RSidney Sheldon



Pobieranie 1,85 Mb.
Strona1/21
Data05.05.2018
Rozmiar1,85 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   21

rSidney

Sheldon

Ranek południe, noc

Przekład





AMBER



Danuta Górska

Niechaj poranne słońce rozgrzeje

Twe serce, pókiś młody

I niech łagodny wiatr południowy

Ochłodzi twą namiętność,

Lecz strzeż się nocy,

Bo w niej śmierć krąży,

I czeka, czeka, czeka.

Arthur Rimbaud

Ranek

Rozdział 1



Czy wie pan, że nas śledzą, panie Stanford? - zapytał Dmitrij. - Tak. - Wiedział o tym od dwudziestu czterech godzin.

Dwaj mężczyźni i kobieta, niedbale ubrani, usiłowali wtopić się w tłum letnich turystów spacerujących wczesnym rankiem po uliczkach bruko­wanych kocimi łbami. Trudno jednak zachować anonimowość w takiej dziurze jak ufortyfikowana wioska St.-Paul-de-Vence.

Harry Stanford po raz pierwszy zwrócił na nich uwagę, bo zachowy­wali się zbyt niedbale, zbyt usilnie próbowali nie patrzeć na niego. Gdzie­kolwiek się obrócił, jedno z nich tkwiło w tle.

Harry Stanford stanowił łatwy cel. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzro­stu, siwe włosy sięgające ramion i arystokratyczną, władczą twarz. To­warzyszyła mu uderzająco piękna brunetka, śnieżnobiały owczarek oraz Dmitrij Kaminskij, prawie dwumetrowy ochroniarz o byczym karku i cof­niętym czole. Trudno nas przeoczyć, pomyślał Stanford.

Wiedział, kto tamtych wysłał i dlaczego, i wyczuwał nadciągające nie­bezpieczeństwo. Dawno już nauczył sjęufać swoim instynktom. Instynkt i intuicja uczyniły go jednym z najbogatszych łudzi na świecie. Magazyn „Forbes" oceniał wartość przedsiębiorstw Stanforda na sześć miliardów dolarów, natomiast „Fortune" podwyższyła ocenę do siedmiu miliardów. „Wall Street Journal", „Barron's", „Financial Times", wszystkie zamie­ściły biografię Harry'ego Stanforda, próbując wyjaśnić jego tajemniczość, jego zdumiewające wyczucie chwili, jego niesamowitą przenikliwość -cechy, dzięki którym stworzył gigantyczne Stanford Enterprises. Nikomu się to nie udało.

Wszyscy zgadzali się co do jednego: Stanford był obdarzony niespoży­tą, niemal maniakalną energią. Nigdy nie odpoczywał. Jego filozofia była



prosta: dzień bez zysku to dzień stracony. Zamęczał na śmierć swoich konkurentów, pracowników i każdego, kogo spotkał. Stanowił absolutny fenomen. Uważał się za człowieka religijnego. Wierzył w Boga, w takie­go Boga, który chciał, żeby Stanford był bogaty i potężny, a jego wrogo­wie martwi.

Harry Stanford był postacią publiczną, prasa wiedziała o nim wszyst­ko. Harry Stanford był osobą prywatną, prasa nie wiedziała o nim nic. Pisali o jego charyzmie, jego rozrzutnym stylu życia, jego prywatnym samolocie i jachcie, jego legendarnych domach w Hobe Sound, Maroku, Londynie, na Long Island, na południu Francji i oczywiście o jego wspa­niałej posiadłości Rosę Hill, położonej w Back Bay, dzielnicy Bostonu. Ale prawdziwy Harry Stanford pozostawał tajemnicą.

- Dokąd idziemy? - zapytała kobieta.



Nie miał czasu jej odpowiedzieć. Para po drugiej stronie ulicy zastoso­wała technikę podmiany: przed chwilą znowu zmienili partnerów. Wraz z poczuciem zagrożenia ogarnął Stanforda palący gniew na tych ludzi, którzy naruszali jego prywatność. Ośmielili się przyjechać za nim aż tu­taj, do jego azylu, ukrytego przed resztą świata.

St.-Paul-de-Vence to malownicza średniowieczna wioska, pełna staro­żytnej magii, położona na szczycie wzgórza w Alpach Nadmorskich, po­między Cannes a Niceą. Leży wśród urokliwych wzgórz i dolin, poroś­niętych kwiatami, sadami i lasami sosnowymi. Sama wioska, z galeriami, pracowniami artystycznymi i cudownymi sklepami pełnymi antyków, sta­nowi magnes przyciągający turystów ze wszystkich stron świata.

Harry Stanford skręcił w rue Grandę.



  • Sophia, czy lubisz muzea? - zwrócił się do kobiety.

  • Tak, caro. - Bardzo starała się go zadowolić. Nigdy jeszcze nie spo­
    tkała kogoś takiego. Nie mogę się doczekać, żeby o nim opowiedzieć mie
    amice. Myślałam, że już niczego więcej nie mogę się dowiedzieć o sek­
    sie, ale, mój Boże, on jest taki pomysłowy! On mnie zamęczy!

Wspięli się na wzgórze, do muzeum Fundacji Maeghta, gdzie zerknęli na słynną kolekcję obrazów Bonnarda i Chagalla oraz wielu innych współ­czesnych artystów. Kiedy Harry Stanford rozejrzał się jakby od niechce­nia, zauważył na drugim końcu galerii kobietę, ze skupieniem wpatrzoną w obraz Miro.

Stanford odwrócił się do Sophie.



  • Głodna?

  • Tak. Jeśli ty jesteś głodny. - Nie wolno go naciskać.

  • To dobrze. Zjemy lunch w La Colombe d'Or.

10

La Colombe d'Or należała do ulubionych restauracji Stanforda: szes-nastowieczny dom przy bramie do starej wioski, przerobiony na hotel i restaurację. Stanford i Sophia usiedli przy stoliku w ogrodzie, nad base­nem, skąd mogli podziwiać Braque'a i Caldera.



Książę, biały owczarek, leżał u stóp swego pana, wiecznie czujny. Pies nigdy nie odstępował Harry'ego Stanforda ani na krok. Stanowił jego znak firmowy. Plotka głosiła, że na rozkaz pies rozerwie gardło każdemu intruzowi. Nikt nie miał ochoty jej sprawdzić.

Dmitrij usiadł samotnie przy stoliku w pobliżu wejścia do hotelu, uważ­nie obserwując innych gości.

  • Zamówić dla ciebie, moja droga? - Stanford zapytał Sophię.

  • Proszę.

Harry Stanford uważał się za smakosza. Zamówił dwa razy zieloną sałatę ifricassee de lotte.

Kiedy podano im danie główne, Daniele Roux, która prowadziła hotel razem ze swoim mężem Francois, podeszła z uśmiechem do ich stolika.



  • Bonjour. Czy wszystko w porządku, monsieur Stanford?

  • Wspaniale, madame Roux.

I będzie wspaniale. To są pigmeje, próbujący powalić giganta. Czeka ich wielkie rozczarowanie.

- Nigdy jeszcze tutaj nie byłam - powiedziała Sophia. - Co za śliczna


wioska.

Stanford spojrzał na niąbadawczo. Dmitrij poderwał ją dla niego w Ni­cei dzień wcześniej.

- Panie Stanford, przyprowadziłem panu kogoś.



  • Jakieś kłopoty? - zapytał Stanford.
    Dmitrij uśmiechnął się szeroko.

  • Wręcz przeciwnie.

Zobaczył ją w holu hotelu Negresco i podszedł do niej.

  • Przepraszam, czy pani mówi po angielsku?

  • Tak. - Miała śpiewny włoski akcent.

  • Człowiek, dla którego pracuję, chciałby zjeść z panią obiad.
    Była oburzona.


- Nie jestem puttanal Jestem aktorką - odparła wyniośle. Rzeczywi­
ście wystąpiła jako statystka w ostatnim filmie Pupiego Avatiego i miała
rolę z dwoma linijkami tekstu w filmie Giuseppe Tornatorego. - Dlacze­
go mam iść na obiad z obcym?

Dmitrij wyjął plik studolarowych banknotów. Wepchnął jej pięć do ręki.

11

- Mój przyjaciel jest bardzo hojny. Ma jacht i jest samotny.


Obserwował, jak wyraz jej twarzy zmienia się od oburzenia poprzez

zaciekawienie do zainteresowania.



  • Tak się składa, że mam wolne pomiędzy filmami. - Uśmiechnęła
    się. - Chyba nic złego się nie stanie, jeśli zjem obiad z pańskim przyja­
    cielem.

  • Dobrze. Będzie zadowolony.

  • Gdzie on jest?

  • W St.-Paul-de-Vence.

Dmitrij dokonał dobrego wyboru. Włoszka. Przed trzydziestką. Zmy­słowa, kocia twarz. Pełne piersi. Teraz, patrząc na nią przez stół, Harry Stanford podjął decyzję.

  • Czy lubisz podróże, Sophia?

  • Uwielbiam.

- Doskonale. Zrobimy sobie małą wycieczkę. Przepraszam na chwilę.
Sophia patrzyła, jak wszedł do restauracji i podszedł do automatu tele­
fonicznego obok męskiej toalety.

Wrzucił żeton w szczelinę i wystukał numer.

- Operator morski, proszę.

Po kilku sekundach głos powiedział:



  • C 'est I 'operatrice maritime.

  • Chcę rozmawiać z jachtem „Blue Skies". Whiskey bravo lima dzie­
    więć osiem zero...

Rozmowa trwała pięć minut, a potem Stanford zadzwonił na lotnisko w Nicei. Tym razem rozmawiał krócej.

Kiedy skończył, powiedział coś do Dmitrija, który szybko wyszedł z re­stauracji. Potem wrócił do Sophii.

  • Gotowa?

  • Tak.

- Chodźmy na spacer. - Potrzebował czasu, żeby dopracować plan.
Dzień był piękny. Słońce barwiło na różowo chmurki nad horyzontem,

ulicami płynęły strumienie srebrzystego światła.



Przespacerowali się po rue Grandę, minęli przepiękny dwunastowiecz-ny kościół i weszli do boulangerie pod arkadami, żeby kupić świeży chleb. Kiedy stamtąd wyszli, jeden z trójki obserwatorów stał na ulicy, pochło­nięty widokiem kościoła. Czekał na nich również Dmitrij.

Harry Stanford podał chleb Sophii.



  • Zanieś to do domu, dobrze? Przyjdę za kilka minut.

  • Dobrze. - Uśmiechnęła się i powiedziała cicho: - Pospiesz się, caro.

12

Stanford odprowadził ją wzrokiem, potem odwrócił się do Dmitrija.



  • Czego się dowiedziałeś?

  • Kobieta i jeden z mężczyzn mieszkają w Le Hameau, na drodze do
    La Colle.

Harry Stanford znał to miejsce. Bielony wiejski dom z sadem, położo­ny półtora kilometra na zachód od St.-Paul-de-Vence.

  • A ten drugi?

  • W Le Mas d'Artigny.

Le Mas d'Artigny to była prowansalska posiadłość na wzgórzu, ponad trzy kilometry na zachód od St.-Paul-de-Vence.

  • Co mam zrobić, proszę pana?

  • Nic. Sam się nimi zajmę.

Willa Harry'ego Stanforda stała na rue de Casette, obok mairie, w dziel­nicy bardzo starych domów i wąskich uliczek brukowanych kocimi łba­mi. Willa, zbudowana ze starego kamienia, miała cztery piętra. Dwa po­ziomy poniżej głównego apartamentu znajdował się garaż i stara cave, używana jako piwnica win. Kamienne schody prowadziły na górę, do sypialni, gabinetu i tarasu ocienionego dachówkami. Cały dom był ume­blowany francuskimi antykami i wypełniony kwiatami.

Kiedy Stanford wrócił do willi, Sophia czekała w jego sypialni. Była naga.

- Co cię zatrzymało tak długo? - szepnęła.

Pomiędzy kolejnymi filmami Sophia Matteo często zarabiała jako call--girl, żeby nie umrzeć z głodu. Przyzwyczaiła się do udawania orgazmów, żeby sprawić przyjemność klientom, ale z tym mężczyzną nie musiała udawać. Był nienasycony, a ona szczytowała raz za razem.

Kiedy wreszcie poczuli zmęczenie, Sophia objęła kochanka i zamru­czała szczęśliwym głosem:

- Chciałabym zostać tutaj na zawsze, caro.
Ja też bym chciał, pomyślał ponuro Stanford.

Zjedli obiad w Le Cafe de la Place na Plaża du General-de-Gaulle, w pobliżu wioskowej bramy. Jedzenie było pyszne, a niebezpieczeństwo stanowiło dla Stanforda dodatkową, pikantną przyprawę.

Kiedy skończyli, wrócili piechotą do willi. Stanford szedł powoli, żeby ułatwić zadanie prześladowcom.

O pierwszej w nocy mężczyzna stojący po drugiej stronie ulicy wi­dział, jak światła w willi gasną jedno po drugim i dom pogrąża się w ciem­nościach.

O czwartej trzydzieści nad ranem Harry Stanford wszedł do sypialni, w której spala Sophia. Potrząsnął nią delikatnie.

13

- Sophia...?



Otworzyła oczy i spojrzała na niego z wyczekującym uśmiechem. Po­tem zmarszczyła brwi. Stanford był ubrany. Usiadła.

  • Co się stało?

  • Nic takiego, moja droga. Wszystko w porządku. Mówiłaś, że lubisz
    podróżować. No więc jedziemy na małą wycieczkę.

Teraz już całkiem się rozbudziła.

  • O tej porze?

  • Tak. Musimy zachowywać się bardzo cicho.

  • Ale...

  • Pospiesz się.

Piętnaście minut później Harry Stanford, Sophia, Dmitrij i Książę scho­dzili po kamiennych schodach do podziemnego garażu, gdzie stał brązo­wy renault. Dmitrij cicho otworzył drzwi garażu i wyjrzał na ulicę. Oprócz białej corniche Stanforda, zaparkowanej przed frontem domu, ulica wy­dawała się pusta.

- Wszędzie czysto.


Stanford odwrócił się do Sophii.

  • Zabawimy się - powiedział. - Ty i ja wsiądziemy do renaulta z tyłu
    i położymy się na podłodze.

  • Dlaczego? - Spojrzała na niego zdziwionym wzrokiem.

  • Od jakiegoś czasu śledzi mnie konkurencja - wyjaśnił poważnie. -
    Właśnie załatwiam bardzo duży interes, a oni chcą się czegoś o tym do­
    wiedzieć. Jeżeli coś wywęszą, mogę stracić dużo pieniędzy.

- Rozumiem - powiedziała Sophia. Nie miała pojęcia, o czym on mówi.
Pięć minut później wyjechali z wioski na szosę do Nicei. Mężczyzna

siedzący na ławce patrzył, jak brązowy renault przejeżdża przez bramę. Samochód prowadził Dmitrij Kaminskij, a obok niego siedział Książę. Mężczyzna pospiesznie wyciągnął telefon komórkowy i wystukał numer.

  • Chyba mamy problem - powiedział do kobiety.

  • Jaki?




  • Właśnie wyjechał brązowy renault. Prowadził Kaminskij, pies też
    był w samochodzie.

  • A Stanford?

  • Nie.

  • Nie wierzę. Ochroniarz nigdy nie zostawia go samego w nocy, a ten
    pies nigdy go nie odstępuje.

  • Czy jego corniche stoi przed willą? - zapytał drugi mężczyzna wy­
    znaczony do śledzenia Harry'ego Stanforda.

  • Tak, ale może zamienił samochody.

14

- Albo to jakiś podstęp! Dzwoń na lotnisko.

Po kilku minutach rozmawiali z wieżą kontrolną.

- Samolot monsieur Stanforda? Oui. Wylądował godzinę temu i już


zatankował paliwo.

Pięć minut później dwaj członkowie zespołu śledczego jechali na lot­nisko, podczas gdy trzeci pilnował ciemnej willi.

Kiedy brązowy renault przejechał przez La Coalle-sur-Loup, Stanford przesunął się na siedzenie.

- Możesz już usiąść - powiedział do Sophii. Pochylił się do Dmitrija.


- Lotnisko w Nicei. Szybko.

Rozdział 2



Pół godziny później na lotnisku w Nicei przerobiony boeing 727 po­woli kołował po pasie startowym. Wysoko w wieży kontroler lotu skomentował:

  • Strasznie im się spieszy, żeby stąd odlecieć. Pilot trzy razy prosił
    o zezwolenie.

  • Czyj to samolot?

  • Harry'ego Stanforda. Król Midas we własnej osobie.

  • Pewnie leci zarobić następny miliard albo dwa.

Kontroler odwrócił się, żeby widzieć start odrzutowca Lear, potem podniósł mikrofon.

- Boeing osiem dziewięć pięć Papa, tu nicejska kontrola odlotów. Ma­


cie zezwolenie na start. Pas lewy pięć. Po starcie skręcić w prawo w kory­
tarz jeden cztery zero.

Pilot i drugi pilot Harry'ego Stanforda wymienili spojrzenia pełne ulgi. Pilot nacisnął guzik mikrofonu.

- Roger. Boeing osiem dziewięć pięć Papa ma zezwolenie na start.


Skręca w prawo na jeden cztery zero.

Po chwili wielki samolot z rykiem przemknął po pasie i wzbił się w szare poranne niebo. Drugi pilot ponownie odezwał się do mikrofonu:

- Kontrola, boeing osiem dziewięć pięć Papa wychodzi z trzech tysię­


cy na pułap siedem zero.

A następnie spojrzał na swojego kolegę.

15


  • Uff! Stary nieźle nas pogonił tym razem, no nie?
    Pilot wzruszył ramionami.

  • My o powód nie pytamy, my na rozkaz umieramy. Co on tam robi?
    Drugi pilot wstał, otworzył drzwi i zajrzał do kabiny.

  • Odpoczywa.

Z samochodu ponownie zadzwonili do kontroli lotów.

  • Samolot pana Stanforda... Czy jeszcze stoi?

  • Non, monsieur. Już wystartował.

  • Czy pilot wypełnił kartę lotu?

  • Oczywiście, monsieur.

  • Czy podał port docelowy?

  • Samolot wyląduje na JFK.

- Dziękuję. - Odwrócił się do towarzysza. - Lotnisko Kennedy'ego.
Wyślemy ludzi, żeby tam na niego czekali.

Kiedy renault minął przedmieścia Monte Carlo, pędząc ku włoskiej granicy, Harry Stanford odezwał się:



  • Na pewno nas nie śledzą, Dmitrij?

  • Nie, proszę pana. Zgubiliśmy ich.

  • Dobrze.

Stanford oparł się wygodnie, teraz mógł sobie pozwolić na odprężenie. Nie miał powodów do niepokoju. Tamci na pewno będą śledzili samolot. Jeszcze raz rozważał sytuację. Chodziło o to, czego się dowiedzą i kiedy. To były szakale tropiące lwa z nadzieją, że go pokonają. Uśmiechnął się do siebie. Nie docenili przeciwnika. Inni, którzy popełnili ten sam błąd, drogo za to zapłacili. Ktoś zapłaci również tym razem. Harry Stanford, zaufany powiernik królów i prezydentów, był dostatecznie potężny i bo­gaty, żeby zniszczyć gospodarkę wielu krajów. A jednak...

Boeing 727 przelatywał nad Marsylią. Pilot powiedział do mikrofonu:



  • Marsylia, boeing osiem dziewięć pięć Papa zgłasza się, wchodzę
    z pułapu jeden dziewięć zero na pułap dwa trzy zero.

  • Roger.

Renault dotarł do San Remo o świcie. Harry Stanford zachował przy­jemne wspomnienie tego miasta, które jednak zmieniło się nie do pozna­nia. Pamiętał czasy, kiedy było to eleganckie miasteczko z pierwszorzęd­nymi hotelami i restauracjami, z kasynem, gdzie od gości wymagano czarnych krawatów i gdzie w ciągu jednego wieczoru tracono i wygrywa-

16

no fortuny. Teraz kasyno przestawiło się na turystów, hałaśliwych przy­byszów w kolorowych letnich koszulkach.



Renault zbliżał się do zatoki, dwadzieścia kilometrów od granicy fran-cusko-włoskiej. Były tam dwie przystanie dla jachtów: Porto Sole na wschodzie oraz Porto Communałe na zachodzie. W Porto Sole przysta­niowy wyznaczał miejsce do cumowania. W Porto Communałe nie było przystaniowego.

  • Do której? - zapytał Dmitrij.

  • Porto Communałe - zdecydował Stanford. Im mniej ludzi dookoła,
    tym lepiej.

Pięć minut później renault zahamował obok „Blue Skies", smukłego motorowego jachtu o długości pięćdziesięciu czterech metrów. Kapitan Vacarro oraz dwunastoosobowa załoga czekali w szeregu na pokładzie. Kapitan zbiegł po trapie, żeby powitać przybyszów.

  • Dzień dobry, signor Stanford! - zawołał kapitan Vacarro. - Przy­
    niesiemy pana bagaż i...

  • Żadnego bagażu. Odbijamy.

  • Tak jest, proszę pana.

  • Zaczekajcie chwilę. - Stanford zlustrował załogę. Zmarszczył brwi.
    - Ten człowiek na końcu. On jest nowy, prawda?

  • Tak, proszę pana. Chłopak kabinowy zachorował na Capri, więc wzię­
    liśmy tego. Jest bardzo dobry...




  • Zwolnić go - rozkazał Stanford.
    Kapitan spojrzał na niego ze zdumieniem.

  • Wyrzucić...?

  • Zapłać mu. Pozbądź się go.
    Kapitan Vacarro kiwnął głową.

  • Dobrze, proszę pana.

Harry Stanford rozejrzał się ze wznowioną czujnością. Niemal nama­calnie wyczuwał zagrożenie wiszące w powietrzu. Nie chciał na jachcie żadnych obcych. Kapitan Vacarro i jego załoga pracowali dla niego od lat. Zasługiwali na zaufanie. Obejrzał się na dziewczynę. Ponieważ Dmi­trij wybrał jąna chybił trafił, nie stanowiła zagrożenia. Zaś wierny ochro­niarz niejeden raz uratował mu życie.

  • Trzymaj się blisko mnie - zwróciłjsię do niego.

  • Tak, proszę pana.
    Stanford ujął Sophię pod ramię

  • Wchodzimy na pokład moja droga.

Dmitrij Kaminskij obserwował załogę przygotowującą się do wypły­nięcia. Dokładnie przepatrzył zatokę ale, nie zauważył nic niepokojącego.

O tej porze, tak wcześnie rano, niewiele się tutaj działo. Potężne silniki z rykiem zbudziły się do życia i jacht już po chwili zaczął nabierać szyb­kości. Kapitan podszedł do Harry'ego Stanforda.



  • Nie powiedział pan, dokąd płyniemy, signor Stanford.

  • Nie, chyba nie powiedziałem, kapitanie. - Myślał przez chwilę. -
    Portofino?

  • Tak, proszę pana.




  • Jeszcze jedno, chcę, żebyście zachowali całkowitą ciszę radiową.
    Kapitan Vacarro zmarszczył brwi.

  • Cisza radiowa? Tak, proszę pana, ale jeżeli...?




  • Nie przejmuj się niczym - odparł Stanford. - Po prostu rób, co ci
    każę. I nie chcę, żeby ktoś używał satelitarnych telefonów.

  • Oczywiście, proszę pana. Czy w Portofino zrobimy postój?

  • Zawiadomię was, kapitanie.

Harry Stanford oprowadził Sophię po jachcie. Lubił popisywać się przed gośćmi tą zabawką, jedną z jego ulubionych. Jacht robił imponujące wra­żenie. Luksusowo wyposażony apartament właściciela składał się z salo­nu i gabinetu. Gabinet był przestronny i wygodnie umeblowany: kanapa, kilka foteli i biurko, na którym znajdowało się dostatecznie dużo elektro­nicznego sprzętu, żeby obsłużyć niewielkie miasto. Na ścianie wisiała wielka elektroniczna mapa, gdzie mała ruchoma łódeczka pokazywała pozycję jachtu. Rozsuwane szklane drzwi prowadziły z gabinetu na po-kład-werandę, stał tam szezlong oraz stół z czterema krzesłami. Burty zabezpieczał reling z drewna tekowego. W pogodne dni Stanford jadał zazwyczaj śniadanie na werandzie.

Każda z sześciu kabin była wyposażona w ręcznie malowane jedwab­ne obicia, okna widokowe oraz łazienkę z wanną do masażu wodnego. Wielką bibliotekę wyłożono drewnem koa. Umeblowanie było wspania­łe, a obrazy przyprawiłyby o zazdrość każde muzeum.

Jadalnia mogła pomieścić szesnaście osób. Na dolnym pokładzie znaj­dowała się kompletnie wyposażona sala gimnastyczna. Na jachcie był też skład win i sala projekcyjna. Harry Stanford posiadał chyba największy na świecie zbiór filmów pornograficznych.

- No, teraz zobaczyłaś już prawie wszystko - powiedział Stanford do


Sophii na zakończenie zwiedzania. - Resztę pokażę ci jutro.

Sophia była oszołomiona.



Nigdy w życiu nie widziałam niczego takiego! To jest jak...jak miasto!

18

Jej entuzjazm wywołał uśmiech na twarzy Harry'ego Stanforda.



- Steward zaprowadzi cię do kabiny. Rozgość się, moja droga. Ja mam
trochę roboty.

Wrócił do gabinetu i sprawdził na elektronicznej ściennej mapie poło­żenie jachtu. „Bhie Skies" płynął po Morzu Liguryjskim, kierując się na północ. Nie odgadną, gdzie jestem, pomyślał. Będą czekać na mnie na lotnisku JFK. Kiedy dopłyniemy do Portofino, wszystko wyprostuję.

Na wysokości dziesięciu tysięcy metrów pilot boeinga 727 odbierał nowe instrukcje.



  • Boeing osiem dziewięć pięć Papa, wchodzicie prosto w górny kory­
    tarz czterdzieści Delta India November, zgodnie z rozkładem.

  • Roger. Boeing osiem dziewięć pięć Papa wchodzi prosto w górny
    korytarz czterdzieści Dinard, zgodnie z rozkładem. - Odwrócił się do
    drugiego pilota. - Wszystko gra.

Przeciągnął się, wstał i podszedł do drzwi kokpitu i zajrzał do kabiny.

  • Jak tam nasz pasażer? - zapytał drugi pilot.

  • Chyba jest głodny.

Rozdział 3
Wybrzeże Morza Liguryjskiego to Riwiera Włoska, która rozciąga się półkoliście od granicy francusko-włoskiej do Genui i dalej do zatoki La Spezia. Piękna, długa wstęga wybrzeża, ze słynnymi portami Portofino i Vernazzą, otacza roziskrzone morze, dalej zaś leżą wyspy -Elba, Sardynia i Korsyka.

„Blue Skies" zbliżał się do Portofino. Już z daleka miasteczko wyglą­
dało uroczo, ukryte wśród wzgórz porośniętych palmami, sosnami, cy­
prysami i oliwkami. Harry Stanford, Sophia i Dmitrij stali na pokładzie,
wpatrując się w coraz bliższy brzeg.


  • Często bywałeś w Portofino? - zapytała Sophia.

  • Kilka razy.

  • Gdzie jest twoja główna rezydencja?
    Zbyt osobiste.

  • Spodoba ci się w Portofino, Sophio. Naprawdę piękne miejsce.
    Podszedł do nich kapitan Vacarro.

  • Zjedzą państwo lunch na pokładzie, signor Stanford?

19

  • Nie, zjemy lunch w Splendido.

  • Doskonale. Czy mam się przygotować do podniesienia kotwicy za­
    raz po lunchu?

  • Raczej nie. Nacieszmy się pięknem tego miejsca.

Zaskoczony kapitan Vacarro wytrzeszczył na niego oczy. Jeszcze nie­dawno Harry Stanford tak strasznie się spieszył, a teraz nagle miał mnó­stwo czasu. I kazał wyłączyć radio? Niesłychane! Pazzo\

Kiedy „Bliie Skies" rzucił kotwicę w zewnętrznej zatoce, Stanford, Sophia i Dmitrij popłynęli motorówką na brzeg. Mały port morski był zjawiskowym miejscem z mnóstwem interesujących sklepów i tratto-rie na świeżym powietrzu wzdłuż jedynej drogi, która prowadziła na wzgórza. Kilkanaście małych łodzi rybackich leżało na kamienistej pla­ży.

Stanford odwrócił się do Sophii:

- Zjemy lunch w hotelu na szczycie wzgórza. Stamtąd roztacza się


piękny widok. - Wskazał taksówkę stojącą za dokami. - Pojedź pierw­
sza, ja dołączę za kilka minut.

Dał jej trochę liro w.

- Dobrze, caro.

Odprowadził ją wzrokiem, potem zwrócił się do Dmitrija:

- Muszę zadzwonić.

Ale nie z jachtu, pomyślał ochroniarz.



Podeszli do dwóch budek telefonicznych na skraju doku. Dmitrij pa­trzył, jak Stanford wchodzi do jednej, podnosi słuchawkę i wrzuca żeton.

- Operator, chciałbym się połączyć ze Zjednoczonym Bankiem Szwaj­


carskim w Genewie.

Do drugiej budki telefonicznej zbliżała się kobieta. Dmitrij zastąpił jej drogę.

  • Przepraszam pana - powiedziała - chcę...

  • Ktoś ma do mnie zadzwonić.

  • Och. - Zerknęła z nadzieją na drugą budkę, zajętą przez Stanforda.

  • Nie radzę pani czekać - mruknął Dmitrij. - On będzie długo rozma­
    wiał.

Kobieta wzruszyła ramionami i odeszła.

- Halo?

Dmitrij patrzył, jak Stanford mówi do słuchawki.

- Peter? Mamy drobny kłopot. - Jego chlebodawca zamknął drzwi


budki. Mówił bardzo szybko i Dmitrij nic nie słyszał. Zakończywszy roz­
mowę, Stanford odwiesił słuchawkę i otworzył drzwi.


  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   21


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna