Rozdział XI epoka Burgos (1938-1939) Powrót do Katarzynek



Pobieranie 0,69 Mb.
Strona4/9
Data15.02.2018
Rozmiar0,69 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

* * *

Żołnierze nieczęsto dostawali przepustki, pozwalające na spędzenie kilku dni na tyłach. Kto je dostawał i miał szczęście spędzić kilka godzin albo nawet cały dzień z Ojcem, był bardzo dobrze podejmowany. Z takimi gośćmi don Josemaría wychodził na spacer wzdłuż brzegów Arlanzón, w kierunku klasztoru Las Huelgas albo nawet do klasztoru kartuzów w Miraflores. Kiedy indziej wchodził z nimi na wieżę katedry, by podziwiać smukłość sklepień, pinakle i kamienne rzeźby odcinające się na tle błękitu nieba. Po powrocie do Hotelu Sabadell zamykali się na werandzie, aby rozmawiać na osobności. A jeśli spędzali w Burgos noc, zapraszał ich, by uczestniczyli we mszy, którą zwykle odprawiał rano w kościele San Cosme173.

Ale, jak mówił Ojciec: Przebywać w Burgos to nie to samo, co być w naszym ośrodku. Kiedy młodzi ludzie służący w wojsku nie mogli przyjechać, by się z nim zobaczyć, wyruszał na spotkanie z nimi. Jeśli ktoś potrzebował jego pomocy i rady, jechał do niego, niezależnie od tego, jak daleko się znajdował. Zajechał aż do Andaluzji, aby starać się o spotkanie z pewnym młodym człowiekiem, który miał kłopoty174.

17 kwietnia był w drodze. Z powodu wojny trasa podróży była skomplikowana. Don Josemaría, aby rozerwać swoich synów, obiecał pisać do nich. Pełen dobrego humoru spisywał wrażenia z podróży i kreślił malowniczy obraz osób, z którymi się stykał. Z Kordoby pisał tak:



Jadę do hotelu. Jak chętnie wszyscy tu w Kordobie mnie pozdrawiają! Wszyscy salutują na modłę wojskową albo uchylają kapelusza przed nieznanym księdzem. O, jeszcze jeden kordobański kapelusz!

W hotelu dali mi pokój numer 9. Ten numer wprawił mnie w zachwyt (jakież pole do popisu dla teologii matematycznej!). W Leonie jeszcze lepiej znali się na rzeczy i dali mi numer 309. Pomyślałem: 3 to mój Ojciec – Bóg, 0 to ja, grzesznik (mea culpa!*), a 9 to moje dzieci. Jakiż dobry jest Jezus, który dzięki takim drobiazgom prowadzi nas do siebie!

Zająłem się pisaniem listów do synów mojej duszy. Przychodzi Miguel: padamy sobie w ramiona. Pax! In aeternum**. Zmierzcha się, w synowskim zaufaniu, godnie, z prostotą zwierza się z prawie dwu lat rozłąki. A Ojciec – zawsze chcę być Ojcem dla wszystkich – udziela porad, wyznacza normy praktyczne i rozdziela – chcę je dawać – Miłość Bożą i tę naszą miłość, która jest odpryskiem tamtej Miłości.

Miguel nie wraca do Alcolea. Zostaje ze mną w hoteliku. Jemy razem kolację. Spacer. Preces. Błogosławieństwo175.

Z powrotem w Sewilli. Kolejne wizyty. Nowe trudności. Pociągi przyjeżdżają przepełnione i don Josemaría nie ma rezerwacji biletu na nocny pociąg. Doradzono mu przenieść się do Utrery, gdzie będzie więcej możliwości zdobycia biletów. Miał bardzo mało pieniędzy, a jedynymi dostępnymi biletami były te na pierwszą i drugą klasę. Gdy o szóstej wieczorem stanął w Utrerze, zbliżył się do okienka i wytłumaczył swój przypadek kasjerowi:



Wytłumaczyłem swój przypadek. Był cierpliwy i grzeczny, powiedział mi, ile kosztuje bilet trzeciej klasy, na który mam pieniądze; a ile bilet w drugiej, na co mnie nie stać. Spojrzał jeszcze raz na rozkład, skrócił mi przejazd: drugą klasą mogę dojechać jedynie do Salamanki.

Trzeba było poczekać aż pociąg wyjedzie z Kadyksu, a konduktor prześle telegraficznie do Utrery informacje o liczbie i klasie wolnych miejsc w pociągu. Don Josemaría, mając nikłą nadzieję, że dostanie bilet trzeciej klasy do Burgos, całą sprawę polecił swemu Aniołowi Stróżowi, który tego dnia spowodował prawdziwą rewolucję w kasie. W rezultacie, gdy ksiądz wrócił na stację parę minut po ósmej, okazało się, że kasjer zarezerwował mi bilet trzeciej klasy i powiada o to prosiłem mojego Świętego Anioła Stróża ze zdziwieniem: Zatelegrafowali, że dziś mam do sprzedania siedemnaście biletów... i wszystkie trzeciej klasy!” Mnie to nie zdziwiło176.

Dwie noce i jeden dzień w pociągu. O czwartej nad ranem 23 kwietnia don Josemaría zjawił się w Hotelu Sabadell. W maju nastąpiły kolejne podróże, bez przerw i możliwości odpoczynku. Prawie cały maj – opowiada założyciel Opus Dei biskupowi Ávili – spędziłem, podróżując po najróżniejszych miejscach. Byłem nawet na pierwszej linii frontu pod Teruelem177. Przyczyną wyjazdu na front, w miejsce tak niebezpieczne, jakim była wtedy miejscowość Albarracín w prowincji Teruel, była chęć zobaczenia się z od dawna niewidzianym Juanem.

* * *

Bóg nadal udzielał Dziełu spójności, męstwa i dojrzałości. Założyciel pisał z subtelnym odcieniem realizmu o bieżących wypadkach i najbliższej przyszłości: Napotkamy trudności, ale zwyciężymy. Tyle bowiem jest jawnych Bożych łask w ciągu ostatnich miesięcy!178 Powtarzał słowa zanotowane dwa tygodnie wcześniej: Istnieją wyłącznie powody, by dziękować Bogu. Jednak przygnębia mnie myśl na temat tego, co mnie czeka179.

Ale im większe było napięcie pomiędzy otrzymanymi łaskami a trudnościami, które trzeba było pokonać, tym bardziej założyciel Opus Dei wzrastał w swoim marszu ku świętości i pociągał za sobą całe Dzieło. Nie znajdujemy bezpośredniego potwierdzenia pewnego tajemniczego szczegółu duchowego jego biografii, ale potwierdzają go charakterystyczne przemilczenia w jego pismach z tego okresu. Tego rodzaju przemilczenia rozpoczynają się w pierwszym tygodniu marca 1938 roku, pośród mroku towarzyszącego poczuciu duchowego osamotnienia, które kazało mu czuć się nagim i zawstydzonym, niczym pierwsi rodzice wygnani z Raju. Od tego czasu w Zapiskach następują całe tygodnie i miesiące milczenia. Jedynie bardzo rzadko udaje się don Josemaríi pokazać jasność swej kontemplacyjnej jedności, co stanowi przebłysk światła wśród nocnych ciemności.

W poniedziałek 6 czerwca notuje w swoich Zapiskach jeden z takich jasnych przebłysków:



Moja poranna modlitwa po drodze do Huelgas: prowadzony przez św. Józefa, dostałem się, oświecony światłem Ducha Świętego, do rany w prawym ręku mojego Pana180.

Po powrocie do domu, wieczorem, jeszcze zanurzony w Bożej ranie, pisał do Juana Jiméneza Vargasa:



Burgos – 6 VI 938 (sic!).

+ Niech Jezus mi Cię zachowa dla Siebie.



Kochany Juanito, tego ranka po drodze do Huelgas, gdzie udałem się, żeby się pomodlić, odkryłem prawdziwe Morze Śródziemne: Najświętszą Ranę w prawym ręku mojego Pana. I tam mnie znajdziesz: cały dzień na pocałunkach i adoracji. Naprawdę jest wspaniałe to Święte Człowieczeństwo naszego Boga! Poproś Go, żeby dał mi Swą prawdziwą Miłość. W ten sposób zostaną właściwie oczyszczone wszystkie pozostałe moje uczucia. Nie wystarczy powiedzieć: „Serce, na Krzyż!”, ponieważ jeśli jedna Rana Chrystusa oczyszcza, uzdrawia, uspokaja, umacnia, rozpala i rozkochuje, czegóż nie jest w stanie uczynić wszystkich pięć otwartych na Krzyżu? Serce na Krzyż! Jezu mój, czegóż więcej miałbym pragnąć! Rozumiem, że jeśli wytrwam w tego rodzaju kontemplacji (poprowadził mnie św. Józef, mój Ojciec i Pan, którego prosiłem, by mnie natchnął), będę bardziej szalony niż kiedykolwiek wcześniej. Sam spróbuj! [...]

Strasznie zazdroszczę tym, którzy znajdują się na froncie, pomimo wszystko. Zdarza mi się myśleć, że gdybym nie miał wyraźnie wskazanej drogi, byłoby wspaniale przewyższyć o. Doyle’a. Ale... to by było dla mnie wygodne. Pokuta nigdy nie kosztowała mnie zbyt wiele. Tu bez wątpienia leży przyczyna, dlaczego jestem prowadzony inną drogą: Miłości. A sprawa polega na tym, bym się do tego dostosował jeszcze lepiej. O, gdybym nie był tak bardzo osiołkiem!

Dalej synu: Dominus sit in corde tuo* !...

Uściski. Z Rany w prawym ręku błogosławi Ci Twój ojciec,

Mariano181.

Wyczuł tętno sekretnych uderzeń Serca Jezusowego, nie poprzez bojaźń i pokutę, lecz dzięki Miłości i synostwu Bożemu.



* * *

Isidoro w jednym z listów pisanych do pozostałych członków Dzieła, przebywających w strefie republikańskiej, dzielił się z nimi następującą myślą: „kiedy mieliśmy wśród nas dziadka, nie potrafiliśmy właściwie wykorzystać jego obecności. Wielokrotnie myślałem o tym. On jest niczym potężne dynamo, które napełnia nas energią”182. Ta energia, siła napędowa założyciela Opus Dei, brała się z jego energii duchowej.

Jedna z najmocniejszych zasad Ojca brzmiała: rzeczy, które trzeba zrobić, zrobić należy. Rozpoczyna się je jak tylko jest to możliwe. Nie zaprzestaje się ich robić, z powodu braku środków – narzędzi, ale się rozpoczyna183.

Te rozważania na temat biedy i wymagań apostolskich tłumaczą wiele paradoksów z życia założyciela Opus Dei, ponieważ sztuka łączenia we właściwych proporcjach środków materialnych i nadprzyrodzonych jest prawdziwą umiejętnością świętych. W podobnych przypadkach reszta śmiertelników zwykle popada w pychę albo nie jest w stanie sprostać z powodu małej wiary.

Czekając w Utrerze na pociąg powrotny do Burgos don Josemaría zauważył, że sutanna podarowana mu przez don Marcelino, niedbale uszyta z niezbyt dobrej tkaniny (nie było w tym żadnej winy księdza biskupa), całkiem mu się rozpada. Ponieważ moja sutanna, tyle razy przeze mnie zszywana – pisze – ma podartą podszewkę184.

Chociaż czasem miał jakieś pieniądze na szczególne wydatki, nigdy nie miewał ani pesety na swoje osobiste potrzeby. Od czasu do czasu wysyłał pewną sumę pieniędzy do biskupa Avili na stypendia mszalne jego księży, których on sam jednak nie tykał, ponieważ wyrzekł się wszelkich stypendiów. Był to ksiądz, który z uporem poszukiwał miliona peset, podczas gdy sam zawsze podróżował trzecią klasą i nie dojadał, żeby nie wydawać pieniędzy. W wydawanych raz na miesiąc „Wiadomościach” prosił chłopaków znajdujących się na froncie o jałmużnę, która by pozwoliła pokryć koszty podróży i mogła zostać rozdzielona pomiędzy potrzebujących185. Jednak także z tych pieniędzy Ojciec nie korzystał. Z największą surowością ograniczał się do korzystania z kasy, w której znajdowały się środki przeznaczone na codzienne wydatki. Było to drewniane pudełko po serze z Burgos. Jego zawartość nie stanowiła pokusy dla żadnego złodzieja. Rachunki prowadzono, jak wytłumaczył Ojcu pewnego dnia José María Albareda, tak zwaną metodą „wektorową”. Zaznaczano zmiany w kasie strzałkami do środka lub na zewnątrz, w zależności od przychodów i wydatków. To rozbawiło Ojca. Dwu matematyków, Pedro i Paco oraz naukowiec, José María Albareda, prowadzili rachunki gorzej niż kucharka donii Dolores w Barbastro. Od tego czasu matematycy ograniczyli się do zwykłego: „winien” i „ma”186.

W nadzwyczajnych okolicznościach, okazując namacalnie swoją wiarę, don Josemaría rezygnował z oszczędności. W niedzielę wieczorem zapytał tego, który pełnił obowiązki kasjera, jak stoją z gotówką. Okazało się, że nie będą w stanie zapłacić rachunku za hotel, którego termin zapłaty zarządca wyznaczył na następny ranek. – Ale starczy pieniędzy na to, by zjeść podwieczorek? – nalegał Ojciec, by podnieść ich na duchu. I tego dnia udali się na podwieczorek. W poniedziałek po śniadaniu przyszedł z Santander przekaz opiewający na kilka tysięcy peset, wysłany przez Manola Péreza Sáncheza, który przychodził do domu przy Ferraz187.

5. „Lekcja miłości”

Don Josemaría nigdy nie zapominał o celach postawionych sobie w czasie rekolekcji. Na liście postanowień powziętych w Pampelunie znajdowały się, sformułowane bardzo zwięźle punkty: 4. one; 5. napisać pracę doktorską z prawa188.

Można było przewidzieć, że wszystkie notatki dotyczące fundacji dla kobiet znajdą się wśród jego Zapisków wewnętrznych. Ale jedynie w dwu Katarzynkach wspomniane jest mimochodem o jego apostolstwie wśród kobiet prowadzonym w 1938 roku w Burgos. Carmen Munárriz, córka generała Martína Moreno, siostra Vicente Rodrígueza Casado i inne przyjaciółki stworzyły niewielką grupkę, którą Ojciec opiekował się duchowo (Miałem krąg studiów dla dziewcząt. Przyszło ich siedem – pisał w jednej z Katarzynek)189. Z myślą o kaplicy, którą urządzą w Madrycie, a także chcąc uzupełnić przedmioty liturgiczne, które zgromadził w Pampelunie, don Josemaría zachęcił je do szycia szat liturgicznych i wyposażenia ołtarza:

Wyjęliśmy z pudła wszystkie przedmioty liturgiczne, które zrobili dla nas w Pampelunie – pisał z entuzjazmem. – Rzeczywiście są wspaniałe. Teraz moje córki wyłożą jedwabiem wnętrze tabernakulum190.

Kobiety te, mimo że pełne były dobrych chęci, albo nie znalazły się w końcu w Dziele, albo w nim nie wytrwały. Nie zmniejszało to duchowej troski Ojca o ich dusze, ani też o dusze tych z jego córek, które pozostały w czerwonej strefie: Hermógenes, Antonii, Loli... Mimo knebla nałożonego przez cenzurę, w jego słowach wyczuwa się serce Ojca:



Biedny starzec chodzi całkiem markotny z powodu swoich małych wnuczek, które ma w Madrycie: przekaż mu coś o nich, o babci i ciotkach. Myśli o nich zawsze z wielką miłością! – prosił Isidora191.

Isidoro wiele rzeczy przed nim ukrywał. Opowiadał mu, że „babcia, wujkowie i pozostała rodzina mają się świetnie” a „dziewczynki są szczęśliwe, że będą mogły pomóc dziadkowi, jak tylko przyjedzie. Hermógenes dotrzymuje nadal towarzystwa babci i ponieważ pogoda jest dobra, korzystają z okazji, by spacerować”. Przemilcza wiadomość, która byłaby dla Ojca niezwykle bolesna: „Od czasu ostatniego bombardowania Castellón, podczas którego zburzony został Szpital Prowincjonalny, ten, gdzie znajdowała się Antonia, nie mieliśmy już od niej żadnych wiadomości. Módlcie się za nią” – pisał Isidoro do tych, którzy znajdowali się w czerwonej strefie. (Antonię Sierra udało im się odnaleźć natychmiast: „Antonia nadal przebywa w Castellón i jest bardzo zadowolona – zawiadamiali Ojca – ponieważ ma nadzieję, że już wkrótce zobaczy się z dziadkiem”)192.

Jeśli chodzi o pracę doktorską, don Josemaría także nie tracił czasu. Pamiętnego dnia, gdy tuż po przyjeździe do Burgos skierował się do pałacu arcybiskupiego, by zaopatrzyć się w licencje kapłańskie, pierwszym księdzem spotkanym na ulicy był don Manuel Ayala, sekretarz saminarium i - wcześniej - Uniwersytetu Biskupiego, znany z poprzednich lat spędzonych w Madrycie. Don Manuel obiecał mu udostępnić materiały do pracy doktorskiej193. Było oczywiste, że będzie musiał zacząć od nowa, ponieważ wszystkie materiały i notatki z badań nad wstępowaniem w stan kapłański metysów w pierwszym i w drugim pokoleniu w Ameryce zostały w akademiku przy Ferraz. Bez przesadnego pesymizmu należało je uznać za bezpowrotnie stracone.

Wybierając temat swojej pracy, postanowił skupić się na pewnym dziwnym przypadku z historii prawa kanonicznego194. Klasztor Las Huelgas Reales, położony kilometr za Burgos, został ufundowany w XII wieku przez króla Alfonsa VIII. Kompleks klasztorny składał się z kościoła, kaplic, zabudowań mieszkalnych, podwórzy i ogrodów. Korytarze i krużganki klasztoru zapełniała ponad setka zakonnic. W tym klasztorze odbywały się zaślubiny książąt, koronacje królów, a kilku władców zostało tutaj pochowanych. Na czele klasztoru stała przeorysza, przełożona dwunastu klasztorów bernardynek znajdujących się w Kastylii i Leonie; panowała nad pięciuset wsiami i osadami, dysponowała szeroką i niezależną jurysdykcją zarówno cywilną, jak i karną. Przeorysza przyznawała beneficja, zatwierdzała spowiedników, udzielała kapłanom pozwoleń na głoszenie słowa Bożego, rozpoznawała sprawy małżeńskie i cywilne, egzekwowała należności trybutarne, nakładała ekskomuniki. Korzystała z wielkich przywilejów, a podczas uroczystych wizyt władców w klasztorze król miał obowiązek ustąpić jej swego honorowego miejsca, tak jakby obydwoje korzystali z podobnej godności.

Tym oto epizodem z historii prawa kanonicznego miał zająć się don Josemaría (W XX wieku nie była to już znacząca figura, gdyż w 1873 roku, gdy zniesiono wyłączenia jurysdykcyjne w Hiszpanii, przeorysza znalazła się w zależności od arcybiskupa Burgos, z którym obecnie tak bardzo zaprzyjaźnił się don Josemaría). Pomiędzy jedną i drugą podróżą, gdy tylko don Josemaría miał kilka godzin czasu, zachodził do klasztoru i udawał się do piwnic, gdzie zakonnice odpowiedzialne za bibliotekę przechowywały księgi i archiwa. Zaczynał pracę wcześnie, jak tylko Pedro i Paco, którzy służyli mu do mszy, wychodzili do swych biur. (Po przyjeździe do Burgos przez kilka miesięcy zwykł odprawiać mszę u terezjanek albo w kościele Św. Klary obok pensjonatu. Potem zmienił miejsce. Kilka razy odprawiał mszę u karmelitów, kiedy indziej w katedrze, a przez dłuższy czas w kościele Świętych Kosmy i Damiana, pod obrazem przedstawiającym Najświętszą Maryję Pannę, przy ołtarzu ozdobionym z iście barokową przesadą. Nie trzeba przy tym dodawać, że w tych dniach w Burgos było więcej kapłanów niż ołtarzy do dyspozycji)195.

W tym czasie, w poniedziałek 6 czerwca, po odprawieniu mszy wędrował drogą do Las Huelgas, zanurzony duchowo w Ranie w prawej ręce Pana Jezusa. Niewiele był w stanie badać w tym tygodniu, bo we wtorek o trzeciej po południu otrzymał krótki telegram podpisany przez Ricarda Fernándeza Vallespína, którego tekst składał się tylko z trzech słów: „ranny niezbyt ciężko”196. Nie tracąc czasu wyjechał pociągiem w kierunku Avili, a stamtąd do Carabanchel Alto, na froncie madryckim. Podczas podróży, gdy przypominał sobie niejasny tekst telegramu, dręczyły go tysiące zupełnie niepotrzebnych myśli. Spośród jakiejś setki młodych dusz, które składały się na wielką rodzinę studentów z Ferraz, można było wówczas już się doliczyć aż dziesięciu zmarłych. W Madrycie zginęli: Eraso, Llanos, Gastaca, Suárez del Villar... Na frontach polegli Pepe Isasa i Jacinto Valentín Gamazo, członkowie Dzieła, oraz Jaime Munárriz, student medycyny, jeden z pierwszych, którzy przychodzili do Porta Coeli. W chwilach wysokiej gorączki Jaime krzyczał, wzywając don Josemaríę. (Imiona zabitych pojawiały się co miesiąc na kartach „Noticias”. Jak liczną mamy reprezentację w Niebie!197mówił swoim najbliższym ksiądz Josemaría).

W sobotę o czwartej rano, po trzech nieprzespanych nocach Ojciec wrócił do Burgos. Potem pisał do Juana Jiméneza Vargasa:

Ricardo? To cud, że granat, który go ranił, nie zabił go. Jest poraniony na całym ciele: powstał z tego istny tatuaż. A jednak tylko trzy czy cztery rany są rzeczywiście poważne, chociaż nie ciężkie [...]. Myślę, że szybko wróci do siebie i nie zostanie mu żadne wspomnienie poza przestrachem.

Jakież wrażenie wywiera oglądanie Madrytu z tak bliska! To prawie jakbym... Nie: to zupełnie tak, jakbym naprawdę był w Madrycie. Przeżyłem ciężkie chwile198.

Potem poinformował Isidoro o wypadku na polowaniu, jakiego doznał Ricardo. Synowie z Madrytu nawet sobie nie wyobrażali, że Ojciec był tak blisko nich. Ale serce ojcowskie ciężko przeżyło tę bliskość. Oficer, kolega Ricarda, zaprowadził księdza do obserwatorium w Carabanchel, skąd przy pomocy lornetki artyleryjskiej można było odbyć prawdziwą wędrówkę po Madrycie199.



Dziadek przeżył podwójnie ciężkie chwile, – opowiadał dalej Isidorowi – z powodu rannego wnuka i dlatego, że był o sześć czy siedem kilometrów od swego wnuka Álvaro, którego nie wolno mu było odwiedzić. Przyglądał się jednak przez te świetne szkła domowi i bezpośredniemu jego otoczeniu i mogło mu się wydawać, że jest tam, dokąd wyrywało się jego serce. Faktycznie znajdował się bliżej Álvara niż wtedy, gdy przebywał w domu wariatów200.

Jakże bardzo Ojciec chciał uściskać całą swoją rodzinę:



Jednak interesy to interesy i tego rodzaju rozłąka jest koniecznością. Wiele razy wróciłbym już do mojego kraju, zanim pojechałem do Francji, gdyby mi tego nie zakazał Jeannot! Lepiej, że tam pojechałem, bowiem nie można sobie nawet wyobrazić ogromu dokonanej pracy201.

Na froncie, gdzie stacjonowało kilku jego synów – pod Teruel i w Północnej Aragonii – wywiązały się zacięte walki. W marcu 1938 roku rozpoczęła się ofensywa sił narodowych w kierunku Morza Śródziemnego; w czerwcu zdobyto Castellón. Ale potem karta się odwróciła i w ostatnim tygodniu lipca rozpoczęła się z rozmachem wielka ofensywa republikańska202. Ojciec czuł się dumny z tego, że pozwolił zaprowadzić się miłości do swych duchowych dzieci aż na pierwszą linię frontu pod Teruelem, gdzie mógł odwiedzić Juana203. W ciągu tych miesięcy żołnierze nie mogli uzyskać przepustki, by opuścić linię frontu. Dlaczego by nie zostać w tej sytuacji honorowym kapelanem wojskowym, jak proponował mu jakiś czas temu generał Orgaz. Dzięki temu mógłby opiekować się swoimi synami204.

Don Josemaría po części zdawał sobie sprawę ze sporych przeciwności, stojących na drodze realizacji tego pomysłu, gdyż ośrodki szkolenia wojskowego miały już własnych kapelanów. Jeśli chodzi o próbę mianowania go kapelanem w służbie czynnej, on sam tłumaczył biskupowi Pampeluny słabości sytuacji, w której byłby przypisany i podporządkowany określonej jednostce, tracąc w ten sposób swobodę poruszania się i podróży na inne odcinki frontu205.

Biskup Pampeluny bardzo rozsądnie sugerował, że sprawę trzeba by było omówić bezpośrednio z władzami wojskowymi. Tak więc myślano o nominacji Ojca na wojskowego doradcę prawnego, przypisanego do Służby Narodowej do Spraw Kościelnych - Servicio Nacional de Asuntos Eclesiásticos206. W każdym jednak razie don Josemaría chciał uzyskać zezwolenie ze strony biskupa Eijo y Garaya, który już został poinformowany o całej sprawie za pośrednictwem Wikariusza Generalnego ds. Reorganizacji, don Casimira Morcillo. Aby ułatwić biskupowi podjęcie decyzji, poczynił dla niego kilka obserwacji, zaznaczając od razu, że moje powołanie polega na tym, by być kapłanem na sto procent207.



* * *

W przeddzień wypadku na polowaniu, jakiego doznał Ricardo, don Josemaría dowiedział się, że don Carmelo Ballester zatrzymał się w Burgos w Seminarium. Ojciec Ballester opracował wydanie Nowego Testamentu, które Ojciec otrzymał od don Marcelina i którego tekstem posługiwał się w czasie swoich rekolekcji. 15 maja ojciec Ballester został wyświęcony na biskupa Leónu. Don Josemaría nie mógł osobiście uczestniczyć w ceremonii z powodu wyjazdu na front w Aragonii, ale wysłał don Carmelowi w prezencie srebrną tacę, która miała wygrawerowany jego herb biskupi. (Prezent jest skromny, ale sympatyczny. Poza tym akurat on jest tego wart... chociaż nas nie rozumie, jak na razie – mówił José Maríi Albaredzie)208.

Don Carmelo zaprosił Ojca, by spędził z nim kilka dni w jego pałacu biskupim w Leonie. Leon znajduje się w połowie drogi pomiędzy Burgos i Santiago de Compostela, dlatego też don Josemaría, z braku czasu, z matematyczną dokładnością skalkulował terminy tak, by złapać kilka srok za ogon. Miał zamiar dotrzeć do grobu apostoła*, aby skorzystać z jubileuszu i pomodlić się za wszystkich209. Kontynuując wielowiekową tradycję średniowiecznych pielgrzymek do grobu Świętego Jakuba Większego, pobożni pielgrzymi mogli skorzystać z odpustów przypadających na Rok Święty, którym był ten, kiedy święto apostoła, 25 lipca, wypadało w niedzielę. Rokiem Świętym był rok 1937, a został przedłużony na rok następny z powodu trudności związanych z wojną.

Wieczorem 15 lipca don Josemaría przybył do Leonu, dopieszczany przez tego świętego Biskupa, jak z pałacu biskupiego pisał do synów przebywających w Burgos, prosząc ich o modlitwy: Proście za mną: żeby jubileusz jakubowy mnie oczyścił i rozpalił moją duszę210. Wypełnił wszystkie cele podróży: rozmawiał o Dziele z don Carmelem, zabrał ze sobą na pielgrzymkę don Eliodoro Gila, proboszcza, który przygotowywał gazetkę Noticias do powielenia. Towarzyszył im także Ricardo, który dołączył do nich w Leonie 16 lipca, w święto Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, czyli w imieniny don Carmelo.

18 lipca, po mszy świętej odprawionej przez Ojca u terezjanek wszyscy trzej udali się na stację. Pociąg właśnie odjechał i zostali na lodzie. Środek zaradczy znalazł don Eliodoro, który wynajął taksówkarza, wiernego ze swojej parafii. Taksówką dojechali do Veguellina de Órbigo, miejscowości położonej o 30 kilometrów od Leonu, gdzie dogonili pociąg do Galicii. Wydarzenie to głęboko zapadło w pamięć don Eliodora, gdyż w drodze z Leónu do Veguelliny ksiądz Josemaría poprowadził dla niego i dla Ricarda medytację. Przejeżdżali przez żyzną dolinę Órbigo, wśród pól lucerny, buraków i chmielu, gdy samochód minął jakiś kierat. Osiołek wędrował w uprzęży z zasłoniętymi oczyma, wyciągając wodę, która obficie spływała do kanału. Zainspirowany tym widokiem ksiądz opowiadał im o pracy monotonnej, wytrwałej, pozornie bezowocnej, która jednak jest konieczna, by ogród rozkwitł. Następnie, przenosząc to porównanie z osłem na poziom nadprzyrodzony, przedstawił im jak ważne jest działać z pokorą i posłuszeństwem: postępować właściwą drogą, z przesłoniętymi oczyma, będąc rozświetlonym wewnętrznym światłem wiary, uznając siebie za narzędzie w rękach Boga211.

W Santiago zatrzymali się w pensjonacie „La Perla”. Następnego dnia, we wtorek 19 lipca, Ojciec odprawił mszę w krypcie, w której znajdują się relikwie Apostoła. Do mszy służył Ricardo. Ileż razy wspominałem o rodzinie, o babci, o cioci Carmen i wujku Santim! (Pisał tak do Isidora na pocieszenie dla tych, którzy znajdowali się w Madrycie oraz wszystkich pozostałych członków Dzieła)212.





1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna