Rozdział XI epoka Burgos (1938-1939) Powrót do Katarzynek



Pobieranie 0,69 Mb.
Strona6/9
Data15.02.2018
Rozmiar0,69 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

* * *

26 sierpnia wracał do Burgos, aby 28. znowu wyjechać do Logroño w towarzystwie Pedra, Paco i José Maríi Albaredy. Jego ojcowska troska nakazywała mu spędzić kilka godzin z José Ramónem Herrero Fontaną, przechodzącym jeszcze rekonwalescencję po przebytej chorobie. Spacer po mieście rozbudził w jego duszy dawne wspomnienia z okresu dorastania, jedne zabawne, a inne bolesne: ruina rodziny i wyjazd z Barbastro, nauka w szkole średniej, ślady bosych stóp karmelity na śniegu... (Wkrótce po przyjeździe do Burgos spotkał się z ojcem José Miguelem w klasztorze karmelitów w Burgos)240.

3 września wyjechał do Vitorii, a stamtąd w kierunku Vergary, gdzie miał poprowadzić rekolekcje dla kapłanów z tej diecezji. Przygotowywał je starannie, prosił także wiele osób o modlitwy i umartwienia w intencji ich uczestników. Centralnym tematem jego nauk był Jezus Chrystus, Najwyższy i Wieczny Kapłan. W jego Zapiskach znajduje się krótka notatka na temat tych rekolekcji:

Vergara, 7 września 1938. Jestem zadowolony z tych rekolekcji. Jest pięćdziesięciu pięciu księży, którzy słuchają z wielką uwagą i wydają się bardzo skupieni.

Najświętsza Panienka mi pomaga241.

Nie wszyscy uczestnicy byli księżmi. Wśród uczestników znajdowało się kilku w trakcie święceń, jak np. Guillermo Marañón, który podobnie jak wszyscy pozostali był bardzo poruszony słowami don Josemaríi. «Jego miłość do Chrystusa Kapłana przebijała z każdego słowa», opowiada ówczesny seminarzysta. I kontynuuje: «Widać było po nim, że to człowiek prowadzący intensywne życie wewnętrzne, który starał się zaszczepić w nas to, co w nim było już rzeczywistością, jego doświadczeniem, przebytą przezeń drogą. Przez jego słowa – jasne, uporządkowywane, kulturalne – przebijała wiara spójna i bardzo głęboka, były one jak „płonące strzały”»242.

Tę samą datę 7 września nosi list do Ojca jego synów, w którym opowiada im o rekolekcjach w Vergarze:

To bardzo żarliwe rekolekcje: moja Matka Święta Maryja – to stwierdzenie obiektywnego faktu – porusza mnie, abym ja ich poruszył. Jakąż Matką... jest nasza Pani! Szepnijcie coś w mojej sprawie w Pilar: ucałujcie ją ode mnie. Niekiedy wydaje się, że w biednych duszach pogrążonych w smutku jest to jedyne silne uczucie, które jeszcze trwa – Miłość do Najświętszej Panienki. Jakże jest dobra!243.

* * *

Zgodność pomiędzy życiem wewnętrznym i zachowaniem don Josemaríi, jak zauważa kleryk z Vergary, była niezaprzeczalna. Tak samo jak ludzie poprzez swój sposób działania, nawet przez modę i konwencje społeczne objawiają osobiste skłonności i wewnętrzne tendencje, w ten sposób także i Ojciec dawał jasne sygnały głębi swego życia wewnętrznego, czyli zjednoczenia z Bogiem i zapału apostolskiego. W jego osobie realizowała się reguła, że życie kontemplacyjne człowieka ujawnia się w jego słowach, gestach i działaniach, łącząc się z cechami jego charakteru, tak że powstawała pełna osobowość, jakby wyrzeźbiona z jednego kawałka.

Dla założyciela Opus Dei przede wszystkim słowo było sposobem na wyrażenie stanów jego duszy. Jego słowa: Jezu, jestem oszalały z miłości, spraw, aby także one oszalały z powodu Twojej Miłości, można określić jako płonącą strzałę, która rozpalała w zakonnicach z Vitorii pragnienie rozkochania się w Panu. Jednak gdyby to nie wystarczało do poruszenia dusz, słowa kaznodziei uzupełniały gesty, ton głosu – charakterystyczny, poważny, wibrujący, stanowczy, o szerokim spektrum tonów, a także szybkość formułowania myśli i elokwencja z jaką były one przedstawiane.

Don Josemaría, który z natury miał dar słowa, osiągnął także mistrzostwo w Bożej sztuce docierania do duszy czytelnika. Miał wielką łatwość stylu i doskonale panował nad językiem, wiernie przelewając na papier myśl i uczucia. Z uwagi na potrzeby apostolstwa zmuszony był uprawiać epistolografię od bardzo wczesnych lat. I jeśli można powiedzieć, że osobowość don Josemaríi, odbija się w jego listach, nie mniej trafne jest stwierdzenie, że istnieje pewna delikatna harmonia pomiędzy jego temperamentem i stanami duszy, z jednej strony, i materialnym narzędziem, którego używał – piórem – z drugiej. Do jakiego stopnia to narzędzie pozwalało oddać plastyczność i ton słów założyciela Opus Dei?

Wydaje się, że wszystko miało początek w dniu wybuchu rewolucji, gdy musiał zostawić przy Ferraz 16 swoje dawne pióro. W konsulacie posługiwał się innym. A w korespondencji z roku 1938 roku pojawiają się na zmianę różne pióra. W konsekwencji, w ponad tuzinie listów z tego roku don Josemaría okazuje swoje niezadowolenie z powodu tego, że musi używać cudzych piór, które nie dostosowują się ani do jego charakteru pisma, ani do jego charakteru w ogóle. Wkrótce zaczął protestować i żartować sobie z nich: Piszę do ciebie - powiada do Paco Botelli – piórem José Maríi, które mnie denerwuje swoimi fochami. Gdy atrament nie spływa ze stalówki w wystarczającej ilości, nazywa pióro katastrofą; zaś gdy robi kleksy, mówi, że jest nieumiarkowane244.

Jego pismo jest bardzo zdecydowane. Dziwi więc widok niektórych listów z nierówno i niepewnie stawianymi literami, jak ten, który napisał, czekając na uzyskanie przepustki. Zdając sobie z tego sprawę, wyjaśnia: piszę zepsutym piórem, które jest jeszcze gorsze niż się spodziewałem245. Przez jego ręce przechodziły też dobre pióra, których jednak hojnie się pozbywał, gdy zdał sobie tylko sprawę, że któremuś z jego synów jest ono potrzebne. W kilka dni po powrocie z pielgrzymki do Santiago de Compostela, po tym jak stracił wspaniałe pióro, pisał do przebywających w Burgos: piszę do Was takim cieniutkim, cieniutkim piórkiem [...]. Cierpliwości! Powinienem urodzić się w epoce gęsich piór, abym mógł nacinać je stosownie do moich potrzeb246.

W Vergarze, gdzie prowadził całą serię rekolekcji dla kapłanów, był zmuszony poprosić o pożyczenie pióra, aby móc napisać list. A zobaczywszy własne pismo, poczuł się do tego stopnia zawstydzony, że postanowił się wytłumaczyć: Wyszły mi takie prześliczne literki, co? Dostałem pióro przeoryszy bernardynek i taka jest tego przyczyna. Całą winę oczywiście ponosi piórko, nie przeorysza247. Doszło do tego, że, pisząc do Juana Jiméneza Vargasa, odmówił ponoszenia odpowiedzialności za wygląd listu, tłumacząc się w następujący sposób: Czuję się świetnie, mówię Ci to, chociaż Cię to pewnie nie interesuje. Te litery nie są moje, należą do pióra248.

Od czasu do czasu don Josemaría czynił użytek z maszyny do pisania, ale ma to wyłącznie znaczenie anegdotyczne. Tylko nieliczne listy powstały w ten sposób. Pierwszy z nich, datowany na 7 lutego 1938 roku, powstał w Burgos, zaraz po kupieniu maszyny marki „Corona”, aby przygotować Noticias. Zdaje się, że napisał go po części, by wypróbować to nowe narzędzie, a po części, by rozbudzić ciekawość Juana Jiméneza Vargasa:



Niech Jezus mi Cię zachowa. Tylko dwa słowa, napisane na tej starej maszynce, którą sobie żeśmy właśnie dzisiaj sprawili: Synu, kiedy będziesz mógł przyjechać?249.

W prowadzonym przez siebie kierownictwie duchowym Ojciec szukał bliskości i zaufania. Nie przypadła mu do gustu anonimowość czcionki maszynowej250.

Upodobanie do pióra i atramentu jest znaczące, ponieważ pokazuje zgodność występującą między cechami jego temperamentu a pismem. On sam tłumaczy, na czym polega ta zgodność. Już wiesz, że moje pismo ma charakter zdecydowany – przypomina Paco Botelli251.

Ręce don Josemaríi, szczupłe, nerwowe, rozgestykulowane, wyrażały energię całej osoby. Nigdy nie przypadło mu do gustu pisanie na maszynie252. Stukał żmudnie na maszynie, posługując się dwoma palcami. Bardzo często popełniał błędy, które wycierał gumką albo wydrapywał żyletką. «Nieodmiennie – wspomina Pedro Casciaro – rozdzierał mu się papier», a czasem kaleczył się żyletką. Podobnie się działo, gdy używał ołówka, «naciskał tak mocno, że łamała mu się końcówka»253.

Pismo zdecydowane, jeśli ma być harmonijne, wymaga sporo atramentu, dużych liter i mocnego pióra. Stąd, ponieważ litery Ojca były grube i obszerne, między jego najbliższymi krążył żart, że rozmyślnie stawiał tak wielkie litery, żeby jak najszybciej zapełnić papier254. Oczywiście tak nie było. Po prostu nie mógł na to nic poradzić. Pewnego dnia pod koniec marca, gdy pisał do Ricarda na temat wielu istotnych spraw, po zapełnieniu małym pismem całej strony zadał gwałt swojej naturze i, by wykorzystać papier, pisał dalej na odwrocie literami tak malutkimi, że na koniec wyrwał mu się okrzyk człowieka goniącego resztkami sił: Dalej literki! Jestem cały zlany potem z wysiłku. A potem, jak ktoś, kto zrzucił z pleców wielki ciężar, powraca niespodziewanie do swego dużego, charakterystycznego pisma:

No dalej, żaden przymus nie może trwać wiecznie. Mariano, wracamy do twoich literzysk. Brakuje mi pióra na moja miarkę, takiego jak to, które ukradli mi czerwoni w Madrycie. Coś w tym rodzaju: [tu następuje rysunek wielkiego, grubego pióra], a nie to, czego teraz muszę używać: cieniutkie, tak jakby nim miała pisać delikatna bernardyńska mniszka. Jeśli będziesz miał okazję przywieźć mi jakieś wielkie niczym ułańska lanca i szerokie jak moje ambicje które poza tym jeszcze są głębokie – kup mi je255.

Samego siebie don Josemaría określał jako człowieka o ambicjach wielkich, szerokich i głębokich. Zapał apostolski prowadził go do pragnienia moralnej wielkości. Założyciel Opus Dei myślał z całą swobodą – jak pisał – o dniu, w którym chwała Boża rozrzuci nas po świecie: Madryt, Berlin, Oxford, Paryż, Rzym, Oslo, Tokio, Zurych, Buenos Aires, Chicago...256.

W jaki sposób można było pogodzić te niezmierzone ambicje, te sny o potędze z pokorą? Czy mógł przezwyciężyć pychę ten przyszły kolos apostolski, zakorzeniony wśród setek narodów? Czy nie należałoby powściągnąć zapędy duszy i podciąć nieco skrzydła fantazji?

Kilka miesięcy wcześniej, zanim puścił wodze fantazji na temat ekspansji uniwersalnej, podczas rekolekcji w Pampelunie spojrzał na siebie od zewnątrz. Zobaczył to, co uznał za błędy zaniedbania w zarządzaniu Dziełem, za brak ducha przy pewnych okazjach, spowodowany fałszywymi względami miłosierdzia. Dostrzegł też konieczność ćwiczenia się w męstwie. Moralna nieugiętość, hart ducha jest – chociaż wielu w to nie wierzy – spokrewniony blisko z prawdziwą pokorą. Pokoro, ile kosztujesz pokory! – pisał don Josemaría. Chwilę później, w porywie ducha, zanotował w swoich Zapiskach: To fałszywa pokora prowadzi do wyrzeczenia się uprawnień związanych z pełnioną funkcją. To nie jest kwestia pychy, lecz męstwa: dawać odczuć ciężar władzy, rozstrzygając stanowczo, kiedy tego wymaga spełnienie świętej Woli Boga257.

Innym tematem, nad którym musiał się zastanowić, było to, w jaki sposób pogodzić nadmiar swej miłości z koniecznością zachowania powagi swojej władzy. Gdy ktoś nie chciał wytrwać w raz podjętym powołaniu, Ojciec nie zawsze surowo i wyczerpująco przedstawiał zainteresowanemu jego przypadek i tego konsekwencje. Postępował tak z powodu dobrego wychowania albo miłosierdzia, albo z obawy, by nie przedłużać złych chwil. Pewnego dnia w 1938 roku, gdy jeden z jego synów porzucił powołanie, don Josemaría zdobył się na męstwo i ustanowił metodę, zgodnie z którą postępował już zawsze.

Metoda, jak wspomina w liście do Juana Jiméneza Vargasa, polegała na tym, by mówić dogłębnie o przyczynach i niedociągnięciach, które sprowadziły duszę z jej drogi, omawiając sprawę z zainteresowanym, bez upiększeń i z całkowitą szczerością:

Wygarnąłem całą prawdę, w ten sposób mam zamiar postępować zawsze; dawniej tak nie robiłem, z racji ludzkich (dobre wychowanie, uprzejmość), oraz nadprzyrodzonych (miłosierdzie)... a trochę z obawy, by nie przedłużać złych chwil. Teraz się przekonałem, że prawdziwa delikatność i prawdziwe miłosierdzie wymagają, by dotrzeć do sedna sprawy, chociaż to kosztuje258.

Czy nie obawiał się jednak, że zgrzeszy nadmierną surowością ? Czyżby odmieniło się jego serce? Pan przecież obdarzył go sercem, które całe rozpływało się z miłości:



Vitoria – 4 września 1938.

Niech Jezus Was zachowa!

Któż jest w stanie zrozumieć serce: czy zechcecie wierzyć, że aż do ostatniej chwili wypatrywałem Was jeszcze przed odjazdem pociągu? A teraz boli mnie to, że okazałem się niezbyt hojny wobec mego Pana Jezusa, ponieważ Wam powiedziałem, żebyście nie przychodzili pożegnać się ze mną – a to będąc czymś... złym było dobre – a potem pragnąłem was zobaczyć i porozmawiać kilka minut i uściskać Was.

[...] Niepokoję się – ale zachowując spokój o tych z Madrytu i o każdego z Was. Ten biedny ksiądz nie wiedział, że szalony ptaszek, zamknięty w jego piersi, jest tak wielki; że zgromadziły się w nim tak wielkie miłości niebieskie i ziemskie. Serce! Pewnego razu, dawno temu, gdy miałem osiemnaście lat (nie mówcie o tym nikomu) napisałem kilka bardzo słabych wierszy – uczciwie mówiąc – i podpisałem je „Kleryk Serce”, skupiając w tym cały zapał mojego życia. Nie dziwi mnie, że dr Vargas najpoważniej oświadczył, że mam już pewnie bardzo poważny stan zapalny w sercu.



Z całego serca błogosławi Was i ściska Wasz Ojciec

Mariano259.

7. Jesień 1938 roku

Pod datą 14 września don Josemaría zanotował jedną z nielicznych i odosobnionych Katarzynek z lata 1938 roku. Brzmi ona następująco:



Święto Podwyższenia Krzyża Świętego, 14-9-38. Poprosiłem Pana z całych sił mojej duszy, by udzielił mi swej łaski, bym wywyższył Krzyż Święty za pomocą wszystkich moich zdolności i moich zmysłów... Nowe życie! Pieczęć: po to, by potwierdzić z całą mocą autentyczność mego posłannictwa... Josemaría, na Krzyż! – Zobaczymy, zobaczymy. – R[egnare] Ch[ristum] V[olumus]* 260.

Znamy okoliczności, w jakich powstała ta Katarzynka, ponieważ dni rekolekcji poprzedziło intensywne pragnienie, by zostać sam na sam z Bogiem. I nie tylko chodziło o zwykłe chęci, lecz niemal fizyczną potrzebę, jaką odczuwał don Josemaría, aby odpocząć gdzieś w odosobnieniu przez osiem, dziesięć dni, bez nikogo, oprócz Manolita, jak powiada do Isidora261. Jednak zdarzało się także, że gdy tylko przygotował się, żeby zostać z Nim sam na sam, zaczął odczuwać tuż przed samymi rekolekcjami niezwykłe zjawisko: gasł w nim zupełnie entuzjazm zmysłowy, niczym rozpalone do czerwoności żelazo zanurzone w kuble z zimną wodą.

Wieczorem 25 września wyjechał z Burgos autobusem kursowym, jadącym do klasztoru benedyktyńskiego w Silos, w którym miał zamiar odbyć swoje rekolekcje. Przybył na miejsce około siódmej wieczorem. Około ósmej przenikliwy dźwięk dzwonka przywołał go na kolację. Przed wejściem do refektarza ojciec opat zgodnie z mniszym zwyczajem przyjął gościa obmyciem rąk.

Za piętnaście dziewiąta – opowiadał potem swoim synom – już wycofałem się z powrotem do swojej celi. O dziesiątej piętnaście zgaszono lampy gazowe. Teraz mamy jedenastą piętnaście. Czas zleciał mi na modlitwie i pisaniu tych kartek. Zimno mi. Zrobię małą gimnastykę. Odmówię moje dziecinne modlitwy i Preces, zrobię rachunek sumienia, potem trzy Zdrowaśki o czystość, Miserere, i położę się „do łóżka”.

Juanito! Ale byś się uśmiał, gdybyś mnie zobaczył w trakcie tej gimnastyki!262.

Na kolację zjadł niewiele i spał jeszcze mniej. Niespokojnie czuwał, dręczony przez koszmary, słuchając niemal wszystkich uderzeń zegara w ciągu nocy. Rozbudzony, myślą wędrował do każdego ze swoich synów, śpiących w Burgos, na froncie albo w Madrycie:



Dziś z tysiąc razy pomyślałem o wszystkich i o każdym z osobna z moich synów; zwłaszcza o tych, którzy są w czerwonej strefie. Także o babci i moim rodzeństwie oraz o rodzicach i rodzeństwie każdego z Was263.

Trzy dni później w krótkich słowach podsumował stan swojej duszy, obiecując sobie, że nie będzie sporządzał więcej notatek:



Klasztor Santo Domingo de Silos, wigilia Poświęcenia Świętego Michała Archanioła, 28 wrześ[nia] 1938. Minęły trzy dni rekolekcji... bez zrobienia czegokolwiek. Jestem poddany straszliwej próbie. Widzę, że bez cudu łaski jestem niezdolny nie tylko do dalszego prowadzenia Dzieła, lecz również do zbawienia siebie samego o, biedna moja dusza! Jestem oziębły i, co gorsza, prawie obojętny, jakbym był w „swojej sprawie” widzem, którego nie obchodzi to, co ogląda. Nie modlę się. Czyżby te dni były bezpłodne? A jednak Matka jest moją Matką, a Jezus jest – czy mogę tak powiedzieć? – moim Jezusem! I są dusze święte, które właśnie w tej chwili modlą się za mnie, grzesznika. Ja tego nie rozumiem! Czy przyjdzie choroba, która mnie oczyści?264.

Bóg nadal oczyszczał jego zdolności i zmysły zadając mu cierpień, wystawiając na pokusy, upokorzenia i oschłości, aby wywyższyć dzięki temu Krzyż. Kielich goryczy ciemnej nocy duszy. I w ten sposób, nie mając wystarczających sił nawet, aby wezwać Anioła Stróża – Zegarmistrzunia, dusza założyciela Opus Dei, z uśpionymi zmysłami i błądzącą gdzieś myślą, przebywała bardzo daleko do Boga, nawet podczas Mszy. W celi Świętego Dominika, gdzie znajdowała się wówczas kaplica, widział jasno, że jego droga polega na tym, by skupiać się na najbardziej dziecinnych drobiazgach, jak dawniej, chociażby mu się to wydawało graniem komedii; i wytrwać, w tych bohaterskich drobiazgach (nie zwracając uwagi na uczucia, tak często ślepe na dobro), miesiącami, nawet latami, dzięki mojej chłodnej woli, ale stanowczej w w spełnianiu tego w imię Miłości265.



* * *

2 października, już po powrocie do Burgos, don Josemaría przeżył zły dzień, pełen trosk, które nawet jeśli nie odebrały mu pogody ducha, to przyniosły mu niepokój. Dzieło skończyło dziesięć lat:



To był dla mnie zły dzień, ten 2 października – pisał do Isidora – ponieważ zanurzyłem się otchłani wspomnień o osobach i sprawach kochanych, jestem sentymentalny. Ach, to serce! Od ponad roku jestem od nich oddalony, tego wymaga prowadzenie interesu, takie jest życie i na tym polega jedyna możliwa przyszłość dla moich krewnych. Gdybym dał się ponieść mojej słabości, wsiadłbym na statek i zjawiłbym się w domu na drugim brzegu morza. Już sobie wyobrażam, co to by była za scena!266.

Wojna toczyła się własnym rytmem. W wielu swoich listach don Josemaría skarży się, że młodzi nie piszą do niego, że nie odpisują z frontu na jego listy. Prawda była taka, że wojna wkraczała w najkrwawszą fazę. Pod koniec lipca potężna ofensywa republikańska nad dolnym Ebro przełamała front narodowy, spowodowała kontrofensywę, a potem ciężką bitwę siejącą zniszczenie przy użyciu artylerii i sił powietrznych. Te zmagania przeciągnęły się aż do listopada i zamknęły się liczbą 125.000 poległych. Wśród natarć i kontrataków batalion Juana został otoczony przez wroga. Zdołali jednak wyrwać się z okrążenia, pozostawiając cały dobytek, jaki wieźli ze sobą. Po powrocie z Silos Ojciec musiał wysłać Juanowi ubrania na zmianę.

Don Josemaría żywił jeszcze nadzieję, że uda mu się odwiedzić swoich synów i tych wszystkich walczących na froncie, których kierownictwo duchowe sprawował. Nie otrzymał jeszcze odpowiedzi na list z 7 sierpnia, skierowany do don Leopoldo z pytaniem, czy mógłby objąć stanowisko wojskowego radcy prawnego, co ułatwiłoby mu pracę duszpasterską na froncie. Uznał więc, że musi dać znać wikariuszowi, don Casimiro Morcillo, że naciskają na niego z Narodowej Służby do Spraw Kościelnych (Servicio Nacional de Asuntos Eclesiásticos), aby zadeklarował, czy jest gotów przyjąć tę nominację267. Nie chciał prowadzić działalności apostolskiej wedle własnego widzimisię.

List don Casimiro zbiegł się z odpowiedzią udzieloną don Josemaríi przez biskupa Madrytu i Alcalá:

«Myślałem dużo o propozycji, jaką Ksiądz otrzymał, i mimo wszystkich prób, nie widzę sposobu ominięcia zakazu kanonu 141 § 1, który zabrania duchownym ochotniczego wstępowania do armii. Prawnicy wojskowi są bowiem wojskowymi i jako tacy powinni działać w przypadku wojny albo zaburzeń porządku publicznego, wymienionych bezpośrednio we wspomnianym kanonie. Z tego wynika, że wstąpienie przez Księdza w szeregi prawników wojskowych byłoby równoznaczne z zaciągnięciem się do wojska [...].

Proszę liczyć na moje błogosławieństwo oraz moje modlitwy, aby Nasz Pan uczynił owocnym apostolstwo Księdza, pomnażając za jego pośrednictwem owoce uświęcenia.

Z serca Księdzu błogosławię i powierzam jego modlitwom, szczerze oddany

+ Biskup M[adrid]-A[lcalá].

Navalcarnero, 4 X 1938»268.

W odpowiedzi don Josemaría dziękował biskupowi za jego ojcowską troskę:



Umiłowany i wielce czcigodny Księże Biskupie! Niech Jezus zachowa Księdza Biskupa!

Kilka słów podziękowania za list W[aszej] E[kscelencji], który otrzymałem wczoraj. Dał mi on wiele radości i pokoju i – jeśli to w ogóle możliwe – czuję się teraz jeszcze bardziej synem Księdza Biskupa niż dawniej. Przeczytałem ten list kilka razy, gdyż w jego słowach przejawia się nadprzyrodzony i ojcowski duch W[aszej] E[kscelencji]. Chcę się dzięki temu nauczyć, jak pogłębić moją wiarę i, dzięki memu Niebieskiemu Ojcu i błogosławieństwu drugiego mojego Ojca, Księdza Biskupa, mieć nadzieję na męstwo dla moich synów duchowych i dla mnie samego. Męstwo, którego miałem zamiar szukać w celach nadprzyrodzonych, ale przy użyciu środków ludzkich269.

* * *

W tych dniach troski Ojca miały inny charakter. Podczas rekolekcji w Silos, w dziesiątą rocznicę powstania Dzieła i w następnych dniach przebywał myślami w Madrycie. Z Madrytu nie mamy ostatnio żadnych wiadomości, pisał 5 października do Ricarda. I kilka akapitów dalej: Madryt! Kolejna pokusa: czy możesz sobie wyobrazić, że chętnie bym teraz wrócił, aby prowadzić ciężkie życie pośród tych kochanych osób, które tam zostały?270.

Uchodźcy, którzy pozostali w Madrycie w oczekiwaniu na wyjazd ze strefy republikańskiej drogą dyplomatyczną: Álvaro del Portillo, José María González Barredo, Vicente Rodríguez Casado y Eduardo Alastrué, zobaczyli, że wraz z upływem czasu maleją ich nadzieje. Wydawało się, że konsul, don Pedro, stracił cały entuzjazm i zainteresowanie sprawą ewakuacji271. Doszło do tego, że pewnego dnia w połowie czerwca Manolo Marín, kuzyn Vicente, opuścił Konsulat Hondurasu z zamiarem przejścia przez linię frontu na stronę wojsk narodowych. Isidoro porzucił pomysł ewakuacji za pomocą listy dyplomatycznej albo drogą wymiany jeńców i wydał zezwolenie członkom Dzieła, aby także próbowali przedrzeć się przez front272.

«Z pomocą D[on] Manuela przemyślałem uważnie twoje plany – pisał Isidoro do Álvara – [...] wydaje mi się, że możesz zrealizować swój projekt i oby D[on] Manuel oraz D[onia] María spełnili twe pragnienia, które są także pragnieniami nas wszystkich»273. Potem zakomunikował tę decyzję Ojcu, pisząc, że zamierzali pójść «za przykładem Mr. Richarda» (przechodząc linię frontu, jak to wcześniej zrobił Ricardo).

W tym właśnie momencie rozpoczęła się „Boska komedia pomyłek i nonsensów”, w której to Bóg i Najświętsza Panna Maryja, których pomocy wzywał Isidoro, musieli stale czuwać, by doprowadzić do szczęśliwego końca usiłowania uciekinierów. Azylanci zaopatrzyli się w dowody osobiste, oczywiście fałszywe. 27 czerwca Eduardo zjawił się w Punkcie Werbunkowym. Trzeba wyjaśnić, że wojsko republikańskie po kampanii aragońskiej musiało uzupełnić stan swoich jednostek, mobilizując 13 kwietnia rezerwistów z roczników służby wojskowej 1927 i 1928 oraz 1941. (To jest starszych i młodszych od tych, którzy już odbywali służbę). Álvaro, Eduardo i José María, aby usprawiedliwić zwłokę w stawieniu się do wojska, musieli powoływać się na przebyte rozmaite choroby żołądka, wątroby, defekty wzroku, a nawet ataki epileptyczne. Najgorsza była sprawa wieku. Eduardo przedstawił się jako rezerwista z rocznika 1928, podając się za osobę o sześć lat starszą niż w rzeczywistości274.

Isidoro z góry udzielił wszystkim trzem przyszłym rekrutom wszelkiego rodzaju pouczeń, przygotowując ich na przesłuchanie, które miało być ciężkie. Álvaro zamiast dokumentów miał tylko legitymację CNT, należącą do jego brata Pepe. 2 lipca zjawił się w Punkcie Werbunkowym i oświadczył, że ma 18 lat, tak jakby należał do poboru z rocznika 1941, „poboru niemowlaków”. (W rzeczywistości miał 24 lata). Komendant zajmujący się rekrutacją, który traktował wszystko bardzo poważnie, rozkazał założyć dla niego kartę rejestrową, aby wysłać go do batalionu karnego. Jednak podczas poszukiwania nazwiska w rejestrze, w tym samym roczniku znaleziono innego z jego braci, Ángela. To zaskoczyło oficera. Kiedy zapytano Álvara o datę urodzin, podał prawdziwą datę swych urodzin, to znaczy 11 marca. To dało początek ożywionej dyskusji, którą przytacza szczegółowo sam zainteresowany:

– «Ale tutaj mamy napisane 14 lutego» – odpowiedział mu urzędnik werbunkowy.

– «Chodzi o mojego brata: proszę spojrzeć, że tutaj napisane jest Ángel, a ja jestem José», tłumaczył oficerowi.

– «Ale jak możecie być braćmi!?...» – zdziwił się urażony urzędnik, który uważał za dziwne, że dwaj bracia należą do tego samego rocznika.

– «Jesteśmy bliźniakami» - uznał za stosowne wytłumaczyć urzędnikowi.

Urzędnik nie dał się zbić z tropu i zaczął wypełniać nową fiszkę. Pytał jeszcze raz o to samo, także o datę urodzin:

– «14 lutego» – stwierdził Álvaro bez wahania.

– «Poprzednio mówiłeś inaczej!» – zaczął mu się przyglądać urzędnik.

«Wtedy – ciągnie dalej swoją opowieść – mogłem z triumfem powiedzieć:

– Ależ, niechże pan będzie człowiekiem! Sam już nie wiem, co mówiłem poprzednio; jednego jestem jednak pewien, że jeśli jesteśmy bliźniętami, urodziłem się tego samego dnia, co mój brat.

Urzędnik był nieco zdezorientowany i już nie robił mi żadnych trudności. Usprawiedliwiłem się kłopotami ze wzrokiem i wątrobą275.

Po rejestracji nastąpiły badania lekarskie, potem nie stawiali się na wezwania, a gdy do tej trójki dołączył także Vicente, zjawiali się w innych punktach werbunkowych, aby skierowano ich w taki rejon frontu, skąd łatwo było uciec lub zmienić kompanię. Wszyscy trzej: Álvaro, Vicente i Eduardo chcieli przejść razem przez linię frontu. (José María González Barredo został skierowany do służby pomocniczej w Madrycie). Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się odwlekać albo w ogóle skończyć się niepowodzeniem, ale w rzeczywistości to Opatrzność zdecydowała się wkroczyć, poprawić i ulepszyć projekty trzech rekrutów.

W święto Św. Bartłomieja, 24 sierpnia, Vicente i Álvaro wyjechali z Madrytu ciężarówkami wojskowymi. «Po drodze – pisał ten ostatni – ludzie robili tysiączne zakłady, jakie miało być przeznaczenie ekspedycji: Lewant, Estremadura, Guadalajara? Myśmy ledwie brali udział w tej rozmowie. Nam było dokładnie wszystko jedno, bo wiedzieliśmy, że dokądkolwiek by nas nie zawieźli, to właśnie będzie najlepszy punkt na całej długości frontu do przejścia na drugą stronę. Nie na darmo naszym wodzem naczelnym był D[on] Manuel»276.

Większą część września spędzili w ośrodku szkoleniowym w Fontanar, miasteczku w prowincji Guadalajara, gdzie doszło do jeszcze jednego z wielu opatrznościowych „przypadków”, które wydarzyły się w ciągu poprzednich kilku miesięcy. Pewnego dnia pod koniec września pojawiła się tam pewna grupa żołnierzy (znajdował się wśród nich także Eduardo), która miała stanowić posiłki dla batalionu Álvara i Vicente. Na całych setkach kilometrów linii frontu udało się spotkać właśnie im trzem w tym samym miasteczku.

Nadszedł 2 października 1938 roku. Álvaro uzyskał kilkugodzinną przepustkę do Madrytu. Po odstaniu w długiej kolejce do koszar na ulicy Atocha, wraz z Isidorem i Santiago zjedli we trzech, siedząc na chodniku, niewielką rację żywności, która przypadła im w udziale: odrobinę ryżu na wodzie, sardynkę oraz kawałek chleba. Podczas rozmowy Álvaro powiedział im, że w ciągu kilku dni zostaną wysłani z obozu szkoleniowego na front. Álvara zaskoczył komentarz, jaki z prostotą wypowiedział Isidoro: «Tak, ja już napisałem do Ojca, że na święto Matki Bożej del Pilar będziecie w Burgos»277. Wczesnym wieczorem Álvaro wrócił do Fontanar, mając w portfelu konsekrowane Hostie, które otrzymał od Isidora. Każdego dnia przechowywał je na zmianę jeden z nich. Wreszcie 9 października o świcie udali się na linie frontu, docierając na miejsce swego przeznaczenia po 24 godzinach. Pomiędzy dwiema liniami stanowisk ogniowych, narodowych i republikańskich, znajdowała się obszerna strefa górzysta, ziemia niczyja, której przebycie zajmowało około 8 godzin marszu, ponieważ na tym odcinku front był martwy. Zbadali położenie geograficzne obu linii stanowisk i zdecydowali się na przejście następnego dnia, to jest 11 października.

Jeszcze tego samego dnia, 10 października Ojciec odprawił w ich intencji Mszę Świętą w Burgos, pełen niepokoju, gdyż nie dostał jeszcze listu ze strefy republikańskiej z 5 września. Jeszcze bardziej niespokojne były rodziny Álvara i Vicente, zwłaszcza ich matki, które od dwóch miesięcy czekały na swoich synów w strefie narodowej. Ojciec je uspokajał, pocieszał i dawał im jakieś zajęcie; w wolnych chwilach donia Clementina i donia Amparo szyły szaty liturgiczne dla kaplicy w Madrycie278.

Don Josemaría, który już zapowiedział matce Álvara, że jej syn przejdzie linię frontu w połowie października, w rozmowach z Pedrem, Paco i José Maríą Albaredą podawał bardziej konkretne daty. Z ojcowską niecierpliwością prosił ich, by się przyłączyli do jego modlitw za braci znajdujących się na froncie po stronie czerwonych, aby szybko mogli się spotkać razem w Burgos: Proście na modlitwie – mówił im – żeby przybyli dwunastego, w święto Naszej Pani del Pilar279. Wiadomość, że 12 października przejdą front, została w hotelu „Sabadell” przyjęta z największym spokojem, przyzwyczajeni byli bowiem do nadprzyrodzonego optymizmu Ojca.

10 października Ojciec pisał do Ricarda:

Przeczuwam najbliższe wydarzenia. Obyśmy tylko umieli odpowiedzieć na okazane nam miłosierdzie Boże. Jestem zakłopotany, gdy myślę o Nim i o mnie. Jakiż brak odpowiedzi, jak dotąd!280.

A jedenastego, nie mogąc się pohamować, pisał do Juana:



Oczekuję osobistych wydarzeń w każdej chwili: nie mogę już. Czeka mnie spore zamieszanie281.

Nadszedł 12 października. Pożegnawszy się rano, aby udać się do biur w koszarach, Pedro i Paco zauważyli u Ojca pewną charakterystyczną radość. W razie gdyby zapomnieli, nie omieszkał im przypomnieć: Zawiadomię Was, jak tu będą. Wieczorem, po powrocie z Pisones, nie widząc nikogo poza Ojcem w pokoju bali się, że upadł na duchu. Ale Ojciec nadal był spokojny, radosny i ufny282.

Wiadomość musiała dotrzeć do don Josemaríi następnego dnia za pośrednictwem ojca Vicente, gdyż przez cały dzień był w nastroju świątecznym i skorym do żartów. Bądźcie w pogotowiu – powiedział żartem do Pedra i Paco – poślę Wam wiadomość do koszar, kiedy przyjadą. Z tego dnia pochodzi króciutkie postscriptum w liście do Juana, które w sposób lakoniczny powiada: Myślę, że widać było, że to Maryjne święto283.

W końcu 14 października późnym wieczorem zjawiło się hotelu „Sabadell” trzech uciekinierów. Natychmiast Ojciec zadzwonił do koszar los Pisones z dawno oczekiwaną wiadomością: Już przyjechali, chodźcie. Uciekinierzy opowiedzieli swoje przygody z ostatnich dni. Wyszli bardzo wcześnie rano w deszczu w kierunku gór. Był 11 października, gdy tak szli w górę i w dół, aż do zapadnięcia zmroku. Przespali się w jakiejś jaskini i o świcie kontynuowali marsz. Dostrzegli z dala jakąś wioskę na zboczu i nagle dosłyszeli dźwięk dzwonów kościelnych. W pobliżu spotkali kilku pasterzy, którzy powiedzieli im, że wioska nazywa się Cantalojas i jest w rękach narodowców. W wiosce żołnierze byli przygotowani na atak republikanów, bo widzieli trzech żołnierzy, których wzięli za zwiad większych sił atakujących, jak wynikało z niejasnych informacji kilku pastuchów. Wszyscy trzej wzięli udział we mszy. Złożyli potem oświadczenia i starali się odnaleźć ojca Vicente, pułkownika wojska, który do nich dołączył następnego ranka w Jadraque. Dzięki jego poręczeniu zostali zwolnieni z konieczności spędzenia kilku dni w obozie przejściowym dla odbycia oficjalnych przesłuchań.

W drodze powrotnej do Burgos, 14 października, matka i siostra Vicente, które im towarzyszyły, nie przestawały powtarzać: «Jakże się wami opiekowała Matka Boska. Widocznie jesteście jej potrzebni do czegoś wielkiego»284. (Te same słowa wypowiedziała donia Dolores, która opowiedziawszy swemu synowi, jak ofiarowała go Najświętszej Panience, gdy był na skraju śmierci w 1904 roku, dodała: «Mój synu, do czegoś wielkiego zostawiła Cię na tym świecie Najświętsza Panienka »).

* * *

Don Eliodoro, który w Leonie powielał egzemplarze Noticias, miał kłopoty z numerem październikowym. Kłopoty musiały być spore, ponieważ Ojciec, Pedro i Paco zajęli się pisaniem na maszynie kopii streszczenia tekstu oryginalnego. Dlatego wiadomość o przejściu Álvara i jego towarzyszy nie ukazała się aż do listopada: «Álvarowi del Portillo, Eduardowi Alastrué i Vicente Rodríguez Casado udało się przejść z czerwonej strefy przez nasze linie. Pod wyłączną opieką swoich Aniołów Stróżów wstąpili do wojsk komunistycznych i przy pierwsze okazji zbiegli»285.

Ojciec uczynił wszystko, co było w jego mocy, aby w tych tygodniach października nie ruszać się z Burgos, chcąc przez cały czas towarzyszyć swoim synom. Często wieczorami wychodził z nimi na spacer na brzeg rzeki Arlanzón, rozmawiając o najbliższych projektach apostolskich. Tylko pod koniec miesiąca Ojciec wybrał się z wizytą do arcybiskupa Valladolid. Także w listopadzie raczej nie wyjeżdżał z Burgos, z wyjątkiem dwu krótkich podróży.

Bitwa nad Ebro, w której starły się największe siły w trakcie tej wojny, pochłonęła wszystkie dostępne siły po jednej i drugiej stronie. Z powodu takiej mobilizacji przepustki pozwalające spędzić kilka dni na tyłach zostały znacznie odroczone. Ojciec przyjmował bardzo nieliczne wizyty młodych żołnierzy. Rankami nadal pracował w klasztorze Las Huelgas nad swoją pracą doktorską, odpowiadał na listy albo dopisywał kolejne punkty do książki Rozważania duchowe (Consideraciones espirituales), opublikowanej w Cuence w 1934 roku, z nadzieją, że młodzi ludzie na froncie będą mogli używać jej do medytacji.



8. W oczekiwaniu na koniec wojny

Czas upływał Ojcu bardzo szybko, ale spodziewane zakończenie wojny nie nadchodziło. Niepokoiła go sytuacja, jaka wytworzyła się w ostatnich miesiącach, gdy ani nie mógł pojechać na front i odwiedzić swoich ludzi, ani jego synowie nie mogli korzystać z przepustek i zjawiać się w Burgos.



Dużo się mówi – pisał do Ricarda – że wojna może się skończyć w każdej chwili, ale gdyby miała się przeciągać, byłbym zwolennikiem założenia domu tutaj albo w Kongo, ale w końcu trzeba go założyć! Nasz obecny tryb życia kosztuje mnóstwo pieniędzy i uniemożliwia pracę. Myślę, że miejsce ma nieistotne znaczenie: jeśli to nie będzie Burgos, może być np. Belchite. Mam już dosyć mieszkania od ponad roku w hotelach.

Dziś zacząłem nowennę modlitwy i umartwień (umartwień tylko troszkę), aby otrzymać od Pana konieczne światło i środki, bo trzeba skończyć z tą wieczną tymczasowością, która paraliżuje mnóstwo wysiłków... i wychodzi drogo. Pomóż mi286.

Do Burgos docierały nowiny na temat poczucia porażki, które panowało po stronie republikańskiej. To nie bardzo pocieszało Ojca, kiedy przypominał sobie cierpienia ludności Madrytu, w tym i jego rodziny, w trakcie dwuletniego oblężenia. Nie mógł sobie także wyobrazić strasznego głodu, jaki przeżywali teraz. Od chwili, gdy opuścili Madryt w 1937 roku, aby przejść przez Pireneje, sytuacja znacznie się pogorszyła. Teraz Isidoro i Santi, niczym dwaj żebracy, chodzili od koszar do koszar, wystając w kolejkach po rozdawaną żywność. Na szczęście José María González Barredo postarał się dla nich o kartki żywnościowe przeznaczone dla żołnierzy będących przejazdem w Madrycie, dzięki temu mogli przynieść trochę chleba do domu. W tym samym czasie Carmen, która także znosiła ciężkie warunki, spędzała całe godziny w kolejce, aby zyskać skromniutką rację żywności287.

Podczas gdy w październiku Ojciec miał spore towarzystwo, w grudniu został sam z Paco Botellą. José María Albareda mieszkał teraz w Vitorii; a Álvaro wyjechał do Fuentes Blancas niedaleko Burgos, by odbyć kursy podporuczników rezerwy. Podobne kursy przechodzili Vicente i Eduardo. Natomiast gdy generał Orgaz został głównodowodzącym Armią Lewantu, Pedro Casciaro przeniósł się wraz ze Sztabem Głównym do Calatayud w prowincji Saragossa.

Jak tylko właściciel hotelu zorientował się, że w pokoju hotelu „Sabadell” nocuje zaledwie dwu mężczyzn, bez pytania i bez uprzedzenia umieścił w ich pokoju dwu obcych ludzi. Widząc to następnego ranka, 10 grudnia Ojciec napisał do José Maríi Albaredy – jak sam twierdził – list krótki, ale bardzo zabawny. Został tam przedstawiony zarys sytuacji:



Przyszedł Paco, powiedziałem mu, jak wygląda sytuacja, oburzył się... Tak naprawdę nie było powodu, ale ja sam też nie mogłem powstrzymać gniewu.

Mój gniew brał się stąd, że gdybyśmy – wtedy gdy to mówiłem – wysłali do Ávili całe mnóstwo rzeczy, których na razie nie potrzebujemy, teraz mielibyśmy znacznie większą swobodę ruchów. No bo teraz – gdzie pójdę z całą tą górą książek, ubrań i – jak to mówi Juan – wszystkich tych innych świństw?

Położyliśmy się zanim przyszli Ci goście i wstaliśmy o siódmej, więc nie wiem nawet, jak wyglądają.

To nie może tak być. Nie można pracować ani prowadzić naszej korespondencji, ani swobodnie przyjąć jakichś odwiedzin, ani zostawić bezpiecznie papierów dotyczących naszych spraw w pokoju... Nie ma nawet minuty tej błogosławionej samotności, tak potrzebnej, by rozwijać życie wewnętrzne... Poza tym każdego dnia śpi tu ktoś inny. To nie do zniesienia!288.

Wobec sytuacji nie do wytrzymania na tydzień przed Bożym Narodzeniem przenieśli się wraz z całym swym dobytkiem do pokojów gościnnych, znajdujących się na trzecim piętrze domu przy ulicy Concepción 9. Było to stare mieszkanie pozbawione wszelkich wygód. Przestrzeń, która mieli do dyspozycji składała się z pokoju dziennego, sypialni Ojca i alkowy z łóżkiem dla Paco. Płacili 5 peset dziennie oraz 25 centymów za węgiel do grzejnika umieszczonego pod stołem. Wystrój wnętrza był straszny. Najgorszy był brak toalety. Rano korzystali z kranu w kuchni, po uzgodnieniu godzin z właścicielką, kobietą o surowych manierach i dość szczególnym imieniu. (Nazywała się María de la Iglesia, chociaż w skrócie nazywali ją María de la I.).

W wigilię Bożego Narodzenia Ojciec złożył życzenia swoim synom:

Niech Jezus mi Cię zachowa, Juanito.

[...] Dziś piszę do całej rodziny. Niewiele tych listów, bo i nas jest mało. Przygnębia mnie myśl, że to moja wina. Och, jakże chciałbym dawać zawsze dobry przykład – naprawdę dobry! Pomóż mi prosić Boga o przebaczenie za wszystkie te przypadki, gdy dałem zły – aż do tej pory.

Nie zapominaj o naszych ludziach w strefie czerwonej. Czy uwierzysz, że zazdroszczę im ich katakumb? Nic o nich nie wiemy.

Wesołych Świąt!

Moje błogosławieństwo

Mariano289.

A w szczerym liście do Ricarda dokonał szybkiego przeglądu swego życia wewnętrznego:



Jestem optymistą, zadowolonym, pełnym ufności. Pan jest tak dobry!

W tych dniach pomóż mi prosić Go o wytrwałość, radość, pokój, ducha „naszej krwi”, głód dusz, jedność... dla wszystkich.

Oj, Ricardo, jak dobrze stałyby sprawy, gdybyśmy ty i ja – i ja! – dali Mu wszystko, o co nas prosi!

Modlitwa, modlitwa i jeszcze raz modlitwa: oto najlepsza artyleria290.

Przy stole, w cieple grzejnika Maríi de la I. Ojciec uzupełniał Rozważania duchowe, pisał listy albo przepisywał na maszynie notatki, kartki wiadomości oraz rękopiśmienną relację Álvara: „Z Madrytu do Burgos przez Guadalajarę”, do której dodał uroczy wstęp:



Oto przygody, które zajęły zaledwie pięć miesięcy, ale mają intensywność i pełnię trzech młodych żywotów, które rzucili na szalę, by wydostać się z piekła czerwonej Hiszpanii, aby lepiej służyć Bożym planom, po tej, Narodowej, stronie.

Pewne zwroty, które wyrwały się autorowi, a które godne są raczej marksistowskiego milicjanta, pozostawione zostały w tej relacji dla zachowania jej autentyczności.

Oby nadprzyrodzona wiara, która stale towarzyszyła głównym bohaterom, przeniknęła do serc czytelników.

A wszyscy wyjdziemy z tego zwycięzcami.

Burgos, styczeń 1939291.

Kiedy Ojciec powtórnie czytał ten dziennik ucieczki, w którym nieustannie była mowa o nadprzyrodzonej pomocy, jaka otrzymywali jego synowie, zdumiewał się. Modlił się. Do oczu napływały mu łzy skruchy: Powiedziałem Panu – pisał do Álvara i Vicente — by nie pozwalał mi niszczyć swoim złym przykładem – mnie, grzesznikowi – tego, co tak pięknie uczynił w Was292.

Upływał dokładnie rok od jego przyjazdu do Burgos, kiedy pod datą 9 stycznia 1939 roku, pisał kolejny list okólny do swoich synów, czyniąc bilans swoich działań oraz owoców apostolskich.

Ale wcześniej – mówił im – chciałbym zapoznać Was z krótkim podsumowaniem moich myśli, ponieważ dobrze rozważyłem te sprawy w obecności Bożej. I tym słowem, które powinno charakteryzować Waszego ducha, abyśmy mogli ponownie rozwinąć naszą zwykłą działalność apostolską, jest „optymizm”.

To prawda, że komunistyczna rewolucja zniszczyła nam dom i pozbawiła środków materialnych, które zgromadziliśmy z takim wysiłkiem.

Prawdą jest też, że nasze nadprzyrodzone przedsięwzięcie zostało pozornie sparaliżowane na czas wojny. A także, że wojna zabrała nam niektórych naszych braci...

Na to wszystko mówię Wam, że – jeśli nie zboczymy z drogi – środki materialne nigdy nie będą problemem, którego z łatwością nie będziemy w stanie rozwiązać naszym własnym wysiłkiem. To Dzieło Boże wzrasta, żyje, prowadzi owocną działalność, niczym ziarno, które kiełkuje pod zmarzniętą powierzchnią ziemi, a ci, którzy osłabli, byli pewnie straceni już wcześniej, niż rozpoczęły się te wydarzenia narodowe293.

Wskazuje następnie na dobre przyjęcie Dzieła przez władze kościelne i osiągnięcia apostolskie:

Co uczynił Pan, co uczyniliśmy my z Jego pomocą w trakcie minionego roku? Polepszyła się dyscyplina Was wszystkich, bez wątpienia. Jesteśmy w kontakcie z wszystkimi ludźmi Świętego Rafała, co jest stanem lepszym niż ten, którego się mogliśmy spodziewać. Nawiązaliśmy przyjaźnie, które bardzo się nam przydadzą w swoim czasie dla stworzenia ośrodków Świętego Gabriela. Biskupi przyjmują z radością naszą pracę, o której im opowiadam. A jeszcze tysiąc drobiazgów: prośby o książki, biuletyny miesięczne, szaty i wyposażenie kaplicy. A ponadto większe możliwości prowadzenia prozelityzmu, poznanie środowiska w niektórych miejscowościach, co ułatwi pracę Świętego Gabriela. Przyjaźń – w niektórych przypadkach bardzo głęboka – z niektórymi profesorami, z którymi wcześniej się nie znaliśmy.

Wyjaśnia im potem sprawę środków. Środki? Życie wewnętrzne: On i my. Jak to osiągnąć:



Będziemy mieli środki i nie będzie dla nas przeszkody, jeśli każdy z nas dokona doskonałego, prawdziwego, skutecznego i efektywnego oddania siebie samego Bogu.

Oddanie następuje wtedy, gdy się żyje normami, kiedy pielęgnujemy mocną pobożność, codzienne umartwienia, pokutę; kiedy staramy się nie stracić nawyku pracy zawodowej lub nauki, kiedy pragniemy każdego dnia lepiej poznawać ducha naszego apostolstwa; kiedy dyskrecja (nie tajemnica czy sekret) towarzyszy naszej pracy... A przede wszystkim, kiedy stale czujecie się zjednoczeni, w szczególnej Komunii Świętych, ze wszystkimi, którzy tworzą Waszą nadprzyrodzoną rodzinę.

Na koniec prosi ich o serdeczne wspomnienie o tych, którzy nadal znajdują się w strefie republikańskiej:



Żegnam się słowami św. Pawła do Filipian, które wydają się być napisane jakby specjalnie dla was i dla mnie: „Dziękuję Bogu mojemu, ilekroć was wspominam, zawsze w każdej modlitwie, zanosząc ją z radością za was wszystkich, z powodu waszego udziału w [szerzeniu] Ewangelii od pierwszego dnia aż do chwili obecnej. Mam właśnie ufność, że Ten, który zapoczątkował w was dobre dzieło, dokończy go...” (1, 3-6)294.

Jakaż gorycz, jakież przeciwności mogłyby ich powstrzymać, jeśli byliby naprawdę zjednoczeni, Ojciec i bracia, zupełnie dla Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie? A jednak dla założyciela Opus Dei mieć u swego boku kilku swoich synów do współpracy w budowie Dzieła stanowiło prawdziwą fizyczną konieczność. Już przed przeprowadzką do pensjonatu, gdy groziło mu pozostanie samemu, oczekiwał, że niektórzy z nich uzyskają skierowanie do Burgos. A jeśli Juan i Álvaro pojadą do Valladolid, ja także się tam przeniosę, zapewniał295. Znał dokładnie każdego ze swoich synów i szukał w nich wsparcia. Nie powinno więc zaskakiwać, że czuł, że zbliża się chwila, kiedy powinien wybrać jednego z nich i formować go do zadań rządzenia. Do głębi poruszająca jest korespondencja z pierwszych miesięcy 1939 roku, która ukazuje, jak zręcznie i pewnie Boża ręka prowadzi wolę założyciela Opus Dei na spotkanie mocnego synowskiego wsparcia296.

W czasie gdy Álvaro znajdował się we Fuentes Blancas a potem w Cigales, miasteczku w prowincji Valladolid, często udawało mu się wyrwać do Burgos na spotkanie z Ojcem. Podczas spacerów brzegami rzeki Arlanzón albo siedząc przy grzejniku w pokoju od nowa podejmowali długie rozmowy na temat Dzieła, które wiedli nocami, leżąc na sąsiednich materacach w ich pokoiku w Konsulacie Hondurasu. Ojciec szukał jego towarzystwa:

Burgos – 19 I 1939



Niech Jezus mi Cię zachowa.

Mój drogi Álvaro! Niemal nie mogę utrzymać pióra, tak mam zziębnięte ręce. Ale postanowiłem, że do Ciebie napiszę i tak czynię.

[...] Nie wiem, co mam Ci powiedzieć w liście. Ale gdy Cię zobaczę, powiem Ci mnóstwo rzeczy, które Ci się spodobają. Jest tyle wielkich rzeczy do zrobienia! Nie możemy stanowić przeszkody przez różne dziecinady, które nie przystoją mężczyznom dojrzałym i prawdziwym. Zapewniam Cię, że od Ciebie i ode mnie Jezus oczekuje wielu dobrych usług. Bez wątpienia, oddamy Mu je297.

Ojciec nazwał Álvara „Saxum”, to znaczy „Skałą”298. To określenie było czymś więcej niż tylko zgrabnym pseudonimem. Było to słowo z duszą, którego znaczenie Ojciec skrupulatnie rozpatrywał, badał i rozważał, jak czytamy w jednym z marcowych listów:

Niech Jezus mi Cię zachowa, Saxum.

Tak, jesteś nią. Widzę, jak Pan udziela Ci męstwa i czyni, że działa to moje określenie: Saxum! Podziękuj Mu za to i bądź Mu wierny, pomimo... tylu rzeczy.

[...] Żebyś wiedział, jak bardzo chciałbym być świętym i zrobić z Was świętych! Ściskam Cię i błogosławię.

Mariano299.

* * *

Decyzja opuszczenia Madrytu w 1937 roku wiele go kosztowała, a żyjąc w oddaleniu tęsknił, nie mógł więc powstrzymać radosnego bicia serca na samą myśl o zbliżającym się powrocie. Zżerała go niecierpliwość. Jego wyobraźnia i pragnienia aż rwały się do Madrytu. Kiedyś mu się wyrwało nawet: Jak ja mam już dość Burgos!300.



To już się kończy – powtarzał od pewnego czasu z nadzieją w ostatnim okresie pobytu w Burgos. Madryt zmienił się dla niego w radosną obsesję, bramę prowadzącą w obiecującą przyszłość: Madryt! Niewiadoma, na którą spoglądam z optymizmem, ponieważ wszystkim rządzi mój Ojciec-Bóg. Fiat*. Mimo tej pewności przypuszczał, że w stolicy natknie się na prawdziwą katastrofę, z ludzkiego punktu widzenia301.

Donia Dolores, jak wszyscy wokół, miała już dość wojny. Wiosną 1938 roku Isidoro pisał, że babcia «jest nieco zniecierpliwiona i zdegustowana, że odwleka się przyjazd dziadka»302. Czyż teraz mogła nie cierpieć? Ale don Josemaría podczas tego ciężkiego okresu rozłąki zawsze był zjednoczony ze swoją rodziną, wszystkich ich wspominał codziennie podczas odprawianej przez siebie mszy i modlitw. Co więcej, przewidując stworzenie nowej rezydencji w Madrycie, pisał do Paco Botelli:



Myślę o wszystkich, zwłaszcza o tych w czerwonej strefie. Kiedy będziesz pisał do pozostałych – do wszystkich, powiedz im, żeby prosili Pana, by nam zachował babcię: widzę bardzo jasno, że jej potrzebujemy303.

Tego samego dnia, 13 lutego, w przeddzień rocznicy założenia sekcji żeńskiej, wszyscy jego synowie mogli usłyszeć dobiegające z Vitorii bicie ojcowskiego serca:



13 lutego 1939 r.


1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna