Scan-dal prv pl



Pobieranie 0,9 Mb.
Strona7/11
Data24.02.2019
Rozmiar0,9 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

VII
Nie wiem, jak długo tak siedziałem - starzec w rozpię­tym mundurze poruszał się kiedy niekiedy przez sen, ale to nie wyrwało mnie z odrętwienia. Wielokrotnie wstawałem i szedłem do Ermsa, ale tylko w myśli - naprawdę nie ruszyłem się z miejsca. Przemknęło mi nawet, żeby tak dalej siedzieć, nic, tylko siedzieć - coś w końcu będą musieli ze mną począć - ale przypomniały mi się długie, koszmarne godziny wysiadywania w sekretariacie i zrozumiałem, że ani mnie dotkną.

Z pośpiechem, jakby się paliło, zebrałem papiery i po­szedłem do Ermsa. Siedział przy biurku, robiąc notatki na aktach. Lewą ręką, nie patrząc, mieszał nieporęcz­nie herbatę. Podniósł na mnie błękitne oczy - było w nich coś niespożytego, rozbłysły wesoło, gdy wargi jego koń­czyły jeszcze czytać z akt - zdawało się, że raduje go byle rzecz, zupełnie jak młodego psa... psa... pies - czyżby przez to, w ten sposób? - ale przerwał moją myśl, wołając:

- Pan?! Dopiero teraz?! No, myślałem już, że pan zginął! Tak przepaść! Gdzie się pan podziewał?!

- Byłem u admiradiera - mruknąłem, siadając na­przeciw niego. Nie zamierzałem nic przez to powiedzieć, ale widać pojął mnie opacznie, bo przekrzywił głowę z odcieniem żartobliwego szacunku.

- Proszę - rzekł z zadowoleniem - no, proszę. A więc nie zmarnował pan czasu. Mogłem się tego spodziewać.

- Nie, nie, majorze! - krzyknąłem prawie, unosząc się z krzesła. - Niech pan da temu spokój!

- Czemu? - wtrącił zdziwiony, ale nie dałem mu dojść do słowa. Otworzyły się we mnie wezbrane upusty, mówiłem szybko, trochę niewyraźnie, bez żadnych przerw, o pierwszych moich krokach w Gmachu, o głównodowo­dzącym i jego kabelku, o podejrzeniach, które już wtedy lęgły się we mnie, choć o tym nie wiedziałem, i noszone jak zarazki zatruwały następne moje poczynania, jak wypias-towałem to w sobie, uczyniłem swoim przeznaczeniem i jak już gotowy byłem przyjąć koszmarną postać, tyleż wydętą lękiem, co narzuconą okolicznościami, niewinnie oskar­żonego, skazańca bez zmazy, ale i tego mi odmówiono, pozostawiając mnie samemu sobie - wciąż i wciąż so­bie! - oczywiście, pozornie tylko - i jak od drzwi do drzwi, od drzwi do drzwi łaziłem z całym tym, nikomu niepotrzebnym bezsensem... Mówiłem już tak długo, tak wiele, że powinno to było coś dać, lecz nie dawało nic... Ja - powtarzałem - sobą, sobie, mnie, kołowałem, czując płaskość podkreśleń, czegoś temu brakowało, nazbyt już nie kleiło się wszystko, aż w olśnieniu, które użyczone zostało bodaj wpierw językowi, aniżeli myślom, pozostającym wy­raźnie w tyle, wdałem się w ogólny rozbiór sprawy: że skoro mam się na cośkolwiek przydać, na cośkolwiek, powta­rzam, nie żywiąc najmniejszych nadziei ani uroszczeń, to nie należy do tego stopnia marnować mnie; cóż w końcu przyjdzie Gmachowi z tego, że się rozlecę, rozpłynę jak kałuża, jaka będzie z tego korzyść? - żadna! - więc po co to wszystko, czy nie nadszedł doprawdy czas, aby wręczyć mi, to jest zwrócić instrukcję, przedstawić całokształt Misji, jakakolwiek ona jest, ja, ze swej strony, zapewniam: będę się starał lojalnie, usilnie, ponad siły, ręcząc...

Niestety, przemówienie to, chaotyczne w początkach, nie stało się lepsze pod koniec i, zadyszany, roztrzęsiony, umilkłem nieoczekiwanie, w środku zdania, pod skonfun­dowanymi, błękitnymi oczami Ermsa, który wolno je opuś­cił, zamieszał herbatę, pobawił się - zbyt długo - łyżecz­ką, nie wiedział, co z nią począć - ależ on wstydził się, po prostu wstydził się za mnie!

- Doprawdy, nie wiem - zaczął miękko, serdecznie, choć w następnych słowach dały się wyczuć nutki po­wściąganej surowości - nie wiem, co z panem począć. Tak się... tak się obciążać... takie wybryki jakieś... przetrząsa­nie lekarstw... wprost mi głupio... ależ to nonsens jest! Absurd!!! Pan uroił sobie Bóg wie co! - zapalał się, a już przez tę zapałczywość prześwitywał nieodparty jego, po­godny nastrój.

Ja jednak, postanowiwszy twardo, że więcej nie dam się omamić, szybko wyrzuciłem:

- A instrukcja? Czemu mi pan jej nie objaśnił?! Prandtł w ogóle nie chciał o niej ze mną mówić! Zresztą... zresztą wykradł mi ją i...

- Co pan tu opowiada?!

- Nie mówię, że on sam - taki gruby oficer u nie­go - nie mógł o tym nie wiedzieć, jestem przekonany!

- Przekonany! Dobry sobie! A dowód?! Dowody pan ma?!

- Nie mam - przyznałem, ale natychmiast wróciłem do ataku: - Więc proszę, jeśli pan jest szczery i dobrze mi życzy - tak! - proszę powiedzieć mi natychmiast, co w niej było, ja ani słowa nie znam, nie wiem, co w niej było... ani jednego słowa!!

I patrzałem mu z bliska w oczy, żeby nie mógł ich opuścić ani odwieść na bok, a on patrzał na mnie, patrzał, wargi odęły mu się, zadrgały niebezpiecznie, aż wybuchnął głośnym śmiechem.

- To o to chodzi?! - zawołał. - Kochany! Instruk­cja... Ależ ja nie pamiętam! Co będę panu oczy mydlił... Ja nie pamiętam po prostu, całkiem zwyczajnie - tyle ich mam, proszę spojrzeć! - i, jakby bawiąc się, jął podnosić grube pokłady spiętych arkuszy z biurka, trzepał nimi w powietrzu, miętosił w garściach, nie przestając mówić:

- Czy byłby pan w stanie to zapamiętać? Wszystko? No, niechże pan sam powie... no... proszę...

- Nie! - powiedziałem cicho, lecz mocno. - Nie wierzę panu! Więc pan twierdzi, że nie pamięta nic? Ani jednego słowa? Ani zarysu ogólnego? Niczego? Więc... ja... panu... nie wierzę!!

Cisnąwszy mu to w oczy, zamilkłem, przerażony, bez tchu, bo to był ostatni człowiek, na którego ciągle jeszcze, nie wiem już sam dlaczego ani jak, do ostatka liczyłem. Gdyby, pod naciskiem, przyznał mi się, że działa z wyż­szego rozkazu, że jest nie sobą, Ermsem, jasnowłosym chłopcem o dobrych oczach, lecz miejscem Gmachu - wte­dy tak, wtedy pozostawała mi już tylko górna łazienka... Erms nie odzywał się dłuższą chwilę. Potarł ręką czoło, podrapał się za uchem, westchnął.

- Pan zgubił instrukcję - rzekł wreszcie - no, tak. To, owszem, to jest coś. Z tego będzie dyscyplinarka. Choćbym nie chciał, muszę wdrożyć postępowanie. Ale to nic takiego, o ile - zerknął na mnie bystro - nie opuszczał pan Gmachu. Nie opuszczał pan, co?

- Nie.


- Chwała Bogu! - odetchnął. - W takim razie będzie to raczej formalność. Załatwimy to później. Co do pańskich ostatnich słów, to - ja nie słyszałem ich, wie pan. Byłoby bardzo niedobrze, gdyby każde podenerwowanie cennego pracownika miało... mogło mnie dotknąć. To by świad­czyło jak najgorzej - po prostu, że nie nadaję się na to miejsce! - stuknął garścią w biurko. - Pan nie wierzy w moją serdeczność. No bo, niby - dlaczego miałbym pana lubić? Za co? Nie znamy się prawie i w ogóle - rozłożył ręce - ale to nie tak. Proszę tylko zważać na to, co powiem: jestem nie tylko urzędnikiem, wertującym te nieszczęsne papiery, biurokratą zakazanym - wyrżnął w nie pięścią, aż zafalowały z szelestem - ale, i to przede wszystkim, końcową stacją, jestem portem, z którego wychodzą nasi najlepsi ludzie - tam. No, a nie będę mówił panu, wyróżnionemu Misją Specjalną, co tam czeka... Więc, choć ja pana naturalnie nie znam, chociażeśmy się prywatnie nie stykali, to jednak wiem, wierzę, w oparciu o to wyróż­nienie (Misja nie jest przecie dla byle kogo), że pan za­sługuje na szacunek, zaufanie, na serdeczność, tym bardziej że nie dla osobistych względów będzie pan tego przez niewiadomy czas pozbawiony, co tam - narażony na srogie niebezpieczeństwa... Toż ja bym ostatnią kanalią był, gdy­bym w takiej sytuacji nie starał się, wedle sił, pomóc panu, nie tylko w zakresie urzędowych, służbowych obowiązków, ale w każdym względzie i w każdej sprawie! Że nie pa­miętam treści tej instrukcji? Pan się o to gniewa. Może i słusznie. Ja rzeczywiście (niezależnie od masy spraw, które mam na głowie) marną posiadam pamięć. Ale przeło­żeni nie mają mi tego chyba za złe - bo w naszym zawodzie nie jest dobrze pamiętać zbyt wiele. Ot, dajmy na to, wyjedzie pan z Misją, a ja, najzupełniej niechcący, przez sen, przez roztargnienie, przez pomyłkę, wypaplam jakiś szczegół, pozornie drobny, który może doprowadzić, przekazany tam kanałami, do pańskiej zguby. Do zguby, rozumie pan?! Więc czy nie lepiej, żebym, zamiast pilno­wać się nieustannie (co i tak robię), naprawdę, od razu i gruntownie wszystko zapominał?! Przecież - pan wyba­czy chyba - nie każdy w końcu gubi tak ważną, tak zasadniczą rzecz jak instrukcja, i trudno wymagać, żebym był na to specjalnie przygotowany... Tak więc proszę nie mieć do mnie żalu. Postępowanie wdrożymy, to swoją drogą, a pan musi się przede wszystkim wyzbyć nieuzasad­nionych podejrzeń...

- Dobrze - powiedziałem - rozumiem pana. Przy­najmniej staram się rozumieć. Ale co z instrukcją? Muszą przecież być gdzieś oryginały!

- Naturalnie! - odparł, odrzucając charakterystycz­nym ruchem jasne kosmyki z czoła. - Naturalnie, że są, w sejfie, u głównodowodzącego. Ale żeby do nich dotrzeć, trzeba specjalnego zezwolenia, pan chyba rozumie. Od ręki się tego nie załatwi. To nie potrwa długo - dorzucił pośpiesznie, jakby chcąc rozwiać mój niepokój.

- A czy będę mógł zostawić to - to znaczy, złożyć u pana? - spytałem, kładąc na biurku teczkę, którą wyłus­kałem spośród mych papierów.

- Co to jest?

- Nie mówiłem panu? Teczka, którą mi podłożono.

- Pan znowu swoje! Potrząsnął głową.

- Kto wie - mruknął na poły do siebie - czy nie powinienem skierować pana do Wydziału Lekarskiego...

Z tymi słowy rozwiązał tasiemki i rzucił okiem na oba leżące z wierzchu, białą nitką zeszyte arkusze. Przypatrywał im się chwilę ze szczególnym wyrazem twarzy.

- Pi... pi... - mruknął. Podniósł na mnie jasne oczy.

- Pozwoli pan, że wyjdę na chwilę? Kilkanaście se­kund, dosłownie...

Nie protestowałem, tym bardziej że zabierał kompro­mitujący mnie dokument. Wyszedł do bocznego pokoju, nie zamykając nawet drzwi; słyszałem, jak suwa krzesłem, po czym nastała cisza, przerywana tylko leciutkim poskrzypy-waniem. Wstałem i podszedłem wolno do uchylonych drzwi.

Erms siedział plecami do mnie, przy małym biurku, pod reflektorem, i z największą uwagą wodził ołówkiem po karcie czystego papieru - odrysowując z leżącego pod ręką mojego arkusza plan Gmachu. Nie wierząc własnym oczom, przestąpiłem próg. Podłoga trzasnęła. Erms odwrócił się, dojrzał mnie stojącego w drzwiach - i drgnienie, które przeszyło jego twarz, rozlało się w poczciwy uśmiech.

- Już - powiedział wstając - nie chciałem być nie­grzeczny i robić coś przy panu - to dlatego...

Odrysowany plan odrzucił z ostentacyjną jakąś nie-dbałością na biurko, tak że, prześliznąwszy się po jego tafli, spoczął na samym jej krańcu, zwisając nad podłogą, i ru­szył do mnie z oryginałem w ręku.

- Ależ to miało zostać u pana - wybąkałem, bo mi go podawał, wciąż jeszcze nie wiedząc, co mam myśleć

0 całej tej scenie.

- A cóż ja bym z tym robił? Proszę złożyć to w Sekcji Zdawczej Dziennika Podawczego - i tak musi pan tam pójść, żeby zaprotokołować zgubę instrukcji. Gdyby nie to, że takie rzeczy musi się załatwiać osobiście, zrobiłbym to naturalnie za pana...

Wróciliśmy do gabinetu i zasiedli, każdy po swojej stronie biurka.

- Więc jakże będzie z oryginałem instrukcji? Czy muszę czekać na koniec postępowania dyscyplinarnego? - odezwałem się pierwszy, lecz, nie czekając jego odpo­wiedzi, tym samym tonem, niespodziewanie dla siebie, dodałem:

- Czemu pan odrysował ten plan?

- Odrysował? - Erms potrząsnął głową z uśmie­chem. - Przywidziało się panu. Pragnąłem tylko, porów­nując go z prawdziwym, sprawdzić jego autentyczność. Krąży mnóstwo falsyfikatów, wie pan...

Nieprawda! Dobrze widziałem! Odrysował pan! - chciałem krzyknąć, ale zauważyłem jedynie:

- Ach, tak? I co - czy jest dobry?

- Właściwie nie powinienem panu tego powiedzieć, ale niech tam... - przechylił się z szelmowskim uśmiesz­kiem przez biurko. - Ma miejsca prawdziwe, ale drugie

1 trzecie skrzydło nie zgadza się... tylko proszę zachować to dla siebie, dobrze?

- Naturalnie! - odparłem, gotując się do wyjścia, gdy przypomniał sobie, że ma dla mnie kartki obiadowe. Zaczął ich szukać, poklepując się szybko po kieszeniach i mrucząc kąśliwe słówka pod własnym adresem.

- Gdzież ja to, u pioruna... Co za głowa, co za gło­wa! - • powtarzał cicho a zaciekle, wyrzucając z kieszeni na biurko osobiste drobiazgi: zauważyłem, że i on miał ma­leńki, z plaży pewno, nakrapiany kamyczek...

Patrzałem na niego, z dłońmi na oparciu krzesła, za którym stałem. Czy powiedział przed chwilą prawdę? Ale widziałem przecież na własne oczy, że nie porównywał pla­nu z innym, lecz kalkował go! Mogłem na to przysiąc! Cóż miałem o nim sądzić? Dlaczego odrysował sobie tajny plan?

Szef Wydziału Instrukcyjnego, który pracuje zarazem dla... idiotyzm! Nonsens! I tak już nazbyt wiele razy prze­kroczyłem granice zdrowej podejrzliwości: czy nie otarła się o rozstrój jakiś komedia, którą odegrałem przed sobą u admiradiera, biorąc zwykły sen zmożonego trudami starca, sędziwością wywołane oszpecenia, kartki z czekola­dy wreszcie - za wyciągające się ku mnie szpony wszech­wiedzącej, wbrew rozsądkowi, mafii? Wszelako on napraw­dę odrysował ów plan, który, sam to powiedział, nie miał z jego Wydziałem nic wspólnego, którego przyjąć nawet z moich rąk nie było mu wolno... Ale w takim razie czemu nie zamknął drzwi? Czyżby, wydając się w moje ręce, był tak pewny, że się nie zorientuję, że nic nie grozi mu z mo­jej strony, bo jestem naiwnym głupcem? To byłoby ryzy­kowne, chyba że...

Chyba że ma mnie za wspólnika - powiedziało coś obcym głosem w mojej głowie, aż drgnąłem, że on to usły­szy - ale z okrzykiem zadowolenia odkrył właśnie we czwo­ro złożone kartki obiadowe między przegródkami pugilaresu.

- Proszę, oto są! - podał mi je przez biurko. - Więc teraz pójdzie pan do tysiącstoszesnastki - to jest Podaw-czy - odda papiery i zarazem złoży zeznanie do proto­kołu - ja już zadzwonię, uprzedzę ich, tylko proszę iść prosto, nie zgubić się znów po drodze - mówił z uśmie­chem, odprowadzając mnie do drzwi, biernego, do tego stopnia oszołomionego myślami, które rozsadzały mi wprost czaszkę, że nie zdołałem wybąkać jednego choćby słowa na pożegnanie. Szedłem już korytarzem, gdy wytknął głowę przez drzwi i krzyknął za mną:

- Proszę później wpaść!

Szedłem dalej. Gdyby mnie miał za wspólnika... nie lękałby się, że go wydam. Nie orientowałem się w mechani­zmach wywiadu, wiedziałem jednak, że agenci działający na ościennym terytorium z reguły nie znają się nawzajem, dzięki czemu możliwość masowej wsypy, zdemaskowania całej organizacji, zmniejsza się do minimum. Mając wgląd w moją sprawę, Erms mógł - w oparciu o gromadzony przeciwko mnie materiał obciążający - uważać mnie za takiego właśnie agenta, choć zarazem z podanych wyżej powodów nie spieszył się sam ze zdjęciem maski. Jedno mi się tylko nie zgadzało w tym rachunku: gdyby naprawdę był wysłannikiem wroga, wtyczką na wysokim stanowisku pierwszego oficera instrukcyjnego, ostrzegłby mnie prze­cież, mając za swego, za niezależnie działającego protago-nistę, tej samej sprawy, a nie wprowadzał w błąd, w po­mieszanie...

- Ejże! - przystanąłem naraz, tak pogrążony w myś­lach, że ledwo widziałem bielejące w perspektywie kory­tarza dwa szeregi drzwi - czy to takie oczywiste? Alboż to istnieje jakaś solidarność agentów, płatnych w zasadzie kreatur, i czy Erms nie poświęciłby mnie bez wahania, nawet rozpoznawszy jako bojownika tej samej sprawy, jeśliby mogło mu to rokować osobisty sukces czy chociażby krok tylko naprzód w zadaniu, któremu sam się poświęcił?

Tak więc to było możliwe. Co miałem robić? Do kogo iść? Gdzie się odwołać? Poczułem naraz pustkę w rękach: zapomniałem u Ermsa książkę i papiery. To był niezły pretekst. Zawróciłem pośpiesznie. Ostatnie kroki przed jego Wydziałem oddałem staraniu, by przywdziać wyraz twarzy możliwie roztargniony i lekki; przeszedłem przez sekreta­riat i bez pukania otwarłem drzwi.

Gdybym sto lat wytężał wyobraźnię, nie odgadłbym, na czym go przyłapię!

Siedział wygodnie na odchylonym do tyłu krześle, tak że bujało dwiema nogami w powietrzu, i podzwaniając do taktu łyżeczką o szklankę herbaty - śpiewał! Musiał być bardzo z siebie zadowolony! - Przyda mu się widać ten plan - przeleciało mi błyskawicznie przez głowę. Erms urwał śpiew w pół zgłoski i, ani trochę nie zmieszany, mówił ze śmiechem:

- Przyłapał mnie pan! Co robić?! Próżnowałem - fakt! Człowiek robi, co może, żeby się nie dać papierkom! Po książkę - co? Proszę - tam leży... Pan to jest godny podziwu - nawet w poczekalniach tego... samokształce­nie... o, tu są jeszcze papiery - wstając, podał mi jedno i drugie. Podziękowałem skinieniem głowy i miałem już wyjść, gdy, odwracając się, trochę bokiem, tak że widziałem go przez ramię, rzuciłem:

- Proszę pana...

Pierwszy raz tak się do niego odezwałem - dotąd nazywałem go zawsze majorem. Przestał się uśmiechać.

- Słucham.

- Ta nasza rozmowa cała - to był szyfr, co?

- Ależ...

- To był szyfr... - powtórzyłem uparcie i mam wraże­nie, że udało mi się nawet uśmiechnąć. - Prawda? Wszyst­ko, wszystko - szyfr!!

Stał za biurkiem, z na wpół otwartymi ustami, i tak go zostawiłem, zamykając za sobą drzwi.



VIII
Oddalałem się stamtąd prawie biegiem, jakby w oba­wie, że będzie mnie gonił. I po co mi to było? Czy chciałem napędzić mu strachu? Mogłem sobie oszczędzić fatygi - na pewno się mnie nie bał, uwikłanego bezsilnie w sieć, której końce on i jemu podobni trzymali swobodnie w rę­kach. W każdym razie byłem znowu podniesiony na du­chu - dlaczego? Zastanowiwszy się nad tym, doszedłem do wniosku, że sprawił to Erms - nie swoją czczą gadani­ną, naturalnie, tymi pozorami serdeczności i uwagi, w które uwierzyłem na chwilę tylko dlatego, że tak bardzo tego chciałem, ale podpatrzoną przez drzwi sceną. Jeśli bo­wiem - tak chyba brzmiało moje rozumowanie - on jest, na takim stanowisku, agentem tamtych, to znaczy, że można wprowadzić w błąd, oszukać i przechytrzyć Gmach w ośrodkach jego, w jego najwrażliwszych węzłach, a więc daleko mu do nieomylności, a jego wszechwiedza stanowi tylko moje urojenie. To samo w sobie ponure raczej od­krycie otwierało więc przede mną furtkę w sposób najbar­dziej nieoczekiwany.

W połowie drogi do Dziennika Podawczego rozmyś­liłem się raptownie. Erms wysłał mię tam. Życzono sobie, żebym tam poszedł, należało zatem postąpić inaczej, wy­rwać się z zaklętego kręgu działań z góry dla mnie upa­trzonych. Dokąd mogłem jednak pójść? Nigdzie - i on wiedział o tym. Pozostawała tylko łazienka. Nie była w koń­cu taka zła - mogłem się tam, w ciszy i samotności, zastanowić, przetrawić wydarzenia, tak już liczne, spróbo­wać powiązania ich, przepatrzenia pod nowym kątem, nareszcie po prostu - ogolić się. Tą moją kłującą szczeciną zanadto już wyróżniałem się spośród pracowników Gma­chu i kto wie, czy nie za sprawą umyślnego rozkazu udawali, że wcale tego nie dostrzegają.

Pojechałem windą na górę, do łazienki, w której od­kryłem niedawno brzytwę, zabrałem ją stamtąd i wróciłem na dół - do siebie, jak nazywałem to miejsce w myślach. Przed samymi drzwiami mojej łazienki wydało mi się, że gdy, zamyślony, opuszczałem go po raz pierwszy, Erms wspomniał coś o potrzebie ogolenia się. Czyżby przewidział także i tę możliwość? Dobrą minutę stałem na korytarzu, tępo wpatrzony w białe drzwi. Więc nie wchodzić? Ale, w końcu, od tego naprawdę nic nie zależało! Mogłem zresztą, po ogoleniu, siedzieć, jak długo tylko chciałem w tej mojej samotni - już to tego nie mógł mi na pewno dyktować!

Wszedłem więc cicho, choć przywykłem do pustki, jaka tu zawsze panowała. Przedsionek, z bocznym wejściem do toalet, był oświetlony inną, mocniejszą jakby żarówką, ale może mi się to tylko wydało. Otwarłem drzwi łazienki i niemal natychmiast je zamknąłem: ktoś w niej był. Jakiś człowiek leżał prawie dokładnie w tym samym miejscu, co ja przedtem, obok wanny, z podłożonym pod głowę ręcz­nikiem. Pierwsza była myśl o odwrocie, lecz porzuciłem ją. - Spodziewają się, że ucieknę - pomyślałem - to byłoby najnaturalniejsze; wobec tego wejdę i zostanę.

Uczyniłem to. Podszedłem do śpiącego na palcach, ale choć potknąłem się przy progu z hałasem, nie drgnął nawet. Spał jak zabity. Patrzałem nań od strony głowy, która spoczywała o jakiś metr od moich nóg, więc nawet gdybym go już widział, nie mógłbym go poznać. Wyglądał zresztą na obcego. Był w cywilnym ubraniu, bez marynarki, którą okrył się do pasa - zzute trzewiki stały pod wanną. Na przybrudzonej z lekka u mankietów koszuli w paski-nosił cienki sweter; pięść, owiniętą ręcznikiem, wsadził sobie pod głowę, i z kolanami, podkurczonymi ku brodzie, poru­szał się bezgłośnie miarowym rytmem spokojnego oddechu.

Cóż mnie obchodzi? - pomyślałem. - Są inne ła­zienki. Mogę się przenieść, dokąd zechcę. - Tak sobie mówiłem, aby się uspokoić, pomysł z przenosinami był właściwie śmieszny, bo cóż miałem do przeprowadzki oprócz samego siebie?



Postanowiłem skorzystać z jego snu i ogolić się. W tej czynności nic nie było podejrzanego ani niedozwolonego. Położyłem przyniesioną brzytwę na półeczce pod lustrem. Musiałem jeszcze sięgnąć przez śpiącego, aby wziąć mydło z siatki nad wanną, a puszczając nikłym strumykiem ciepłą wodę z kurka umywalki, zerknąłem w jego stronę, czy go ten szmer nie zbudzi. Widząc, że ani drgnie, odwróciłem się do lustra. Moja twarz wyglądała doprawdy nieprzyjem­nie, jak u galernika. Zarost przyciemnił ją i zarazem uczynił jakby chudszą, chyba nie więcej niż trzy, cztery dni wystar­czyłoby, aby wyżej ust znikła w brodzie. Namydliłem się nieco mozolnie, bo bez pędzla, brzytwa za to okazała się nad wyraz ostra. Człowiek na podłodze doprawdy mi nie przeszkadzał, gdyż zacząłem rozmyślać - przy goleniu zawsze dobrze mi się myślało - nad moim tak nieskład­nym losem.

Co mi się zatem przydarzyło? Bytność u komenderała Kashenblade zakończyło przyznanie Misji, po odwiedzinach zbiorów aresztowano pierwszego oficera instrukcyjnego, po­tem znikł drugi, zostawiając mnie sam na sam z otwartą kasą, zjawił się szpieg, uciekłem, trafiłem na staruszka w złotych okularach, po jego śmierci nastąpiło samobójstwo innego, trzeciego z rzędu oficera, po czym wizyta w kaplicy z ciałem, wymusiłem na księdzu Orfinim numer pokoju Ermsa, potem był Prandtl, muchy w herbacie, zniknięcie instrukcji, rozpacz, omyłkowa (nie - wtrąciłem w tok własnych myśli - nie będę się sugerował), nie omyłkowa, ale po prostu: bytność w archiwum, następnie sekretariat tego jakiegoś śledczego, do którego mnie nie dopuszczono, scena u admiradiera, poprzedzona degradacją i policzkami i, na koniec, druga rozmowa z Ermsem. To chyba wszystko. Od wyliczenia wypadków przeszedłem do ludzi, którzy w nich występowali - jeśli moja analiza nie miała od razu pogrążyć się w interpretacyjnym trzęsawisku, należało wyjść od zupełnej jakiejś pewności, od czegoś niewzruszo­nego, w co niepodobna wątpić. Wybrałem jako opokę śmierć - i zacząłem od staruszka w złotych okularach. Powiedziano mi - uczynił to kapitan-samobójca - że otruł się, bo wziął mnie za kogoś innego. Przedstawiłem mu się jako pracownik Gmachu, a on sądził, że jestem wysłan­nikiem tamtych, a na szyfrowe hasła nie odpowiadam umówionym odzewem, bo przybyłem, aby ukarać go za zdradę. Co prawda nie był on w rzeczywistości staruszkiem. Aż nadto dobrze pamiętałem czarne włosy, które w agonii wypełzły mu spod peruki. A jednak kapitan w rozmowie nazywał go wciąż „starym” - ten „stary” nie schodził mu z ust. Czy kapitan kłamał? To było prawdopodobne, tym bardziej że sam się zaraz potem zastrzelił, czyż to nie­spodziewane samobójstwo nie podkopywało wiarygodności jego słów? Być może - pomyślałem - wydarzyła się historia w jakiejś mierze podobna do stosunku między mną a Ermsem. Kapitan zabił się, bo się mnie bał. Samo tylko wykrycie błahego stosunkowo przekroczenia nie mogło go skłonić do tak rozpaczliwego kroku - a zatem i on był agentem tamtych. Staruszek (nazywałem go tak dalej, tym bardziej że z tą fałszywą starością poszedł do trumny) też musiał być ich agentem. Gdyby nim nie był, gdyby przy­puszczał, że to ja nim jestem, oddałby mnie, jako lojalny pracownik, w ręce władz. Ale on się otruł. Śmierci, której w obu wydarzeniach byłem świadkiem, należało chyba wierzyć. Zdecydowałem, że tak. A więc staruszek i oficer byli agentami tamtych, ten pierwszy jednak drobnym, płotką zapewne, a drugi - choćby przez zajmowane stano­wisko szefa czy też zastępcy szefa Wydziału - bardzo ważnym. Biorąc mnie za superrewidenta z ramienia Sztabu, bez wahania poświęcił zatem cześć staruszka (który i tak nie żył już podczas naszej rozmowy), demaskując go przede mną, ukrywanie zaś swej wiedzy o podwójnej roli zmarłego usiłował wytłumaczyć nadmierną swą ambicją i gorliwoś­cią służbową. Gdy ujrzał, że tłumaczenia tego nie przyjmuję (w istocie po prostu nie rozumiałem go, gdyż wypowiedział je szyfrem) - zastrzelił się.

Tak więc ów, dwie śmierci obejmujący, epizod wy­darzeń był zrozumiały, jaka wszelako była w nich moja rola - ta przeznaczona mi, a nie uzurpowana dla wyjścia z zaciskającej się sytuacji? To pozostawało ciemne.

Idźmy dalej - pomyślałem - być może rozjaśni coś analiza dalszych wypadków.

Tymczasem skończyłem się golić. Przyjemnie było od­świeżyć się chłodną wodą, zmywając zaschniętą pianę z policzków. Nie bardzo zważałem nawet na hałas, jaki wy­wołać musiało pluskanie. Rezultat, do jakiego doszedłem, choć może nikły, napełnił mnie jednak otuchą. Nie wszyst­ko w Gmachu jest niezrozumiałe - rzekłem sobie - udało mi się ułożyć część bodaj rozsypanej mozaiki. Wycierając twarz szorstkim ręcznikiem, zauważyłem na nowo leżą­cego - pochłonięty myślami, niemal o nim zapomniałem. Popatrzyłem nań uważnie. Spał. Nie miałem najmniejszej chęci iść do Dziennika Podawczego, kręcić się po koryta­rzach też nie. Siadłem na brzegu wanny, u drugiego jej końca, oparłem się o kafelkami wykładaną ścianę, podciąg­nąłem kolana do brody i podjąłem tok rozważań.

Erms, serdeczny Erms. Z tym sprawa była gorsza. Gdybym nie podejrzewał go nawet o podwójną grę wobec Gmachu, i tak bym mu nie ufał. Przy całej wylewności, jaką okazywał, nie pisnął nawet o mojej Misji, nie zająknął się o niej - wszystko, co mówił, obracało się między kom­plementami, na które nie zasłużyłem, i ogólnikami, które nic nie znaczyły. Molestowany, wydał mi w końcu instruk­cję, którą skradziono mi u Prandtla. Mniejsza na razie

U instrukcyjnego - pomyślałem - daleko ważniejsza jest sprawa samej instrukcji. Jeżeli Erms dał mi ją, wiedząc, że niedługo będę się cieszył jej posiadaniem, to chyba po to, żebym mógł do niej zajrzeć...

Zaraz. Czy to w ogóle była instrukcja? Powinna była przecież opiewać na mnie, przedstawiać plan mych rzeko­mo tak ważnych i odpowiedzialnych działań, zasięg, istotę całej Misji, więc cóż to znowu znaczyło, że brzmiała niczym mój pamiętnik - jak jakaś opowieść o losach zagubionego w Gmachu człowieka? Czy tak wygląda (bo przekonywano mnie o tym) szyfr?

Owszem, może tak wyglądać, sądząc według słów Prandtla, który demonstrował mi, jak można rozszyfrować nawet dramaty Szekspira. Ale czy naprawdę można? Na to miałem właściwie tylko jego słowa. Maszyna - deszyfra-tor... ależ nie było żadnej, była tylko kobieca ręka, która przez otwór w ścianie podawała spreparowane odpowied­nio taśmy.

Zabrnąłem już: kwas sceptycyzmu zżerał wszystko; trzeba się było ze stanowiska tak radykalnego wycofać. Pozostała jedna właściwie rzecz - to chuchnięcie Prandtla w drzwiach, jakby chciał mi coś powiedzieć, wyznać,

1 wziął to słowo na powrót, nim wymknęło mu się na dobre z ust - chuchnięcie i wyraz jego oczu w owej chwili.

Odruchu tego nie należało lekceważyć - nie tylko dla jego ludzkiej wymowy, ale ponieważ skrywać musiał coś więcej oprócz litości: wiedzę o moim losie, o tym, co czeka mnie w Gmachu. Prandtl był jedynym człowiekiem ze wszystkich, jakich spotkałem, który prawie że przekroczył krąg anonimowego rozkazu, powoławszy się zresztą przed­tem na jego ciężar.

Co dalej? Czy to, że Prandtl znał rolę, jaką mi prze­znaczono, było takie znów ważne? I bez jego odruchu wie­działem, że wezwano mię do Gmachu, wpuszczono, wyróżniono Misją - w jakimś konkretnym celu. A to mi odkry­cie! - pomyślałem nie bez zniecierpliwienia, nawet za­wstydzony trochę takim pseudorewelacyjnym rezultatem wytężonych rozważań.

Przerwało je poruszenie śpiącego, który, postękując, przewrócił się na drugi bok, zakrył całą niemal twarz skra­jem marynarki i znieruchomiał, oddychając miarowo.

Patrzyłem na jego zabrużdżone snem czoło, na kąt skó­ry między ciemnymi, przyprószonymi siwizną włosami na skroni i, z wolna przestając go widzieć, wróciłem do kon­cepcji, jaka nasunęła mi się już dawno. Jak dawno - nie umiałem nawet powiedzieć. Czy wszystko to było - wciąż jeszcze - coraz dalej i szerzej rozciągającą się próbą?

W tym świetle wytłumaczalne, konieczne stawały się posunięcia skądinąd zagadkowe - więc bezustanne od­wlekanie wręczenia mi instrukcji, zapoznania z Misją, nie kwapiono się z tym, pragnąc wprzód zbadać wszechstron­nie, jak zachowam się w zaskakujących, sprzecznych sytua­cjach. Było to zarazem badanie osobniczej wytrzymałości (skądeś znałem jakby ten termin) i rodzaj suchej zaprawy, hartowania czy treningu przed właściwą Misją. Naturalnie musiano czynić wszystko, aby ukryć przede mną istotę do­świadczenia - to był podstawowy warunek, inaczej działał­bym w sytuacjach sztucznych, niegroźnych, i tym samym rzecz straciłaby wszelką wartość.

A przecież domyśliłem się fikcji! Czyżby moja dociek­liwość leżała ponad przeciętną? Aż drgnąłem, skulony na brzegu wanny, wyżej podciągając kolana, bo wydało mi się, że odkryłem w wypadkach ich wspólną, nader istot­ną cechę.

Oto w przeciągu kilkunastu zaledwie godzin, na samym nieomal wstępie mej obecności w Gmachu, natknąłem się na pracujących w nim agentów wroga. Był więc porucznik ujęty na korytarzu, kiedy wyprowadzał mnie z Wydziału Zbiorów, pierwszy mój instrukcyjny, był blady szpieg z apa­ratem fotograficznym, dalej: staruszek w złotych okularach i kapitan-samobójca, nie wspominając już o godnym po­dejrzenia Ermsie - w sumie pięciu agentów, ujawnionych lub na poły ujawnionych w czasie tak krótkim - to było więcej niż nieprawdopodobne - niemożliwe wręcz! Gmach nie mógł się przecież znajdować w stanie podobnego roz­kładu, tak masowej, powszechnej infiltracji. Jedno już odkrycie dawało do myślenia, a cztery czy pięć - prze­kraczały wszelkie granice prawdopodobieństwa. Tu musiał skrywać się klucz. A więc próba. Udanie. Koncepcja ta nie zadowoliła mnie na długo. Ten rój wrażych agentów, te kasy otwarte, pełne tajnych akt, ci szpicle, o których poty­kałem się co krok - tak, to mógł być teatr, ale te śmierci? Byłyżby i one wynikiem rozkazu? Zbyt dobrze pamiętałem jeszcze ostatnie ruchy tych ciał, ich drgawki, ziębnięcie, abym miał wątpić w prawdziwość zgonów. To nie mogło być nakazane ani wyreżyserowane, aby mnie omamić, i nie dlatego, że motywom Gmachu nieobce było miłosierdzie - nic podobnego! - na ciąg tak ostateczny nie pozwalała właśnie zimna rachuba, cóż przyszłoby bowiem z zabijania wysoko stojących, wartościowych pracowników na oczach trzeciego, potencjalnego dopiero - przecież nie kalkulował się, nie mógł się opłacić werbunek nowicjusza, okupiony podwójną utratą!

A zatem - hipoteza rozstawionych dekoracji musiała, wobec tych śmierci, upaść. Musiała?... Ileż już razy, idąc nieprzytomnym zygzakiem, jak pyłek w prądzie powietrza, źdźbło w strumieniu, nie wiedząc, co pocznę w następnej chwili, to poddając się wypadkom, to wstając przeciw nim, przekonywałem się poniewczasie, że tak czy tak trafiam zawsze w miejsca dla mnie upatrzone jak bila na suknie, jak punkt przyłożenia matematycznie wyliczonych sił - każdy mój ruch był przewidziany z góry wraz z myślami tej oto chwili, z jej nagłą czczością, zawrotem głowy, wszędzie tkwiło, obrócone na mnie, olbrzymie niewidzialne oko, to wszystkie drzwi czekały na mnie, to zamykały się, głuchły telefony, nie odpowiadano mi na pytania, cały Gmach przenikała w ułamku sekundy wycelowana we mnie zmo­wa, a gdy zbliżałem się do wybuchu, szaleństwa, uspokaja­no mnie, otaczano życzliwością, aby, znienacka, jakąś sce­ną, jakąś aluzją dać mi do zrozumienia, że zna się nawet moje myśli. Czy Erms, wysyłając mnie do Dziennika Po-dawczego, nie wiedział, że będę usiłował postąpić mu na przekór, że pójdę do łazienki - i dlatego znalazłem w niej tego człowieka, a teraz skracam sobie po prostu czas, czekając na jego przebudzenie?

Tak było - a jednocześnie wszechwiedza Gmachu dopuszczała, że cały był wydrążony, przeżarty przez tam­tych, i ta zabójcza dlań infiltracja nie zatrzymywała się na żadnym progu. Byłżeby ów rak zdrady moim przywidze­niem? Urojeniem?

Podjąłem nową próbę - prześledzenia samego siebie. Na początku - choć nigdy z pełną ufnością - sądziłem, że mię wybrano. Napotkane przeszkody traktowałem jako potknięcia organizacyjne, raczej zdziwiony i zniecierpliwio­ny aniżeli niespokojny, brałem je za przywarę nieodłącz­ną od wszelkiej biurokracji. Gdy instrukcja wciąż mi się wymykała, przeszedłem do wybiegów coraz śmielszych, w miarę jak uchodziły mi bezkarnie, coraz mniej czystych, przeświadczony, iż uczciwość nie jest tu na miejscu; to przedstawiałem się jako przybyły z najwyższego rozkazu, to, żeby uzyskać niezbędne informacje, używałem, jak skra­dzionej broni, zasłyszanych od samobójcy-kapitana czymś strasznym brzemiennych cyfr; kłamstwa te, rosnące w mia­rę, jak moje posunięcia zmieniały się w gonitwę, gonitwa - w kluczenie, wreszcie w ucieczkę - przychodziły mi coraz łatwiej i bezmyślniej.

Wszystko zawodziło, rozwiewało się, zmieniało znacze­nie, a ja, udając, że tego nie dostrzegam, dalej usiłowałem dostać w ręce widomy znak, dowód mojej Misji, choć świtało mi już, że to rzekome wywyższenie jest poniżeniem, że zostałem wprowadzony w krętactwa, w chowanie się pod biurkiem, w obecność przy nagłych a okropnych śmierciach, aby wlokły się potem za mną, wzięły w matnię, uwi­kłały w konieczność składania nieprawdopodobnie brzmią­cych wyjaśnień!

Okłamany, okradziony z instrukcji, z nadziei jej istnie­nia, usiłowałem wytłumaczyć się, usprawiedliwić - a że nikt nie chciał mnie wysłuchać, choćby po to tylko, aby zadać mi kłam, brzemię mych nie popełnionych win rozra­stało się coraz bardziej, aż ogarnęła mnie szaleńcza chęć przyjęcia tego losu skazańca bez zmazy, uczynienia go pełnym i dokładnym, pośpiesznego doprowadzenia do wła­snej zguby - i szukałem dalej sędziów, już nie aby się zrehabilitować, ale żeby zeznać, co tylko będą chcieli. I znowu fiasko: jąłem zatem u admiradiera fabrykować z siebie zdrajcę, lepić go na podobieństwo własnych wy­obrażeń, dorabiać okoliczności obciążające, ryjąc po szufla­dach - i jeszcze raz uderzyłem w próżnię!

Czy urastając w głąb zdradzonych oczekiwań, w po­tworny lęk odwróconym pomnikiem własnej zagłady, czy przerzucając się w chwilową ufność, momentalną wiarę w Misję Specjalną, instrukcję - chciałem, tak lub owak, od­naleźć, choćby przewrotny, sens mojej tu obecności. Ale nie wywyższano mnie, nawet by poniżyć; łaski nie służyły niczemu, tak samo jak oznaki zdrady, wciąż na nowo okazywało się, że jak gdyby nie oczekują ode mnie nic. Na to jedno nie mogłem się zgodzić.

Więc jeszcze raz, od nowa zacząłem: może to, co na­zwałem przedtem udaniem, teatrem, doświadczeniem, nie jest próbą, lecz właściwą, przeznaczoną dla mnie Misją?

Ta myśl wydała mi się na mgnienie furtką - i nie śmiać jeszcze naruszyć jej badaniem, trwałem chwilę z zamknię­tymi oczami i bijącym gwałtownie sercem.

Misja? Ale po cóż by miano ją przede mną ukrywać? Dlaczego, zamiast powiedzieć, że żąda się ode mnie pra­cy w samym Gmachu, pewnego rodzaju kontroli, zamiast uzbroić w niezbędne wiadomości, miano wysłać mnie w nie­znanym kierunku, na oślep, domagając się w milczeniu, abym zrobił to, o czym nie wiem, a jeśli nawet zrobiłem coś - to niechcący tylko, a nawet mimo własnej woli?

- Tak to wygląda na pierwszy rzut oka - powiedzia­łem sobie - wszelako Gmach wdrożył mnie już do pew­nego stopnia w swój tryb postępowania, ciemny, ale nie pozbawiony cech wyrazistych, były tu więc Wydziały, Sek­cje, Archiwa, Sztaby, z regulaminem, rangami, telefonami, żelaznym posłuszeństwem scementowane w monolitową, hierarchiczną konstrukcję. Była ona sztywna, uporządko­wana, wiecznie czuwająca, jak białe korytarze z regular­nymi szeregami drzwi, jak sekretariaty pełne skrupulatnie prowadzonych kartotek, wraz z trzewiami swych komuni­kacyjnych przewodów, pancernymi sercami kas, rurami poczty pneumatycznej, która podtrzymywała nieustający obieg tajności, tu nic nie było pominięte, nawet sieć kanali­zacyjna, poddana ciągłemu nadzorowi - lecz ta zegarowo dokładna powierzchnia okazywała się z bliska rojowiskiem intryg, wykradzeń, podstępów, omamień. Czym był ten rozgardiasz? Pozorem? Maską uniemożliwiającą profanowi dojrzenie prawdy innego jakiegoś, wyższego planu?

Być może takiego właśnie, pogmatwanego - przy powierzchownym osądzie - postępowania ode mnie ocze­kiwano? Może ono właśnie było orężem wymierzonym przez Gmach w jego przeciwników? Istotnie, choć nie wiedziałem jak, choć za każdym razem sprawił to jak gdyby ślepy przypadek, przyniosłem przecież niemałe korzyści! Unie­szkodliwiłem wszak krecią robotę staruszka i kapitana, a w innych sytuacjach mogłem stanowić czynnik katalizu­jący, przynaglenie kulminacji bądź przeciwwagę nie zna­nych mi napięć - tu myśl moja znowu zboczyła z drogi, przyciągnięta powszechną dwulicowością ludzi, jakich spo­tkałem. Można by sądzić, że podwójna gra stanowi tu naj­wyższy, obowiązujący kanon - tylko dwu ludzi nie do­tknęła dotąd moja podejrzliwość: szpiega z kasy i Prandtla.

Najpewniejszy byłem szpiega. Kiedy zawiodła mię na­wet śmierć - bo czyż postępowanie trupa pod flagą nie trąciło wyraźnie dwuznacznością? - on jeden tylko mi pozostał, on jeden. Nie parał się zdradą, nie udawał, nie łudził, lecz, zakradłszy się sumiennie do kasy, blady i prze­rażony fotografował plany, a czegóż innego należało się spodziewać po uczciwym szpiegu?

Gorsza nieco była sprawa z Prandtlem. W gruncie rzeczy moja wiara w niego opierała się na chuchnięciu. Erms zapowiedział, że przejdę u niego związane z Misją przeszkolenie. Rozmowa z Prandtlem okazała się oczywiś­cie czymś zupełnie innym - chociaż w tej chwili nie byłem już tego taki pewny. Powiedział mi sporo rzeczy niejasnych, zaznaczając, że zrozumiem je później. Czyżby już teraz?

Być może Prandtl wcale nie wiedział, co się ze mną stanie, i nawet się tym nie interesował, a litość, jaką mi okazał, spowodowała nie znajomość przyszłych wydarzeń, lecz to, co się stało, a stało się, bo, nie poprzestając na ukazaniu mi nieskończoności zagrzebanej w szyfrach, poka­zał mi końcowy sens jednego, na małym skrawku papieru. Były to trzy słowa.

Układały się w parę z pytaniem, jakie zadałem w myś­lach, mając za jedynego towarzysza owego obleśnego ofice­ra, którego zadaniem było podejść mnie i okraść.

Jeżeli wszystko, cokolwiek działo się w Gmachu, posia­dało, oprócz powierzchownego i pozornego, sens głębszy, ważniejszy, to Prandtl na pewno nie postąpił tak sobie.

Zapytałem: „Czego ode mnie chcą? Co mi przezna­czono?”

I Prandtł dał mi papier zawierający jedno zdanie: „Odpowiedzi nie będzie”.

Brak odpowiedzi na to pytanie, odnoszące się przecież, w istocie, do Gmachu - obracał przyrzeczenia głównodo­wodzącego, wypadek w kasie, szantaż na księdzu Orfinim, walki na korytarzu, nagłe zgony, misje, instrukcje, same szyfry nawet - w kaszę przypadkowych głupstw i okro-pieństw, wszystko to szło w rozsypkę, nie układało się w żadną całość, i sam Gmach, w świetle tego zdania, zmierzał do zaludnionej izolatkami szaleńców próżni, a je­go wszechmoc i wszechwiedza okazywały się tylko moją halucynacją.

Skoro jednak wydarzenia szły luzem, do góry nogami, byle jak, skoro nie stanowiły całości ani nie miały od­niesienia do innych, to nic nie znaczyły, a w takim razie pozbawiona znaczenia była także moja wizyta u Prandtla, jego wykład, a wraz z nim - i owe trzy przeraźliwe słowa...

Słowa te traciły zatem moc uogólniającą i odnosiły się na powrót jedynie do przykładowo zademonstrowanego szyfru. Gdy więc nic oprócz siebie nie znaczyły, gdy - przy nieobecności wszechwiedzy - nie były odpowiedzią na moje pomyślane pytanie, w takim razie nie obalały tajem­nicy Gmachu. I oto wieloznaczność wydarzeń, uratowana, powracała, aby wtrącić moje myśli w ten błędny krąg zamkniętego szczelnie, zjadającego siebie rozumowania.

Spojrzałem na śpiącego. Oddychał regularnie, a tak cicho, że gdyby nie miarowe ruchy jego wzniesionego barku, mógłbym sądzić, że nie żyje. Zdaje mi się, że i ja zasypiam - rzekłem sobie, aby usprawiedliwić kolejną porażkę myślową, byłem jednak zupełnie trzeźwy.

Spróbujmy - postanowiłem - dla eksperymentu, chwilowo, wziąć słowa szyfru za dobrą monetę, wbrew tej logicznej sprzeczności, jaką wykryłem. Zobaczmy, co z tego wyjdzie, niczym mi to przecież nie grozi, a jakoś muszę w końcu spędzić czas. Rozważmy zatem użyteczność chao­su, który wprowadzają na scenę te słowa, powiedzmy - chaosu trzymanego dowcipnymi zabiegami w ryzach, oswo­jonego niejako. Czy mógł być przydatny?

Oto ja, kiedy przyobiecano mi Specjalną Misję, po­czułem się wybrany; potem, z równą skwapliwością, jąłem przygotowywać się, aby zostać prymusem kaźni, celerem ławy oskarżonych, w całym bogactwie tego losu, z orna­mentacjami zeznań, szlochów, próśb o łaskę; naciągnąłem na siebie skórę niewinnego męczennika, miotałem się w po­szukiwaniu śledczego, prokuratora, to widząc się zrehabilitowanym, to zgubionym, raz ryłem po szufladach, aby zdobyć obciążające mnie dowody, raz z maniakalnym upo­rem pieniacza, wołającego sprawiedliwości, wysiadywałem po sekretariatach - wszystko to robiłem z przejęciem, starannie, malowniczo, bo wydawało mi się, że tego po mnie oczekują. Gmach wszelako, jako przeznaczony do wykrywania i dowiercania się istoty rzeczy przez wyłus­kiwanie jej z pozorów, kolejnych masek, łupin, musiał, rzecz jasna, działać właśnie dysonansami. Wytrącał mnie więc z harmonii zguby czy bohaterstwa, ogłupiał, zaskaki­wał, abym nie zdołał wyczytać niczego z gradu wymierza­nych łask i ciosów; dopiero cisnąwszy mnie w tak bez­względny, wszystko zżerający chaos, oczekiwał ze spoko­jem, co wynurzy się z jego oczyszczającego kotła.

Dlatego właśnie, nie dając mi ani instrukcji, ani aktu oskarżenia, odmawiając wyróżnień i zguby, całym maje­statem swego ogromu, golgotami korytarzy i armiami biu­rek wręczając mi nic - chciał Gmach dopiąć swego...

O, chaos mógł być użyteczny, bardzo nawet...

A staruszek w złotych okularach - czy nie mówił mi czegoś o nadzwyczajnej, nieskończonej wręcz wielości taj­nych planów, strategicznych rozwiązań?

Stąd jeden już tylko krok myślowy prowadził do tezy, że nieład wydarzeń nie jest w Gmachu czymś niewłaści­wym, lecz jego stanem normalnym, więcej: produktem za­pobiegliwości i wytrwałej działalności - syntetyczny chaos wraz z bratnią nieskończonością jak pancerz osłaniał Ta­jemnicę.

To możliwe... - pomyślałem z pewnym znużeniem, poprawiając się na wannie, nadzwyczaj twardej - ale i tamte, inne moje hipotezy przystawały do wielu faktów. Coś dziwnego jest, doprawdy, w tym, iż każda, byle dość złożona idea daje się narzucić Gmachowi i przyjąć jako jego zasada - to niepokojące jakieś...

Śpiący odwrócił się na wznak, odsłaniając twarz. Wi­działem drgające powieki. Śledził coś we śnie, może czytał tani, bo gałki oczne poruszały mu się to w lewo, to w prawo. Na czole lśnił pot, policzki okrywał ciemny zarost - ponie­waż leżał głową w moją stronę, twarz jego nie mówiła mi nic oprócz tego, że jest chorobliwie blada. Jak gdyby kur­czowo uśmiechał się, ale to, co w twarzy widzianej do góry nogami bierzemy za uśmiech, bywa wyrazem znękania.

Czekam, aż się zbudzi i przemówi - pomyślałem - a gdzieś, w jednym z pokojów, znudzona sekretarka, pomie­szawszy herbatę, odkłada teraz na półkę teczkę z instrukcją, w której spisane jest, co powie mi, gdy otworzy oczy, i ja jemu - aż do końca...

I że zrobiło mi się trochę chłodniej - nie wiem, czy w związku z niemiłą ową myślą, czy dlatego, że ciągnęło z wanny - podkurczyłem jeszcze bardziej nogi i zapiąłem ostatni guzik marynarki.

Dlaczego miałbym się właściwie tego bać - rezonowa-łem jałowo - przecież i tak na pewno mi tego nie pokażą, choćby dlatego, że mógłbym wówczas postąpić wbrew instrukcji, a tak, skoro jej nie znam, nie wiem, co mnie czeka, i przyszłość jest nieznana - jak gdyby w ogóle nie istniała w aktach...




1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna