerii po sąsiedzku. I co pan na to?

Już otworzyłem usta, żeby mu powiedzieć, że nie mam zielonego pojęcia, o co mu chodzi, lecz zamknąłem je z głośnym kłapnięciem. Kiedy przyjechaliśmy wczoraj, drogeria była otwarta; zwróciłem uwagę na szeroko otwarte, zablokowane gumowymi klinami drzwi, przez które miało napływać do środka nieco chłodniejsze powietrze. W związku z brakiem prądu, rzecz jasna, nie działała klimatyzacja. Od wejścia do supermarketu dzieliło je nie więcej niż sześć metrów, dlaczego więc...

- Dlaczego nie pojawił się nikt z tych, którzy tam byli? - wyręczył mnie Miller. - Minęło osiemnaście godzin. Nie są głodni? No, chyba że zjadają pieluchy i mydełka.

- Mają co jeść - odparłem. - W drogerii zawsze można dostać krakersy albo ciasteczka dla psów, a przy kasach są przecież stelaże ze słodyczami.

- Nie wierzę, żeby jedli takie rzeczy, wiedząc, że tutaj jest wszystkiego pod dostatkiem.

- Do czego pan zmierza?

- Do tego, że chcę stąd wyjść, ale nie zamierzam skończyć jako śniadanie dla jakiegoś stwora z horroru klasy B. Na początek kilka osób mogłoby sprawdzić, co dzieje się w drogerii.

- I to wszystko?

- Nie. Jest jeszcze coś.

- Co mianowicie?

- Ona. - Miller wskazał kciukiem za plecy, w kierunku centralnych alejek. - Ta zwariowana cipa. Ta wiedźma.

Oczywiście chodziło o panią Carmody. Nie była już sama; przyłączyły się do niej dwie kobiety. Sądząc po jaskrawych strojach obie były przyjezdne; zapewne zostawiły w letnich domkach rodziny "tylko na chwilkę, żeby kupić parę rzeczy", a teraz zżerał je niepokój o mężów i dzieci. Rozpaczliwie szukały jakiegokolwiek oparcia, nawet gdyby miała nim być ponura wizja ogólnej zagłady roztaczana przez panią Carmody.

Jej przeraźliwie jaskrawy strój lśnił oślepiająco. Rozprawiała o czymś z zawziętą miną. Dwie paniusie, również w krzykliwie kolorowych ubraniach (ale daleko było im do kreacji pani Carmody, a poza tym nie ściskały pod pachami gigantycznych torebek) słuchały z przejęciem.

- To drugi powód, dla którego chcę stąd jak najprędzej zniknąć. Dziś wieczorem będzie miała sześcioro albo siedmioro słuchaczy, a jeśli w nocy znowu zjawią się różowe robale i ptaki, rano zobaczymy ją na czele tłumu wyznawców. Zaraz potem będziemy mogli zacząć się zastanawiać, kogo postanowi złożyć w ofierze: pana, mnie, Hatlena czy na przykład pańskiego chłopca.

- Bzdury!

Czy aby na pewno? Lodowaty dreszcz, który przebiegł mi po ciele, świadczył o czymś wręcz przeciwnym. Usta pani Carmody poruszały się bez przerwy, krzykliwie poubierane wczasowiczki dosłownie nie spuszczały wzroku z jej pomarszczonych warg. Bzdury? Pomyślałem o zakurzonych wypchanych zwierzakach pijących z lustrzanego strumyka. Pani Carmody miała moc. Nawet Steff, zazwyczaj twardo stąpająca po ziemi, wspominała ją z niepokojem.

Ta zwariowana cipa, powiedział o niej Miller. Ta wiedźma.

- Ci wszyscy ludzie są poddani ogromnej presji - ciągnął, wskazując na poskręcane okienne futryny, - Ich umysły są teraz właśnie w takim stanie. W każdym razie mój na pewno. Przez pół nocy myślałem tylko o tym, że mi odbiło, że te wszystkie różowe robale, białe ptaki i macki to tylko majaki, a ja siedzę w kaftanie bezpieczeństwa w wyściełanej celi i że wszystko zniknie, jak tylko przyjdzie miły pielęgniarz i zrobi mi uspokajający zastrzyk. - Z pobladłą, ściągniętą twarzą przeniósł wzrok na panią Carmody, a potem znowu spojrzał na mnie. - Mówię panu, że w końcu może dojść do czegoś takiego. W miarę upływu czasu coraz więcej ludzi będzie przechodzić na jej stronę, a ja wolę tego nie oglądać.

Poruszające się usta pani Carmody. Jej język, chłoszczący bez przerwy pożółkłe zęby. Rzeczywiście wyglądała jak wiedźma. Gdyby włożyć jej na głowę spiczasty kapelusz, nikt nie miałby najmniejszych wątpliwości. Ciekawe, co z takim zapałem kładła do głowy tym dwóm schwytanym ptaszkom w kolorowym letnim upierzeniu? Projekt Grot Strzały? Czarna Wiosna? Potwory z głębi Ziemi? Krwawa ofiara?

Bzdury!

A jednak...



- I co pan na to? Podjąłem decyzję.

- W porządku. Spróbujemy dostać się do drogerii: pan, ja, Ollie, jeśli zechce, i jeszcze jeden albo dwóch. Potem wrócimy do rozmowy.

Miałem wrażenie, że wstąpiłem na linę rozpiętą nad niewyobrażalnie głęboką przepaścią. Jeżeli zginę, z pewnością nie pomogę w ten sposób Billy'emu, ale z drugiej strony, nie pomogę mu również wtedy, gdy będę siedział bezczynnie na tyłku. Sześć metrów do drzwi drogerii... To jeszcze nie brzmiało najgorzej.

- Kiedy? - zapytał.

- Za godzinę.

- Dobrze.


9. WYPRAWA DO DROGERII
Powiedziałem pani Turman, potem Amandzie, na końcu Billy'emu. Był teraz w znacznie lepszej formie: na śniadanie zjadł dwa pączki i talerz mleka z płatkami kukurydzianymi. Później urządziliśmy sobie wyścigi między regałami i nawet się parę razy roześmiał. To niesamowite, jak szybko i łatwo dzieci dostosowują się do nowych sytuacji! Billy był potwornie blady, miał podkrążone oczy i zmęczoną twarz, twarz starego człowieka, jakby ostatnio musiała sprostać wyrażaniu zbyt niszczących uczuć. Mimo to biegał, skakał i wciąż potrafił się śmiać... Przynajmniej do chwili, kiedy przypomni sobie, gdzie jest i co się dzieje.

Po zawodach usiedliśmy z Amandą i Hattie Turman, napiliśmy się red bulla z papierowych kubków, a ja powiedziałem mu, że razem z kilkoma osobami zamierzam pójść do drogerii.

Natychmiast zmarkotniał.

- Nie chcę! - oznajmił stanowczo.

- Nic mi się nie stanie. Przyniosę ci komiks ze Spidermanem.

- Nie chcę, żebyś tam szedł!

Już nie był naburmuszony; był wściekły. Wziąłem go za rękę, ale ją wyszarpnął. Ponownie wziąłem go za rękę.

- Billy, prędzej czy później musimy stąd wyjść. Chyba wiesz o tym, prawda?

- Może kiedy mgła się podniesie... - odparł bez przekonania i apatycznie podniósł kubek do ust.

- Minęła już prawie cała doba.

- Ja chcę do mamy!

- Być może to nas do niej przybliży.

- Nie rób chłopcu próżnych nadziei, Davidzie - odezwała się pani Turman.

- A dlaczego? - parsknąłem. - Dziecko musi w coś wierzyć!

Opuściła głowę.

- Chyba masz rację... - wyszeptała. Billy niczego nie zauważył.

- Tato... Tatusiu, ale tam są różne... rzeczy!

- Wiem o tym. Na szczęście większość - może nie wszystkie, ale na pewno większość - poluje tylko nocą.

- Zaczekają. - Wpatrywał się we mnie ogromnymi nieruchomymi oczami. - Zaczają się we mgle, a potem podkradną się, żeby cię zjeść. Tak jak w bajkach. - Objął mnie kurczowo. - Tatusiu, nie idź tam!

Najdelikatniej, jak mogłem, uwolniłem się z jego objęć i wyjaśniłem, że jednak muszę pójść.

- Ale na pewno wrócę do ciebie, Billy.

- Niech będzie - odparł zachrypniętym głosem, unikając mego spojrzenia.

Nie uwierzył mi. Było to widać po jego twarzy, na której malowały się rozpacz i zwątpienie. Po raz kolejny ogarnęły mnie wątpliwości, czy słusznie postępuję, narażając się na ryzyko, lecz niemal w tej samej chwili przypadkowo zerknąłem w alejkę, w której urzędowała pani Carmody. Zdobyła trzeciego słuchacza: mężczyznę o szpakowatym dwudniowym zaroście i nabiegłych krwią oczach. Zmierzwione pozlepiane włosy i roztrzęsione ręce świadczyły o niezgorszym kacu. Po bliższym przyjrzeniu się rozpoznałem starego znajomego, Myrona LaFleur. Osobnika, który nie miał najmniejszych oporów przed tym, żeby wysłać chłopca tam, gdzie trzeba było mężczyzny.

Ta zwariowana cipa. Ta wiedźma.

Pocałowałem Billy'ego, przytuliłem go, potem zaś ruszyłem w kierunku frontowej części sklepu - nieco okrężną trasą, żeby nie wpaść jej w oko. Mniej więcej w trzech czwartych drogi dogoniła mnie Amanda.

- Naprawdę musisz to robić?

- Tak myślę.

- Mam nadzieję, że mi wybaczysz, jeżeli ci powiem, że moim zdaniem chodzi tu wyłącznie o zaspokojenie samczej próżności!

Na jej policzki wystąpiły rumieńce, oczy były bardziej szmaragdowe niż kiedykolwiek. Była cholernie... nie, to niewłaściwe określenie. Była majestatycznie wkurzona.

Wziąłem ją za ramię i streściłem rozmowę z Danem Millerem. Problem samochodów oraz fakt, że jak do tej pory nie dotarł do nas żaden z klientów drogerii, niewiele ją wzruszyły. Zaniepokoiła ją natomiast sprawa pani Carmody.

- On może mieć rację - powiedziała.

- Naprawdę w to wierzysz?

- Nie wiem. W tej kobiecie jest coś groźnego. Jeśli ludzie będą się bać przez dłuższy czas, w końcu zwrócą się do kogoś, kto daje nadzieję na jakiekolwiek rozwiązanie.

- Ale my mówimy o składaniu ofiar z ludzi!

- Aztekowie robili to już bardzo dawno temu - odparła spokojnie. - Posłuchaj, Davidzie: musisz wrócić. Gdyby się cokolwiek działo, cokolwiek, natychmiast wracaj. Nie do mnie, chociaż to, co się wydarzyło w nocy, było bardzo miłe. Wracaj do swojego chłopca.

- Wrócę.


- Mam nadzieję.

W tej chwili wyglądała tak samo jak niedawno Billy: staro i żałośnie. Pomyślałem, że wszyscy teraz tak wyglądamy... Wszyscy z wyjątkiem pani Carmody, która odmłodniała i nabrała energii. Jakby była w swoim żywiole. Jakby pasła się naszym nieszczęściem.

Wyruszyliśmy dopiero o wpół do dziesiątej. Było nas siedmioro: Ollie, Dan Miller, Mike Hatlen, kumpel Myrona LaFleura Jim (też na kacu, ale najwyraźniej zdecydowany za wszelką cenę odpokutować winy), Buddy Eagleton, ja oraz Hilda Reppler. Miller i Hatlen bez większego przekonania usiłowali przekonać ją, żeby została, ale ona nie chciała ich słuchać. Ja nawet nie próbowałem. Podejrzewałem, że może się okazać bardziej kompetentna niż ktokolwiek z nas, może z wyjątkiem Olliego. Miała ze sobą niewielką płócienną torbę wypełnioną po brzegi opakowaniami z raidem oraz innymi środkami owadobójczymi, z pozdejmowanymi przykrywkami i gotowymi do natychmiastowego użycia. W prawej ręce ściskała reklamowaną przez Jimmy'ego Connorsa rakietę tenisową firmy Spaulding.



1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   49


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna