Scan-dal prv pl



Pobieranie 0,9 Mb.
Strona2/11
Data24.02.2019
Rozmiar0,9 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

II
Jeszcze pod wrażeniem rozmowy z głównodowodzą­cym wszedłem do sekretariatu. Sekretarki malowały się i mieszały herbatę. Z rury pneumatycznej poczty wypadł plik papierów z moją nominacją, podpisaną znakiem ko-menderała. Jedna z urzędniczek przybiła na nich kolej­no pieczęć ściśle tajne i przekazała je drugiej, która wciągnęła cały fascykuł do kartoteki, po czym kartoteka została zaszyfrowana na podręcznej maszynie, klucz szyfru komisyjnie zniszczony, wszystkie oryginały zaś spalone; popiół, po przesianiu i zarejestrowaniu, zamknięto w zala­kowanej kopercie z moją cyfrą. Przesłano ją wyciągiem do podziemnego skarbca. Wszystko to, choć działo się tuż przy mnie, obserwowałem z dystansu oszołomienia, wywołanego tak niespodzianym obrotem losu. Zagadkowe uwagi komen-derała odnosiły się niechybnie do spraw tak tajnych, że dopuszczalne były wobec nich tylko aluzje. Prędzej czy później musiano mnie wprowadzić w ich treść, bo inaczej nie mógłbym wypełnić Misji. Nie wiedziałem nawet, czy ma ona coś wspólnego z zagubionym wezwaniem, ale rzecz ta bladła wobec mej, jakże nagłej, kariery.

Rozmyślania te przerwało zjawienie się młodego bru­neta w mundurze i przy szabli; przedstawił się jako tajny adiutant komenderała, porucznik Blanderdash, i uścisnąw­szy mi znacząco rękę powiedział, że jest przydzielony do mej osoby. Poprosił mnie do gabinetu mieszczącego się po przeciwnej stronie korytarza, poczęstował herbatą i jął unosić się nad mymi zdolnościami, niecodziennymi, w jego mniemaniu, skoro Kashenblade powierzył mi taki orzech do zgryzienia. Zachwycał się też naturalnością mojej twa­rzy, szczególnie nosa, aż zorientowałem się, że jedno i dru­gie ma za przyprawione. Mieszałem w milczeniu herbatę, uważając, że jak najbardziej na miejscu będzie powściąg­liwość. Jakoż po kwadransie porucznik przeprowadził mnie oficerskim przejściem do służbowej windy, którą odpieczę-towaliśmy wspólnie i pojechali na dół.

- Ale, ale - rzucił, kiedy stawiałem już nogę na korytarzu - czy pan skłonny jest do poziewania?

- Nie zauważyłem... a co?

- Ach, nic... ziewającemu można po prostu zajrzeć do środka, wie pan... a nie chrapie pan aby?

- Nie.


- O, to dobrze. Przez chrapanie kończy się tylu na­szych ludzi...

- Co się z nimi stało? - rzuciłem niepotrzebnie. Uśmiechnął się, dotykając futerału, który okrywał mun­durowe naszywki.

- Jeżeli to pana interesuje, może obejrzy pan nasze kolekcje? Akurat na tym piętrze... gdzie te kolumny... to jest Wydział Zbiorów...

- Jak najchętniej - odparłem - ale nie wiem, czy możemy dysponować tak swobodnie czasem?

- Ależ naturalnie - odparł, wskazując mi z lekkim ukłonem właściwy kierunek - to nie będzie zresztą proste zaspokojenie ciekawości... Im więcej się w naszym fachu wie, tym lepiej....

Otworzył przede mną zwykłe, biało lakierowane drzwi. Za nimi lśniły pancerne. Po ustawieniu cyfrowego zamka rozsunęły się i tajny adiutant przepuścił mnie pierwszego. Znaleźliśmy się w wielkiej, suto oświetlonej, pozbawionej okien sali. Kasetonowy strop wspierał się na kolumnach, ściany pokryte były pysznymi gobelinami i makatami, utrzy­manymi głównie w tonach czerni, złota i srebra. Podobnych jeszcze nie widziałem; materiał, z jakiego je wykonano, przypominał futro. Pomiędzy kolumnami stały na wywos­kowanej posadzce oszklone gabloty, witryny na smukłych nóżkach i zamczyste, z uniesionymi wiekami skrzynie. Naj­bliższą wypełniały przedmiociki połyskujące jak klejnoty; poznałem w nich spinki od koszul. Były ich chyba miliony. Z drugiej skrzyni wznosił się kopiec podługowatych pereł. Porucznik poprowadził mię ku witrynom; za szklanymi płytami spoczywały, poręcznie oświetlone, na aksamitnej wyściółce, sztuczne uszy, mostki, nosy, imitacje paznokci, brodawek, rzęs, fałszywe fluksje i garby, niektóre ukazane poglądowo w przekroju, aby widoczna była ich wewnętrzna struktura; spotykało się nadymane, dominował wszakże włosień. Cofając się potrąciłem skrzynię z perłami i zadrża­łem. To były zęby - rosochate i małe jak perełki, łopatko-wate, z dziurką i bez, mleczne, trzonowe, mądrości.

Podniosłem oczy na mego przewodnika, który z po­wściągliwym uśmiechem wskazał mi najbliższy gobelin. Przyjrzałem mu się z bliska. Uszyty był z sążnistych bród, faworytów, peruk, nanizanych na nylonową osnowę z takim zamysłem, iż złotowłose tworzyły na tle całości wielki herb państwa. Przeszliśmy do następnej sali. Była jeszcze więk­sza. Pod niklowymi reflektorami stały witryny, wypełnione sztucznymi podarkami, taliami kart, serem, z kasetonów modrzewiowego stropu zwieszały się fałszywe protezy, gor­sety, ubrania, nie brak było i podrabianych owadów - te ostatnie, wykonane z precyzją, na jaką zdobyć się może tylko potężny, dysponujący wszelkimi środkami wywiad, zajmowały poczwórny rząd szklanych szaf. Adiutant nie na­rzucał się z objaśnieniami, jakby w przekonaniu, że zgro­madzone corpora delicti mówią już same za siebie, czasem tylko, kiedy gotów byłem pośród mnogości eksponatów przeoczyć któryś godny obejrzenia, czynił w jego kierunku dyskretny ruch ręką. W ten sposób skierował moją uwagę na znaczną ilość maku, umieszczonego na białym jedwabiu pod szkłem oszlifowanym tak sztucznie, iż bezpośrednio nad kopczykiem makowych ziaren przezroczysta tafla prze­chodziła zgrubieniem w mocną soczewkę, dzięki której ujrzałem, że mak był, ziarenko po ziarenku, wydrążony. Zdumiony, zwróciłem się z niemym zapytaniem do porucz­nika, który uśmiechnął się tylko ubolewające i rozłożył ręce na znak, że nic nie może mi powiedzieć, a jego ocienione wąsikiem pełne wargi złożyły się, bez wydania głosu, w słowo tajne. Dopiero przy następnych drzwiach, otwie­rając je przede mną, rzucił:

- Ciekawe mamy trofea... prawda?

Echo naszych kroków wypełniło salę jeszcze świetniej-szą. Podniosłem głowę. Całą ścianę na wprost zajmował gobelin; misterna kompozycja, utrzymana w barwach ru­dych i kruczych, przedstawiała akt państwowotwórczy. Adiutant, nie bez pewnego ociągania, pokazał mi przy­strzyżone czarne baczki, które tworzyły część delii jednego z dostojników, dając do zrozumienia, iż pochodzą ze zde­maskowanego przezeń agenta.

Ciągnący zza kolumn chłodny powiew zwiastował blis­kość szerokiej amfilady. Nie przypatrywałem się już eks­ponatom; zagubiony, osłupiały, kroczyłem w ślad za mym przewodnikiem przez ich skrzące się od lamp rojowiska, mijałem działy otwierania kas, kuszenia, wiercenia murów, przebijania gór d mórz osuszania, podziwiałem wielopięt­rowe machiny do zdalnego kopiowania planów mobilizacyj­nych, do zmieniania nocy w sztuczny dzień lub na odwrót; pod olbrzymią kryształową kopułą przeszliśmy przez aulę fałszowania plam słonecznych i planetarnych torów; wpra­wione w płyty drogocennego jakiegoś materiału lśniły, opatrzone etykietami z objaśniającym szyfrem, imitacje gwiazdozbiorów i falsyfikaty galaktyk; pod ścianami praco­wały bezszelestnie potężne pompy próżniowe, utrzymując wysokie rozrzedzenie i właściwą moc promieniowania, w których jedynie trwać mogły podrobione atomy i elektrony. W głowie wirowało mi od nadmiaru wrażeń; Blander-dash orientował się niewątpliwie w mym stanie, bo po­prosił, bym udał się z nim ku wyjściu. Przed drzwiami, opatrzonymi zegarowym zatrzaskiem, odpieczętowaliśmy górną kieszeń jego munduru, z której dobył kopertę z ha­słem, i odczytaliśmy je.

Gdzieś mniej więcej w połowie drogi przez Wydział Zbiorów począłem układać sobie w głowie komplementy, jakie wypowiem po oględzinach całej kolekcji, teraz jednak nie byłem zdolny wykrztusić słowa. Blanderdash rozumiał widać i moje milczenie, nie przerywał go bowiem; tak doszliśmy do windy, przy której zbliżyło się do nas dwu młodych, jak on tajnych oficerów. Zasalutowawszy, prze­prosili mię uprzejmie i odwołali adiutanta na stronę. Na­stąpiła krótka wymiana zdań, którą obserwowałem, dotyka­jąc ramieniem framugi. Blanderdash wydawał się z lekka zaskoczony - z uniesionymi brwiami mówił coś do star­szego oficera, ale ten wykonał zakazujący gest, kierując nieznacznie łokieć w moją stronę. Na tym scena się zakoń­czyła. Adiutant, nie pożegnawszy się ze mną, odszedł ze starszym oficerem, młodszy zaś zbliżył się do mnie i wyjaś­nił z uprzedzająco grzecznym uśmiechem, iż ma mnie zaprowadzić do Wydziału N.

Nie dostrzegłem przyczyny, dla której miałbym mu się sprzeciwić. Wsiadaliśmy już do odpieczętowanej windy, kiedy spytałem go o mego dotychczasowego cicerone.

- Jak proszę? - spytał oficer, zbliżając ucho do mych ust. Zarazem przycisnął rękę do piersi, jakby go zabola­ło serce.

- No, Blanderdash,.. odwołała go zapewne służba? Wiem, że nie powinienem właściwie pytać... - dodałem.

- Ależ skądże, co znowu - pospieszył oficer. Powol­ny, osobliwy uśmiech rozciągnął jego cienkie wargi.

- Jak pan powiedział? - rzekł z zastanowieniem.

- Proszę?

- To nazwisko...

- Blanderdash? No, jakże... tak przecież nazywa się ten adiutant, nieprawdaż? Czyżbym się omylił?...

- O, na pewno nie, na pewno nie - rzucił szybko, ale uśmiech jego stawał się coraz bardziej zamyślony.

- Blanderdash... - mruknął, gdy winda zwolniła, by się zaraz zatrzymać. - Blanderdash... phi... Blander­dash... proszę...

Nie wiedziałem, do kogo odnosiło się to „proszę” - może do mnie, bo właśnie otwierał drzwi - i wiele bym dał, żeby się dowiedzieć, ale już szliśmy szybko koryta­rzem, zmierzając ku jednym z szeregu lśniących, białych drzwi. Oficer otworzył je, wpuścił mnie do środka i na­tychmiast zamknął. Stałem w długim, wąskim pokoju bez okien, na czterech biurkach paliły się nisko opuszczone reflektory, pracowali przy nich oficerowie w sile wieku; a że było gorąco, pozdejmowali kurtki mundurowe, które wisiały na krzesłach, i ślęczeli nad stertami papierów w koszulach z podwiniętymi mankietami. Jeden wypros­tował się i utkwił we mnie czarne, błyszczące za okula­rami oczy.

- Pan w jakiej sprawie?

Przełknąłem momentalny odruch zniecierpliwienia.

- Misja Specjalna - z polecenia komendanta Ka-shenblade.

Jeśli sądziłem, że pozostali oficerowie podniosą głowy na dźwięk tych słów, omyliłem się.

- Jak się pan nazywa? - spytał mnie tym samym twardym, rzeczowym tonem oficer w okularach. Miał mus­kularne ręce sportowca, opalone, z małym szyfrowanym tatuażem.

Wymieniłem moje nazwisko. Nieomal równocześnie nacisnął klawisze małej maszynki na swoim biurku.

- Charakter Misji?

- Specjalna.

- Jej cel?

- Miałem go tu poznać.

- Tak? - powiedział. Zdjął kurtkę z krzesła, włożył ją, zapiął, poprawił nakrywki epoletów i skierował się do na­stępnych drzwi.

- Proszę za mną.

Ruszyłem za nim i wtedy dopiero, zerknąwszy w bok, upewniłem się, że oficer, który mnie tu przyprowadził, w ogóle nie wszedł do środka, lecz został na korytarzu.

Nowy mój przewodnik zaświecił reflektor na biurku i przedstawił mi się stojąc:

- Podszyfrowy Dasherblar. Proszę, zechce pan usiąść.

Nacisnął dzwonek; młoda dziewczyna, zapewne sek­retarka, wniosła dwie herbaty i postawiła je przed nami. Dasherblar usiadł naprzeciw mnie i jakiś czas bez słowa poruszał łyżeczką w szklance.

Oczekuje pan wprowadzenia w istotę swojej Misji, co?

- Tak.


- Hm. To trudna i skomplikowana Misja... tak... osob­liwa raczej, panie... przepraszam, jak się pan nazywa?

- Wciąż tak samo - odparłem z nieznacznym uśmie­chem.

Oficer odpowiedział uśmiechem. Miał przepiękne zę­by; jego twarz promieniowała w tej chwili swobodą i szcze­rością.

- Ha, ha, doskonale, doskonale. Dziękuję panu. Tak więc... papierosa?

- Dziękuję, nie palę.

- To dobrze, to bardzo dobrze. Człowiek nie powinien mieć nałogów, żadnych nałogów, tak... jeden moment.

Wstał i zapalił górną lampę; zobaczyłem wówczas olbrzymią kasę pancerną barwy ołowiu, zajmującą całą szerokość ściany. Dasherblar nastawił kolejno siedem cy­frowych wałków, a gdy masywna stalowa płyta uchyliła się bezgłośnie, począł przekładać pliki teczek spoczywających w metalowych przegródkach.

- Dam panu instrukcję - odezwał się; na basowy dźwięk brzęczyka urwał, odwrócił się i spojrzał na mnie.

- Przepraszam... coś pilnego widać. Zechce pan za­czekać? To potrwa najwyżej pięć minut...

Skinąłem głową. Oficer wyszedł, cicho opuszczając klam­kę. Zostałem sam, w świetle reflektora, naprzeciw uchylo­nych drzwi skarbca.

Czyżby chcieli poddać mnie próbie? W tak naiwny, pro­stacki sposób? - pomyślałem nie bez oburzenia. Siedzia­łem jakąś chwilę spokojnie, aż coś wykręciło mi po trosze głowę w kierunku kasy. Natychmiast spojrzałem w przeciw­ną stronę, ale tam znów napotkałem lustro odbijające rzędy półek z tajnymi aktami. Postanowiłem liczyć klepki par­kietu. Niestety podłogę pokrywało linoleum. Splotłem dło­nie i wpatrywałem się usilnie w pobielałe kostki palców, aż ogarnął mnie gniew. Dlaczego nie mogę patrzeć tam, gdzie mi się podoba? Teczki były czarne, zielone i różowe, ledwo kilka żółtych. Z tych właśnie zwisały sznurki, obciążo­ne talerzykowatymi pieczęciami. Jedna teczka, leżąca na wierzchu, miała ośle uszy. - Jest też czego się pilnować - myślałem - w końcu Misję powierzył mi sam głównodowo­dzący, w razie potrzeby mogę się na niego powołać - ale

0 jakiej potrzebie myślę właściwie?

Zerknąłem na zegarek. Od wyjścia oficera upłynęło już dziesięć minut. Do pokoju nie dobiegał najlżejszy szmer; krzesło, na którym siedziałem, było twarde - z każdą chwilą odczuwałem to wyraźniej. Przełożyłem nogę na nogę, ale tak było jeszcze gorzej. Wstałem, podciągnąłem spodnie, aby nie zmiął się kant, i pospiesznie usiadłem na powrót. Teraz uwierało mnie już nawet biurko, o które oparłem się łokciem. Zliczyłem teczki na półkach, wzdłuż i w poprzek. Znowu się przeciągnąłem. Minuty mijały. Odczuwałem coraz dotkliwiej głód. Wypiłem resztki her­baty i wydrapałem łyżeczką cukier z dna szklanki. Patrzeć już nie mogłem na otwartą kasę pancerną. Byłem po prostu wściekły. Rzut oka na zegarek wyjawił, że minęła niemal godzina. Po następnej jąłem tracić nadzieję na powrót oficera. Coś musiało mu się przytrafić. Co? Być może to samo, co spowodowało nagłe odwołanie Blariderdasha. Czy też nazywał się może Kashlerblad? Alderklarsh? Dalder-blarl? Baldaklash? Nie mogłem sobie w żaden sposób przypomnieć - chyba z głodu i złości. Wstałem i począłem przechadzać się nerwowo po pokoju. Prawie trzy godziny sam na sam z otwartą kasą, pełną tajnych akt - to pach­niało gardłową sprawą. Ładnie mnie urządził ten... ten - jakże się ten znowu nazywał?! Gdyby mnie tak ktoś spytał, na kogo czekam... Postanowiłem wyjść. Dobrze, ale którę­dy? Wrócić do tego pokoju, przez który tu się dostałem? Zaczną mnie pytać. Moja historia zabrzmi nieprawdopodo­bnie. Czułem to. Widziałem już twarze sędziów. „Oficer, którego nazwiska nawet pan nie pamięta, zostawił pana samego w pokoju z otwartą kasą pancerną? Świetne, ale stare... może wymyślimy jakąś oryginalniejszą historyjkę?” Było mi gorąco, pot ściekał po karku i plecach, w gardle schło. Wypiłem herbatę oficera, rozejrzałem się błyskawicz­nie i spróbowałem zamknąć kasę. Rygle nie chciały za­skoczyć. Obracałem cyfrowe wałki tak i owak - drzwi odskakiwały uparcie, ani rusz nie chciały się zatrzasnąć. Wydało mi się, że słyszę odgłos kroków na korytarzu. Rzuciłem się wstecz, zaczepiłem rękawem o teczki, cały ich stos runął na podłogę. Klamka ugięła się. Uczyniłem wtedy szaloną rzecz - wlazłem pod biurko. Widziałem tylko nogi tego, kto wszedł - w mundurowych spodniach, czarne, spiczaste półbuciki. Stał chwilę nieruchomo. Zamknął ci­cho drzwi, na palcach podszedł do kasy i znikł mi z pola widzenia. Słyszałem szelest podnoszonych papierów, do którego dołączyło się po chwili cichutkie cykanie. Zro­zumiałem. Fotografował tajne akta. A więc... a więc nie był to oficer DOK, lecz...

Wylazłem spod biurka na czworakach, sunąc przy samej podłodze ku drzwiom. Poderwałem się, dopadłem drzwi i jednym susem znalazłem się na korytarzu. Gdy zamykałem je z rozmachem, mignęła mi w ułamku se­kundy wykrzywiona strachem, blada twarz tamtego, aparat fotograficzny wypadł mu z rąk, ale nim stuknął o podło­gę, byłem już daleko. Wyprostowany, szedłem nadmier­nie sztywnym, miarowym krokiem przed siebie. Mijałem załomy i skręty korytarza, rzędy białych drzwi, zza któ­rych dobiegały ściszone odgłosy urzędowania wraz ze szklanym podźwiękiem, nie mającym już w sobie nic tajem­niczego.

Co robić? Dokąd iść? Zameldować o całym wydarzeniu? Ależ tego człowieka na pewno już tam nie było - uciekł natychmiast po mnie, ani chybi. Pozostała tylko kasa, otwarta kasa i porozrzucane po całym pokoju papiery. Ścierpłem. Przecież w przyległym pokoju wymieniłem na­zwisko, zresztą przyprowadził mnie tam ów młody oficer. Muszą już wiedzieć. W całym Gmachu na pewno ogłoszono tajny alarm. Szukają mnie. Wszystkie schody, wyjścia, windy są obstawione...

Rozejrzałem się. Na korytarzu panowała normalna krzątanina. Kilku oficerów niosło teczki, podobne jak dwie krople wody do tych, które leżały w kasie. Przeszedł woźny z parującym imbrykiem. Winda zatrzymała się, wysiadło z niej dwu adiutantów. Minąłem ich. Nawet się nie obej­rzeli. Dlaczego nic się nie dzieje? Dlaczego nikt mnie nie szuka, nie ściga? Czyżby... czyżby to wszystko... wszystko było wciąż jeszcze - próbą?

W następnej chwili podjąłem decyzję. Podszedłem do najbliższych drzwi. Odczytałem ich numer: 76 941. Nie spo­dobał mi się. Ruszyłem dalej. Przy numerze 76 950 staną­łem. Pukać? Nonsens.

Nacisnąłem klamkę i wszedłem. Dwie sekretarki mie­szały herbatę, trzecia rozkładała kanapki na talerzyku. Nie zwróciły na mnie uwagi. Przeszedłem między ich biurkami. Inne drzwi - następnego pokoju. Przekroczyłem próg.

- To pan? Nareszcie... Proszę. Proszę się rozgościć...

Zza biurka uśmiechał się do mnie nikły staruszek w złotych okularach. Pod rzadkimi, białymi jak mleko włosami różowiła się naiwnie łysinka. Oczy miał jak orzeszki. Uśmiechał się serdecznie, czyniąc zapraszające gesty. Opuściłem się na miękki fotel.

- W Misji Specjalnej komenderała Kashenblade... - zacząłem. Nie dał mi dokończyć:

- No pewnie... pewnie... pozwoli pan? Drżącymi palcami naciskał klawisze maszynki.

- Czy pan... - odezwałem się. Wstał uroczysty, po­ważny, choć z uśmiechem na twarzy. Dolna powieka lewe­go oka podrygiwała mu z lekka.

- Podsłuchowy Bassenknack. Pozwoli pan uścisnąć sobie dłoń?

- Bardzo mi przyjemnie - powiedziałem. - To pan wie o mnie?

- Jakże bym mógł nie wiedzieć!

- Tak? - wybąknąłem oszołomiony - a... to znaczy... pan ma dla mnie instrukcję?!

- O, proszę! Nie spieszy się z tym, nie spieszy... lata osamotnienia w pustce... zodiak... serce ssie sama myśl!...

O tych odległościach... wie pan... choć to wszystko prawda, jakoś trudno człowiekowi uwierzyć, pogodzić się, niepraw­daż? Ach, ja, stary, plotę... ja, wie pan, nigdy w życiu nie latałem... taki fach... zza biurka... zarękawki... aby man­kietów nie zniszczyć... osiemnaście par zarękawków wytar­łem i... i tak - rozłożył ręce - i tak, proszę pana... stąd wszystko... proszę wybaczyć gadulstwo... pozwoli pan?

Wskazał zapraszająco drzwi za swym fotelem. Wstałem.

Wprowadził mnie do ogromnej, w zielonych barwach utrzymanej sali; posadzka lśniła jak jezioro, daleko, w głębi, stał zielony stół, okolony delikatnie rzeźbionymi krzesełkami. Kroki nasze rozbrzmiewały niczym w nawie kościelnej. Staruszek dreptał pospiesznie obok mnie, uśmiechając się, poprawiając placem okulary, bo wciąż zsuwały mu się z przykrótkiego nosa, przysunął mi wyściełane krzesło z her­bowym oparciem, usiadł na drugim, wyschłą rączką zamie­szał herbatę, dotknął jej ustami, szepnął: - Wyziębła... - i spojrzał na mnie. Milczałem. Pochylił się konfidencjonalnie.

- Pan pewno trochę się dziwi?

- O... ależ bynajmniej...

- Ee... mnie, staremu, może pan wreszcie powie­dzieć... choć nie nalegam, nie nalegam... byłoby to z mojej strony... ale, widzi pan: samotność, wrota zagadki rozwarte, głębia zapraszająco mroczna, narodziny pokusy - jakże to ludzkie! Jakie zrozumiałe! Czym jest ciekawość? Pierwszym odruchem noworodka! Najnaturalniejszym odruchem, pra-pożądaniem odkrycia przyczyny, która rodzi skutek, a ten znów, stając się zalążkiem aktów następnych, stwarza ciągłość... i tak powstają zakuwające nas łańcuchy... a za­czyna się tak naiwnie! Tak niewinnie! Prosto!

- Za pozwoleniem - spytałem, odurzony nieco jego sło­wami - o czym pan właściwie mówi i... do czego zmierza?

- Otóż to! - zakrzyknął słabym głosikiem. - Otóż to! - Pochylił się ku mnie jeszcze bardziej. Złote oprawki jego okularów pobłyskiwały. - Tu przyczyna - tam sku­tek! O czym? Skąd? Do czego? Ach, myśl nasza nie może pogodzić się z tym, że pytania takie mogą pozostać bez odpowiedzi, więc natychmiast sama je wytwarza, wypełnia luki, odkształca, tu ujmie nieco, tam doda...

- Wybaczy pan - rzekłem - ale nie pojmuję wprost, co to wszystko...

- Zaraz! Zaraz, drogi panie! Nie wszystko, nie wszyst­ko jest ciemnością. Postaram się w miarę mych możli­wości... Proszę wybaczyć z łaski swojej staremu - czego pan łaskawie życzył sobie ode mnie?

- Instrukcji.

- Instr...

Żuł jakby odrobinkę zaskoczenia.

- Pan jest tego pewien?

Nie odpowiedziałem. Przymknął powieki za złotymi drucikami. Wargi jego poruszały się bezgłośnie, jakby coś zliczał. Wydało mi się, że odczytuję z ich zwiędłych poru­szeń: „szesnaście... jeden odstawić... sześć dalej...”

Spojrzał na mnie z ufnym uśmiechem.

- Tak... doskonale... doskonale... O cóż chodzi? In­strukcja... papiery... plany... akta... schematy działań za­czepnych... rachunki strategiczne... a wszystko tajne, wszyst­ko - jedyne... O, cóż by dał wróg, podstępny, wstrętny wróg, cóż by dał, powiadam, aby zawładnąć! Posiąść, choćby na jedną noc, na chwilę tylko! - prawie zaśpie­wał. - Więc wysyła zamaskowanych, wyuczonych, prze­branych, rutynowanych, aby wśliznęli się, przedarli, wy­kradli i kopiowali, a imię ich legion! - wykrzyknął cien­kim, łamiącym się głosem, tak wzruszony, że obu już rączkami przytrzymał z boków okulary, bezustannie prze­krzywiające się na nosie.

- I oto... jakże temu, niestety, zapobiec?... I oto po­siedli... W stu, w tysiącu wypadków wykryjemy, odrąbiemy zbrodniczą dłoń... zdemaskujemy knowania... obnażymy jad... lecz ponawiane są zakusy... na miejsce odciętej wy­rasta nowa macka... koniec zaś, koniec wiadomy - - co jeden człowiek zakrył, drugi odkryje. Naturalny bieg rzeczy, jakże naturalny, drogi panie...

Walczył z zadyszką, uśmiechem prosząc o wyrozumia­łość. Czekałem.

- Ale gdyby, proszę pomyśleć, gdyby planów było więcej? Nie jeden wariant, nie dwa, nie cztery - ale tysiąc? Dziesięć tysięcy? Milion? Wykradną? Wykradną, tak, ale cóż... pierwszy zaprzecza siódmemu, siódmy - dziewięćset osiemdziesiątemu, a ten znów wszystkim innym. Każdy mówi swoje, każdy inaczej - który właściwy? Który ten jeden, jedyny, najtajniejszy, który dobry?

- Ba... oryginał! - wyrwało mi się niemal wbrew woli.

- A właśnie! - krzyknął z takim triumfem, że rozkasz­lał się. Krztusił się okropnie, okulary prawie zleciały mu, złapał je w ostatniej chwili, i wydało mi się wtedy, że odchyliły się od twarzy wraz z częścią nosa, ale to było chyba złudzenie, wstrętne złudzenie, bo aż posiniał cały od kaszlu. Oblizał zeschłe pasemko warg. Złożył na kolanach rozlatane ręce.

- A więc... więc tysiące kas... tysiące oryginałów... wszędzie, wszędzie, na wszystkich piętrach - i za zam­kami, za kombinacjami cyfrowymi, za ryglami. Same orygi­nały, same jedyne, imię ich milion, a każdy inny!

- Przepraszam - przerwałem mu - czy chce pan przez to powiedzieć, że zamiast jednego planu operacyj­nego czy mobilizacyjnego - istnieje ich mnóstwo?

- Tak! Tak jest! Wybornie mnie pan pojął. Wybornie, drogi panie...

- No, dobrze... ale musi być przecież jakiś jeden prawdziwy, to znaczy ten, według którego, w razie, jeśli już do tego dojdzie, jeśli przyjdzie konieczność...

Nie dokończyłem, uderzony zmianą, jaka zaszła w jego twarzy. Patrzał na mnie, jakbym w okamgnieniu prze­dzierzgnął się w jakiegoś potwora.

- Tak pan... sądzi? - wychrypiał. Mrugał powieka­mi, dygocącymi jak zeschłe motyle w ramkach złotych okularów.

- Mniejsza o to - powiedziałem powoli. - Powiedz­my, że jest tak, jak pan mówi. Dobrze... tylko... co mnie to obchodzi?! I - za pozwoleniem - jaki to ma związek z moją Misją?

- Z jaką Misją?

Jego uśmiech, pokorny i trwożny, był pełen słodyczy.

- Z Misją Specjalną, którą powierzył mi... ależ mówi­łem to panu na samym początku, nie?... którą powierzył mi głównodowodzący, komenderał Kashenblade...

- Kashen...?

- No tak, Kashenblade - nie chce mi pan chyba wmówić, że nie zna pan nazwiska swojego dowódcy?

Zaniknął oczy. Kiedy je otworzył, na jego twarzy le­żał cień.

- Przepraszam... - wyszeptał - pozwoli pan, że opu­szczę go na chwilę? Jeden moment i...

- Nie - odparłem zdecydowanie, a że już wstawał, łagodnie, choć stanowczo, ująłem go za ramię. – Przykro mi... ale nie pójdzie pan nigdzie, póki nie załatwimy tego, co mamy załatwić. Przyszedłem po instrukcję i życzę sobie otrzymać ją.

Staruszkowi roztrzęsły się usta.

- Ależ... ależ, drogi panie... jakże mam rozumieć to... ten...

- Przyczyna i skutek - rzuciłem sucho. - Proszę wymienić mi zadanie, cel i treść akcji!

Zbladł.

- Słucham! Milczał.



- Dlaczego opowiadał mi pan o wielości planów? Co? Kto panu kazał tak postąpić? Nie chce pan mówić? Bardzo dobrze. Mamy czas. Mogę poczekać.

Splatał i rozplatał trzęsące się ręce.

- Więc nie ma mi pan nic do powiedzenia? Pytam po raz ostatni!

Opuścił głowę.

- Co pan... co pan robi?! - krzyknąłem i porwałem go za ramiona. Twarz jego przeinaczyła się w jednej chwili, sino obrzmiała, straszna. Z wyłupionymi oczami wessał się w kamień pierścionka, który miał na serdecznym palcu. Coś trzasnęło cichutko - jakby metalowy sztyft uderzył o metal - i poczułem, jak jego napięte mięśnie rozpływają mi się w rękach. Sekunda - i trzymałem w objęciach trupa. Rozluźniłem chwyt - osunął się bezwładnie na podłogę, zesztywniały, bez kropli krwi w wargach, złote ramiączko okularów zesunęło się, a wraz z nim - dziecięco różowa, prześwitująca spod siwizny łysinka, ukazując kosmyk ukry­tych pod nią kruczych włosów... Stałem, wsłuchany w ło­mot własnego serca, z martwym u stóp. Oczy skakały mi po lśniącym otoczeniu. Jak uciekać? W każdej chwili może ktoś wejść i zastanie mnie z trupem człowieka, który zajmował odpowiedzialne stanowisko... jakie właściwie? Starszy... starszy - co?... Szyfrowy? Podsłuchowy? Wszyst­ko jedno! Ruszyłem ku drzwiom i zatrzymałem się w połowie sali. Czy przejdę? Poznają mnie. Drugi raz się nie uda, to już niemożliwe! Jak wytłumaczyć? Jak się z tego wy­plątać?

Wróciłem, podniosłem z podłogi martwe ciało, peruka spadła - jak odmłodniał nagle po śmierci! - nałożyłem ją starannie na powrót, powstrzymując odruch wywołany dotknięciem ziębnącego ciała, i trzymając go pod pachy - nogi wlokły się po ziemi - tyłem poszedłem ku drzwiom. Powiem, że zasłabł nagle - to szalony wybieg, ale nie gorszy ani lepszy od innych. Trudno... trudno... kabała.

Pokój, w którym rozmawiałem z nim przedtem, był pusty. Wiodło zeń dwoje drzwi - do sekretariatu i drugie jeszcze, zapewne na korytarz. Posadziłem go na fotelu za biurkiem, opadł na nie, usiłowałem poprawić pozycję, ale tak było jeszcze gorzej, lewa ręka dyndała przez poręcz, porzuciłem go i wybiegłem drugimi drzwiami. Niech się dzieje, co chce!



1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna