Rozdział XI epoka Burgos (1938-1939) Powrót do Katarzynek



Pobieranie 0,69 Mb.
Strona3/9
Data15.02.2018
Rozmiar0,69 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

* * *

Wybiegnijmy naprzód. Zbadajmy te sprawy, patrząc z innej perspektywy. Pewnej nocy, gdzieś w połowie lutego 1938 roku, Paco Botella, wracając z koszar, po wejściu do pokoju zastał Ojca w łóżku. Spytał, co mu się stało. Po dłuższej chwili milczenia otrzymał odpowiedź: Paco, od kilku dni krwawi mi gardło i myślę, że to gruźlica. Raczej się nie zbliżaj134.

Gorączka nie ustawała. Bolało go gardło. Usta wypełniały się krwią. Lekarz, który 21 lutego zbadał go w Saragossie, postawił diagnozę chronicznego zapalenia krtani. Choroba dawała objawy gruźlicy w nieuleczalnym, zaawansowanym stadium. Czy miał teraz prawo mieszkać razem ze swymi synami, ryzykując zarażenie ich? Z tą gorzką myślą napisał do Juana Jiméneza Vargasa 24 lutego, mówiąc mu, że gdy zakończy formację, zostanie jego bezpośrednim następcą w rodzinnym interesie. Przekazuje mu w tym liście mnóstwo wiadomości oraz kilka szczegółów na temat swojej choroby:

Wiesz, jaki ze mnie stary grat? Przed ponad miesiącem dostałem kataru, a teraz mam chroniczne zapalenie krtani. Trochę męcząca jest to sprawa, ale jestem zadowolony: chociaż, jeśli będę musiał mówić, jest konieczne, żeby Jezus mnie z tego wyleczył, gdyż wiele razy zdarza się, że w ogóle nie jestem w stanie nic powiedzić. Fiat. Stary: jakieś 80 lat wewnątrz i 36 na zewnątrz. W sumie 116 lat... i pękająca krtań, która zmusza mnie do kaszlu dzień i noc, co dwie minuty. Fiat135.

Choroba postępowała. Było coraz gorzej. W niektóre dni budził się z ustami pełnymi zakrzepłej krwi.

9 marca przybył Pedro Casciaro, skierowany do Burgos na rozkaz generała Orgaza. Zamieszkał z Ojcem i Paco w pensjonacie przy Santa Clara. Pedro znalazł chorego w pożałowania godnym stanie, z «suchym, uporczywym kaszlem, utratą głosu i krwotokami z ust». Na Świętego Józefa, 19 marca, mogli się cieszyć ze spotkania w Burgos z trójką przyjaciół: Ricardem, Manolem i José Maríą Albaredą. Wówczas to Paco i Ricardo postanowili zaprowadzić Ojca jeszcze w tym samym tygodniu do lekarza, chociaż nie mieli pieniędzy, by zapłacić za wizytę.

Podczas jego pobytu – pisał Ojciec do Juana – pod naciskiem wszystkich musiałem iść do okulisty, który wypisał mi nową receptę na okulary (o pół dioptrii więcej) i powiedział, że zaleca kupno okularów do czytania – noszę je – i oprawienie właściwych szkieł w obu parach. Tego samego dnia zrobiłem wszystko. Cała fura pieniędzy!

Potem byłem u specjalisty od gardła: spokojnie mnie zbadał i wywnioskował, że może to być coś z płucami. Te usta pełne krwi! Polecił innego specjalistę od płuc i napisał do niego kilka słów. Poszliśmy. Długo trzeba było czekać w korytarzu, w końcu badanie. Osłuchać, potem znowu osłuchać i po raz trzeci z innymi zabawkami. Potem na rentgen: doktorze, czy jestem suchotnikiem? A on na to: nie, jest ksiądz zdrowy, zupełnie zdrowy, nie ma najmniejszego podejrzenia, tylko u dołu prawego płuca znajdują się resztki kataru. Nie powiem, że nie posiadałem się ze szczęścia, bo bym skłamał. Prawda jest taka, że nie przykładałem do tego wagi, bo myślałem, że gdybym był gruźlikiem, Pan by mnie wyleczył, abym mógł nadal pracować.

Jeszcze idę do jakiegoś specjalisty od gardła, nosa, uszu i czego tam jeszcze chcesz, i tak jak lekarz w Saragossie, wyczyścił i zdezynfekował mi nos i gardło. W sumie: mam nadzieję, że Wam się to spodoba, a poza tym wydałem kolejną okrągłą sumkę136.

Od tego momentu wszyscy zjednoczyli siły, by zająć się Ojcem, naprzykrzając się ze swą troską, robieniem ceregieli, szukając na siłę sposobu, by go utuczyć i zrobić z niego – jak sam wyrzekał – grubasa, z tych, co to sobie nie krzywdują. Opierał się jak tylko mógł, ponieważ na dnie jego duszy duch umartwienia buntował się przeciw tej szerokiej drodze wygodnego życia. Biedny don Josemaría!



Wszyscy uważają się za powołanych do mówienia mu, że powinien na siebie uważać, że koniec z postami, że trzeba lepiej się wysypiać, że... za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa! A on czuje bardzo głęboko w duszy, że jest dokładnie odwrotnie. Co za zamieszanie. Nie chciałbyś być terenem drugiej podobnej bitwy. Ludzie źle by się czuli, gdybym przy następnym spotkaniu nie miał pucołowatych polików, brzucha i innych oznak hołdowania starym przyzwyczajeniom. I stawiają na swoim: biedna dusza zawinięta jak rolada w dwa płaty zjełczałego boczku!137. (Pisał do Juana Jiméneza Vargasa 23 marca).

Jego synowie zawarli pakt, by zmusić go do jedzenia i utuczyć go o kilka kilogramów. Z ogromnym zapałem, pełni dobrej woli nie dawali mu spokoju dniem i nocą. I jeszcze pisał w kilka dni później do Ricarda – zrób mi tę łaskę i nie mów o chorobie, której już nie ma, chociaż wciąż chodzę do specjalisty od chorób gardła... żeby w każdy poniedziałek i wtorek nie mieć kłopotów z nadopiekuńczymi synami mojej duszy138.

Przypuszczając, nie bez podstaw, że ta choroba Ojca była „Bożą sprawką”, Pedro wyobrażał sobie, że jedynym sposobem ulżenia mu było prosić Pana, by „przeniósł” chorobę na niego samego. Tego rodzaju przejście miało miejsce kilkukrotnie. «Zdarzyło się, że gdy Ojciec zdrowiał – opowiada Paco Botella – Pedro chorował z bólami głowy, brzucha i gorączką. A gdy zdrowiał Pedro, znowu pogarszało się Ojcu»139.

Zdaniem Pedra Casciaro troska z powodu wysokiej gorączki «spowodowała, że przyszło mi do głowy prosić Boga, by zabrał gorączkę od niego i zesłał ją na mnie. Być może zanosiłem tę prośbę nie wierząc, że Bóg zechce mnie wysłuchać... dlatego przeraziłem się, gdy jeszcze tego samego wieczora dostałem ataku strasznej gorączki, a Ojcu ona minęła. Zawołali lekarza. Stwierdził u mnie gorączkę tyfusową i zlecił badania. Wyniki badań były dobre, lecz nadal utrzymywała się wysoka gorączka»140.

Miało to miejsce 23 marca, Ojciec pisał do Juana, opowiadając mu o wizytach lekarskich i o tym, jak wykosztowali się bez powodu, tracąc (zdaniem Ojca) całkiem spore sumy, które były im potrzebne na inne cele. Specjalista od płuc nie znalazł nawet śladu zmian gruźliczych. Wysłał więc go do specjalisty od gardła, który także nie dojrzał niczego szczególnego i uznał przypadek za „ziemię niczyją”141. Pacjent miał tak dziwne patologiczne objawy, że nie można było stwierdzić żadnej konkretnej choroby.

Dalej Ojciec tak opisywał tę sprawę Juanowi: Ricardo zaczął robić mi zastrzyki o działaniu wykrztuśnym: miał ochotę wydawać pieniądze. Mówię ci to z całego serca. A w następnej linijce dodaje: Biedny Perico dziś nam się rozchorował – po raz trzeci odkąd zjawił się w Burgos – ma gorączkę, która gwałtownie rośnie. Chciałbym, żebyś Ty się zajął tym przypadkiem142.

Obok siebie miał Pedra, trawionego niewytłumaczalną, czterdziestostopniową gorączką, przestraszonego, pełnego skrupułów, że dotąd nic nie powiedział jeszcze Ojcu. «Z wielkimi oporami i wstydem – opowiada Pedro - w końcu opowiedziałem Ojcu o mojej prośbie do Boga. - Żeby ci nie przyszło więcej do głowy robić coś podobnego – powiedział mi. – Bądź spokojny»143. Gorączka minęła tak samo nagle jak się pojawiła, na jakiś czas uwolnił się od niej także Ojciec.

Widząc, jak intensywne, wypełnione pracą i postami życie prowadzi, jego synowie – zwłaszcza Pedro i Paco – nadal uważali się za powołanych, by czuwać nad jego osobą...

W niedzielę, 27 marca 1938 roku, gdy don Josemaría pisał list do Juana Jiméneza Vargasa, Pedro i Paco starali się przekonać go, żeby założył podkoszulkę. Nie chcieli, żeby Ojciec się przeziębił lub dostał zapalenia płuc. Trwała bowiem surowa kastylijska zima i letnia sutanna, którą nosił, nie wystarczała na takim zimnie. Nalegali i nie dawali mu spokoju:

Ci chłopcy strasznie mi się naprzykrzają ze zdrowiem i chorobami. Poza tym, że się upasłem – co samo w sobie jest niewygodne – nie obchodzi mnie to: obchodzą mnie dusze. Moja własna także144.

(Owa podkoszulka była strojem szczególnym, nieznanego pochodzenia. Na zmianę używali jej Pedro, Paco i José María Albareda; wszyscy z wyjątkiem Ojca).

Don Josemaría nie mógł skupić uwagi na liście, musiał wyjaśnić Juanowi, co się wokół niego dzieje. Jego synowie zrobili absurdalną scenę, starając się go ubrać niemal na siłę we wspomnianą podkoszulkę:

Jakie ja bzdury opowiadam! To prawda: ale wszystko to, w czym uczestniczymy my, biedni ludzie – nawet dzieło świętości – jest jak gdyby tkaniną z drobnych nici, które odpowiednio poprawione mogą tworzyć wspaniały gobelin, przedstawiający heroizm lub nikczemność, czyny cnotliwe lub grzeszne. Poematy heroiczne, nasza Pieśń o Cydzie, opowiadają zawsze o wielkich wydarzeniach, ale przeplatają się one ze szczegółami z powszedniego życia bohatera. Obyś zawsze cenił rzeczy małe – tędy droga. Obym ja je cenił także, ja także145.

Nawet uznając za godne pochwały intencje jego synów, pewne jest, że nie tyle mu się naprzykrzali, co nie dawali mu chwili spokoju. W ten sposób don Josemaría nie cieszył się nawet najmniejszym marginesem swobody, aby móc urządzić swoje życie. Pilnowali jego umartwień i czuwań nocnych, sprawdzali, czy nie śpi na podłodze. Bardzo uważnie śledzili charakter jego postów, dopytując się, co i kiedy jadł. Pedro i Paco stali się prawdziwymi szpiclami. Pilnowali nawet, czy pije odpowiednio dużo. (Obserwowali, czy nie ma spierzchniętych ust albo czy nie mówi niewyraźnie z powodu suchości w gardle). A kiedy Ojciec odmawiał grzecznie i nie chciał postępować tak, jak sobie tego życzyli, robili mu sceny, ponieważ nie potrafili zapanować nad sobą146:



Są nie do wytrzymania (sic), ciągle każą mi jeść, po jakiś niebotycznych awanturach... Powiedz im, żeby mi dali spokój147 pisał do José Maríi Albaredy.

30 kwietnia napięcie bez wątpienia sięgnęło zenitu i Ojciec musiał ostro odprawić nadgorliwych synów. Nie krzyczał na nich. Nic im nie tłumaczył. Po prostu położył na stole karteczkę, na której napisał:



1/ Zdecydowałem, że nie będę pozwalać, byście wtrącali się do spraw, które mają tak wiele wspólnego z moim sumieniem.

2/ Nigdy nie będę się przed Wami w żaden sposób tłumaczył.

3/ Będę jadł, gdzie zechcę i kiedy zechcę: tam i o tej porze, gdzie podyktuje mi obowiązek.

4/ Jeśli nadal będziecie się w to mieszać, będę zmuszony ze smutkiem wyjechać z Burgos.

5/ To, co powiedziałem, dotyczy także długości snu i sposobu spania.

I TAK BĘDZIE.

NIE BĘDĘ WIĘCEJ NA TE TEMATY ROZMAWIAŁ148.

Potem napisał list do Juana, utrzymany w podobnym tonie. Pisał w nim miedzy innymi:



Jest oczywiste, że ja – chociaż nie mam w Burgos dyrektora – nie zrobię nic, co mogłoby stanowić jawne zagrożenie dla zdrowia: nie mogę jednak zapominać, że nie chodzi o to, by robić dobre rzeczy..., lecz o to, żeby wypełnić Wolę Bożą. Konieczne jest, bym był świętym, za wszelką cenę!... nawet za cenę zdrowia, której zresztą nie trzeba będzie zapłacić.

Decyzja ta jest tak mocno ugruntowana – widzę to bardzo jasno – że żadne ludzkie rozumowanie nie może być przeszkodą do jej realizacji.

Mówię to Ci z całkowitą prostotą. Są po temu powody: mieszkałeś ze mną dłużej niż ktokolwiek i na pewno rozumiesz, że potrzebuję obróbki siekierą149.

4. Hotel Sabadell

Po pierwszych tygodniach cierpień, gdy don Josemaría myślał, że cierpi na nieuleczalna gruźlicę, i że mógłby zarazić swoich synów, zaczął patrzeć na tę nieokiełznaną zgoła odmiennie. Bardzo szybko zorientował się, że chodziło o to, by oczyścić go poprzez ból i oschłość duchową. Wtedy przyjął je z rąk Boga jako wyraz czułości150.

Kiedy w Burgos podsumowywał swoją podróż, będącą apostolskim „rekonesansem”, zdał sobie sprawę, jakie były wówczas najbardziej palące potrzeby. Streścił je dwoma słowami: Panie, potrzebujemy ludzi i pieniędzy151.

A jak wyglądała sprawa powołań do Dzieła? W tym okresie Ojciec cały czas powtarzał, że potrzebuje pięćdziesięciu ludzi, którzy kochają Jezusa Chystusa ponad wszystko inne152. Na pierwszy rzut oka nie było ich trudno znaleźć pomiędzy tyloma wojennymi bohaterami, tyloma przekonanymi młodymi ludźmi. Jego synowie rozproszeni byli po różnych frontach, na samej północy i południu Półwyspu Iberyjskiego, w tych warunkach podróże w celu prowadzenia ich kierownictwa duchowego trwały długo, co utrudniało regularne widywanie się. Pewnym środkiem zaradczym były starania o przepustki i spędzanie kilku dni w naszym domu Świętego Michała w Burgos, jak głosił list okólny z 9 stycznia. Jednak jeśli Ojciec spodziewał się, że zapał religijny i patriotyczny skłaniał młodych żołnierzy do skierowania się ku wyższym ideałom, musiał doznać wielkiego zawodu: Tylu młodych ludzi, gotowych umrzeć za sprawę i nic?... niemożliwe !!!153.

W światku wojskowym istniała pewna instytucja, której istnieniu don Josemaría musiał zdecydowanie się przeciwstawić, pomimo tego, że zrodziła się z zapału patriotycznego. Chodziło o tzw. wojenne opiekunki*. Nie wszystkie intencje były czyste. Niejeden raz musiał doradzać zrywanie kontaktów z pewnymi osobami. Kiedy don Josemaría prosił o pięćdziesięciu ludzi, którzy pokochają Jezusa Chrystusa „ponad wszystko inne”, jako owoc apostolatu wśród wojskowych, wśród wielu przeszkód do pokonania były także wojenne opiekunki i podobne trudności.

Ta Miłość jest warta innych miłości, zapewniał swoich synów154. A jak on sam, założyciel Opus Dei odpowiadał na Miłość, czym kierował się podczas tych dziewięciu i pół roku istnienia Opus Dei? To rozważanie skłoniło go do napisania z Saragossy do biskupa Ávili:

Niech Jezus zachowa mojego Księdza Biskupa.

Ojcze, pisze do Ojca ten grzesznik, by po pierwsze pozdrowić Ojca i powiedzieć, że pamięta o Ojcu każdego dnia, a tym bardziej teraz, przed Najświętszą Panienką z Pilar. Chciałby też prosić Księdza Biskupa, swego Ojca, by nas wspierał swoimi modlitwami i błogosławieństwem. Kończymy właśnie pierwszą połowę dziesiątego roku pracy apostolskiej cichej i ukrytej... Jaki rachunek wystawi nam Pan !

Niech W[asza] E[minencja] mi pomoże zdać go cum gaudio et pace*155.

«Spodobało mi się — odpowiadał mu w kilka dni później biskup Santos Moro — że Ksiądz mówi o „rachunku”, o który go poprosi N[asz] Pan. Nie, nie będzie On dla Księdza Sędzią — w sensie surowości, z jaką wiąże się to słowo — ale po prostu Jezusem. Obym ja także mógł powiedzieć o sobie to samo, pracując jak wy, jeśli nie jako Dowódca, to chociaż “sicut bonus miles Xi. Iesu”**...»156.

W czasie tej wymiany listów don Josemaría znajdował się w najcięższym i najstraszniejszym momencie swojej choroby, gdyż dręczyło go przekonanie, że zapadł na gruźlicę.

Nadal szukali mieszkania w Burgos. Szkoda – pisał Ojciec – że nie udało się znaleźć domu: byłoby nam lepiej i mniej by nas to kosztowało. Chociaż mimo wszystko, tam gdzie jesteśmy nie jest nam źle157. Jednak już niedługo mieli pozostać w pensjonacie przy Santa Clara. Jeszcze w tym samym tygodniu, pod koniec marca, doszło do małej rewolucji. Właścicielka zdecydowana była wyrzucić Pedra i Paco, by umieścić na ich miejscu dwie inne osoby. Jeśli chcieli mieszkać razem, musieli wyprowadzić się wszyscy gdzieś indziej. A na domiar złego, gdy przyszło do płacenia za pensjonat, ktoś musiał rozmyślnie zawyżyć rachunek, który don Josemaría określił później jako rachunek godny podwórza Monipodio158. Tak opowiadał o tym Ricardo: Gdybyś widział te wielkopańskie rachunki, jakie nam zechcieli przedstawić!159.

Don Francisco Morán poprosił go o „notatkę na temat celów, początków, rozwoju i aktualnego stanu” jego przedsięwzięcia160. Bez wielkiego entuzjazmu don Josemaría wysłał księdzu wikariuszowi list na temat początków, celów, apostolstwa i rozwoju Dzieła. Tekst ten jest krótki, zwięzły i treściwy. Ale don Josemaría był odrobinę niezadowolony. Wolałby wytłumaczyć wszystko ustnie, ponieważ niektóre opisane przez niego sprawy mogłyby być niewłaściwie zrozumiane. W każdym razie kończy notatkę nieuniknionym komentarzem, który jasno tłumaczy jego odczucia: Jak niewiele spraw można poruszyć w podobnie sporządzonej notatce! A jeszcze wydaje mi się, że nie zachowałem stosownej dyskrecji. I oczywiście jest to zupełnie niekompletne161.

Z powodu tej notatki Ojciec zaczął poważnie myśleć nad powrotem do Madrytu, zastanawiając się, jak potoczą się sprawy po zakończeniu wojny:



Przebywać w Burgos – mówił sam sobie – to nie to samo, co być w naszym ośrodku. Nic podobnego. Póki trwa wojna, a nasza rodzina składa się z ludzi młodych – zbyt młodych – można powiedzieć, że nie znajdę spokoju – tak spokoju – koniecznego, by prowadzić głęboką pracę. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie pracuję, ponieważ między takimi czy innymi sprawami nie ma przerw, jednak jest niewątpliwe, że z ludźmi bardziej dojrzałymi można by było robić wspaniałą robotę. Ale w końcu, Bóg wie więcej162.

Powrót i uruchomienie na nowo wszystkich spraw po tak niszczycielskiej i tragicznej wojnie nie były sprawą prostą. Ojciec dobrze to przemyślał, nie robiąc sobie złudzeń na temat pokoju:



Bardzo pragnę, żeby ta wojna już się skończyła! Wtedy zaczniemy, znowu zaczniemy inną, być może jeszcze cięższą, ale bardziej naszą. I myślę, że pewnie trzeba będzie znowu przeżyć te straszne lata biedy. Nie ma to znaczenia: Pan, przy naszym największym wysiłku, wzmocni nas i wyprowadzi z tego wszystkiego wcześniej i lepiej niż moglibyśmy sobie zamarzyć163.

Na razie, chcąc niechcąc, musiał mieszkać w Burgos.



* * *

Kiedy w niedzielę 3 kwietnia Ojciec przyjechał do Burgos z Vitorii, nie zamieszkał już w pensjonacie przy ulicy Santa Clara. Teraz ich nowy adresem był Hotel Sabadell na ulicy Merced 32. W folderze reklamowym hotelu czytamy: „Wspaniale usytuowany z widokiem na rzekę Arlanzón. Najbliżej katedry i obok dworca. – Specjalne ceny dla rodzin i stałych rezydentów. – Centralne ogrzewanie. Bieżąca ciepła i zimna woda we wszystkich pokojach. Łazienki.” Tekst ulotki został zredagowany w czasach pokoju.

Don Josemaría nie rozpływał się w zachwytach nad nowym lokum. Po prostu napisał: Nie jestem zadowolony z naszego nowego mieszkania, ponieważ kosztuje drogo164. (Płacili po cztery pesety za łóżko, to jest szesnaście peset dziennie za pokój, a w cenę tę nie był wliczony żaden posiłek).

Hotel był co najwyżej trzeciorzędny. Budynek był czteropiętrowy. Z zewnątrz wyglądał przytulnie. Patrząc na fasadę, można było wyobrazić sobie rozkład pomieszczeń wewnątrz hotelu. Wejście osłaniała markiza z metalu i szkła. Trzy piętra miały po trzy pokoje z oknami wychodzącymi na ulicę. Środkowy pokój był z balkonem, a boczne - z oszklonymi werandami. Pokój, który zajmowali znajdował się na pierwszym piętrze i miał właśnie taką werandę. W głębi pokoju znajdowała się alkowa, rodzaj ciemnej garderoby bez wentylacji, z umywalką, oddzieloną zasłonką od reszty pokoju. W tej alkowie spał Ojciec; główną część pokoju zajmowały trzy łóżka, ustawione jedno obok drugiego. Naprzeciwko zostawało jeszcze troszkę miejsca na stół, dwa krzesła i niewielką szafę na ubrania, która była aż nadto obszerna, by zmieścić to, co ze sobą mieli. Za całą ozdobę tego wnętrza służyły dwie okropne litografie, które w końcu musieli zdjąć. Powiesili wówczas na ich miejscu drewniany krucyfiks i obrazek Najświętszej Maryi Panny, przypominający bizantyjską ikonę. Aby choć trochę ubarwić nagie ściany, zrobili kilka szablonów, z pomocą których wycięli kilka filcowych, kolorowych chorągiewek z napisami RIALP i DYA. Aby śledzić przebieg wojny i znać rozmieszczenie członków Dzieła, rozwiesili na ścianie mapę Aragonii i Katalonii, na której zaznaczali za pomocą malutkich chorągiewek i innych znaczków sytuację na froncie165.

Prospekt hotelowy mówi o łazienkach. Chodzi oczywiście o jedną łazienkę na każde piętro. Ojciec, który jako pierwszy z niej korzystał, aby zaoszczędzić czas na myciu, zostawiał na noc wannę pełną wody, która była z pewnością lodowata w zimowe ranki, ponieważ szyba w oknie łazienki była wybita. Po kąpieli ponownie napełniał wannę. „Już wiedzieliśmy, że nie było ani prysznica – dopowiada Paco Botella – ani ciepłej wody”166.

Przeniesienie ubrań i bagażu z pensjonatu do hotelu nie nastręczało większych trudności. Ich dobytek składał się z kilku pamiątek pozostałych po przejściu przez Pireneje: kielicha eucharystycznego, róży z Rialp, bukłaka na wino oraz papierów, listów, dziennika i kartoteki z adresami i niewielu więcej rzeczy. Najbardziej kłopotliwym przedmiotem była używana przenośna maszyna do pisania, którą kupili tanio w sklepiku znajdującym się w podcieniach na rynku. Była to maszyna marki „Corona” i miała bardzo szczególną klawiaturę: nie można było na niej zbyt szybko pisać. Była powolna, ale pewna. Kupili ją, by przygotować oryginał „Noticias” w marcu 1938 roku, tak jak w lecie 1934 i 1935 roku. W tej „gazetce rodzinnej”167 zamieszczali informacje na temat przyjaciół i mieszkańców rezydencji przy Ferraz i porad duchowych. Rozsyłano ją w zaklejonych kopertach do każdego z zainteresowanych. Zamiarem don Josemaríi było, by gazetka ta ukazywała się co miesiąc, w drugiej jego połowie. Proces jej powstawania polegał na tym, że przepisany na maszynie oryginał wysyłano do don Eliodoro Gila w León, on zaś wysyłał ją z powrotem do Burgos, powieloną i gotową do wysłania. Ci wszyscy, którzy dostawali „Noticias” podczas lektury odczuwali w duszy zupełnie nowe impulsy.



Właśnie teraz w koszarach, w okopach, podczas przymusowego wypoczynku w szpitalu, dzięki Waszej modlitwie i czystemu życiu, dzięki Waszym trudnościom i Waszym zwycięstwom, o ileż możecie przyczynić się do nadania nowego impulsu naszemu Dziełu! Przeżywajmy w szczególny sposób świętych obcowanie, a każdy poczuje, zarówno w godzinie walki wewnętrznej, jak i w chwili starcia z bronią w ręku radość i siłę płynącą ze świadomości, że nie jesteśmy sami (marzec, 1938 r.)168.

Wpływ duchowy można było poznać po wielkiej liczbie listów, które otrzymywali w Hotelu Sabadell, zwłaszcza od kwietnia:



Jak pięknie pokazujecie w Waszych listach, – czytamy na kartach „Noticias” z lipca 1938 roku – jaką wielką radość wywołują u was te linijki! Gdy je czytacie, czujecie się tak, jakbyście dostali w tym samym czasie listy od wielu przyjaciół. Są wspomnieniem o tych licznych godzinach spędzonych wspólnie na nauce i na zabawie; dostarczają wieści o pragnieniach i nadziejach na nowy, jeszcze bardziej pracowity okres...169.

Przeprowadzka z pensjonatu Santa Clara do hotelu stanowiła, zdaniem Pedra i Paco, „wielki krok naprzód”, bowiem oznaczała pożegnanie się z owym życiem rodzinnym, które gromadziło wszystkich gości wokół stołu, by wszyscy razem o określonej godzinie mogli zjeść zupę. Życie w hotelu nie zapewniało jednak zupełnej niezależności. Zasłona oddzielająca od reszty pokoju alkowę, w której sypiał Ojciec, miała jedynie symboliczne znaczenie. W ciągu dnia kapłan starał się znaleźć chwilę, gdy pozostałych mieszkańców nie było, by użyć dyscypliny, gdyż nie mógł w tym celu korzystać z łazienki, ze względu na spokój domu i jego mieszkańców. Niezależnie od tego, czy taka okazja się znalazła, czy nie, zza zasłonki słychać było czasem rytmiczne uderzenia, dobrze znane donii Dolores, Ricardo Fernándezowi Vallespínowi i Álvarowi del Portillo. Pedro też się denerwował. Kiedy chciał interweniować, by powstrzymać serię uderzeń, Ojciec mu odpowiedział, że jeśli byli świadkami jego słabości i nędz, nie ma znaczenia, że teraz będą świadkami jego pokuty170.

Niezaprzeczalną zaletą pokoju była przeszklona weranda. Miała ona niecałe dwa metry długości i jeden metr szerokości. Mieściły się tam dwa foteliki i wiklinowy stoliczek. Ten kącik znalazł prawdziwie honorowe przeznaczenie. Kiedy opuściło się zielone żaluzje, zamknęło okiennice i drzwi balkonowe, powstawał zakątek, w którym można było porozmawiać na osobności. Kiedy tak się działo, w środku pokoju Paco i Pedro mówili: „Dobry wieczór!” i zapalali światło

Weranda, oddzielona od ciasnej sypialni, miała atmosferę elegancji i dyskrecji, która pozwalała odwiedzającemu zapomnieć o biedzie znamionującej resztę pokoju. To samo miejsce służyło jako konfesjonał i salonik gościnny. Przez nie przewinęło się mnóstwo ważnych osób: biskupi, profesorowie Uniwersytetu, lekarze, dyplomaci, zaprzyjaźnieni księża, przemysłowcy, wysocy urzędnicy... W postanowieniach z rekolekcji, odbytych w Pampelunie don Josemaría określał wszystkich tych ludzi jako cel prozelityzmu, zwłaszcza wykładowców uniwersyteckich. Tę właśnie obiecującą pracę apostolską z ludźmi pracującymi zawodowo miał na myśli, stwierdzając: jest niewątpliwe, że z ludźmi bardziej dojrzałymi można by było robić wspaniałą robotę171.

Do pomocy w tej pracy wśród intelektualistów miał przy sobie jedynie José Maríę Albaredę, którego zatrudnił do czegoś bardzo konkretnego: stworzenia depozytu książek, zaczątku przyszłej biblioteki ośrodka, który miał powstać w Madrycie po zakończeniu wojny. To sam Ojciec rzucił pomysł składkowej biblioteki. A może byś zaczął pisać, prosząc o książki? – powiedział do José Maríi Albaredy. W trzy miesiące później wysłali list, sporządzony w kilku językach i zaopatrzony w podpisy piętnastu profesorów uniwersyteckich, kierując do wszystkich możliwych osób prośbę o książki. Adres, który podali, był adresem brata José Maríi w San Juan de Luz. Nadesłano niewiele książek, a nieliczne czasopisma, które nadeszły do celu przeznaczenia, były bardzo zniszczone przez pocztę172.



1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna