Rozdział XX



Pobieranie 431,19 Kb.
Strona1/7
Data05.12.2017
Rozmiar431,19 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7

ROZDZIAŁ XX


Ekspansja apostolska

1. Przypowieść o przesadzaniu

W porządku ważności pierwszą sprawą była batalia formacyjna, znajdująca się w umyśle założyciela, a mająca na celu zromanizowanie Opus Dei. Potem następowała ekspansja, zaniesienie tego zasiewu do innych krajów, na służbę Kościołowi i duszom. Tego uniwersalny charakter zawarty w przesłaniu z 2 października 1928 wymagał1. Jeszcze brzmiały w uszach Ojca przynaglenia apostolskie, gdy w Madrycie, jako młody kapłan, wyśpiewywał ignem veni mittere in terram*..., co jego brat powtarzał w domu złą łaciną, nie rozumiejąc, o co chodzi. Od tej chwili, wraz ze wzrostem Dzieła, wzywał wraz z Panem: przyszedłem ogień rzucić na ziemię... I aby ożywiać ten zapał, postarał się o różne przypominajki, które pomagały mu mieć zawsze przed oczyma cele ekspansji światowej.

W tym celu umieścił mapę świata w holu wejściowym w akademiku przy Jenner. Druga znajdowała się przy Diego de León; a w swoim pokoju postawił globus. Tak uważnie śledził ekspansję na inne państwa — opowiada bp Javier Echevarría — że polecił pokryć ścianę w jednym z pomieszczeń w Villa Tevere wielką planisferą. «Różnymi kolorami zaznaczono na niej miejsca, gdzie już się pracuje, i te zamalowane strefy rozszerzały się w miarę jak następowała ekspansja apostolska. Dbał o to, by mobilizować do modlitwy wszystkich członków Rady Generalnej. Założyciel był pierwszym, który pamiętał o tym, by zamalować kolejny kraj, kiedy w tym miejscu rozpoczynała się praca apostolska Dzieła, pokazując tą pamięcią, ile zainteresowania przykładał do tego, byśmy Kościołowi Bożemu służyli na całym świecie, poprzez skromną, prostą, stałą i konkretną pracę. Mogłem obserwować, jak założyciel Opus Dei patrzy na tę mapę świata, pogrążony w głębokiej modlitwie»2.

Miejscem, z którego zarządzał, był Rzym, ponieważ tam —dodawał — znajduje się serce Dzieła, które sprawia, że potem jest możliwe rozprzestrzenienie się na cały świat, zaniesienie naszego przesłania pokoju i radości3. A z Wiecznego Miastapisał do swoich synów:


Ileż nadziei wiążę z tym, że już wkrótce przejdą przez Rzym, w sposób stały i uporządkowany, tak liczni córki i synowie moi, by potem wrócić do swych regionów z sercem bardziej rozpalonym miłością do Kościoła i bardziej rzymskim!

4

Fakt, że rozprzestrzeniali się na pięć kontynentów nie oznaczał rozproszenia. Wszyscy tworzyli ściśle związaną ze sobą rodzinę, rodzinę Opus Dei. Założyciel nigdy nie oddzielał się od swych dzieci:


My nie rozstajemy się nigdy — tłumaczył swym synom — choć fizycznie pozstajemy z dala jeden od drugiego. Ci z was, którzy teraz wyjadą, pozostawią tutaj kawałeczek własnego serca, ale gdziekolwiek znajdzie się jeden z was, będziemy tam i wszyscy pozostali, z całym naszym pragnieniem, by mu towarzyszyć. Nie mówimy sobie: “Żegnaj!”, a nawet nie “Do zobaczenia”; zawsze jesteśmy consummati in unum*5.
Ojciec wyobrażał sobie przenosiny swoich synów do innych krajów jako przesadzenie tam szczepu Opus Dei, jako ekspansję apostolską o specyficznych cechach. Po pierwsze musicie zauważyć — mówił im — że my nie przenosimy nigdy tłumów, podobnie, jak rolnik, kiedy sieje, nie zakopuje całych worków ziarna, ale rozrzuca ziarno po polu6. Tego wymaga uniwersalny duch Dzieła, który czuje wstręt wobec wszelkiego nacjonalizmu oraz nienawidzi formowania obcych i zamkniętych grup, na wzór jakichś narodowych kolonii, niczym jakiś rodzaj cysty7. Istnieje także inna przyczyna: sposób działania apostolskiego, który prowadzi nas do tego, by być drożdżami ukrytymi w masie8. Odrobina drożdży wystarczy, aby masa zaczęła fermentować. Podobnie niewielka grupa mężczyzn i kobiet, przygotowanych, zdolnych do zadomowienia się w jakimś kraju, do utożsamienia się z narodem, wśród którego zamieszkali, wystarcza do takiego promieniowania:
Wywołujemy w ten sposób to cudowne zjawisko duszpasterskie powołania, które można porównać do perły: prowadzamy do środka muszli odrobinkę ciała obcego, aby utworzyła się wspaniała muszla, jako coś, co nie jest już obce, lecz zostało wytworzone – w naszym przypadku – w sposób nadprzyrodzony, w ogniu Bożej łaski, który rozpalili wasi bracia, spełniając pragnienie Pana: ignem veni mittere in terram, et quid volo nisi ut accendatur? (Lc. 12, 49); przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże bardzo pragnę, aby on już zapłonął9.
(Prześledźmy piękny list założyciela Opus Dei, w którym ukazuje uniwersalną istotę Dzieła. To poczatkowe nakłucie wspomniane w liście stanowi preludium). Założyciel wyraża kolejne myśli posługując się obrazami ewangelicznymi: siewcy, który z rozmachem sieje ziarno; niewielkiej porcji drożdży, która porusza masę; wspaniałej perły. Porównania te prowadzą do przedstawienia ekspansji apostolskiej poprzez przypowieść: przypowieść o przesadzaniu.
Wielu z was pewnie mogło widzieć, jak się robi tę operację rolniczą, czy ogrodniczą. Dobrze wiecie, że trzeba, aby roślina nabrała życia w odpowiedniej szkółce, zanim zostanie przesadzona w inne miejsce.

Ale to nie wystarczy, ponieważ, jeśli przez pewien czas nie pilnuje się uważnie wzrostu rośliny, nie zakorzeni się i w końcu obumrze.

Popatrzcie, z jaką uwagą ogrodnik dokonuje przesadzenia. Umieszcza malutką roślinkę w glinianej albo drewnianej doniczce i zostawia ją w szklarni, póki nie uzyska odpowiedniej siły. Następnie wynosi donicę na zewnątrz, aby dać jej światło, powietrze i ciepło słońca. A gdy jest już zdolna wytrzymać niedogodności przenosin, rolnik wybiera odpowiednią porę i, razem z donicą – jeśli jest drewniana –zakopuje ją w nowej ziemi; po pewnym czasie pojemnik gnije i rozkłada się, a w ten sposób roślinka mniej opiera się zmianie.

Jeśli donica jest gliniana, ogrodnik wyciąga roślinkę z korzeniami i znajdującą się wokół nich ziemią – to jest wraz z otoczeniemi z całą ostrożnością umieszcza ją w dołku wykopanym na nowym terenie.

Już wcześniej rolnik wykopał dołek, aby się przewietrzył: wyrzucił kamienie, albo położył je głębiej, ostrożnie, aby woda miała ujście i mogła przepływać nie tworząc kałuży. Po zasadzeniu dzrewka z korzeniami pokrytymi rodzimą ziemią dba o nie starannie, dopóki się nie ukorzeni. I dopóki roślina nie pokaże, że dobrze przystosowała się do nowego miejsca, ogrodnik czyni o nią wszelkie starania: nawozi, dosypuje dobrej ziemi, przycina zbędne gałązki10.
Rozmyślając w 1951 roku, jak Dzieło rozsiewa po świecie dobrą woń Chrystusa, don Josemaría dziękował Bogu, słysząc komentarze niektórych osób, zaskoczonych witalnością Opus Dei: Jak się to Dzieło pędzi! Nie wiedzą – pisał – że ja starałem się na wszelkie sposoby, aby nie pędziło, ściągnęliśmy cugle temu młodemu konikowi, aby nie mógł wierzgać11. W tym czasie Opus Dei zakorzeniło się już w Hiszpanii, we Włoszech, w Portugalii i w Meksyku. Miało też pierwsze sadzonki w Anglii, Irlandii, Stanach Zjednoczonych, Chile, Argentynie, Kolumbii i Wenezueli. Założyciel przechodził okres ciężkiej próby, który pokonał, dokonując poświęceń Opus Dei Świętej Rodzinie oraz Najświętszym Sercom Jezusa i Maryi. Był to ciągnący się w nieskończoność, długi okres zupełnego braku środków oraz licznych potrzeb materialnych. Był to wreszcie czas, gdy poczuł, że musi napisać: gdybym, otrzymując moją misję, zdał sobie sprawę, co mam przed sobą, padłbym martwy12.

Jak więc dokonywała się ekspansja Dzieła, szybko czy powoli? Zdaniem założyciela Opus Dei, Bożym krokiem13. Ani nazbyt pospiesznie, ani też zbyt wolno. Działano podejmując konieczne środki ostrożności, to jest z największą rozwagą. Tak, aby duch Opus Dei, który z natury swojej jest uniwersalny, nie okazał się z powodu braku roztropności obcy w danym kraju. Ten sposób działania — tłumaczył swoim synom — wymaga jednocześnie, byśmy zachowali spokój: jest z pozoru powolny, ale pewniejszy i bardziej skuteczny, ponieważ jest też bez wątpienia najszybszą drogą doświadczenie nam to podpowiada prowadzącą do celu14.

Operacja przesadzania była misją delikatną. Wymagała namysłu, roztropności i przygotowań:

Zanim gdzieś się udamy — mówił założyciel Opus Dei o sposobie postępowania — powinniśmy zawsze uważnie zbadać warunki danego narodu: jego szczególne cechy, trudności, jakie można napotkać, najlepszy sposób rozpoczęcia pracy, jakie dzieło korporacyjne powinno powstać najpierw, na jakie środki materialne możemy liczyć, z jakimi osobami z tego miejsca powinniśmy się najpierw skontaktować, etc..

To jest praca przygotowawcza, którą czasami nazywam prehistorią jakiegoś regionu; i którą sam wykonałem dla kilku państw, wraz z niektórymi waszymi braćmi, których Nasz Pan Bóg, w swej hojności, postawił u mego boku15.

Podstawą, sednem tej prehistorii była stała modlitwa i ciągłe umartwienie16. Ponieważ modlitwa — powtarzał don Josemaría do znudzenia — jest niezastąpionym narzędziem, bronią, ucieczką, tajemnicą Opus Dei17.

Po środkach nadprzyrodzonych następowało przygotowanie narzędzi ludzkich i materialnych. Jak wtedy, gdy ktoś szykując się na wyprawę, kalkuluje jej przebieg i etapy, zastanawia się, jakie jest konieczne wyposażenie, tak założyciel Dzieła zajmował się wszystkim, co było konieczne do “przesadzania”. Ludzi, których potrzeba było, miał bardzo niewiele. Trudno nawet ich nazwać garstką. Na początek trzech, albo czterech wystarczy18. Natomiast bardzo starannie sprawdzał cechy przesadzanych. Brał pod uwagę także szczególne cechy kraju, do którego jego dzieci miały się udać, a także rozmaite czynniki, które mogłyby być dla nich trudne do przezwyciężenia. Niekiedy były to warunki klimatyczne i fizyczne: tropikalne upały, ciśnienie czy wilgotność, do których niektóre organizmy nie są w stanie się przystosować. Innym razem barierą była niemożność dostosowania się do otoczenia ze względu na temperament, niemożność przyzwyczajenia się do cech charakteru ludzi, do zwyczajów, do języka czy jedzenia. Należało unikać sytuacji, w której różne z tych elementów kumulowały się nagle u jednej osoby. Wszystko to trzeba mieć na względzie, uważał Ojciec. Ale także nie należy przeceniać wagi tego wszystkiego, jeśli jest dobra formacja, jeśli jest życie wewnętrzne19. Ten warunek spełnia każda dusza, która jest gotowa spalić się w służbie Bogu.

Wraz z tą zasadniczą dyspozycją trzeba mieć na względzie ziemię, która znajduje się wokół korzeni i która pomoże w aklimatyzacji i odżywianiu drzewka w nowych warunkach. Ta ziemia, córki i synowie mojej duszy, którą powinniście mieć ze sobą, gdy was przesadzą, to dobry duch Opus Dei, który jest uniwersalny, który kocha wszystkie dusze bez wyjątku, który nie jest nacjonalistyczny, który prowadzi do radości w hojnym oddaniu się, który polega na służbie, a nie na triumfowaniu, który jest duchem miłości!20.

Poruszony pragnieniem ekspansji apostolskiej, założyciel Opus Dei wyrzekł się zatrzymania u swego boku osób, które mogłyby pomagać mu nieść ciężar zarządzania Dziełem, który był coraz cięższy. Pozostał w Rzymie tylko z osobami rzeczywiście niezbędnymi dla funkcjonowania Siedziby Centralnej. To wyrzeczenie było milczącym znakiem wiary i nadziei, które podtrzymywały Ojca podczas operacji przesadzania, choć, pół żartem, mówił do osób, które miał przy sobie: zostanę bardziej samotny niż jedynka, ale warto21.

Ojciec sporządził pierwsze instrukcje, zawierające się w kilku punktach, które miały obowiązywać podczas ekspansji do nowych państw. W dokumencie tym znajduje się także wzmianka na temat początków pracy apostolskiej we Włoszech22.

Wskazywał, że wierni Opus Dei, w swej większości pracujący zawodowo, którzy wyjeżdżali do innych państw, aby pracować w zawodzie, powinni zaczynać od pracy przygotowawczej, aby przystosować się do otoczenia. Następnie sugerował etap większej aktywności apostolskiej skierowanej do studentów.

Taka była droga przewidywana w większości państw: przesadzenie kilku osób i jak najszybciej, jak to tylko możliwe, rozpoczęcie pracy, zazwyczaj poprzez otwarcie akademika dla studentów. Ale nie zawsze założyciel mógł zrealizować ten plan, ponieważ czuł się w obowiązku przyśpieszać swoje projekty apostolskie ze względu na ciągłe nalegania licznych biskupów, którzy pragnęli, żeby Opus Dei pracowało w ich diecezji, podczas gdy ciągle jeszcze brakowało mu ludzi.

Gdy rozpoczęto już działalność apostolską, szybko okazywało się, że konieczne jest pojawienie się sekcji żeńskiej Opus Dei, aby można było otworzyć nowe kierunki pracy apostolskiej i, z czasem, zająć się także administracją pierwszych ośrodków. Ojciec jednak nie chciał, aby jego córki wyjeżdżały do innych państw, dopóki wszystko nie było przygotowane na ich przyjęcie: odpowiednie urządzenia i warunki mieszkaniowe, własna kaplica etc.23. «Delikatność i troska, jaką Ojciec otaczał swoje córki — opowiada jedna z nich — przejawiały się w sposobie, w jaki rozpoczynano pracę w nowym kraju. Najpierw udawała się tam sekcja męska wraz z księdzem, a kiedy zostały już rozwiązane początkowe trudności, jechałyśmy my»24.

Na poczatku 1948 roku, z myślą o wyjeździe ludzi z Dzieła do różnych krajów, zachęcał listownie swoje córki, aby przygotowywały się do radzenia sobie z barierą językową, i ogłosił, że będzie to rok wielkiej ekspansji:

Ten rok jest będzie rokiem waszej wielkiej ekspansji: a więc macie mi być świętymi... i uczyć się języków. Niech Asesoria myśli o tym, jak wszystko urządzić, aby w jednym domu dziewczęta uczyły się mówić po francusku, w innym – po włosku, po angielsku w jeszcze jednym, i wreszcie te, które miałyby jechać do najukochańszej Portugalii... i do Brazylii – po portugalsku25.

Ojciec chciał — nie uprzedzając wypadków — aby kobiety jak najszybciej jechały tam, gdzie już rozpoczęły się działania przygotowawcze, prawie zawsze niezbyt przyjemne. Świadom potrzeby, aby kobiety były już od początku w nowym kraju, założyciel Opus Dei śledził na bieżąco, kiedy do jakiegoś kraju mogłyby się udać jego córki. Czasami to oczekiwanie trwało kilka miesięcy, czasami całe lata. Szybko nastąpił na przykład przyjazd pierwszych numerariuszek do Stanów Zjednoczonych i do Meksyku.

W marcu 1950 roku Ojciec pisał do Pedra Casciaro, i załączał kilka linijek dla swoich córek:

Dla dziewcząt: Niech Jezus mi zachowa te córki! Jestem bardzo zadowolony i wiele się po was spodziewam. Piszcie do mnie, opowiedzcie ze wszystkimi szczegółami o podróży. Niech nasza Matka Najświętsza z Guadalupe zawsze was obdarza uśmiechem26.

A w maju 1950 roku pisał do członkiń Dzieła z Chicago:

Najdroższe, nawet nie wiecie z jaką radością dostałem najpierw kartkę od was, a potem list. Jestem pewien, że Pan ma dla nas wiele wielkich i pięknych rzeczy w tej Ameryce27.

Mogło się zdarzyć — i rzeczywiście się tak działo — że wyjazd kobiet z Dzieła do krajów, gdzie miały się przenieść, się opóźniał. Zwłaszcza wtedy, gdy okazywało się, że pierwszy etap przygotowawczy jest trudny. Ojciec wówczas zwykł był delikatnie ponaglać swoich synów, malując przed nimi w różowych barwach zalety obecności sekcji żeńskiej, ponieważ bez nich rzeczy idą wolniej i gorzej28. A poza tym, bez Sekcji Żeńskiej będziecie zawsze jak bez ręki29. Ale prawdą jest, że przyjazd kobiet z Dzieła do nowych regionów nie nastręczał zbyt wielu trudności. Także i one były przyzwyczajone, by zaczynać od zera, od najsurowszej biedy, szukając pracy zawodowej, aby utorować sobie drogę.

Problemem, któremu niełatwo było zaradzić, była różna liczebność mężczyzn i kobiet z Opus Dei. Tę nierówność liczbową, która trwała jeszcze od czasów wojny domowej, Ojciec nazywał utykaniem. Mawiał z humorem, że dopóki nogi Dzieła pozostaną nierównej długości, dopóty będzie chodzić kulejąc. Aby wszystko funkcjonowało normalnie, działalność mężczyzn i kobiet musiała iść ze sobą w parze. W 1951 roku Ojciec spotrzegł, że trzeba podwoić liczbę ludzi, pracujących we Włoszech30. Sytuacja zaczęła go niepokoić, gdyż nie dysponował odpowiednią liczbą kobiet, a te, które dopiero co wstąpiły do Dzieła, nie były wystarczająco uformowane, aby jechać do innych krajów. Wstrzymał więc swoje projekty ekspansji apostolskiej i zadecydował w 1952 roku, by nie otwierać nowych akademików w Hiszpanii, aby uniknąć nadmiernych ruchów personelu ośrodków Sekcji Żeńskiej31, i aby dać czas dla ich formacji.



* * *

Wszystko to dotyczyło osób, a środki? To samo pytanie postawione zostało już w Drodze32.

Co, poza radami i swym ojcowskim błogosławieństwem, Ojciec mógł dać tym, którzy wyjeżdżali do innych krajów? Nie było to jednak mało, a jego dzieci dziękowały mu za to bardziej niż za dobra materialne i pieniądze, ponieważ w ten sposób udzielała im się pewność i nadzieja, że wszystko pójdzie dobrze. Pan zechciał, by zaczynali w ten sposób: pozbawieni wszystkiego. Ale najpoważniejszym problemem było to, że sytuacja odwracała się i nie mijało dużo czasu, a to Ojciec musiał prosić ich o jałmużnę, aby zakończyć prace przy Siedzibie Centralnej.

O swoim przyjeździe do Meksyku wraz z dwoma numerariuszami opowiada Pedro Casciaro: «Przyjechaliśmy z błogosławieństwem założyciela, obrazkiem Najświętszej Maryi Panny, który nam podarował, jak to miał w zwyczaju, gdy otwierała się droga prowadząca do jakiegoś kraju, i bez środków materialnych»33. Luis Sánchez-Moreno, który wracał do Peru, opisał swoje pożegnanie: «W Rzymie dał mi, z troską i miłością, bardzo trafne rady oraz swoje błogosławieństwo, obrazek Najświętszej Maryi Panny oraz krucyfiks»34. Brak środków materialnych, pieniędzy nadrabiał Ojciec modlitwą i miłością. Niczym ogrodnik z przypowieści, nie szczędził przesadzanemu drzewku wszelkich pieszczot. Póki nie wrosło w nową glebę, pilnował go z uwagą, poświęcał czas, dosypywał dobrej ziemi, nawozu, przycinał zbędne gałązki.

W ten właśnie sposób postępował Ojciec. Duchowo miał swoje dzieci consummati in unum*. Towarzyszył im pomimo przestrzeni i czasu. Już wiecie, że – z daleka – zawsze wam towarzyszę35 - pisał do swoich córek w Meksyku. Albo, gdy rozpoczynał swój list do dzieci w Australii, pisał: Jakżeż towarzyszę wam stąd!36.

Od strony materialnej interesował się ich losem zawsze. Dopytywał się, jakie życie prowadzą, czy czynią postępy w nauce języka, czy mają przyjaciół, co z jedzeniem...

Kiedy piszecie — prosił konsyliariusza ze Stanów Zjednoczonych — opowiadajcie dużo, ze szczegółami: w ten sposób wyobrażam sobie, że mieszkam z wami, nawet materialnie, w tym pierwszym okresie w Ameryce, który jest tak bardzo Boży37.

Chęć poznania tych szczegółów nie wynikała z próżnej ciekawości, ale z ojcowskich uczuć, była nawet nawet kwestią roztropności w zarządzaniu, jak mówił swoim córkom w Stanach Zjednoczonych:

Kiedy do mnie piszecie Nisai opowiadacie mi o zwyczajnych sprawach związanych z waszym życiem, bardzo wam dziękuję: ponieważ mam prawo je znać i ponieważ w ten sposób zdaje mi się, że nieco bardziej wam towarzyszę stąd38.

Czytał z przyjemnością listy, które nadchodziły z Europy i z Ameryki i nalegał, by pisali często, opowiadając mu drobiażdżki, albo drobnostki, albo malutkie sprawy 39. Pisali doń i dowiadywał się stąd o bagatelach. Jak się okazało, w Meksyku w domu dla kobiet były małe kajmany. Ojciec był w pełni przekonany, że to niestosowne i z całą stanowczością powiedział o tym konsyliariuszowi40.

Gdy doń docierała wiadomość, że ktoś z Dzieła choruje, Ojciec nie ustawał, póki nie został szczegółowo poinformowany. Kiedy w Meksyku zachorowała Guadalupe Ortiz de Landázuri*, natychmiast poprosił konsyliariusza o szczegóły i napisał do swojej córki:

Guadalupe, niech Jezus mi Cię strzeże.



Jestem zadowolony, ponieważ wiem już, że czujesz się dobrze. Powinaś o siebie zadbać, ponieważ nie możemy sobie pozwolić na ten luksus, by chorować: śpij, jedz, wypoczywaj, a w ten sposób sprawisz przyjemnośc Panu Bogu. Dla Ciebie i dla wszystkich, najserdeczniejsze błogosławieństwo od Waszego Ojca

Mariano41.

W taki sposób Ojciec interesował się wszystkimi i śledził z bliska ich poczynania, bóle i radości, i w ten sposób tworzył wszędzie tam, dokąd docierały jego rozproszone dzieci, atmosferę rodzinną, która była węzłem jedności42. Jego wsparcie było potrzebne w tym pierwszym okresie zadomawiania się w innym kraju. Któż oprócz Boga mógł im powiedzieć, ile czasu zajmie im zapuszczenie tam korzeni? Nie zapominajcie — przypominał im założyciel Opus Dei. — że praca, poczatkowo jest ciemna i ograniczona: ale trzeba koniecznie przejść przez ten etap, by osiągnąć następne43. Ojciec wskazywał im na to, że są w tej samej sytuacji co on, gdy zaczynał fundację Dzieła w 1928roku : są młodzi, mają łaskę Bożą i dobry humor. Jestem bardzo zadowolony z tego waszego początku w Neapolu — dodawał otuchy swoim córkom. — Naprzód, z dobrym humorem i łaską Bożą44. (Młodość uznał za oczywistość.)

Wysiłek, drobne przeciwności, zniecierpliwienie lub codzienne cierpienia mogły podminować siły tych, którzy zamieszkali na nowej ziemi. Wówczas założyciel Dzieła spieszył, by jak najszybciej otrzeć łzy swych dzieci, poradzić im, znaleźć rozwiązanie ich problemów, podtrzymać na duchu, jak tylko mógł lub jak pozwolił mu Bóg to zrozumieć. Zwykle czynił to listownie.

Do jednego ze swych synów w Ekwadorze pisał:

Logiczne, że trzeba cierpieć i ty, i ja, i inni ponieważ ból jest próbą miłości: i nie odbiera pokoju, jeśli mamy ducha Opus Dei, a jest znakiem nadprzyrodzonej płodności. Jasne?45.

Do Wiednia pisał do tych, którzy wzdragali się przed przygniatającym ciężarem pracy bez oświecenia, zalecając im, aby umawiali się z Niemcami na wspólny wypoczynek, nie zaniedbując zarazem pracy w ośrodkach. Ponadto dodawał: Wszystko to nie ma znaczenia, jeśli nie zaniedbujecie mi Norm i jeśli organizujecie wypoczynek46.

Czasami członkowie Dzieła popadali w lekki ogólny pesymizm, gdy nie nadchodziły spodziewane owoce włożonych wysiłków. Uciekali się wówczas do Ojca w poszukiwaniu pociechy. W takich przypadkach zalecał przyjrzenie się wydarzeniom z pewnym dystansem i w perspektywie nadprzyrodzonej, tak, jak pisał do swych irlandzkich córek:

Doszły mnie wieści, że jesteście nieco rozczarowane, pesymistyczne. Piszę do was, aby wam powiedzieć, że macie powody tylko do radości i optymizmu.

Jednak, gdy stoi się blisko obrazu, a to wasz przypadek, czasami nie widać jakości malowidła. Patrząc z oddali na wasze warunki, szczerze radzę wam, żebyście porozmawiały z waszym konsyliariuszem47.

W końcu, uprzedzając ich zniecierpliwienie i zniechęcenie, które mogły zostać spowodowane pozorną daremnością pracy, mobilizował je w duchu optymizmu:

Jeśli tak się dzieje, radujcie się i napełnijcie się męstwem, ponieważ ta próba szybko się skończy i sprowadzi wielkie żniwo. Kiedy chcemy wbić w ścianę gwóźdź i gwóźdź wchodzi bez oporu, utrzyma on tylko niewielki ciężar. Ale jeśli mur stawia opór, gwóźdź wytrzyma później wielki ciężar.

Mijają miesiąceczasem lata tej pozornej daremności. Nie zapominajcie jednak, że zasiew świętości nigdy nie przepada; inni zbiorą owoce48.

Nie wszyscy adaptowali się do nowej ziemi. Jeśli kosztuje cię przesadzenie — pisał Ojciec do jednego z nich to nie jest żadna klęska ani upokorzenie, jeśli wyjedziesz z tego kraju, aby pracować gdzie indziej49. Lecz, wcześniej lub później, przychodziły pierwsze osoby z nowego kraju, prosząc o przyjęcie do Dzieła. Założyciel nazywał je z czułością mój pierworodny, albo moja pierworodna, ponieważ byli oni zaczątkiem w każdym kraju. To pociągało za sobą szczególną duchową odpowiedzialność, ponieważ także na ich przykładzie wspierać się miała budowa Dzieła w tym narodzie.

Bądź człowiekiem modlitwy, umartwionym i eucharystycznym — pisał Ojciec do Dicka Riemana, pierwszego Amerykanina z Dzieła — wtedy będziesz dobrym punktem odniesienia dla tej wielkiej i szczodrej Ameryki [...]. Ty jesteś pierwszy: czy myślałeś kiedykolwie o łasce Bożej i o błogosławionej odpowiedzialności, jaką to oznacza?50.

Wracając kolejny raz do metafory przesadzania, założyciel Opus Dei dodawał kolejną naukę:

Często zdarza się, że ogrodnicy, aby świeżo przesadzone drzewka rosły prosto, wbijają obok nich podpórkę, kij - długi, gruby, stabilny, który nie daje żadnych owoców, a jego wyłacznym zadaniem jest zabezpieczyć wzrost i owoce malutkiego jeszcze i młodego drzewa. Cóż za oddanie, co za pokora!

Zwłaszcza dyrektorzy i kapłani mają funkcję podpórek, i powinni cieszyć się życiem, wigorem i owocami pozostałych. Stanowić podpórkę z cudownym poczuciem ojcostwa, aby przesadzeni zapuścili korzenie i wzrastali w Jezusie Chrystusie51.



  1   2   3   4   5   6   7


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna