Rozmowa z Danielem Bertramem, Kraków



Pobieranie 339,89 Kb.
Strona1/8
Data10.02.2018
Rozmiar339,89 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8

Rozmowa z Danielem Bertramem, Kraków



Rozmowa dnia 4 stycznia 2003 roku
Kaseta 1
EG: Co pan pamięta o swoich pradziadkach, i ze strony...

DB: O pradziadkach... to tylko jedną prababkę pamiętam. Tylko jedną prababkę, która mieszkała na ulicy Szerokiej niedaleko Remuh, po przeciwnej stronie. Z domu Koszes, ale była taka zdrowa, że przeżyła czterech mężów i cztery razy zmieniała nazwisko.

EG: Jakie były te nazwiska?

DG: Nazwiska ...? Sobelman, ...ten który robił ksero... który nakręcał video z Renatą, to właśnie on... Butner, prawdopodobnie, bo ja to z dzieciństwa pamiętam. Bo nigdy nie mówili mi czy to mężowie, czy nie. Ja sobie tak wywnioskowałem, że to mężowie są. Więc Sobelman, Butner, nie wiem w jakiej kolejności. Potem Bertram, potem Rapaport. Albo odwrotnie. No i pewnego razu przyjechał kuzyn do Krakowa, przyjechał z Nowego Jorku. I powiedział mi prezes gminy żydowskiej, nieżyjący Czesław Jakubowicz, że mnie... że tu jest kuzyn i mnie szuka. Ja nie wiedziałem w ogóle, że ja mam kuzyna w Nowym Jorku. Przyjechał z żoną, poznałem go. To było w tym dniu odsłonięcia tablicy pamiątkowej w gmachu Gimnazjum Hebrajskiego imienia Doktora Hilfszteina. Wie pani, to jest na rogu Brzozowej i Podbrzezia, tam jest takie... rzemieślnicza. No i poznałem jego, on był z żoną, on rozmawiał z ambasadorem izraelskim. Jemu się bardzo dobrze powodzi. Nie wiem czy żyje. On jest jubilerem, no chyba od diamentów. Ja nie wiem czy on import prowadzi czy pracownię ma? Tego już nie wiem. Wymieniliśmy dwa razy korespondencję, ja jemu napisałem nawet drzewo genealogiczne. I tak przerwało się, bo on – jak kupiec jest zajęty to interesy są ważniejsze aniżeli korespondencja. I on mi powiedział, że jesteśmy prawnukami prababci ....no jak ona się nazywa....no tej prababci, o której mówię. No...cztery razy zmieniała nazwisko to nie wiem czy ostatnio Bertram, czy ostatnio Rapaport. No więc jesteśmy prawnukami rabina Rapaporta. Ja o tym nawet nie wiedziałem, bo nie mówił mi o tym tato. Ona żyła 90 lat. W czternastym roku życia albo miała męża - wyszła za mąż, albo miała narzeczonego. Nie wiem czy mieszkała na Mostowej czy mieszkała na Szerokiej. Może na Szerokiej może mieszkała. I pytali się goście jej rodziców gdzie jest narzeczona „kałe”. Kałe to jest po hebrajsku kala – narzeczona albo młoda pani. To powiedzieli jej rodzice, że ona jest na podworcu i bawi się z dziećmi w sztrulki. Sztrulki to są takie kostki, kamyczki i tak się rzucało. To dawniejsza zabawa, myśmy już – nasza generacja nie bawiła się w takie te rzeczy. No w czternastym roku życia już wychodziła za mąż. Ja ją jeden raz w życiu widziałem w wieku przedszkolnym, kiedy byłem u dziadzia na Mostowej 1. Ona tak przeszła wzdłuż pokoju w kierunku okna, popatrzyła na mnie, ani słowa nie powiedziała. Miała czerwone obwódki na oczach nie wiem czy to zapalenia czy co. No i jeden raz w życiu. A potem widziałem portret, może u dziadzia wisiał ten portret. Chyba u dziadzia, tak. I w takim czarnym kapeluszu, tak inaczej jakoś. Inaczej to wyglądało. Ona na czarno była ubrana, już w podeszłym wieku, już zbliżała się dziewięćdziesiątka.

EG: W którym to mogło być roku?

DB: Proszę?

EG: W którym to było roku?

DB: Co? Kiedy zmarła?

EG: Kiedy pan ją widział, wtedy jeden jedyny raz?

DB: No ja w przedszkolnym wieku byłem.

EG: Czyli około 1930 roku?

DB: Ja u dziadzia byłem..

EG: Przed 1930 rokiem?

DB: Tak, tak, to były lata dwudzieste. Także w przedszkolnym. Ja nie wiem ile mogłem mieć, mogłem mieć dwa lata, mogłem mieć trzy lata. Jeden raz w życiu ją widziałem. Pewnego razu pytam się taty „A gdzie jest babcia Fajgile ?” Bo Fajga się nazywała Butner. Butner. To powiedział mi, że zmarła. Nie byłem na pogrzebie, ale zabrał mnie tata do jej mieszkania, nie wiem, czy to był jej dom. Może jej dom? I tam odbyła się modlitwa za zmarłych, bo już bezpośrednio po pogrzebie tam byliśmy... zdaje się, że tam byłem ... zdaje się, że tam byłem w wieku przedszkolnym. I tam była taka modlitwa . Za zmarłych. I tak dalej. No taka stypa. No nie widziałem, żeby się coś jadło. Bo u nas jak jest stypa to się je albo okrągły groch albo może jajko. Siedzi się na niskich krzesełkach przez siedem dni. To pobożni tylko trzymają przez siedem dni , potem jeszcze w trzydziestym dniu też. No i odmawia się kadisz za zmarłą osobę przez jedenaście miesięcy. Nie dwanaście. Jedenaście. No ja tak samo za żonę mówiłem też jedenaście miesięcy. No to chciałem powiedzieć czym ona się zajmowała. Więc tato mi powiedział, że ona była kantorem. To znaczy giełdę prowadziła, giełdą się zajmowała w Rynku Głównym. Miała taką torbę i wymieniała waluty. Widocznie może wtedy było legalnie, ja nie wiem. Ja pamiętam, kiedy już byłem starszym, w wieku szkolnym, że widziałem taki sklep, napisane było „kantor”. Na rogu Rynku Głównego i Siennej. Kantor wymiany. To jedyny sklep, który widziałem, jedyny kantor w Krakowie. Oprócz tego na Plantach zamkowych, to znaczy pod Wawelem, tu obok Hotelu Royal, tutaj była tak zwana czarna giełda. To byli chasydzi, którzy wymieniali walutę, no przeważnie dolary, nielegalnie, ja myślę. Osiem dziewięćdziesiąt kosztował dolar, a w banku oficjalna cena wynosiła pięć złotych dwadzieścia pięć groszy, ale nie można było kupić w tej cenie. To tylko taka na cedule giełdowej, wśród wszystkich walut to 5,25. A jeden gram złota też kosztował pięć dwadzieścia pięć.

Ciocia...

EG: Porozmawiajmy o cioci...Miała na imię... Chaja?

DB: Chaja Molkner, ciocia mojej mamy. Czyli dla mnie ciocia babcia. Była bardzo pobożna, wdowa, też zostawiła jakiś ... on też miał jakiś dom przy ulicy Czarneckiego. I ona, kiedy ja byłem w wieku przedszkolnym , albo... chyba tak . Kiedy byłem u babci na Krakowskiej, ona tam przyszła. I ona mnie namówiła, żebym się nauczył brachot, bruches. Do każdego jedzenia. I ona dała mi taką preparatkę, żebym ja zapisywał każdą bruches i dostanę za każde bruches czyli brachot 5 groszy. I ja tak zapisywałem i w końcu uzbierało się osiem albo dziewięć dolarów. No ja to zostawiłem w domu, nie myślałem o pieniądzach , wyszedłem z domu. Tato mi dał tylko trzysta złotych na drogę. No a te osiem dolarów tam zostało no i inne oszczędności jakie miałem w złotówkach . Nie myślałem o tym ... to proszę wyłączyć...

(przerwa)

DB Chaja Molkner zmarła w 1938 roku, miała może 84 lata , nie wiem czy dokładnie mówię. Przejechał ją koń. Poturbował ją. Leżała taka w domu przy ulicy Krakowskiej 34. Nie byłem na jej pogrzebie. No a czym ona się zajmowała? Zajmowała się no handlowała płótnem, chodziła tak do różnych znajomych i handlowała. Żyła bardzo skromnie, była bardzo pobożna. Ponieważ nie miała mleka koszernego to nie piła mleka tylko czarną kawę, no i na skutek tego została zgarbiona, tak chodziła już z garbem. No...

EG: A czy Pana prababcia, o której pan wspominał, była tez ortodoksyjna, bardzo religijna?

DB: No tak. I jedna rodzina od strony matki i od strony ojca to były rodziny religijne. Utrzymywały wszystko, utrzymywały wszystkie tradycje i modlitwy wszystkie, wszystkie święta. Koszerne. Tak jak należało.

EG: Wspomniała pan o dziadku na Mostowej. To był dziadek ze strony matki?

DB: Ze strony ojca. Mostowa 1.

EG: Jak się nazywał?

DB: Bertram Abraham. Na przeciwko miał sklep zegarmistrzowski. Bo i jeden dziadek i drugi to byli zegarmistrze no i jubilerzy też. Dziadek na Mostowej z wujkiem oczywiście miał sklep. Po przeciwnej stronie. Mieszkał pod pierwszym, no a sklep pod czwartym. A drugi dziadek na Krakowskiej 22 to zegarmistrz i również buty miał.

EG: Jak on się nazywał?

DB: Stiel Bernard. Po polsku Bernard a tak to jest Bejrisz. Bejrisz. A w synagodze jak go wywoływali do Tory albo jak się mówiło kadisz no to.... Dojw. Bo Dojw to jest po hebrajsku niedźwiedź, a Bernard to jest niedźwiedź. To po hebrajsku jest Dojw. Bo każdy z nas miał i hebrajskie i polskie imię. Ja na przykład miałem dawniej Dawid , no było to hebrajskie i takie uniwersalne.

EG: Jakie są pana wspomnienia o dziadkach? Pamięta pan?

DB: Mój dziadek był małomównym człowiekiem. Ani jednego słowa...

EG: O którym dziadku pan teraz mówi?

DB: Dziadek ze strony ojca, dziadek Bertram. Ani jednego słowa do mnie nie mówił. Jak mnie raz przesłuchał sedre, sedre czyli to co się czyta w Torze. No to powiedział po niemiecku, po żydowsku... „”Ołski zejchnen” czyli bardzo dobrze. Mama wtedy była, to było w sobotę, albo w niedzielę raczej, może. A ja chodziłem wtedy do Mizrachi, tam gdzie jest Laudera Fundacja, tam była szkoła. A drugą szkołę Mizrachi budowano wtedy na Miodowej obok Templu, pod 25 albo 26. No więc do Mizrachi chodziłem tylko dwa lata. I mama mnie wypisała bo powiedziała mama, że ja mówię jak papuga. Bo tłumaczyliśmy Torę z hebrajskiego, co tydzień inny ustęp. Z hebrajskiego na jidisz. A ja nie znałem jidisz, to nie wiedziałem co ja mówię. Uczyłem się na pamięć. I taka była nauka i za to się płaciło. A u Saszy to się mówi po polsku to każdy rozumie. No a ja musiałem mówić po żydowsku no i wypisała mnie mama , bo mówiła , ze mówię jak papuga. Także ja chodziłem do czterech szkół. Najpierw do Floriana – to była rządowa , świętego Floriana, gdzie byłem zwolniony w sobotę z pisania. Potem właśnie Mizrachi na Kupa 1. A wieczorem chodziliśmy do tej nowo budującej się od strony Podbrzezia i od strony Brzozowej – na polskie przedmioty. Jeden z nauczycieli był nauczycielem mamy i równocześnie moim. Hoffman się nazywał. A rano mieliśmy hebrajskie przedmioty tam na Kupa. Potem trzecia szkoła nazywa się Kraszewskiego przy ulicy Miodowej, a po wojnie nazywała się Dietla. W tej chwili wejście jest zamurowane i od innej strony jest wejście. No nie wiem czy tam sala gimnastyczna jest, czy uczą czegoś... Czy dentyści tam chodzą, nauka stomatologiczna...no nie wiem dokładnie. I tam chodziliśmy na Miodową pięć dni w tygodniu, bo to była rządowa szkoła. Nauczyciele byli mieszani, Polacy, Żydzi. A uczniowie sami Żydzi. No i pierwszy raz jak tam przyszedłem to było nas mniej więcej może 25-30. To widzę 14 uczniów jednakowo ubranych. Myślałem sobie, że jedna matka ma czternaścioro dzieci. Okazuje się, że każdy chłopak ma inne nazwisko. A oni mówili zakład. Okazuje się, że to Zakład Sierot przy ulicy Dietla 64. A drugi zakład na Czarneckiego 8 , albo 30. 8 albo 30.
DB: A czwarta to jest żydowska średnia szkoła handlowa, koedukacyjna . Bardzo trudna szkoła typu czterech klas gimnazjalnych z maturą. Mieliśmy kilka języków, bo oprócz polskiego był niemiecki, angielski, hebrajski. Następnie 16 profesorów i profesorki 23 przedmiotów. Między innymi został przy życiu, no już w tej chwili nie żyje, ale po wojnie – profesor Aleksandrowicz. Słynny – zna pani?

EG: Tak.


DB: Jeszcze spotkałem po wojnie profesora Szlanga, po wojnie. Wyemigrował może do Izraela z żoną. A innych profesorów spotkałem we Lwowie. Profesora Barta spotkałem. Profesor Natel tam uczył. Profesor w szkole bratniej handlowej. Profesor Mandelbaum uczył. Natel uczył księgowości, a Mandelbaum – handlu uczył i korespondencji handlowej. Bart uczył towaroznawstwo i kaligrafię. No i tam był jeszcze profesor Silberfenig we Lwowie, uczył palestynografię. I była profesor Szylingier, uczyła geografii i historię. Wspaniale znała to. I profesor Guzik to uczył nas religię i hebrajskiego. Bo Szlang też uczył religii i hebrajskiego. No i potem...wywieźli nas wszystkich. Ten profesor Mandelbaum został wywieziony ze szkoły, bo jakiś uczeń ukraiński wsypał go i powiedział , powtórzył słowa profesora, że to się zmieni. Miał na myśli ustrój, że się zmieni a tam nie wolno było nic mówić. I wsypał go i on został aresztowany.

EG: Kiedy to było?

DB: W trzydziestym. Ja go widziałem w trzydziestym dziewiątym, to albo w 1939 to prawdopodobnie w trzydziestym dziewiątym – został wtedy aresztowany. A w 1945 roku przed budynkiem szkolnym , szkoły handlowej, to przy Stradom 10, spotkałem jego żonę – Hofszteter Mala. Polonistka to była i literaturę polską uczyła. To ona mi się pytała o mamę. I ona mi powiedziała – „pan profesor jest w tej chwili w Wojsku Polskim”. Może to było w Łodzi. A potem pojechał... Bo oni się pobrali jeszcze przed wojną. A potem ona pojechała, wyemigrowała do Izraela, a potem on z nią się spotkał w Izraelu. A potem on dostał wylew w mózgu. Tam powstała szkoła handlowa imienia Stanisława Mandelbauma, bo nasi absolwenci naszej szkoły, którzy tam mieszkali w Izraelu, nie wiem czy fundowali tę szkołę, czy nie. W każdym razie tablica pamiątkowa jest Stanisława Mandelbauma. A kiedy jeden kolega szkolny, niejaki Anderman pojechał do Izraela to spotkał się z nią, z tą profesor Hofszteter-Mandelbaum. I już miała wtedy 90 lat i już była wtedy w domu starców. Ale ja byłem w Izraelu i ja się z nią nie spotkałem. Nie znałem adresu. Jeden znajomy z synagogi powiedział mi, że ona nie chce z nikim się spotkać. Bo może wstydziła się, że już wygląda staro. A myśmy ją znali jako młodą kobietę, może miała 30 lat jak wychodziła za mąż, a myśmy chodzili do szkoły. Była bardzo surowa. No i , nie wolno było jeść podczas lekcji, a ona sobie jadła. Opakowany był chleb. I ona wymagała od nas abyśmy mówili o literaturze. No a ona jak nam czytała literaturę, ona to nam czytała, ona nie mówiła z pamięci. A myśmy musieli umieć z pamięci. Na przykład trzeba było wiedzieć jaka jest , jakie są psalmy. Że psałterz Floriański, Psałterz Puławski, Psałterz Świętokrzyski...a to w szkole żydowskiej trzeba było znać. A potem trzeba było wiedzieć jaka była pierwsza Biblia i kto przetłumaczył. Że ksiądz B. Wujek w piętnastym wieku przetłumaczył. No i.... A oprócz tego pierwsza księga była tłumaczona na Węgrzech w mieście Szarospataws. To się nazywała Szarospatawska. No i tak dalej.

EG: Do tej pory pan pamięta, widzę...

DB: Tak.
DB: Babcię, czyli matkę ojca to ja nie znałem , bo ona zmarła przed moim urodzeniem, albo po moim urodzeniu. Ja jej nie znałem, ja tylko mogłem ją znać z portretu.

EG: Pan urodził się w roku 19...?

DB: No w którym?

EG: 1920?

DB: Tak zgadła pani. Powiedział pani może rabin, aha. Intuicja... Bo on mi się dziesiątki razy pytał ile mam lat. Każdego roku mi się pyta ile lat mam, a tam młode dziewczynki są, człowiek szansy nie ma, a ja się , czuję się skrępowany przy takich młodych dziewczynach. I ta właśnie, która miała ze mną wywiad ostatnio – też mi się pytała raz o wiek, bo ona musi mnie ubezpieczyć, kiedy ja wyjeżdżam do Śródborowa czy do Lądka Zdroju. No to takie było podejście. Musiałem powiedzieć prawdę, ja nie obniżałem sobie lat tak jak kobiety sobie obniżają. Bo się mówi, że kobieta jest najlepszym matematykiem: odejmuje lata, dodaje wdzięku, mnoży adoratorów i dzieli miłość, a resztę to nie powiem.

A teraz , jeśli chodzi o tę matkę ojca. Więc ojciec pracował, nie wiem jak długo, czy rok czy dwa, w Belgii. Przy diamentach jako krajarz. I matka go ściągnęła niepotrzebnie, mówiła, że jest chora. To mógł przyjechać i odjechać, a nie siedzieć w Polsce. I siedział i dlatego tak skończył. Człowiek nie jest wspaniałomyślny, mógł tam wrócić, ale może matce chodziło, jego matce, żeby się ożenił, żeby nie był kawalerem. Bo tam się nie żenił, nie szukał narzeczonej no to tutaj się ożenił.

EG: Jak nazywała się matka ojca?

DB: Estera , Ester Bertram. I oni mieli czterech synów. Jeden właśnie jest Bernard najstarszy, to zobaczy pani zdjęcia. Jeden jest Saul, to jest drugi czyli mój ojciec. Trzeci jest Salomon, on przeżył , on jeden przeżył z tych wszystkich braci. Salomon. A czwarty to nie wiem jak się nazywał, bo zmarł i nie wiem na co zmarł. Czy Jankiel czy jak....nie znałem go. Nawet zdjęcia mi nie pokazali, nic. I teraz zawód. Ojciec był zegarmistrzem i jubilerem, a ten Bernard był złotnikiem, ale kiedy ożenił się z Grossfeldówną, no to pracował w jej interesie. Ona miała pracownię gorsetów przy ulicy Szewskiej 6. Pod tytułem „Gracja”, taka nazwa.

EG: I on zaczął tam pracować razem z nią?

DB: On tam jako kasjer, ja wiem co on tam robił? Przecież mierzyć nie mógł gorsetów, ona musiała mierzyć, ciocia. Jeden raz tam byłem z mamą jak mama mierzyła gorset. Bo dawniej była taka moda, że kobiety, które chciały być płaskie i mieć gorset, i to taki olbrzymi gorset. I tam się musiało sznurować. I były te stalówki jeszcze.... No a dzisiaj jest inna moda. Każda kobieta chce być szczupła taka jak pani na przykład.

EG: Dziękuje bardzo.

DB Proszę.

EG: Czy jakieś wspomnienia krążyły w domu o pana babci, mamie ojca ?

DB: Mamy ojca... no... Ojciec mamy Bernard Stiel, no on był, jak wspomniałem, zegarmistrzem i również miał obuwie do sprzedaży tam na Krakowskiej 22. On mieszkał na Krakowskiej 30. Często przychodził, odwiedzał nas, bo mieszkaliśmy najpierw na ... Urodziłem się na Krakowskiej 30, potem mieszkałem na Mostowej 1, w sąsiednim mieszkaniu z rodzicami. Dwa lata, nie wiem czy 4 lata, 2 lata zdaje się. Tam nastąpiło zagazowanie. Byłem zagazowany z rodzicami. No i było tam zbiegowisko na tej całej ulicy. Bo ten, który pod naszym mieszkaniem, to on miała sklep z wędliną albo z mięsem. I on tłumaczył się w sądzie, że czyścił lampę gazową, bo było oświetlenie gazowe, nie było elektrycznego na Mostowej. I na ulicy i w mieszkaniu. Więc czyścił lampę i nie zakręcił. No ale nic mi nie mówił ojciec czy dostał jakąś karę I czy dostał ojciec odszkodowanie. A ja się nie pytałem. I przyjechało pogotowie, zbiegowisko było, bardzo dużo wtedy ludzi.

EG: Ile pan miał wtedy lat?

DB: No ja miałem może ...niemowlęciem byłem, ja nie wiem może miałem może wtedy dwa lata? No niemowlęciem... Wujek ten Salomon mnie ratował. Rzucali mną, żeby gaz wyszedł. No ze mną było najgorzej, bo już byłem żółty czy zielony. I tu nos zielony. No i ratowali. I tak samo rodzice byli zatruci. I powiedzieli z pogotowia, że jeszcze 10 minut i byłoby po nas. No to przeżyliśmy to wszystko. Teraz pani się pyta o matkę ojca

EG: Pozostali dziadkowie, rodzice rodziców?

DB: O matkę ojca..., dziadka..., matki, czyli babcię?

EG: O babcię ze strony ojca czyli matkę ojca.

DB: No to ja już mówiłem o babci ze strony ojca.

EG: Nie pamięta jej pan, ale czy może...

DB: Ja jej nie znam.

EG: Ale czy może w rodzinie ktoś opowiadał o niej.

DB: Nic nie mówili, nic się nie mówiło. Jeżeli coś to tato coś opowiadał, ale o tej swojej matce nic więcej. Wiem, że go ściągnęła z Belgii, a tam na pewno mu było nieźle. Jeszcze miał walizkę wartości 500 dolarów. Skradli, skradli tą walizkę kiedy wracał z Belgii.

EG: W czasie podróży?

DB: W czasie podróży z Belgii do Krakowa. No i tutaj się ożenił.

EG: A dziadek, ojciec pana ojca?

DB: Ojciec ojca? Czyli dziadek?

EG: ..prowadził ten zakład na Mostowej.

DB: No mówiłem, ten sklep, zegarmistrz i jubiler. I on do ostatniej chwili życia pracował. No on cierpiał na cukrzycę, ale pracował. Żył 72 lata. No miał może brzuch na skutek tej cukrzycy... Bardzo mało chodził, taki siedzący tryb życia prowadził. A potem w 1938 albo 1939 roku zmarł w domu tam na Mostowej. I ja musiałem zadzwonić tam na Krakowską 35, bo tam miał już sklep przeniesiony. Kiedy zamknięto most, to przenieśli na Krakowską. I ja tam zadzwoniłem zdaje się do naszego sklepu, gdzie mama tam prowadziła sklep. Bo tato był u dziadzia wtedy. No i powiedziałem, że dziadzio nie żyje. No i zamknęła sklep. No i potem już pogrzeb, bo to u Żydów bardzo szybko. No i potem modlitwa była po pogrzebie, modlitwa w domu dziadzia.

EG: Dziadek był człowiekiem bardzo religijnym?

DB: Religijnym . Wszyscy. I jeden dziadek i drugi dziadek. A jeśli chodzi o babcię, matkę matki – to perukę nosiła. „Siajtung” po żydowsku. A po niemiecku też zdaje się „szajte”. No peruka. No i co powiedzieć. Przychodziła do niej taka perukarka. Ona nie chodziła do niej tylko perukarka musiała do nie przychodzić. I mieli trzy córki, ta babcia miała, i dwóch synów.

(telefon - przerwa)

Debora Stiel to była babcia ze strony matki. To jest Debora Stiel, Doba po hebrajsku, a może być, że Dwora, to jest pszczoła – to jest bardzo podobne. No to już była starsza kobieta, no mówiłem, że miała perukę. Cztery córki [pomyłka – miała trzy córki EG]. Więc moja mama była najstarszą, Eda Bertram, Ettel się pisała. Ale jej się to nie podobało, to mówiła, że chce Eda się nazywać. Druga to jest Anna, Hania, no to może Anna, to ja nie wiem. Trzecia to jest Bluma . Tak Bluma. Trzy córki i dwóch synów. Jeden syn Łazarz, Luzor po hebrajsku, a po polsku Łazarz. Drugi syn Jankiel, Jaakow, Jankiel nie znałem go. Bo we Wiedniu, pojechał do Wiednia, może przed wojskiem carskim go dziadziu tam wysłał. I tam...był bardzo pobożny i jadł śliwki, no ja nie wiem, jadł śliwki i dostał czerwonkę, tak mi tato powiedział. I zmarł. Zmarł. Także ja jego nie znam, ani zdjęcia mi nawet nie pokazali. No i jeśli chodzi o tego Łazarza, Luzor, to on wyemigrował do Buenos Aires w 1927 roku. Poznał w Krakowie przy ulicy Bożego Ciała prawdopodobnie, jedną „babkę”, Karola jej na imię. Nazwisko – no mniejsza z tym, przypomnę sobie później. No i ona.. On wyemigrował. Dziadziu nie chciał dopuścić do tego małżeństwa. Dlatego, bo rodzina była biedna, jej rodzina. I matka sprzedawała bajgle – obwarzanki, to dziadziowi się to nie podobało. Chcieli mieć inteligentną rodzinę, albo jakieś pieniądze, albo posag. Dawniej był taki zwyczaj wśród Żydów, że musiała mieć posag. No i co jeszcze.... On wyemigrował, a ona jako panna za nim pojechała. Trzy tygodnie była na morzu, bo statkiem się pływało. No i on się tam urządził, koledzy go ściągnęli, bo tam byli koledzy. On się urządził, bardzo dobrze mu się powodziło. Z zawodu był złotnikiem a tutaj by ł bezrobotnym. O to chodzi. No i urządził się, i ożenił się i mieli tylko jedną córkę. Ładną córkę. Mam nawet zdjęcie takie malusieńkie. No także.

EG: Czyli jednak do niego dotarła?

DB: Dotarła! No widziała jedyną możliwość. A wtedy kiedy dostał jakieś powołanie, kiedy jeszcze jako kawaler dostał jakieś powołanie do wojska. Nie wiem czy to austriackie wojsko, chyba austriackie...To dziadziu go szukał po wszystkich kawiarniach. Szukał go w związku z tym. Co jeszcze można tu powiedzieć... Była bardzo dobrym złotnikiem, on takie bardzo precyzyjne rzeczy robił na pierścionkach. Czy takie druciki takie jakieś tam, no bibeloty ze srebra, może ze złota. Wiem, że ze srebra. Potem otworzył sobie sklep zegarmistrzowski i jubilerski. I może jako złotnik... Jeden jubiler w Krakowie, niejaki Wepsztajn mi powiedział, kolega jego, powiedział, że się powodzi jemu bardzo dobrze. A mój wujek, inny wujek, który z nim nawiązał kontakt, bo ja podałem adres. Pamiętałem jaki miał adres przed wojną. I potem znaleźli tam gdzieś, znaleźli jakoś. No i korespondował z nimi i namawiał ich, żebym ja, żeby mnie ściągnęli tam . To ja byłem w HIAS-ie, pytałem się czy mam jakąś możliwość wyjazdu do Argentyny, to powiedzieli, że oni mi mogą zapłacić do Gdańska, do Gdyni (śmiech). Ja tez mogę do Gdyni zapłacić. A ciocia Karola mi pisała , że tysiąc pesetów , dziesięć tysięcy pesetów kosztuje podróż. Ja nie wiedziałem, ile to jest w dolarach. Nie napisała ile dolarów. No ale nie pojechałem... Jeszcze była jej siostra. Siostra, którą potem poznałem w Krakowie. I ona ją ściągnęła.

EG: Ale ściągnęła ją jeszcze przed wojną? Czy już po?

DB: Po wojnie. Po. I ta Karola ściągnęła ta swoją siostrę. I jeszcze mi pisał wujek, żebym sobie pożyczył od niej pieniądze na podróż. To ja powiedziałem tej pani - Hudes się nazywała. Po drugim mężu. Po pierwszym Rapaport, po drugim Hudes., Bardzo ładna, bardzo przystojna, mimo to, że jej mama sprzedawał obwarzanki. I męża miała pierwszego adwokata. Drugiego męża miała dyrektora „Materiałów”, tam jest taka koło dworca, jest taka, była ta dyrekcja....Nie wiem fabryka, wytwórnia...No i ja jej powiedziałem, że wujek mi mówił, żebym ja się zwrócił do pani po pożyczkę. Ja nie chcę pożyczyć od pani. To ona powiedziała „Bardzo mądrze !” Ale była szczęśliwa. I ona wyemigrowała, bo ten mąż jej zmarł, dostał białaczkę. To ona została z synem. Jakoś nie wiem czy na papierach aryjskich , Adamowicz miał już nazwisko. Młody chłopak. Nauczył się bardzo dobrego zawodu, bo technikiem dentystycznym był. Ja chciałem się też uczyć. Uczył się u Grossa. No i wyemigrowali. Już nie miałem z nimi kontakt. Ona nie miała mojego adresu...



  1   2   3   4   5   6   7   8


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna