Rozdział XX



Pobieranie 431,19 Kb.
Strona2/7
Data05.12.2017
Rozmiar431,19 Kb.
1   2   3   4   5   6   7

2. Prehistoria: podróże po Europie

Jakże cieszyłbym się widząc was w waszym, własnym sosie!52, pisał Ojciec w 1964 roku do swych synów mieszkających w Wenezueli. Od trzynastu lat starali się oni zakorzenić na tej ziemi, nie jak pasożytnicza roślina, lecz jak jej przybrani synowie. W tym punkcie założyciel Opus Dei uparcie nalegał: Mentalność moich synów nie może być mentalnością emigrantów: ponieważ wszyscy udają się do nowego kraju, aby go kochać, aby mu służyć z oddaniem53. Właśnie nich Ojciec pisał kilka lat wcześniej, przypominając:

Zrozumcie, wybaczcie, traktujcie z delikatnością i szczerą miłością i stale służcie ze wszystkich waszych sił tej świętej ziemi wenezuelskiej, która jest waszą nową Ojczyzną, a zarazem będziecie służyć duszom54.

Założyciel Opus Dei dopiero po dwudziestu latach odwiedził swoich południowoamerykańskich synów, aby ujrzeć ich w ich własnym sosie. Zachęcali go i zapraszali, aby przebył Atlantyk, a Ojciec wymawiał się ubóstwem, pracą lub brakiem czasu55. Istotnie, zaangażowany był całym sobą w sprawy zarządzania. Papierkowa robota zmuszała go, z każdym dniem bardziej, aby siedział w Siedzibie Centralnej Dzieła, która była newralgicznym punktem dla kierowania Opus Dei. Dobrze definiował swą sytuację, gdy mówił o sobie, że znajduje się w samym środku zupełnego zapapierzenia. Jestem zapapierzony i wykończony pracą56- pisał do jednego ze swych synów. Ale wierny swej zasadzie, że uniwersalna ekspansja Opus Dei musi dokonać się z Rzymu — a Roma e da Roma* —, trwał na stanowisku dowodzenia.

Obowiązki i nadzór nad instytucjonalnym rozwojem Opus Dei nie pozwalały mu wyjeżdżać z Rzymu, za wyjątkiem krótkich podróży, mających przygotować przyszłą ekspansję Dzieła na Europę, choć sytuacja nie sprzyjała żadnym wycieczkom. Rzeczywiście, po gdy zakończyła się II wojna światowa,a krajom w niej biorącym udział zaświtała możliwość odbudowy i wzmocninia się, doszło do nowego konfliktu, nazywanego zimną wojną. Ideologiczne napięcie, istniejące pomiędzy dwoma wielkimi mocarstwami zwycięskimi, Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Sowieckim, przerodziło się w walkę o dominację militarną i ekonomiczną nad światem. Wobec zagrożenia rosyjską ekspansją terytorialną oraz agresywnością partii komunistycznych w całej Europie, utworzono w 1949 roku polityczno-wojskowy sojusz defensywny - NATO. Odpowiedzią sowiecką na ten sojusz był Pakt Warszawski z roku 1955, który pod kierownictwem Moskwy łączył satelickie kraje komunistyczne.

W tym czasie konfrontacja pomiędzy oboma blokami pociągnęła za sobą w krajach bloku komunistycznego prześladowania wszystkich instytucji, które stanowiły przeszkodę dla doktryny marksistowskiej. Na ich czele znajdował się Kościół katolicki, którego hierarchowie byli sądzeni w spektakularnych procesach, tak jak w przypadku kardynała Mindszenty’ego na Węgrzech w 1949 roku, oraz biskupów Berana i Stepinača. Kiedy w 1953 roku umarł Stalin, doszło do rewolty w Niemczech Wschodnich oraz nowych represji komunistycznych. Najistotniejsze powstanie ludowe miało miejsce na Węgrzech w 1956 roku, zostało jednak w brutalny sposób zbrojnie zdławione przy bierności państw zachodnich. Tak w zarysie przedstawiała się smutna sytuacja w Europie Środkowej** w latach, gdy założyciel Opus Dei wziął na siebie odpowiedzialność przygotowania początków Dzieła w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Zadanie to miało poprzedzić przesadzanie i dlatego zostało nazwane prehistorią Dzieła57.



* * *

Już od roku Ojciec jeździł po Włoszech z północy na południe, gdy zdecydował się na zrobienie apostolskiego rekonensansu po Europie Środkowej, aby zapoznać się z sytuacją w krajach niemieckojęzycznych. Opuścił Rzym 22 listopada 1949 roku, zatrzymując się po drodze się w kilku miastach w północnych Włoszech: Genui, Mediolanie, Como, Turynie...58. Z Mediolanu wysłał list do swoich synów z Meksyku, w którym pisał:

Jesteśmy tu przez kilka dni, przygotowując porządek w tym domu, a potem w drogę do Austrii i Niemiec, gdzie mamy się rozejrzeć, aby tam też otworzyć kilka ośrodków, z Bożą pomocą, jak najszybciej. Nie przestawajcie polecać w modlitwie spraw, którymi się teraz zajmujemy, ponieważ są bardzo ważne dla całego Dzieła59.

Spędził dwa dni w Innsbrucku, gdzie rozmawiał z kilkoma profesorami uniwersyteckimi, między innymi z rektorem. 30 listopada dotarł do Monachium. Następnego dnia rano, po odprawieniu mszy, odwiedził kardynała Faulhabera*, arcybiskupa Monachium, który przyjął go niezwykle serdecznie60. Rozmawiali następnie długo po łacinie na temat problemów duszpasterskich diecezji niemieckich, o katolikach, którzy uciekli z państw Wschodu, a którzy szukali schronienia w Niemczech Zachodnich, a także o Dziele. Kardynał robił wrażenie bardzo zadowolonego z pomysłu, by praca Opus Dei rozpoczęła się w Bawarii. Pożegnali się, a 4 grudnia założyciel Opus Dei był z powrotem w Rzymie.

W wielu miejscach z niecierpliwością oczekiwano na Opus Dei. Ale Ojciec, właśnie dlatego, że odczuwał te przynaglenia apostolskie, stawiał kroki ostrożnie, bez pośpiechu. Te lata — między 1950 a 1954 rokiem — zbiegły się z okresem ciężkich robót w Villa Tevere, ze sprzeciwem ze strony dobrych we Włoszech, z batalią formacyjną dla nowych członków Dzieła oraz z ekspansją w wielu państwach amerykańskich. W Niemczech rozpoczęto działalność od krótkich pobytów podczas wakacji akademickich. Dopiero 1 maja 1953 roku udało się kupić dom w Bonn, stary i dość ponury, ale wyglądający przywoicie. Przebudowany i rozbudowany z biegiem lat, stał się akademikiem o nazwie Althaus. Ale na razie członkowie Dzieła stanęli wobec dających się łatwo przewidzieć trudności: językowych i finansowych, a także z nawrotami zniecierpliwienia i zmęczenia61. Ojciec, tak jak w listach do swych synów rozsianych po całym świecie, starał się wzbudzić i w nich nadzieję, zaszczepić w ich duszach optymizm i dobry humor, nie ukrywając przed nimi, że trzeba będzie przejść przez bardzo niewdzięczny etap, zanim będą mogli zakosztować owoców swych wysiłków. Jego korespondencja usiana jest uwagami zalecającymi cierpliwość. Przekonywał swych synów, że należy poczekać, by przeniesiona sadzonka zdążyła się wzmocnić:

Miejcie cierpliwość, nie od razu Kraków zbudowano: powołania nadejdą, mocne i obfite. Ale nie wezmą się z powietrza, a zwłaszcza przy niemieckim charakterze62.

Mijał rok od momentu cudownego wyleczenia z cukrzycy, gdy podjął długą podróż z zamiarem przejechania przez Szwajcarię i oceny sytuacji w Austrii. Wyjechał z Rzymu 22 kwietnia 1955 roku. Przejechał przez Mediolan i Como. Odwiedził sanktuarium w Einsiedeln, Zurych, Bazyleę, Lucernę, Berno, Fryburg i St. Gallen63. Gdy zbliżali sie do granicy niemieckiej jedna drobna uwaga don Álvaro spowodowała, że serce Ojca skruszało na myśl, że mogliby odwiedzić swych synów w Niemczech, zanim przejadą do Austrii. Zboczenie z drogi w tym przypadku oznaczało nadłożenie ponad tysiąca kilometrów64.

1 maja był dniem niezapomnianej niespodzianki dla mieszkańców Althausu, gdzie nikt się nie spodziewał don Josemaríi. Podczas rozmów ze swymi synami założyciel Dzieła zalecał im radość i pracę, zapowiadając im, że nadejdzie pora żniw.

Synu mój — mówił do jednego z nich. — czy nie robi na tobie wrażenia, jakie zaufanie miał do nas Pan? Wygląda, jakby uzależnił owocność pracy od tego, czy będziemy wierni. Jakaż wielka odpowiedzialność na nas spoczywa! I jakiż jest sens naszego synostwa Bożego wobec całego zaufania, jakie ukazał nam Bóg! Jakaż nadzieje na myśl o żniwach, jakie zbliżają się na tej ziemi niemieckiej...!

Dzieło pachnie już jak żyzna ziemia, gotowa do wydania plonu, pomimo, że dwadzieścia siedem lat to nic dla bytu moralnego, a jeszcze mniej dla rodziny, którą Pan zechciał się zaopiekować i która powinna trwać, dopóki na ziemi będą ludzie, aby służyć Kościołowi, aby rozciągnąć panowanie Chrystusa dla dobra dusz, aby stać się błogosławieństwem dla ludzkości, prowadząc ją do Boga65.

3 maja pojechali do Düsseldorfu, aby uzyskać w konsulacie austriackim wizę wjazdową. 7. byli w Wiedniu. Zatrzymali się w Hotelu Bellevue, podupadłym z powodu wojny i położonym w pobliżu dworca kolejowego. Ojciec i don Álvaro, w sutannach, wydeptywali miasto (jak się wyraził don Josemaría), spacerując po ulicach. Wiedeń nadal jeszcze był podzielony na cztery strefy, okupowane przez żołnierzy francuskich, angielskich, rosyjskich i amerykańskich. Na ulicy spotkali Rosjan, którzy przypomnieli Ojcu brutalne sceny z hiszpańskiej wojny domowej: masowe morderstwa i spalone kościoły, bluźnierstwa i profanacje oraz brygady komunistyczne.

W Rzymie don Josemaría miał do dyspozycji całą grupę swcyh synów, którzy uczyli się niemieckiego z zamiarem udania się do Austrii66. 15 kwietnia, na kilka dni przed wyjazdem z Rzymu w tę podróż, która po raz pierwszy zaprowadziła go do Wiednia, Ojciec pisał do Niemiec: Jeśli sprawy w Austrii się uporządkują i Rosjanie wyjadą, trzeba będzie pomyśleć o Wiedniu...67. Było sprawą powszechnie wiadomą, że w najbliższych dniach zostanie podpisany traktat dotyczący państwa austriackiego i siły okupacyjne zostaną wycofane. W przeciwnym razie założyciel Opus Dei nie pojechałby do Wiednia z zamiarem rozpoczęcia działalności w okupowanym mieście. Jego synowie nie bali się męczeństwa, lecz nie wysyłał ich do państw opanowanych przez komunizm, tam gdzie nie było nawet minimum wolności. Byłoby to wystawianiem Boga na próbę. Nie wysyłam tam moich synów, byłaby to brawura. - oświadczył. – Tam, gdzie nie wysłałyby was wasze matki, ja, który was kocham jak wasza matka, nie mogę was wysłać68.

W ciągu trzech dni, jakie spędził w Wiedniu, odwiedził nuncjusza, mons. Dellepiane* i rozmawiał szczegółowo z biskupem pomocniczym, mons. Franzem Jachymem na temat rozpoczęcia działalności apostolskiej Dzieła w Austrii. 12 maja byli z powrotem w Rzymie.

Ponownie w długą podróż apostolską po całej Europie wyjechał jeszcze w tym samym roku, 16 listopada 1955. Drogę, spotkania i odwiedziny na trasie można śledzić dzięki notatkom kalendarzyka liturgicznego Ojca oraz listom i pocztówkom, które słał do różnych ośrodków Dzieła - w Rzymie, Spezii, Mediolanie i Como. Przyjechał do Szwajcarii, Lozanny i Genewy. 22 listopada dotarł do Paryża, gdzie zjadł obiad w ośrodku przy bulwarze Saint Germain. Z Wersalu pojechał do Chartres i Lisieux, gdzie modlił się na grobie św. Tereski. Jechał w stronę Belgii, przez Rouen, Amiens i Lille. Przejechał przez Levoin i Amberes, gdzie złożył kilka wizyt. Jechał dalej do Bredy i Rotterdamu, Hagi, Amsterdamu i Utrechtu, rozpoczynając tym samym prehistorię Dzieła w Holandii. Trafił do Niemiec i spotkał się ze swymi synami w Bonn, w Althaus, gdzie bez żadnych wstępów oświadczył, że powinni się wziąć do pracy, ponieważ przechodzą do historii. Oto jego słowa:

Skończyła się prehistoria regionu niemieckiego, a teraz jesteśmy już w historii. Dziś zaczyna się historia Dzieła w Niemczech. Dziś, 30 listopada 1955 roku, wchodzimy do historii tego regionu. Nie będzie to nic natychmiastowego, nagłego. Będzie trwało miesiącami... trzeba czekać. Ale nadejdą ludzie, porozjeżdżamy się z Bonn, zaczniemy pracować w najróżniejszych miejscach69.

Potem, w pierwszych dniach grudnia, był w Kolonii, Monachium, Salzburgu i Linzu. 3 grudnia przybył do Wiednia i zatrzymał się w Hotelu Bristol; 4 grudnia rano odprawił mszę w katedrze Św. Stefana. Podczas dziękczynienia po mszy, modląc się w katedrze przed wizerunkiem Najświętszej Maryi Panny Pötsch, po raz pierwszy wypowiedział akt strzelisty Sancta Maria, Stella Orientis, filios tuos adiuva!* Nie było to tylko kolejne z jego licznych wezwań Matki Bożej. Jak można sądzić na podstawie korespondencji z tych dni, don Josemaría musiał mieć pewność, że tymi słowy Najświętszej Maryi Pannie powierzona została opieka nad przyszłym apostolstwem w krajach europejskich, które znalazły się pod panowaniem komunistów. W efekcie, jeszcze tego samego dnia pisał do Hiszpanii: cały czas myślę, że Wiedeń jest wspaniałym punktem wypadowym na Wschód i że na tych ziemiach synowie moi oddadzą wiele chwały Bogu Naszemu Panu (...): Zrobiłem dziś pewne postanowienie - nabożeństwo do Najświętszej Panienki70. W pięć dni później także w liście do Hiszpanii napisał:

Jestem tego pewien, gdy twierdzę, że Bóg Nasz Pan da nam obfite środki ułatwienia i ludzi abyśmy pracowali dla Niego, każdego dnia lepiej, we wschodniej części Europy, aż do chwili, gdy otworzą się przed nami tak, tak otworzą się bramy Rosji [...].

Zadbaj, by powtarzali wielokrotnie ten akt strzelisty: Maria, Stella orientis, filios tuos adiuva!71.

Wrócił do Bonn 7 grudnia; a 10. dojechał do Rzymu. W Villa Tevere opowiedział im swoje wrażenia z podróży: synowie moi, brakuje was bardzo na świecie72.

Ojciec odwiedził ponownie Francję i Europę Środkową w 1956 roku. Wyjechał z Rzymu 23 czerwca. Był najpierw w Szwajcarii (Berno i Lozanna); potem udał się do Francji (Lyon, Wersal, Paryż). W Paryżu odprawił mszę w mieszkaniu przy bulwarze Saint Germain. 1 lipca pojechał do Belgii, a następnie do Niemiec, a przejechawszy przez Szwajcarię, w Rzymie znalazł się 18 lipca. Tego samego lata, rezygnując z wakacji, udał się znów do Szwajcarii, by wziąć udział w Kongresie Generalnym w Einsiedeln w dniach od 21 do 25 sierpnia.

Założyciel Opus Dei nie zakończył jeszcze tworzenia prehistorii w Austrii i Szwajcarii, gdy na Wegrzech wybuchło powstanie przeciwko reżimowi komunistycznemu. Na kilka dni przed inwazją rosyjską na ten kraj pisał do Niemiec: wobec wydarzeń, jakie rysują się na Wschodzie Europy, modlę się i cierpię, myśląc niecierpliwie o naszej pracy tu i w Austrii73.

W 1957 roku wyjeżdżał poza Włochy kilkakrotnie. W maju spędził dwa tygodnie we Francji. W sierpniu, przejechwszy przez Einsiedeln, gdzie odpoczywał kilka dni, objechał Niemcy, Belgię, Holandię i Szwajcarię. 24 sierpnia, w święto św. Bartłomieja, odprawił mszę w akademiku Eigelstein, który działał od jesieni poprzedniego roku. Był to pierwszy ośrodek, jaki założyły jego córki w Kolonii74.

Epoka prehistoryczna dobiegała końca. W 1958 roku odprawił mszę dla swych córek, które zamieszkały już w Paryżu, a w drugiej połowie września, w drodze powrotnej z Londynu, zatrzymał się w Hadze, Kolonii i Zurichu. Ze słów listu pisanego do Asesorii Cnetralnej wynika, że był zadowolony: Wiele dobrych rzeczy w Holandii, Niemczech i Szwajcarii. pisał – Tak dobrych jak w Anglii75. Tego samego dnia w święto Matki Bożej Łaskawej pisał także do swych synów w Hiszpanii: Mam wielką ochotę się z wami zobaczyć, aby wam opowiedzieć tyle dobrych rzeczy, także o Holandii, gdzie zakończyliśmy naszą prehistorię76.

* * *

Kamieniami milowymi w napiętym programie odwiedzin u kolejnych osób i w kolejnych miastach, tworzących prehistorię apostolską Opus Dei w Europie, były pielgrzymki do sanktuariów maryjnych, miejsc pochówku świętych, albo miejsca postoju. Einsiedeln, Lourdes, Loreto, Fatima, Willesden*, Najświętsza Maryja Panna del Pilar w Saragossie oraz Najświętsza Maryja Panna od Cudownego Medalika w Paryżu**, Asyż, Bari***, Lisieux, Ars****, Siena stały się celami jego podróży77.

Z całą pewnością założyciel Opus Dei mógł powiedzieć po tych podróżach apostolskich, odbywanych w towarzystwie don Álvaro: Znam Niemcy tak dobrze, a nawet lepiej niż wy78. Nie było w tym żadnej przesady. Wręcz przeciwnie, raczej siebie nie doceniał.

Jego podróże były szybkie i owocne, niczym inwazje apostolskie. Nie mogąc wyjechać na zbyt długo z Włoch, a jednocześnie ponaglany koniecznością o informowania wielu biskupów o stanie Dzieła, doszedł do wniosku, że musiałby się rozdwoić. Nie najlepszy stan samochodu, wielkie odległości oraz ciągłe zmiany miejsca powodowały wielkie zmęczenie. Z radością ofiarowywał Panu zmęczenie i niewygody, umilając podróże śpiewaniem piosenek i odmawianiem różańca79. Prowadził zwykle wieczorną modlitwę tych, którzy mu towarzyszyli, przedstawiając im do rozważania tekst ewangeliczny, w którym Jezus powiada do apostołów: — Wybrałem was abyście szli..., ut eatis*.

Wracał do Rzymu z tych podróży wypełnionych pracą z wieloma doświadczeniami, które stosował w swoim życiu wewnętrznym oraz przy innych okazjach. Z Lozanny wysłał do architektów Villa Tevere kartkę pocztową. Pocztówka przedstawiała widok Lozanny, a na odwrocie Ojciec pisał: Przyjemne źródełko, uściski, Mariano80. Mądrej głowie dość dwie słowie. Za sprawą tej widokówki w Villa Tevere powstała Fontana degli Asinelli, wbudowana w mur Cortile degli Uffici.

W Wiedniu ujrzał kolumnę z inskrypcją ku czci Trójcy Przenajświętszej: Deo Patri Creatori; Deo Filio Redemptori; Deo Spiritui Sanctificatori*. Słowa te polecił wyryć na retabulum ołtarza w Villa Tevere, przy którym zwykł odprawiać mszę81.

Ze swych odwiedzin w ośrodkach Dzieła przywoził żywe wspomnienia radości, z jaką żyli jego synowie, chociaż borykali się z wieloma ograniczeniami. Wydarzenie, które miało miejsce w Paryżu przy bulwarze Saint Germain 28 czerwca 1956 roku, nie było wyjątkowe przypadkiem, ponieważ coś bardzo podobnego zdarzyło się w Althaus. Otóż po mszy odprawianej przez Ojca wszyscy udali się do jadalni na śniadanie.

Z powodu wizyty Ojca wraz z towarzyszącymi mu osobami, liczba jedzących była większa niż zwykle. Gospodarze całą dostępną zastawę fajansową, ale nie wystarczyło to do nakrycia stołu. Trzeba było posłużyć się obtłuczoną filiżanką bez ucha. Brak ten ukryto, przykrywając uszkodzoną filiżankę (a także wszystkie inne, z których niejedna była wyszczerbiona) wstydliwie serwetką, i umieszczając na ostatnim miejscu, w nadziei, że pozostanie niezauważona wśród panującego w jadalni zamieszania.

Ale Ojciec, zamiast wybrać odpowiednie miejsce, udał się na to właśnie, którego najmniej sobie życzyli. Uniósł serwetkę, która skrywała ubytki filiżanki i jego oczom ukazało się wcielone ubóstwo. Nie o takie wyrzeczenia chodziło, ale biorąc pod uwagę okoliczności towarzyszące początkom Dzieła w jakimś kraju, Ojciec bardzo się ucieszył. Ci synowie wlaczyli szlachetnie.

Postanowił zabrać filiżankę do Rzymu. Wstawił jej heroiczne szczątki do przeszklonej gablotki, w której znalazły się pamiątki, porcelana, wachlarze i inne przedmioty nie mające żadnej wartości poza miejscem, z którego pochodziły oraz związanej z nimi anegdotki.

Pewnego razu pewien dostojnik kościelny, widząc te nikomu niepotrzebne starocie na tak eksponowanym miejscu i nie wiedząc dlaczego zajmują tak ważne miejsce, wykrzyknął z mieszaniną uprzejmości i roztargnienia: — Jest z onyksu! Jakaż piękna rzecz! A założyciel Opus Dei odpowiedział mu: — Niech święta Łucja poprawi księdzu wzrok! Ksiądz myśli, że jest z onyksu, a tak naprawdę jest z nieba, ponieważ jest to cudowna oznaka ubótswa, jakim żyjemy w Opus Dei z wielką radością i z wielką miłością. I jest także znakiem świętego łajdactwa moich synów, którzy starali się, abym nie wiedział, jak wielkie ubóstwo muszą znosić82.

* * *

Już od niemal dwunastu lat członkowie Opus Dei działali w Anglii, gdy Ojciec po raz pierwszy znalazł się w Londynie w 1958 roku. Jego pobyt trwał długo, od pierwszych dni sierpnia aż do połowy września. Na Wyspy jeździł w następnych latach, aż do 1962 roku, tak że, z wyjątkiem Hiszpanii i Włoch, właśnie w Wielkiej Brytanii mieszkał najdłużej. Zjeździł większą część Europy, ale nie miał wcześniej okazji odwiedzić Wysp. Do Anglii zaprowdziły go zapał apostolski i pragnienie zobaczenia swoich synów.

Między 24 lipca a 3 sierpnia założyciel Opus Dei przejechał przez Szwajcarię i odprawił mszę w ośrodku Dzieła w Zurichu 25 lipca. Następnie odwiedził sanktuarium w Einsiedeln. Zatrzymał się dwa dni w Paryżu, aby odwiedzić swoje córki w ośrodku w Rouvray oraz porozmawiać ze swymi synami z bulwaru Saint Germain. Wreszcie 4 sierpnia przebył Kanał La Manche, z Boulogne do Dover. Była to pamiętna data w historii Dzieła w Anglii, którego początki sięgały Bożego Narodzenia 1946 roku. Ojciec podtrzymywał swych synów na duchu, pisząc:

Kładziecie dobry fundament i jeśli położycie go z radością, przekonani o tym, że jesteście założycielami, z całym poczuciem własnej odpowiedzialności, wkrótce, bardzo szybko, temu domowi zostanie nadany nowy wygląd i rozpocznie się zbiór owoców, który zapewniam was jeśli tylko będziecie wierni, będzie najobfitszy83.

Przez lata towarzyszył swoim synom modlitwą, zachęcając ich, by zapoznali się ze środowiskiem, do którego nie byli przywyczajeni.

Wysłałem was, wiedząc gdzie jedziecie — pisał — ponieważ wiedziałem i wiem, że jesteście zdolni wprowadzić w życie to, by ludzką prozę codzienności zmienić w Bożą poezję 84.

W 1952 roku opuścili mieszkanie przy Rutland Court, które zajmowali od roku 1947, i przenieśli się 4 kwietnia do Hampstead na północ od Londynu. Obszerny dom z wielkim ogrodem był akademikiem dla studentów, nazwanym Netherhall House. W trzy miesiące później do Londynu przyjechały kobiety z Dzieła85. Wkrótce, na wiosnę 1954 roku, zaczęły pojawiać się pierwsze osoby, które prosiły o przyjęcie do Dzieła; a Ojciec pisał do Londynu:

Jestem bardzo zadowolony, ponieważ lody zostały przełamane i zaczęły się powołania. Nie zapominajcie jednak, że to środowisko jest trudniejsze niż inne, o tradycji katolickiej. Miejcie cierpliwość, jeśli sprawy nie będą szły zbyt szybko; wydaje mi się, że wszystko idzie w dobrym tempie, dzięki Bogu86.

Sprawy jednak toczyły się z trudem, do chwili, gdy 4 sierpnia 1958 roku założyciel Opus Dei zjawił się w Anglii. Natychmiast na odwrocie pewnej fotografii napisał: Sancta Maria, Sedes Sapientiae, filios tuos adiuva*; Oxford, Cambridge, 5-VIII-5887.

Zwiedzał Londyn, trafił do City. Po jego ulicach śpieszyli ludzie: urzędnicy, w melonikach, garniturach i wykrochmalonych kołnierzykach. Na ulicach panował wielki ruch czerwonych autobusów i czarnych taksówek. Wszystko w wielkim pośpiechu, zaaferowaniu i rozgorączkowaniu.

Wszędzie widać było szyldy z odległymi datami: Established in 1748; ...in 1760; ...1825**... Ojca rozmyślał nad ich historycznym znaczeniem trwania tych przedsiębiorstw i tego konsekwencjami: ciągłością pracy, handlem ze wszystkimi kontynentami, bogactwem, potęgą ekonomiczną...; wieczną i trwałą skorupą. City przypominało stare, stuletnie drzewo z korzeniami wzniesionymi w powietrze. Krążąc w tym tłumie, gdzie każdy spieszył się w swoich sprawach, Ojciec obserwował twarze i stroje najbardziej nawet egzotyczne: Indian, Afrykanów, Chińczyków i Arabów.

Założyciel oceniał te fakty, znalazłszy się w obecności Boga. Myślał o tym, jak dalece niewystarczające były jego wysiłki i zuchwaltswa na tym skrzyżowaniu dróg świata. I musiał poczuć odrobinę zniechęcenia, mierząc swoje siły materialne z potęgą City. Ale nie poddał się przygnębieniu. Gdy duchowo stanął twarzą w twarz z Bogiem, zbadał swoje środki, wyciągając oczywisty wniosek, że zaprowadzenie tego wszystkiego do Chrystusa — tylu dusz i tylu przedsięwzięć — wymagało nacisku i naludzkich wysiłków.

W ciągu pierwszych dni odwiedził niektóre zakątki Londynu i pobliskich miast: Parlament, Fleet Street, Westminster, Whitehall, Oxford, Saint Albans... Rankiem w niedzielę 10 sierpnia ponownie udał się do City. Teraz jeszcze większe wrażenie zrobiła na nim pustka. City było wymarłe. W weekend zmiana była dramatyczna: ulice zupełnie opustoszałe, bez jednego choćby przechodnia, bez ruchu, budynki pozamykane na siedem spustów, wymarłe i ciche. Tej Ojciec napisał do Michaela Richardsa, pierwszego, który poprosił o przyjęcie do Dzieła w Anglii, znajdującego się w tym czasie w Kolegium Rzymskim:

Ta Anglia, łobuzie, è una grande bella cosa*! Jeśli nam pomożecie, a zwłaszcza ty, popracujemy mocno na tym skrzyżowaniu dróg świata; módlcie się i ofiarowujcie z radością drobne umartwienia88.

Były to dni modlitwy i pracy. Myśląc o ludziach, którzy krążyli po ulicach, o tych tak wielu, którzy nie kochali Boga, lub mieli bardzo powierzchowną znajomość Chrystusa, czuł się bezsilny. Ta bezradność prowadziła go do Boga, niczym dziecko, które ucieka się do Ojca. I modlił się, co było sekretem skuteczności Opus Dei, i, jak mówił w Londynie, chroniło, jak wielki parasol, przed złą pogodą oraz trudnościami.

W poniedziałek 11 sierpnia był w Cambridge. W środę wieczorem, podczas spotkania w Netherhall House, mówił o ekspansji na Oxford, na Cambridge, na Manchester; ukazując im apostolskie możliwości w Anglii, która była skrzyżowaniem dróg świata, ponieważ tędy przejeżdżali ludzie z wszystkich kontynentów i narodów. Z krajów, dokąd Dzieło jeszcze nie dotarło w swej apostolskiej ekspansji i gdzie na nie czekano. Jego synowie słuchali z uwagą.

Odwiedził Michaelham Priory, Eastbourne... Odnowił poświęcenie Dzieła Najświętszemu Sercu Maryi w sanktuarium w Willesden, 15 sierpnia. Czy mógł poruszyć Anglię?

Właśnie wówczas musiał usłyszeć słowa Pana, jedno z tych zdań, które głęboko zapadły mu w pamięć: «Ty, nie! Ja, tak!» - ty z pewnością nie zdołasz, ale Ja mogę89.

Do tego nadprzyrodzonego doświadczenia odwoływał się po powrocie do Rzymu, gdy opowiadał swym synom podczas jednej z medytacji:

Niedawno ponad miesiąc spędziłem wśród narodu, który bardzo kocham. Tam krzewią się sekty i herezje, a króluje wielka idyferencja wobec Bożych spraw. Myśląc nad tym stanem rzeczy, zdekoncentrowałem się i poczułem się niezdatny, bezsilny: Josemaría, ty tu nic niejesteś w stanie zdziałać. Miałem rację: ja sam nie byłbym w stanie osiągnąć żadnego celu; bez Boga nie zdołałbym unieść nawet źdźbła słomy z ziemi. Cała nędzna moja nieskuteczność stała się tak widoczna, że prawie się zasmuciłem; i to źle. Jakże to syn Boga może się smucić? Może być zmęczony, bo ciągnie swój wózek niczym wierny osiołek, ale nie smutny. Smutek to zła rzecz!

Nagle, pośrodku ulicy, po której w jedną i w drugą stronę chodzili ludzie ze wszystkich stron świata, we mnie, na dnie mego serca, poczułem skuteczność Bożego ramienia: ty nie możesz nic, ale Ja mogę wszystko; ty jesteś niezdarnością, ale Ja jestem Omnipotencją. Ja będę z tobą i będziesz skuteczny! Zaprowadzimy dusze do szczęśliwości, do jedności, do drogi Pana, do zbawienia! Także tutaj zasiejemy szczodrze pokój i radość!90.

Założyciel posłusznie wcielił w życie zaproszenie od Boga, chociaż niemal nie miał do dyspozycji środków materialnych, a angielskich członków Opus Dei można było jeszcze policzyć na palcach jednej ręki. Ale z wielką wiarą i odwagą sporządził plan ataku i niezwłocznie przystąpił do jego realizacji. Najpierw zajął się nowym umieszczeniem Komisji Regionalnej w Anglii, przysłaniem większej liczby osób oraz administracją akademika. 17 sierpnia można było go zobaczyć obchodzącego londyńskie kościoły: katolickie (Spanish Place, St. Etheldreda, katedrę Westminsterską) oraz anglikańskie (Zwiastowania na Bryanston Street, opactwo Westminsterskie, Hanover Square). Chciał znaleźć kościół w Londynie, któryt mógłby zostać powierzony kapłanom z Opus Dei.

Chciał, aby Opus Dei rozpoczęło swoją pracę apostolską w Oxfordzie. Następnie, po zredagowaniu jasnych i precyzyjnych notatek na temat kontaktów z władzami uniwersyteckimi, przyjął 21 sierpnia jednego z profesorów z King’s College w Londynie, aby uzgodnić postępowanie. A 26 sierpnia biskup Craven, biskup pomocniczy Londynu, który był na bieżąco w sprawie utworzenia ośrodka w Oxfordzie, rozmawiał z administratorem katedry Westminsterskiej, ks. Gordonem Wheelerem. Pojawiła się możliwość zdobycia domu z ziemią w Oxfordzie, położonego po drugiej stronie rzeki - Grandpont.

Wśród tych zajęć i wizyt Ojciec śledził z bliska projekt, spotykał się z członkami Dzieła, którzy przyjechali z Irlandii i prowadził korespondencję z Rzymem. Zamówił dwanaście mens ołtarzowych, które konsekrował 28 sierpnia. Niektóre z nich pojechały do Irlandii. Ołtarze te miały stanąć w dwunastu inaugurowanych kaplicach. Poświęcenie kamieni było jakby zapowiedzią spełnienia snów, było jakby przyspieszeniem spełnienia nadziei, które miało nastąpić już w niedalekiej przyszłości.

26 sierpnia i 3 września udał się do Canterbury, do kościoła św. Dunstana, aby modlić się przy grobie Roperów, w miejscu, gdzie spoczywa głowa św. Tomasza Moore’a91.

Kończył się jego pobyt w Londynie i oczekiwano go już w Rzymie. W przeddzień wyjazdu udzielił swego błogosławieństwa członkom Dzieła w Anglii. Na pierwszej stronie Biblii w języku angielskim napisał: Semper ut iumentum, Londini, 15-IX-58*. 16 września rano, przed otwartą komorą celną w porcie w Dover, pożegnał się z nimi słowami: Sancta Maria, Regina Angliae, filios tuos adiuva**!

Opuszczał Anglię pełen miłych wrażeń, ponieważ nabrał jasnego przekonania, że jego pobyt miał charakter opatrznościowy, jak mówił swoim synom z Hiszpanii:

Ja tylko wam mówię, że wydaje mi się, że nasz pobyt w Anglii jest opatrznościowy, i że może stąd wyjść wiele prac ku chwale Bożej.

Módlcie się, stawiajcie, jak zawsze, Naszą Matkę Świętą Maryję za wstawienniczkę, a ujrzymy wielkie prace naszego Opus Dei wykonane na tym skrzyżowaniu dróg świata, dla dobra dusz z całej ziemi92.

Klimat, choć łagodny i umiarkowanie deszczowy, nie stwarzał warunków do tego, by jego organizm mógł zregenerować siły po przeżytej długotrwałej bezsenności. Ale jedna rzecz sprawiała mu wielką satysfakcję – był nierozpoznawany przez ludzi i nie przyglądali mu się na ulicy93.

Długo zajęłoby wymienianie jego działań, wystarczy powiedzieć, że prosił bardzo o modlitwę za Oxford, dbając bardzo uważnie o stosunki z władzami cywilnymi, akademickimi i kościelnymi. Kiedy w końcu udało się objąć Grandpont, wysłał zwięzły telegram, z datą 22 kwietnia 1959 roku, o bardzo znaczącej treści: Auguroni. Mariano*.

Latem, 16 lipca 1959, powrócił do Woodlands, domu na północ od Heath. Ojciec sprowadził architektów z Rzymu, instruując ich, jak ma wyglądać projekt uniwersyteckiego Hall w Oxfordzie. Wpadł na pomysł, by umieścić iglicę na szczycie budynku i zwieńczyć ją iluminowanym wizerunkiem Matki Bożej. Najświętsza Maryja Panna pojawiła się również w herbie Grandpont, wraz z dewizą ipsa duce**, stojąca na moście ponad białymi i niebieskimi falami.

Tego lata Ojciec na cztery dni opuścił Anglię. 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Michael Richards odprawiał mszę prymicyjną w Katedrze Westminsterskiej.

Tego samego dnia don Josemaría musiał pojechać do Irlandii. Przybył do Dublina wieczorem. Następnego dnia odprawił mszę w Ely Residence, w obecności swoich synów, składając głośno dziękczynienie Panu: Odnalazł was, aby rozpocząć pracę w Irlandii i uczynić was narzędziami swych cudów: pomimo, że jesteśmy tak małą rzeczą, pomimo wszystko, ja także jestem biednym człowiekiem - dodał94.

Odwiedził Nullamore, siedzibę Międzynarodwej Szkoły Letniej, gdzie znajdowało się czterdziestu chłopców z różnych krajów, którzy z wielką ochotą uczyli się angielskiego. Pojechał do Galway, aby zobaczyć się z mieszkańcami innego ośrodka. 18 sierpnia, w towarzystwie don Álvara, odwiedził arcybiskupa Dublina, a późnym wieczorem 19. był już z powrotem w Londynie95.

Rok wcześniej, we wrześniu, na krótko przed wyjazdem z Anglii, pisał do konsyliariusza z Kolumbii, doradzając mu, żeby odpoczął i dał dobry przykład swoim podopiecznym, jak ja daję wszystkim mym synom, ponieważ na wypoczynek przyjechałem do Anglii96. Teraz, latem 1959 roku, cały palił się do działań apostolskich, aby popchnąć naprzód to, co zainicjował w 1958 roku. Objęto w posiadanie dom i tereny Grandpont w Oxfordzie, a Ojciec zajął się projektem ośrodka uniwersyteckiego Hall97. Ujmował swe zajęcia w krótkich słowach: Tu odpoczywamy, pracujemy i modlimy się. Modlimy się dużo98. Ale żeby być bardziej obiektywnym, precyzował w następnym liście: Więcej jednak pracujemy, niż odpoczywamy99.

W sierpniu przeprowadzono z nim wywiad. W The Times z 20 sierpnia 1959 roku pojawił się artykuł zatytułowany: Spanish founder of Opus Dei, utrzymany w bardzo pochlebnym tonie. Wywiad stanowił jeden z kilku szkiców biograficznych poświęconych osobom o międzynarodowym znaczeniu wiele obiecującym na przyszłość.

We wrześniu spotkał się z kilkoma dostojnikami kościelnymi: w Winchesterze – z arcybiskupem Portsmouth, diecezji, na terenie której znajdował się Grandpont; w Londynie – z kardynałem Godfreyem oraz mons. Cravenem.

Po raz trzeci zjawił się w Anglii latem 1960 roku. Przyjechał spotkać się ze swymi synami. Przyjmował gości przybyłych z Irlandii, Francji, Hiszpanii. Omawiał projekt rozszerzenia dzieła korporacyjnego Netherhall House, ponieważ marzył o powstaniu nowego akademika z większą ilością miejsc, przeznaczonego dla studentów ze Wspólnoty Brytyjskiej.

Ojciec nie dawał się opanować zniechęceniu, zdawał sobie jednak sprawę, jak wiele będzie kosztowało to przedsięwzięcie. Podczas swych wizyt i działań w Anglii miał okazję oglądać wielkie przedsięwzięcia dokonane w dziejach: miasteczko prasowe przy Fleet Street; wspaniałe kolegia uniwersyteckie (np. kolosolne patio Christ’s Church College w Oxfordzie)... Ponownie modlił się niestrudzenie przy grobie świętego Tomasza Moore’a.

Latem 1961 roku przeniósł się do domu pod numerem 21 na West Heath Road, położonego nieopodal tego, w którym mieszkał dotychczas. W dwa dni po przyjeździe poinformowano go, że święcenia grupy kapłanów Dzieła, które miały mieć miejsce w Madrycie, opóźnią się, ponieważ pojawiły się pewne przeszkody formalne. Następnego dnia po otrzymaniu tej wiadomości, w sobotę 22 lipca 1961 roku, don Josemaría postanowił pojechać na spotkanie z don Leopoldem Eijo y Garayem, który jak zwykle spędzał letnie wakacje w Vigo100.

W niedzielę Ojciec wraz z don Álvarem wyleciał z Londynu do Biarritz. Na lotnisku czekał już na nich w samochodzie konsyliariusz hiszpański. Noc spędzili w Vitorii, cały poniedziałek jechali przez mesetę, w nieznośnym upale, pojazdem o dość ograniczonej prędkości, od świtu aż do zmroku. Witając się z don Leopoldo, don Josemaría uściskał go i spytał na czym polegał problem. Okazało się, że nie było żadnego problemu, po prostu arcybiskup Madrytu od dawna nie widział założyciela Opus Dei, i nie chciał się wyrzec tej radości101.

Ojciec przypomniał sobie, że w pobliskim Tuy mieszka don Eliodoro, kapłan, który od samego początku pomagał hojnie Dziełu. Ta przyjaźń i bezinteresowność sprawiły, że don Josemaría natychmiast udał się w drogę. Zdołał się z nim spotkać późną nocą i wrócił na spoczynek całkiem wyczerpany. 25 lipca w Santiago de Compostela był dniem świątecznym. Ojciec odwiedził kardynała oraz swe córki i synów mieszkających w Santiago. W drodze powrotnej znów przejechał przez mesetę do Biarritz, i 27 lipca był już w Londynie.

Tego lata polecił, aby utworzono nowy ośrodek w Londynie z przeznaczeniem na komisję regionalną. Stale przychodziła do niego poczta z Rzymu. Apostolstwo Dzieła wszędzie pomału stabilizowało się, nawet w Anglii. Tak więc jadąc samochodem na lotnisko w Southend, 5 września, wyśpiewywał taką oto dawną piosnkę:

«Pączuszku, pączuszku

już przemieniasz się w różę...»

W 1962 roku Ojciec po raz ostatni pojechał do Anglii. Kończyła się budowa nowej siedziby dla komisji regionalnej. Zagrzewał do apostolstwa. Odbywał spotkania z wielkimi grupami. Zajmował się udzielaniem wskazówek osobom pracującym z młodymi chłopcami. Wciąż także się modlił.

Można było go zobaczyć z różańcem w kościołach anglikańskich, a nawet przed ołtarzem w Opactwie Westminsterskim. Można było usłyszeć, jak powtarza akty strzeliste w samotności w kościołach pozbawionych tabernakulów: w All Hallows, albo w Saint Bartholomew, przed wizerunkiem Najświętszej Marii Panny.

Z Rzymu stale obserwował rozwój swych projektów. Otwarto klub dla młodzieży, położony na południe od Londynu. W Manchesterze, w dzielnicy Greygarth został otwarty nowy akademik University Hall. Zauinaugurowano działalność ośrodka rekolekcyjnego w Sussex, Wickenden Manor. Toczyło się wiele innych przedsięwzięć.

W tym czasie sekcja żeńska, aby wspomnieć jedynie dzieła o charakterze korporacyjnym, prowadziła w Londynie akademik Ashwell House, oraz dwa inne w Bangor oraz Manchesterze.

Wzniesiono też nowy akademik Netherhall House, który został zainaugurowany 1 listopada 1966 roku przez Królową Matkę, która okazała wiele sympatii i życzliwości podczas rozmów z dyrektorami oraz rezydentami angielskimi, azjatyckimi, afrykańskimi i amerykańskimi. Działała też Szkoła Zarządzania Gospodarstwem Domowym i Hotelarstwa, która była zarządzana przez sekcję żeńską, gdzie Królowa Matka dokonała inspekcji klas, kuchni oraz degustacji potraw.

Do zgromadzonych przedstawicieli władz i osób im towarzyszących, do studentów oraz do grupy promującej powstanie Netherhall House — której przewodniczył anglikanin — Królowa Matka wygłosiła serdeczne przemówienie, podkreślając wysiłek oraz ideę służby, które wszystko to ożywiały102.




1   2   3   4   5   6   7


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna