Simone Weil, List pożegnalny do ojca J



Pobieranie 135,7 Kb.
Strona1/3
Data26.02.2019
Rozmiar135,7 Kb.
  1   2   3

Czy Pan Bóg się śmieje/Na szczytach mistyki

http://www.republika.pl/gosh99/Simone/List.html#up

Simone Weil, List pożegnalny do ojca J.M. Perrin, dominikanina, 1942

List ten jest strasznie długi - ale ponieważ nie trzeba odpisywać, tym bardziej, że zapewne dojdzie po moim wyjeździe - ma Ojciec całe lata przed sobą, jeżeli zechce zapoznać się z jego treścią. Chciałabym, żeby jednak kiedyś został przeczytany.

Z Marsylii, ok. 15 maja.

Mój Ojcze,

Przed wyjazdem chcę jeszcze z ojcem mówić, być może po raz ostatni, bo stamtąd będę chyba przesyłać tylko krótkie wiadomości o sobie, żeby otrzymywać wiadomości w zamian.

Powiedziałam, że mam wobec ojca ogromny dług. Spróbuję dokładnie i uczciwie powiedzieć, na czym ten dług polega. Sądzę, że jeżeli ojciec zdoła naprawdę zrozumieć jaka jest moja sytuacja duchowa, nie będzie się wcale martwić, że nie udało się nakłonić mnie do chrztu.

Nie przyniósł mi ojciec ani chrześcijańskiej inspiracji, ani Chrystusa, bo kiedy ojca spotkałam nie pozostawało to już do zrobienia, było dokonanym faktem, bez pośrednictwa żadnej istoty ludzkiej. Gdyby było inaczej, gdybym nie została przedtem zdobyta, nie tylko implicite, ale z całą moją świadomością, nic by mi ojciec nie dał, bo nic bym nie przyjęła. Przyjaźń by była dla mnie argumentem, aby odrzucić ojca nauki, bo obawiałabym się możliwości błędu i złudzeń związanych z ludzkim wpływem w dziedzinie rzeczy boskich.

Mogę powiedzieć, że w całym moim życiu, nigdy, w żadnym momencie nie szukałam Boga. Z tego może względu, a zapewne wzgląd ten jest zanadto subiektywny, samego wyrażenia nie lubię, wydaje mi się ono fałszywe. Od wczesnej młodości uważałam, że problem Boga jest to problem, do rozwiązania którego brak nam tutaj danych i że jedynym sposobem, aby uniknąć rozwiązań fałszywych, co wydawało mi się największym złem, jest nie stawiać go w ogóle. Tak więc nie stawiałam go sobie w ogóle. Ani nie twierdziłam, ani nie przeczyłam. Szukanie rozwiązań zdawało mi się rzeczą bezużyteczną, bo uważałam, że skoro jesteśmy tu na tym świecie, naszą sprawą jest zająć możliwie najlepsze stanowisko wobec problemów tego świata. Sądziłam też, że stanowisko to nie zależy od tego, jak rozwiązujemy problem Boga.

Jest to prawdą przynajmniej jeśli chodzi o mnie, bo nie wahałam się nigdy w tym wyborze stanowiska. Zawsze jedynie możliwa dla mnie była postawa chrześcijańska. Urodziłam się, jeżeli wolno tak się wyrazić, wyrosłam, pozostawałam zawsze w kręgu inspiracji chrześcijańskiej. Samo imię Boga nie pojawiało się nigdy w moich myślach, ale miałam zawsze chrześcijańską koncepcję zagadnień tego świata i życia; i to w jak najbardziej wyraźnym, ścisłym sensie tego słowa, z użyciem pojęć jakie jej są tylko właściwe. Niektóre z tych pojęć były we mnie od tak dawna, jak daleko mogę sięgnąć wstecz pamięcią. Co do innych, to wiem kiedy mi się narzuciły, jak i w jakiej formie.

Na przykład zawsze zabraniałam sobie myśleć o przyszłym życiu, ale zawsze wierzyłam, że chwila śmierci jest miernikiem i celem życia. Uważałam, że dla tych, którzy żyją jak należy, jest to chwila, kiedy przez ułamek sekundy prawda czysta, naga, pewna, wieczna - przenika w duszę. Mogę powiedzieć, że nigdy nie pragnęłam dla siebie innego dobra. Uważałam, że życia, które prowadzi do tego dobra, nie określa jedynie powszechnie przyjęta moralność, ale że dla każdego takie życie składa się z najściślej osobistego następstwa uczynków i wydarzeń, z taką siłą obowiązującą, że ktokolwiek to wyminie, nie osiągnie celu. Takie miałam pojęcie o powołaniu. Widziałam kryterium czynów narzuconych nam przez powołanie w impulsie, wyraźnie i zasadniczo różnym od impulsów, jakie pochodzą z wrażliwości czy z rozumu, a nie pójść za takim impulsem, nawet gdyby nakazywał niemożliwość, wydawało mi się największym z nieszczęść. Tak rozumiałam posłuszeństwo i wystawiłam tę koncepcję na próbę, zaczynając pracę w fabryce i zostając w fabryce, mimo że byłam wtedy w stanie ciągłego i silnego bólu, jak to ojcu niedawno wyznałam. Możliwie najpiękniejszym życiem zawsze wydawało mi się życie, w którym wszystko jest zdeterminowane albo przez przymus okoliczności, albo przez takie impulsy, a więc w którym nigdy nie ma miejsca na żaden wybór.

Mając czternaście lat wpadłam w bezdenną rozpacz, jak to zdarza się w wieku dojrzewania i poważnie myślałam o śmierci, z powodu mojej przeciętności i braku wrodzonych uzdolnień. Niezwykłe talenty mojego brata, który miał dzieciństwo i młodość podobne do dzieciństwa i młodości Pascala, zmuszały mnie, abym zdawała sobie z tego sprawę. Nie przejmowałam się zewnętrznymi sukcesami i co innego mnie martwiło: że nie mogę mieć żadnej nadziei dostępu do tego wyższego królestwa, dokąd wchodzą naprawdę wielcy ludzie i gdzie mieszka prawda. Wolałabym umrzeć niż żyć bez niej. Po miesiącach wewnętrznych ciemności, zyskałam nagle i na zawsze pewność, że jakakolwiek istota ludzka, nawet jeżeli jej przyrodzone uzdolnienia są żadne, przenika w to królestwo prawdy zarezerwowanej dla geniuszów, jeżeli tylko pragnie prawdy i zdobywa się stale na wysiłek uwagi, aby jej dosięgnąć. Staje się również geniuszem nawet jeżeli z braku talentu ten geniusz nie jest na zewnątrz widoczny. Później, kiedy bóle głowy sparaliżowały tę odrobinę uzdolnień jaką posiadam, i kiedy musiałam wkrótce uznać, że tak już będzie prawdopodobnie zawsze, ta sama pewność pozwoliła mi wytrwać przez dziesięć lat w wysiłkach uwagi, nie podtrzymywanych przez prawie żadną nadzieję wyników.

Nazwą prawdy obejmowałam również piękno, cnotę i wszelki gatunek dobra, tak że chodziło w moim wypadku o koncepcję związku pomiędzy łaską i pragnieniem. Pewność jaką otrzymywałam, polegała na tym, że kiedy pragnie się chleba nie dostaje się kamieni. Ale w tym czasie nie czytałam jeszcze Ewangelii.

O ile byłam pewna, że pragnienie posiada samo w sobie skuteczność w tej dziedzinie duchowego dobra, we wszystkich jego postaciach, o tyle dopuszczałam również możliwość, że nie jest ono skuteczne w żadnej innej dziedzinie.

Co do ducha ubóstwa, nie przypominam sobie momentu, w którym by go we mnie nie było, na miarę niestety niewielką, mojej niedoskonałości. Święty Franciszek mnie pociągał od dnia, kiedy o nim usłyszałam. Zawsze wierzyłam i miałam nadzieję, że los mnie wtrąci przemocą w ten stan włóczęgostwa i żebractwa, jaki on wybrał dobrowolnie. Nie sądziłam, że dożyję do mojego obecnego wieku, nie przeszedłszy przynajmniej przez to. Zresztą tak samo jest z więzieniem.

Nosiłam również od wczesnego dzieciństwa chrześcijańskie pojęcie miłości bliźniego, której nadawałam to imię sprawiedliwości, jakie ma ono w wielu ustępach Ewangelii, a które jest tak piękne. Wie ojciec, że pod tym względem wiele razy ciężko zawiniłam.

Obowiązek zgody na wolę Boga, jakakolwiek jest, narzucił się memu umysłowi jako pierwszy i najbardziej konieczny z obowiązków spod jakiego nie można się wyłamać nie hańbiąc siebie, odkąd znalazłam go u Marka Aureliusza w formie stoickiego amor fati.

Pojęcie czystości, ze wszystkim co oznacza ono dla chrześcijanina, owładnęło mną, kiedy miałam lat trzynaście, po kilku miesiącach uczuciowych niepokojów, naturalnych w wieku młodzieńczych. Pojęcie to ukazało mi się po raz pierwszy, kiedy patrzyłam na górski krajobraz i stopniowo narzuciło mi się w sposób nieodparty.

Oczywiście bardzo dobrze wiedziałam, że moja koncepcja życia jest chrześcijańska. Dlatego też nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabym przyjąć chrystianizm. Miałam wrażenie, że urodziłam się już chrześcijanką. Ale dodawać do tej koncepcji życia sam dogmat, nie będąc zmuszoną do tego przez oczywistość, wydawałoby mi się czymś niezbyt uczciwym. Osądziłabym również jako nieuczciwość samo stawianie problemu i zastanawianie się, na ile dogmat odpowiada prawdzie a nawet po prostu chęć, żeby wyrobić sobie jakikolwiek pogląd w tym przedmiocie. Uczciwość intelektualną pojmuję w sposób bardzo ścisły, do tego stopnia, że nie zdarzyło mi się spotkać osoby, która by nie była w moich oczach winna poważnych zaniedbań. I zawsze boję się, żeby mnie samej nie zabrakło tej uczciwości.

Trzymałam się więc z dala od dogmatu i rodzaj wstydu powstrzymywał mnie od przestępowania progu kościołów, gdzie mimo to lubiłam się znaleźć. Jednakże miałam chwile kontaktu z katolicyzmem, które naprawdę się liczą.

Po roku w fabryce, przed powrotem do zawodu nauczycielskiego, pojechałam z rodzicami do Portugalii i tam wybrałam się sama na wycieczkę do jednej z małych wiosek. Miałam wtedy duszę i ciało niejako w kawałkach. Ten kontakt z nieszczęściem zabił moja młodość. Dotychczas nie doświadczyłam nieszczęścia, chyba własnego, ale ponieważ było moje, przedstawiało mi się jako mało ważne, a zresztą było to tylko pół-nieszczęście, jako że biologiczne, nie społeczne. Wiedziałam dobrze, że jest wiele nieszczęścia na świecie, prześladowało mnie to jako obsesja, ale nie stwierdziłam go w dłuższym z nim kontakcie. Dopiero w fabryce, kiedy utożsamiłam się, w opinii wszystkich i mojej własnej, z anonimową masą, nieszczęście innych weszło mi w ciało i w duszę. Nic mnie od niego nie oddzielało, bo rzeczywiście zapomniałam o swojej przeszłości i nie czekałam żadnego jutra, tak trudno mi było sobie wyobrazić, że mogłabym przeżyć przy takim zmęczeniu. To czego tam doznałam, naznaczyło mnie tak mocno, że jeszcze dzisiaj jeżeli jakaś istota ludzka, niezależnie kim jest i w jakich warunkach, odzywa się do mnie bez brutalności, nie umiem pozbyć się poczucia, że zachodzi jakaś pomyłka i że zaraz niestety okaże się tylko pomyłką. Dostałam tam na zawsze piętno niewolnictwa, jak to piętno, które Rzymianie wypalali rozpalonym żelazem na czole swoich najbardziej pogardzanych niewolników. Odtąd zawsze patrzę na siebie jako na niewolnicę.

W tym stanie ducha i w bardzo złym stanie fizycznym weszłam do tej nędznej portugalskiej wioski, sama, wieczorem, przy pełnym księżycu, kiedy obchodzono tam święto jakiegoś patrona. Działo się to na brzegu morza. Żony rybaków okrążały łodzie idąc w procesji, niosły świece i śpiewały pieśni, na pewno bardzo stare, rozdzierająco smutne. Z niczym się nie da tego porównać. Nigdy nie słyszałam nic równie przejmującego, chyba śpiew flisaków znad Wołgi. Nagle przyszła do mnie pewność, że chrystianizm jest w swej istocie religią niewolników, że niewolnicy nie mogą nie być chrześcijanami i że stosuje się to również do mnie.

W 1937 roku spędziłam dwa piękne dni w Asyżu. Tam, kiedy byłam sama w małej romańskiej kaplicy Santa Maria degli Angeli z XII wieku, naprawdę cudzie czystych linii, gdzie nieraz modlił się święty Franciszek, cos silniejszego ode mnie zmusiło mnie, po raz pierwszy w życiu, uklęknąć.

W roku 1938 spędziłam dziesięć dni w Solesmes, od Niedzieli Palmowej do wielkanocnego wtorku, biorąc udział we wszystkich nabożeństwach. Miałam dotkliwe bóle głowy. Każdy dźwięk sprawiał mi ból, jak uderzenie. Niezwykłym wysiłkiem uwagi zdołałam wyjść poza to nędzne ciało, pozwolić mu cierpieć samemu, zostawić je skurczone w jego kącie i znalazłam czysta, doskonałą radość w niezwykłym pięknie muzyki i słów. Doświadczenie to pozwoliło mi lepiej zrozumieć jak można kochać boską miłość poprzez nieszczęście. Nie potrzebuję dodawać, że myśl o męce Chrystusa przeniknęła wtedy we mnie raz na zawsze.

Był tam młody Anglik, katolik, który pozwolił mi po raz pierwszy odczuć nadprzyrodzona moc sakramentów przez prawdziwą anielskość, jaka z niego promieniowała po Komunii. Przypadek, bo zawsze wole powiedzieć przypadek niż Opatrzność - podsunął mi go jako posła. Gdyż dowiedziałam się dzięki niemu o istnieniu angielskich tak zwanych poetów metafizycznych XVII wieku. Później czytając ich, odkryłam wiersz, którego przekład tak bardzo niedoskonały czytałam ojcu, wiersz zatytułowany Miłość. Nauczyłam się go na pamięć. Często w chwilach, kiedy bóle głowy były trudne do zniesienia, ćwiczyłam się w jego recytowaniu, kierując na niego całą moją uwagę i poddając się całą duszą tkliwości, jaka w nim jest zawarta. Sądziłam, że recytuję go tylko jako piękny wiersz, ale wbrew mojej woli ta recytacja miała moc modlitwy. Właśnie podczas jednej z tych recytacji stało się, że, jak już ojcu pisałam, Chrystus sam zstąpił i zdobył mnie dla siebie.

W moich rozumowaniach o tym, że problem Boga jest nierozwiązywalny, nie przewidziałam możliwości realnego, osobistego kontaktu tu na tej ziemi pomiędzy istotą ludzką i Bogiem. Mgliście o czymś w tym rodzaju czytałam, ale nigdy w to nie wierzyłam. We Fioretti odpychały mnie przede wszystkim opisy zjawień, w Ewangelii opisy cudów. Zresztą w tym nagłym owładnięciu mną przez Chrystusa ani zmysły, ani wyobraźnia nie miały żadnego udziału. Poczułam tylko poprzez cierpienie, obecność miłości, podobną do tej, jaką czyta się w uśmiechu ukochanej twarzy.

Nigdy nie czytałam mistyków, bo nigdy nie czułam nic, co by równało się nakazowi, że mam ich czytać. W moich lekturach również starałam się zawsze praktykować posłuszeństwo. Nic nie przynosi większego pożytku rozwojowi intelektualnemu, bo staram się czytać to tylko, czego głód odczuwam, w chwili kiedy głód odczuwam, a wtedy nie czytam, jem. Bóg mnie litościwie powstrzymał od czytania mistyków, aby było dla mnie oczywiste, że nie sfabrykowałam sobie tego absolutnie nieoczekiwanego kontaktu.

Jednakże jeszcze na wpół odrzucałam, nie moją miłość, ale moją zdolność objęcia tych spraw umysłem. Bo wydawało mi się rzeczą pewną, a tak samo sądzę dzisiaj, że nigdy nie dosyć opierać się Bogu, jeżeli opieramy się przez samą troskę o prawdę. Chrystus lubi, abyśmy woleli prawdę od niego, bo przedtem nim jest Chrystusem, jest prawdą. Jeżeli odwracamy się od niego, żeby iść ku prawdzie, nie odejdziemy daleko, bo spotkają nas jego ramiona.

Po tym przeżyciu zrozumiałam, że Platon jest mistykiem, że cała Iliada przesycona jest chrześcijańskim światłem, że Dionizos i Ozyrys są w pewien sposób samym Chrystusem. I przez to moja miłość jeszcze bardziej się wzmogła.

Nie zadawałam sobie nigdy pytania, czy Jezus jest czy nie jest wcielonym Bogiem. W istocie jednak byłam niezdolna myśleć o nim inaczej niż jako o Bogu.

Na wiosnę 1940 przeczytałam Bhagavat-Gitę. Rzecz szczególna, właśnie czytając te tak cudowne słowa, brzmiące tak po chrześcijańsku, poczułam z wielką siłą, że prawdę religijną powinniśmy przyjmować zupełnie inaczej niż przyjmujemy piękny poemat, o wiele bardziej kategorycznie.

Jednakże nie sądziłam, że mogę nawet zastanawiać się nad kwestią chrztu. Moim zdaniem nie mogłam, jeżeli zależało mi na uczciwości, przejść do porządku nad moim stosunkiem do religii niechrześcijańskich i do Izraela - a czas i medytacje przyczyniły się tylko do wzmocnienia moich na to poglądów, i uważałam, że stanowi to bezwzględną przeszkodę. Nie wyobrażałam sobie nawet, że jakikolwiek ksiądz mógłby myśleć o udzieleniu mi chrztu. Gdybym ojca nie spotkała, nigdy problem chrztu nie stanąłby przede mną jako problem praktyczny.

Podczas gdy dokonywał się ten mój duchowy rozwój, nigdy się nie modliłam. Obawiałam się siły sugestii zawartej w modlitwie, tej siły sugestii, z powodu której Pascal ją zaleca. Metoda Pascala zbliżania się do wiary wydaje mi się jedną z najgorszych jakie istnieją.

Znajomość z ojcem nie mogła mnie przekonać do modlitwy. Przeciwnie, widziałam tym większe niebezpieczeństwo, że należało wystrzegać się również siły sugestii, jaka powstaje z przyjaźni. Równocześnie bardzo mnie żenowało, że się nie modlę i ojcu o tym nie mówię. A wiedziałam, że nie mogłabym ojcu o tym powiedzieć, nie wprowadzając w błąd co do moich przekonań. Wtedy nie potrafiłabym ojcu tego wyjaśnić.

Do ubiegłego sierpnia nie zdarzyło mi się modlić ani nawet jednego razu w życiu, przynajmniej w literalnym sensie tego słowa. Nigdy, ani głośno ani w myśli, nie zwracałam się do Boga. Nigdy nie mówiłam modlitw liturgicznych. Zdarzało mi się niekiedy recytować Salve Regina ale tylko jako piękny poemat.

Ostatniego lata, przerabiając grekę z T., zrobiłam mu rozbiór Pater Noster po grecku. Obiecaliśmy sobie, że nauczymy się tekstu na pamięć. Nie sądzę, żeby to zrobił. Ja również na razie nie. Ale w kilka tygodni później, przerzucając stronice Ewangelii, powiedziałam sobie, że skoro sobie to przyrzekłam i skoro uznałam to za dobre, powinnam to zrobić. I zrobiłam. Niesłychana słodycz tego greckiego tekstu tak mnie wtedy podbiła, że przez kilka dni nie mogłam się powstrzymać, żeby go stale nie recytować. tydzień później zaczęłam winobranie. recytowałam Pater po grecku każdego dnia przed pójściem do pracy, często też powtarzałam go sobie w winnicy.

Od tego czasu jako jedyną praktykę narzuciłam sobie odmawianie go każdego ranka raz jeden z absolutną uwagą. Jeżeli, kiedy go odmawiam, moja uwaga rozprasza się albo słabnie choćby w najmniejszym stopniu, zaczynam na nowo, aż zdobędę się na uwagę absolutnie bez domieszki. Zdarza mi się niekiedy powtarzać raz jeszcze przez czystą przyjemność, ale robię to tylko kiedy mam ochotę.

Wartość tej praktyki jest niezwykła i za każdym razem mnie zaskakuje, bo chociaż co dzień tego doświadczam, za każdym razem przekracza to moje oczekiwanie.

Czasami już pierwsze słowa wyrywają moją myśl z ciała i przenoszą ją w miejsce poza przestrzenią, skąd nie ma ni perspektyw, ni punktu widzenia. Przestrzeń się otwiera. Nieskończoność zwykłej przestrzeni, jaka dostępna jest naszej percepcji, zostaje zastąpiona przez nieskończoność do drugiej, czasem do trzeciej potęgi. Zarazem ta nieskończoność nieskończoności cała nasyca się ciszą, ciszą, która nie jest brakiem dźwięku, ale stwarza doznania bardziej uchwytne niż dźwięk. Odgłosy, jeżeli są jakieś naokoło, dochodzą do mnie tylko przedostając się przez tą ciszę.

Czasem też, kiedy tak odmawiam Pater, albo w innych momentach, Chrystus jest obecny w swojej osobie, ale obecnością nieskończenie bardziej realną, bardziej przejmującą, bardziej wyraźną i pełną miłości niż wtedy, za pierwszym razem, kiedy mnie zdobył.

Nie mogłabym nagiąć siebie do mówienia ojcu o tym wszystkim, gdyby nie fakt, że wyjeżdżam. A ponieważ wyjeżdżam dopuszczając myśl o mojej prawdopodobnej śmierci, sądzę, że nie mam prawa o tych rzeczach milczeć. Bo ostatecznie w tym wszystkim nie chodzi o mnie. Chodzi tylko o Boga. Nie znaczę w tym nic. Gdyby wolno było zakładać możliwość błędów Boga, uważałabym, że to wszystko spadło na mnie przez pomyłkę. Ale może Bogu podoba się używać odpadków, wybrakowanych części, przedmiotów wyrzuconych na szmelc. Ostatecznie, choćby chleb hostii był spleśniały, staje się ciałem Chrystusa, skoro ksiądz dokona konsekracji. Chrystus jednak nie może odmówić, natomiast my możemy być winni nieposłuszeństwa. Wydaje mi się niekiedy, że ponieważ zostałam potraktowana z takim miłosierdziem, każdy grzech z mojej strony musi być grzechem śmiertelnym. A grzeszę ciągle.

Potwierdziłam, że ojciec jest dla mnie czymś jak ojciec i brat równocześnie. Te słowa maja jednak znaczenie tylko przez analogię. Możliwe, że w gruncie rzeczy odpowiadają tylko uczuciu serdeczności, wdzięczności i podziwu. Bo co do kierowania moją duszą, myślę, że sam Bóg wziął to od początku w swoje ręce i nadal zastrzega to dla siebie. Nie przeszkadza to, że zaciągnęłam wobec ojca największy dług, jaki można zaciągnąć wobec istoty ludzkiej. Oto na czym dokładnie polega.

Przede wszystkim powiedział mi ojciec raz, na początku naszej znajomości, słowa, które utkwiły we mnie głęboko. Powiedział ojciec: "Trzeba dobrze uważać, bo jeżeli się przejdzie obok wielkiej rzeczy z własnej winy, byłoby szkoda". To pozwoliło mi spostrzec nowy aspekt obowiązku uczciwości intelektualnej. Dotychczas stosowałam tę uczciwość tylko przeciwko wierze. Może to wyglądać okropnie, ale okropne nie jest, wręcz przeciwnie. Powstawało to stąd, że jak to odczuwałam, cała moja miłość była po stronie wiary. Słowa ojca wzbudziły we mnie myśl, że być może są we mnie bez mojej wiedzy nieczyste opory wobec wiary, przesądy, nałogi. Poczułam, że powtarzając sobie w ciągu tylu lat jedynie: "Może to wszystko nie jest prawdą", powinnam nie tyle przestać to sobie powtarzać - staram się to często sobie powtarzać jeszcze dzisiaj - ale dołączyć do tej formuły odwrotną formułę: "może to wszystko jest prawdą" i mówić je sobie na zmianę.

Zarazem czyniąc dla mnie z kwestii chrztu problem praktyczny, zmusił mnie ojciec do przyjrzenia się z bliska, z pełną uwagą, dogmatom i sakramentom jako czemuś, wobec czego mam obowiązki, które należy rozpoznać i wypełnić. Nigdy bym sama do tego nie doszła a było to dla mnie niezbędne.

Największe jednak dobrodziejstwo, jakiego od ojca doznałam było z innego zakresu. Uzyskując moją przyjaźń w zamian za miłość bliźniego, jakiej nigdy nie napotkałam równej, dostarczył mi ojciec najpotężniejszego i najczystszego źródła natchnień, jakie można znaleźć w rzeczach ludzkich. Bo nic spośród rzeczy ludzkich nie pomaga nam bardziej w nieustannym kierowaniu spojrzenia ku Bogu, niż jak nasze uczucie przyjaźni do przyjaciół Boga. Nic nie pozwala mi lepiej ogarnąć rozmiarów tej miłości bliźniego niż fakt, że tolerował mnie ojciec tak długo i z taką dobrocią. Wygląda to na żart, ale nie żartuję. To prawda, że nie ma ojciec tych samych motywów co ja sama (tych, o których niedawno pisałam), aby żywić wobec mnie nienawiść i odrazę. A jednak cierpliwość mi okazana może, moim zdaniem, pochodzić tylko z nadprzyrodzonej szczodrobliwości.

Nie udało mi się uniknąć sprawienia ojcu zawodu, największego jaki mogłam sprawić. Ale dotychczas, choć często stawiałam sobie to pytanie podczas modlitwy, podczas mszy czy w świetle tych promieni, jakie w duszy po mszy zostają, ani razu, ani na sekundę, nie miałam poczucia, że Bóg chce, żebym znalazła się w Kościele. Nie miałam nawet ani razu poczucia wątpliwości. Jak sądzę, można teraz wreszcie stwierdzić, że Bóg nie chce, abym znalazła się w Kościele. Nie powinien więc ojciec tego żałować.

Nie chce tego przynajmniej do dzisiaj. Ale jeżeli się nie mylę, zdaje mi się, że Jego wolą jest, abym pozostała również na przyszłość na zewnątrz, z wyjątkiem chyba godziny śmierci. Jednak jestem gotowa usłuchać rozkazu, jakikolwiek będzie. Usłuchałabym z radością rozkazu, żeby iść w środek piekła i zostać tam na wieczność. Nie chcę przez to powiedzieć oczywiście, że wolę rozkazy tego rodzaju. Nie ma we mnie tyle perwersji.

W chrystianizmie powinny pomieścić się wszelkie rodzaje powołania bez wyjątku, ponieważ jest katolicki. Tym samym w Kościele. Jednak według mnie, chrystianizm jest katolicki, bo ma do tego prawo, ale w praktyce tyle rzeczy jest poza nim, tyle rzeczy, które kocham i których nie chcę odrzucić, tyle rzeczy, które Bóg kocha, bo bez tego byłyby pozbawione egzystencji. Cały ogrom minionych stuleci, z wyjątkiem ostatnich dwudziestu; wszystkie kraje zamieszkałe przez rasy kolorowe; całe życie świeckie w krajach białej rasy; w dziejach tych krajów wszystkie tradycje oskarżone o herezję, jak tradycja manichejczyków i albigensów; wszystkie rzeczy, które pochodzą od Renesansu, zbyt często skażone, ale nie całkowicie pozbawione waloru.

Ponieważ chrystianizm jest katolicki w teorii a nie w praktyce, uważam, że mam prawo być członkiem Kościoła w teorii a nie w praktyce, nie tylko przez czas pewien, ale kto wie, czy nie przez całe życie.

Nie tylko jednak mam prawo. Dopóki Bóg nie da mi pewności, że rozkazuje mi, abym postąpiła przeciwnie, sądzę, że jest to dla mnie obowiązek.

Sądzę, tak jak ojciec, że nakazem najbliższych dwóch czy trzech lat, nakazem tak surowym, że nie można niemal spod niego się wyłamać nie popełniając zdrady, jest pokazać publicznie możliwość chrystianizmu naprawdę wcielonego w czyn. Nigdy, w całych dotychczas nam znanych dziejach, nie było epoki, w której duszom groziłoby takie niebezpieczeństwo jak teraz i to na obszarze całego globu ziemskiego. Trzeba, żeby na nowo został ustawiony wąż miedziany i żeby ktokolwiek rzuci na niego wzrok, był zbawiony.

Ale wszystko jest tak powiązane ze wszystkim, że chrystianizm może wcielić się w czyn tylko jeżeli będzie katolicki, w sensie jaki podałam. Jak będzie mógł krążyć w ciele narodów Europy, jeżeli nie zawrze w sobie wszystkiego, absolutnie wszystkiego ? Z wyjątkiem oczywiście kłamstwa. Ale we wszystkim co istnieje, najczęściej bywa więcej prawdy niż kłamstwa.



  1   2   3


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna