Rozdział XI epoka Burgos (1938-1939) Powrót do Katarzynek


„Akwizytor naszego Pana Jezusa Chrystusa”



Pobieranie 0,69 Mb.
Strona2/9
Data15.02.2018
Rozmiar0,69 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

3. „Akwizytor naszego Pana Jezusa Chrystusa”

Plany założyciela Opus Dei sięgały końca wojny, do momentu, gdy nadejdzie moment powrotu do Madrytu. Don Josemaría należał do tej znacznej liczby optymistów (chociaż czasami nie jawiło mu się to zbyt jasno), którzy uważali, że koniec wojny jest już bardzo bliski71. Motywem, jaki przynaglał go do prowadzenia intensywnej kampanii apostolskiej, była potrzeba liczenia na więcej dusz i więcej środków materialnych, by ponownie zaczynać w Madrycie. Panie, daj nam pięćdziesięciu ludzi, którzy Cię kochają ponad wszystko! – prosił przed Najświętszym Sakramentem. Potrzebuję okrągłego miliona – pisał biskupowi Vitorii – a poza tym pięćdziesięciu ludzi, którzy kochają Jezusa Chrystusa ponad wszystko72. Jednak skoro nie trafiały do niego ani pieniądze, ani nowe powołania, przygotował się, by ich poszukać.

Do swej kampanii apostolskiej dołączył natychmiastowy plan, by porozmawiać z każdym ze swych synów. Przewidywał, że jego podróże będą długie i skomplikowane, jak pisał do Ricarda 31 grudnia 1937 roku: obiecano mi list żelazny na duże obszary, abym mógł z łatwością zobaczyć całą moją rodzinę: będę jeździł więcej niż kierowca ciężarówki73. Myślami don Josemaría zaczął przemierzać szlak, na którym umieścił także inne cele, m.in. odwiedziny wszystkich biskupów, którym chciał opowiedzieć o Dziele.

W tych dniach – ogłaszał biskupowi Pampeluny i administratorowi apostolskiemu Vitoriii skoczę do Palencji, Salamanki i Avili. Potem pojadę do Bilbao... Powoli staję się... akwizytorem mego Pana Jezusa Chrystusa!74

Właśnie 15 stycznia otrzymał serdeczny list od księdza Morána, Wikariusza Generalnego Madrytu. Ta tak oczekiwana odpowiedź była ostatecznym bodźcem, by podjąć tułaczkę Chrystusowego wędrowca w rozmaitych, przepełnionych, jak zwykle w czasie wojny, autobusach i pociągach. „Nie może sobie nawet Ksiądz wyobrazić – pisał ksiądz wikariusz – jak miłą niespodziankę mi sprawił... Bogu niech będą dzięki, że Ksiądz jest z nami i będzie pracować w swoim umiłowanym Dziele, które chociaż zawsze było potrzebne, o wiele bardziej będzie w czasie powojennym»75.

Kilka dni wcześniej, na dobry początek, dotarła do jego rąk jałmużna w wysokości 1000 peset. Bardzo ekscytowała go perspektywa podróży. Wiązał z nią bowiem wielkie nadzieje, przekonany, że praca apostolska dzięki niej uzyska znaczny wzrost. W przeddzień podróży wymieniał jej poszczególne etapy Manolowi Sainz de los Terreros:

Wczoraj rankiem jak akwizytor mego Pana Jezusa Chrystusa – podjąłem tę podróż: Burgos – Palencja; Palencja – Salamanka; Salamanka – Avila; Avila – Salamanka; Salamanka – Palencja; Palencja – Leon; Leon – Astorga; Astorga – Leon; Leon – Bilbao i... bo ja wiem, może przyjdzie mi pojechać aż do Sewilli.

Nie ma to jak być biednym jak mysz kościelna, aby móc przejechać cały świat76.

Był tak radosny, że w liście do Isidora przewidywał pełen sukces podróży:



Dziadek, co mu zupełnie odpowiada, włóczy się po świecie: jutro wyjeżdża do sześciu lub ośmiu głównych miast. Mimo wszystko biedaczek nam przybiera na wadze.

[...] Ach, w tę podróż dziadek pojechał sam. Powiada, że powróci z mnóstwem pieniędzy, które dostanie w prezencie od don Manuela, aby mógł wyremontować dom w Paryżu. Oby tak się stało!77.

Tak jowialnie i energicznie wypowiadał się akwizytor Jezusa Chrystusa. Jedna w zapiskach możemy zobaczyć, co się działo w jego wnętrzu:

[...] postanowiłem wyruszyć w ciężką podróż, ale jest to konieczne.

Jeśli chodzi o mnie, to – całkiem sam – zamknąłbym się w jakimś klasztorze aż do końca wojny. Bardzo mi brakuje samotności. Ale to nie moja, lecz Pana wola. Muszę pracować i męczyć się, pozbawiony samotności. Mam też wielka ochotę opuścić Burgos78.

To dojmujące pragnienie samotności było spowodowane pragnieniem nasycenia się spotkaniem sam na sam z Bogiem. Jednak mimo zmęczenia zmuszony był przemierzać kraj wzdłuż i wszerz, bez wytchnienia.

19 stycznia, pod odprawieniu jak zwykle Mszy Świętej o 6.15 u terezjanek, wsiadł do autobusu do Palencji. Zasięgając języka, odnalazł pałac biskupi. Biskup osłupiał na jego widok. „To zupełnie inny człowiek!” – powiedział swemu sekretarzowi. Ostatni raz widzieli się przed wojną. Serdecznie gawędzili o swoich sprawach. Po złożeniu tej wizyty don Josemaría wsiadł w pociąg do Valladolid. Następnego dnia odprawił u terezjanek mszę w intencji don Pedra Povedy, a potem ruszył na poszukiwanie rodziny Jacinto Valentína Gamazo, wiernego Dzieła, poległego na froncie pod Alto de los Leones79.

21 stycznia, już w Salamance, odprawił mszę w domu rekolekcyjnym terezjanek. Odbył tam dłuższe spotkanie z Pepą Segovia i w porozumieniu z nią przygotował program opieki duchownej nad terezjankami.

22 stycznia opuścił Salamankę. Przybył do Avili punktualnie, by odprawić mszę: Odprawiłem Mszę świętą za duszę D. Pedro (jak bardzo śmiał się z nieba! – Ten dzieciuch odprawia mszę w mojej intencji – powiedziałby) u terezjanek. Wspaniałe powitanie!80.

Odbył długą i bardzo serdeczną rozmowę z biskupem Ávili, don Santosem Moro, tłumacząc mu, czym jest Dzieło (Wszystko zrozumiał – zanotował w swoich Zapiskach). Wieczorem wrócił do Salamanki. Następnego dnia, gdy przygotowywał plan rekolekcji dla terezjanek, wielką niespodzianką dla niego było pojawienie się Ricarda, który przyjechał z linii frontu. Odłożył natychmiast program, gdy dowiedział się, że jego przepustka potrwa zaledwie dwa dni. (Cały dzień z Ricardem, myśląc o wszystkich podsumowuje w Katarzynce)81.

Powoli i niedostrzegalnie zaczęły pojawiać się u don Josemaríi skutki tych wyczerpujących podróży. Następowały kolejne niepokojące symptomy, począwszy od braku apetytu i lekkiego zmęczenia, aż po kolejne coraz bardziej alarmujące wiadomości... W jego zapiskach powtarzają się wzmianki na ten temat:

25 stycznia. Prowadzę rekolekcje terezjanek, nie bardzo mam na to ochotę, ale okazuję wiele dobrej woli82.

Burgos, 28 stycznia: Codzienne życie. Dostałem kataru83.

Vitoria, niedziela, 30 stycznia: Mam wielką ochotę na samotność. Patrzę na siebie jak na piłkę, którą Mój Ojciec – Bóg odbija od ścian, raz kopie, innym razem pieści w Swoich dłoniach...84.

Bilbao, 1 lutego: Dzisiaj dużo się kręciliśmy [...]. Kompletnie straciłem głos. Nie mogę mówić. Jutro wracam do Burgos, żeby się podleczyć. Czuję się słabo. Przytyłem nieco, ale jest ze mną gorzej niż wtedy, gdy przyjechałem. Mam mdłości od pierwszej chwili, gdy auto rusza. Mam zrujnowane zdrowie: ale nikomu o tym nie powiem85.

Burgos, 2 lutego: Wróciłem na ulicę Santa Clara 51, i nie ruszam się z domu. Płukanie gardła, kompresy, szalik na szyję. Jestem zadowolony z mojego pobytu w Bilbao! Mam nadzieję, że przyniesie owoce86.

3 lutego: Wstałem późno [...]. Nie mogę odprawić mszy87.

4 lutego: Ciężka noc. Kaszel i proszki. Znowu nie mogę odprawić Mszy Świętej88.

Można było oczekiwać, że choroba ta jest lekka i minie po kilku dniach wypoczynku. Tak się nie stało. Stan chorego się pogarszał. Przykuty do łóżka, założyciel Opus Dei otrzymał list od Wikariusza Madrytu, ks. Morána, który chciał się z nim spotkać 10 lutego w Salamance. Połamany, zupełnie nie mogąc mówić, zapisywał: Nadal nie mogę mówić. Jutro muszę jechać do Salamanki [...]. Nie wiem, czy nie powinienem się położyć do łóżka89. Zwyciężyło w nim poczucie obowiązku, ale musiał przerwać podróż i spędzić noc w Medina del Campo, nie zmrużywszy oka i z wysoką gorączką. Pozbierał się i udało mu się dotrzeć do celu. Zjadł obiad w Salamance z don Francisco Moránem. Długo rozmawiali o Dziele. Ksiądz Josemaría opowiedział księdzu wikariuszowi historię swego bytowania w Madrycie, ucieczki, apostolstwa prowadzonego na froncie i na jego tyłach, wizyt składanych biskupom... Odczytał mu List Okólny. Mówił o swoich rekolekcjach, a także o swoim życiu wewnętrznym. W ten sposób don Francisco zapoznał się całkowicie z rozwojem Dzieła, a nie tylko z jego zewnętrznymi dziejami. Wspominali czasy Republiki, gdy don Josemaría nie był jeszcze inkardynowany w Madrycie i próbował wytłumaczyć swoje intencje, by otrzymać licencje kapłańskie. Potem omówili przebieg dziesięcioletniej działalności Dzieła, a ksiądz wikariusz roześmiał się z całego serca, gdy don Josemaría zapytał go: Co ksiądz by mi powiedział, gdybym w 1928 przyszedł do księdza i powiedział: „Muszę zostać w Madrycie, ponieważ Jezus pragnie, bym dokonał wielkiego Dzieła?”90. 11 lutego z powrotem znalazł się w Burgos, gdzie czekał na niego niezwykle serdeczny list od biskupa Madrytu, w którym don Leopoldo pisał, co następuje:

„Kochany księże José Marío!

Uradował mnie bardzo list od księdza z 10 stycznia i z całego serca zań dziękuję. Już ksiądz Morán przekazał mi tę niezmiernie radosną wiadomość, że udało się księdzu uwolnić z czerwonej strefy i że Pan Bóg nam księdza zachował, by mógł ksiądz zrobić jeszcze wiele dobrego. Niech ksiądz mi wybaczy, że nie odpowiedziałem wcześniej; chorowałem, a teraz powoli i z wielkim opóźnieniem nadrabiam zaległości, co naturalne, jeśli chodzi o korespondencję (...)”91.

Ta dobra wiadomość pozwoliła don Josemaríi całkowicie odzyskać siły. Od 15 do 17 lutego podróżował po prowincji Leon. Po drodze spotkał się z wieloma osobami, między innymi z biskupem Astorgi. Przede wszystkim pojechał zobaczyć się z don Eliodoro Gilem, którego poznał w 1931 roku. Kapłan ten często odwiedzał Akademię DYA na ulicy Luchana, a następnie akademik przy Ferraz. Teraz był proboszczem w Leon. Jestem zadowolony z podróży: osiągnąłem to, co sobie założyłem z Espinosą i Eliodorem nie podaję szczegółów – pisał w swoich Zapiskach. Z Espinosą de los Monteros rozmawiał na temat jego możliwego powołania do Dzieła; a don Eliodoro obiecał, że będzie odbijał na powielaczu listy okólne, które don Josemaría będzie mu wysyłał z Burgos, aby następnie rozprowadzać je na frontach między członkami Dzieła. Poza tym dobry ten kapłan zapłacił za hotel, podarował mu trochę słodyczy, a na dodatek udzielił mu sporej jałmużny92.



Wcześnie się kładę, bo ledwie żyję93 – mówią dalej Zapiski. Sobota, 19 lutego. Szaro. Katar. Niewiele jest do opowiadania94. W niedzielę 20. wyjechał do Saragossy. Przejazdem wstąpił do Calatayud.

Poniedziałek 21 lutego. Poszedłem do Sanktuarium Santa María del Pilar. To pierwsze miejsce, które odwiedzamy w Saragossie. Potem do terezjanek. Potem do lekarza, ponieważ nadal mam gorączkę, boli mnie gardło i pluję krwią95.

Nowe wizyty i przejazdy. Don Josemaría dowiaduje się, że Enrique Alonso-Martínez znajduje się w szpitalu w Alhama de Aragón. Tam też się udaje. Z powrotem zjawia się w Saragossie. Potem do Pampeluny. Stamtąd jedzie do Jaki zobaczyć się z José Ramónem Herrero Fontaną. („Beniaminek” rodziny zaczął nazywać go Ojcem na krótko przed wybuchem wojny). Wraca do Pampeluny. Potem jedzie do San Sebastián. Kolejna seria wizyt. Kolejne sprawy do omówienia. 2 marca, w Środę Popielcową, wraca do Burgos, zmęczony, wyczerpany i z gorączką. W czwartek gorączka się utrzymywała. W piątek został w łóżku.

W tym miejscu jego postanowienie, dotąd starannie dotrzymywane, by sporządzać Katarzynki codziennie, zostaje złamane. 10 marca, czwartek:

Nie pisałem Katarzynek od kilku dni. A mógłbym wiele napisać [...].

Czuję się jak biedny sługa, któremu jego pan zdjął liberię. Same grzechy! Rozumiem, jak bardzo swoją nagość odczuwali nasi pierwsi rodzice. Dużo płakałem, wiele cierpiałem. Jednakże jestem bardzo szczęśliwy. Nie zamieniłbym się z nikim. Od wielu lat nie tracę mojej gaudium cum pace*. Dzięki Ci, Boże mój! [...]

Nie mogę modlić się głośno. Słuchanie głośno wypowiadanej modlitwy sprawia mi niemal fizyczny ból. Moja modlitwa myślna i w ogóle całe życie wewnętrzne to zupełny chaos. Rozmawiałem o tym z biskupem Vitorii, on mnie uspokoił.

Dziś do niego napiszę — O.c.P.a.I.p.M.96.

Poniedziałek 21 marca. Wiele dni bez pisania Katarzynek [...].

W tych dniach oglądało mnie trzech lekarzy. Chłopcy mnie zmusili [...].

Dzisiaj przyszedł D. Antonio Rodilla. Jakiż to dobry przyjaciel! Otworzyłem przed nim moją duszę. Ogołocenie z cnót, cała góra marności: nie odmawiam modlitwy na głos, gorzej jeszcze: wydaje mi się, że nie modlę się nawet w myślach. Chaos. Nie jestem w stanie ścierpieć głośnej modlitwy: aż mnie boli głowa, gdy słyszę głośne modlitwy. Chaos. Ale wiem, że kocham Boga. Tak, i że On mnie kocha. Jestem nędznikiem, ponieważ jestem grzesznikiem, nieuporządkowanym i nie mam życia wewnętrznego. Chciałbym płakać i nie mogę. Ja, który tyle już łez wylałem! A jednocześnie jestem bardzo szczęśliwy: nie zamieniłbym się z nikim. – To wszystko i jeszcze inne sprawy opowiedziałem D. Antoniowi. Ten kwadrans dziękczynienia, cały czas patrząc na zegarek i sprawdzając, kiedy się wreszcie skończy! Co za ból! A jednak kocham Jezusa ponad wszystko. – Potem powiedziałem D. Antoniowi, że wydaje mi się, że go oszukuję, i że mówię o tym wszystkim, pchnięty do tego pychą. Pocieszył mnie i powiedział, że idę dobrą drogą97.

Te notatki są jak łzy wpadające do morza goryczy:



Kwiecień, Wielki Piątek, 15. Już od pewnego czasu nie byłem w stanie pisać Katarzynek. [...] Nic nie powiem na temat mojego obecnego stanu duszy.

4 czerwca 1938, wigilia Zesłania Ducha Świętego. Prawie dwa miesiące minęły bez pisania. Od tej chwili będę się starał prowadzić zapiski codziennie. O, Katarzynki!98.

* * *

Nie wiadomo, do jakiego stopnia założyciel Opus Dei zdawał sobie sprawę, że jest poddawany ciężkiej próbie. Należy przynajmniej wspomnieć, że ta choroba, w trakcie której usta wypełniały mu się krwią, była dolegliwością bolesną i dziwną. (Nigdy nie dowiedział się z całą pewnością, czy chodziło o gardło, czy o płuca, gdyż była to choroba o dziwnej i nieczęsto spotykanej etiologii). Don Josemaría znosił ją spokojnie. Był spokojny o siebie, lecz jednocześnie dręczył go strach, że jeśli byłaby to zaraźliwa faza gruźlicy, nie będzie mógł już towarzyszyć swoim synom. Za radą lekarza zaczęto stosować zastrzyki dopłucne. Ale kapłan był przekonany, że jeśli rzeczywiście był gruźlikiem, to Pan wyleczy go, aby mógł kontynuować swą pracę99. Zrób mi tę łaskę i nie mów o mojej chorobie, gdyż jej już nie ma – pisał bardzo prawdziwie do Ricarda100. Nic szczególnego nie znalazł specjalista od płuc. Jednak od tej chwili don Josemaría był świadom, że ta osobliwa choroba stanowi preludium do kolejnego zaostrzenia się czekających go oczyszczeń biernych.

W marcu 1938 roku, w tym samym czasie, gdy pojawiły się symptomy choroby, powstają dwie Katarzynki, w których kapłan z otwartym sercem przedstawia swój stan wewnętrzny. Z jakiegoś tajemniczego powodu pojawiają się nagle, w zupełnej próżni te całkiem samotne i wspaniałe Katarzynki. Być może don Josemaría był świadom, że przechodzi proces mistycznego oczyszczenia.

Pewna drobna przesłanka jest znaczącym sygnałem, pozwalającym nam wyciągnąć dalsze wnioski. Wydaje się dziwnym, że po tak długim okresie milczenia pojawia się zupełnie nagle takie oto niespokojne wyznanie: Czuję się jak biedny sługa, któremu jego pan zdjął liberię – czytamy101. Poetycki obraz, spontaniczny i przemyślany jednocześnie, którym przerywa milczenie. Być może jest to obraz inspirowany pismami Świętego Jana od Krzyża. Obraz bardzo odpowiedni do pisemnych rozważań stanu swojej duszy, tak jak miał w zwyczaju założyciel Opus Dei. Mistyk hiszpański obnaża przed nami swoje wnętrze w poemacie Noc ciemna, będącym pieśnią duszy, która nocą błądzi w poszukiwaniu Ukochanego: „Bezpieczna wśród ciemności/Przez tajemnicze schody, osłoniona”. Osłonić duszę – wyjaśnia mistyczny poeta – oznacza tyle, co przyjąć strój lub kształt, który „najżywiej odzwierciedla skłonności uczuciowe jej ducha”, by zyskać względy Ukochanego. „Liberia więc, którą przywdziewa, ma trzy zasadnicze kolory: biały, zielony i czerwony. Barwami tymi oznaczone są trzy cnoty teologiczne: wiara, nadzieja i miłość»102. W tym przebraniu dusza opuszcza samą siebie i wszystkie rzeczy, zamieszkując w „uciszonej chacie”, by żyć życiem miłości do Boga.

Wyznanie dokonane w Zapiskach, wzmocnione jeszcze obrazem wyzbycia się liberii, opisuje doświadczenie mistyczne. Autor wchodzi bez dalszych wstępów w swoje własne przeżycia, zostawiając wiadomość o tajemniczym niepokoju, jaki zasiał w jego duszy Ukochany. Nie chodzi tutaj o prostą ilustrację. Nie taki jest cel intymnych notatek założyciela Opus Dei. Raczej o to, że być może Bóg poruszył go, by zostawił nam wiadomość, dla naszego pożytku duchowego. W sprawach wewnętrznych don Josemaría był bowiem bardzo oszczędny w słowach i zachowywał milczenie.

W tym miejscu trzeba rzucić okiem w przeszłość na niezliczone próby, przez które przechodził don Josemaría między 1931 a 1936 rokiem. Po tym, jak – według jego słów – Boży orzeł schwycił go w swoje szpony, niczym ptaszka niskiego lotu, wynosząc go na wyżyny, by potem nagle zmusić go do samodzielnego lotu duchowego103.

Don Josemaría przeszedł długoletni proces, naznaczony udrękami, będąc przekonanym, że jest narzędziem niezdatnym i głuchym104, nędznym grzesznikiem, niegodnym zostać założycielem. Z powodu tego przeświadczenia, które było dla niego powodem dojmującego bólu, musiał znosić długie okresy cierpień nie do wytrzymania, które wywoływały odruchy buntu. Jednocześnie musiał przezwyciężyć silne pokusy dotyczące spraw niskich i podłych105, w czasie z niepokojem dążył do wypełnienia Woli Bożej. Następnie nadeszła okrutna próba106 (w czasie której na prośbę Pana musiał się wyzbyć tego, co stanowiło sam sens jego życia: Opus Dei). A jeszcze bieda, upokorzenia i posuchy duchowe, ból z powodu prześladowania Kościoła oraz z powodu świętokradztw, które były nieustannie popełniane wszędzie dookoła. Jednak pośród tylu cierpień nie zabrakło mu doskonałego zawierzenia się Bogu, ani poczucia synostwa Bożego, które w niezatarty sposób odcisnęło się w jego duszy, ani miłości do Krzyża, głęboko zakorzenionej w jego sercu, ani życia dziecięctwem duchowym, które stało się zwyczajem i metodą jego życia wewnętrznego, ani też gorącego zapału apostolskiego. Z cierpieniami i radościami przemieszane były także strumienie łaski, które zatapiały jego duszę w głębokiej kontemplacji i ciągłej, trwającej dzień i noc, modlitwie, nawet podczas snu107.

Zdarza się, że gdy w tych warunkach Bóg chce poprowadzić dalej duszę, już dojrzałą i zahartowaną w bólu i oziębłości, nie wpędza jej z nagła w „noc duszy”, jak gdyby po to, by dać jej ostatnie oczyszczające poprawki, lecz pozwala, by minął pewien czas108. Taka wydaje się ogólna reguła. W życiu mistycznym założyciela Opus Dei natchniona kontemplacja została mu dana w stosunkowo wczesnym okresie. Jeśli ktoś śledzi uważnie przebieg jego życia, zauważy, że jego najcięższe oczyszczenia bierne w każdej chwili ożywiane Miłością Bożą nie skończyły się aż do chwili śmierci. Lata hiszpańskiej wojny domowej to czas szczególnego zadośćuczynienia ze strony założyciela Opus Dei. O to prosił Boga na miesiąc przed wybuchem wojny, a lata wojny domowej spędził na Krzyżu bez ostentacji109.

Istnieją jasne świadectwa, że przeszedł różne okresy prób. Po pierwsze całą serię prób nocnych, które nastąpiły przed i po 9 maja 1937 roku. Wtedy, w Konsulacie Hondurasu nocami chodził piętro wyżej do o. Recaredo Ventosy, by mu się zwierzyć. Kolejny okres prób związany jest z różą z Rialp, której znalezienie poprzedzały rozdzierające wątpliwości, zarówno w Madrycie, jak i w Barcelonie. Zaś trzeci okres trwał od lutego do kwietnia 1938 roku, kiedy don Josemaría mieszkał w pensjonacie na ulicy Santa Clara w Burgos. Cierpienia wspomniane w Katarzynkach z marca 1938 roku będą się ciągnąć przez dłuższy czas. Ciągłość tych zjawisk mistycznego oczyszczenia nie jest jednak oczywista. Aluzje do tego tematu są bardzo zawoalowane. Na przykład, gdy Ojciec pisze do Juana Jiméneza Vargasa: Gdybym Ci powiedział, Juanito!... Ale nie, nie powiem Ci110. Tego rodzaju postawę zajmował względem swoich synów, aby nie przytłaczać ich troskami; ale szukał także porady duchowej, na przykład u don Antonio Rodilli, któremu otworzył swą duszę111.

Podczas tych najcięższych okresów Bóg dokonywał wielkiej łaski, polegającej na oczyszczeniu niedoskonałości duszy założyciela Opus Dei, oczyszczając jego uczucia, by mógł jeszcze bardziej zbliżyć się do zażyłości z Bogiem. Jednak pierwsze wrażenie z lektury Katarzynek spisanych w konsulacie oraz na ulicy Santa Clara jest przerażające i poruszające. (Cierpiałem tej nocy strasznie. – Myślę, że rzadko cierpiałem tak bardzo jak teraz – zwierza się don Josemaría)112.

Jakże straszliwe musiało być dla świętej duszy poczucie odrzucenia, odarcia z liberii cnót, to jest z przyjaźni z Bogiem i wtrącenia w ciemności, jak tego człowieka z przypowieści ewangelicznej, który nie miał stroju weselnego: „Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”113.

Zdarza się wówczas, że dusza boleśnie oświetlona jest Bożym światłem, które ją oczyszcza, powodując nieznośne cierpienia. Rozum pozostaje ślepy. Wola – oschła. Pamięć – bez wspomnień. Uczucia zbolałe. W jasnym świetle Bożym dusza widzi siebie pozbawioną cnót, całkiem pogrążoną w bagnie nędz i niegodna, by zbliżyć się do Boga. W tych warunkach widzi się taką jaką jest, taką jaką wcześniej nie mogła siebie zobaczyć. – (— Same grzechy! Rozumiem, jak bardzo swoją nagość odczuwali nasi pierwsi rodzice.114 – będzie wołał boleśnie niepocieszony założyciel Opus Dei – Ogołocenie z cnót, cała góra nędz)115.

Widząc się taką nędzną, dusza czuje się zagubioną, znajdującą się o krok od potępienia. (Obawiam się o swoje zbawienie116, czytamy w Katarzynkach z konsulatu. Czuję straszliwe wątpliwości i udręki, kiedy myślę o moim zbawieniu. O Boże! O Matko! Czy zgodzicie się na to, żebym się potępił?)117. Wszystko powoduje cierpienie, wątpliwości, obawy i walkę, które toczy wewnątrz siebie dusza. (Noce w konsulacie wypełnione obawą, że nie spełniona zostaje wola Boża. Noc w Rialp spędzona bezsennie na wątpliwościach, czy pozostaje, czy też nie w przyjaźni z Bogiem).

I jeszcze ten ból, „ból Miłości”, wyczerpywał całkiem duszę i zmuszał go do płaczu i długich godzin nocnych jęków. (Niepohamowanych jęków, szlochu z powodu smutku, i łez, wielu łez, wylanych podczas nocy w konsulacie i w Rialp. W pensjonacie na Santa Clara spędzał całe dni płacząc, a także całe dni, chcąc płakać i nie mogąc).

Podczas tego mistycznego procesu, gdy palec Boży dotyka duszy, chociaż jest w tym pewna pieszczota, dusza pozostaje sparaliżowana w swoich zdolnościach. Mistrzowie mistyki mówią o hebetudo mentis118, stanie, gdy rozum staje się otępiały i osłabiony, nie mogąc przeniknąć sensu tego, co się dzieje. (Założyciel Opus Dei opisuje to doświadczenie w sposób potoczny: Nic mi nie przychodzi do głowy: jestem całkiem ogłupiały)119.

Wola także pozostaje nieprzydatna i bezsilna, traci uczucie i gorliwość, a akty pobożności stają się dla niej prawie niemożliwe do wypełniania120. Wszelki wysiłek, by prowadzić rozmyślania lub poruszyć wolę okazuje się trudny i bolesny: Nie jestem w stanie ścierpieć głośnej modlitwy: aż mnie boli głowa, gdy słyszę głośne modlitwy – pisze założyciel Opus Dei w pensjonacie przy Santa Clara121.

Z drugiej strony wydaje się, że pamięć błądzi całkiem zagubiona i pogrążona w zapomnieniu, nie mogąc obudzić wspomnień z przeszłości. Dusza zaabsorbowana całkowicie teraźniejszą żywą świadomością własnych niedoskonałości i nędz nie może odwołać się i znaleźć pocieszenia w przeszłych doświadczeniach122. Jednak jak tylko kończy się czas oczyszczenia, pamięć się odradza. Tak jest w przypadku notatek sporządzonych przez założyciela Opus Dei w konsulacie, kiedy rano spisywał doświadczenia, przez jakie przeszedł w nocy. (Przypomina je w sposób tak jasny i żywy, że wspomnienie przeszłości staje mu dramatycznie przed oczyma: Moja modlitwa wypowiadana ze wszystkich sił mojej duszy: „Jezu, jeśli nie będę narzędziem takim, jakim pragniesz, jak najszybciej zabierz mnie w Twej łasce.123).

Dzięki temu żywemu wspomnieniu wiemy, że w samym środku procesu oczyszczenia jego miłość przybierała odcień boleśnie udręczonego uczucia, jak tego doświadczał podczas nocy w konsulacie. Czasami wybuchała w potoku aktów strzelistych: O, Domine!: tu scis, quia amo te. – Sancta Maria, Spes, Mater!*124; kiedy indziej były to pełne bólu wyznania ufnej miłości, wykraczającej poza życie i śmierć: „Nie boję się śmierci, mimo mego grzesznego życia, ponieważ pamiętam o Twej Miłości: tyfus, gruźlica, albo zapalenie płuc... albo kula w łeb, wszystko jedno!125. Mimo cierpienia, w którym pogrążona jest dusza, myśląc, że jest dla Boga stracona, przeczuwa Jego bliskość. W duszy jednocześnie w niezrozumiały sposób dają się jednocześnie odczuć obecność i nieobecność Boga. Z ogromną pewnością założyciel Opus Dei zapewnia, że nie stracił nigdy, nawet w czasie tych strasznych doświadczeń mistycznych, wewnętrznego spokoju. Od wielu lat nie tracę mojej gaudium cum pace*126 – pisał.

Owocem tego oczyszczenia jest coraz wyraźniejsze poznanie Boga i własnej nicości. Powtórnie pojawiają się uczucia miłości, wraca spokój i radość. (Radość, gdy pojawił się z różą w ręku rankiem w Pallerols. Pewność, że zacieśniła się jego przyjaźń z Bogiem: Wiem, że kocham Boga. Tak. Wiem też, że i On mnie kocha127. A po ciężkich zmartwieniach, ma świadomość niewysłowionego szczęścia: Jestem bardzo szczęśliwy. Nie zamieniłbym się z nikim128 – czytamy w jednej z Katarzynek z pensjonatu Santa Clara).

Po każdej ciężkiej nocy oczyszczeń Ojciec z prostotą przygotowywał się do kolejnego dnia, starając się, żeby nikt nie dojrzał na jego twarzy śladów walki wewnętrznej. Działanie Boga zostawia bez wątpienia szczególne ślady na każdym z Jego świętych. Historia każdej duszy jest inna. Stąd wynika pewna charakterystyczna cecha ducha założyciela Opus Dei, związana z jego życiem tu, na ziemi: Rozumiem, że Jezus chce, żebym żył, cierpiąc, i pracował. Wszystko mi jedno. Fiatzanotował129. Oznacza to, że złączenie jego życia kontemplacyjnego z Krzyżem i jego praca stanowią jedno. W tamte poranki zadanie to nie było łatwe do wykonania. Z gwałtownych nocnych zaburzeń don Josemaría wynosił radość duchową, ale także wyczerpanie duchowe i cielesne. Można sobie wyobrazić, jak się wtedy czuł, czytając notatkę, całkowicie autobiograficzną, z piątku 21 maja 1937:



Boli – aż do żywego ciała. Wszystko sprawia ci ból: władze umysłowe i zmysły. I wszystko zamienia się dla ciebie w pokusę... Biedny synu! Bądź pokorny. Zobaczysz, że prędko wydobędziesz się z tego stanu. Twój ból przemieni się w radość, a pokusa – w niezłomną stanowczość. Na razie ożyw swoją wiarę; napełnij się nadzieją i czyń bezustanne akty Miłości, choćby ci się zdawało, że wypowiadasz je jedynie ustami130.

Któż mógłby przypuszczać, że tego samego dnia, w piątek 21 maja, w liście do Loli Fisac, w którym prosi ją, by została jego wnuczką, będzie pisał jak osoba obdarzona spokojnym snem, dysponująca rankiem pełnią władz fizycznych i duchowych? A jeszcze tego samego ranka będzie mobilizował swoich synów w Madrycie, aby starali się oficjalnie domagać się odszkodowania za straty, jakie poniósł akademik przy Ferraz 16.

Nie rozmawiał jasno ze swymi synami na ten temat nie z powodu surowych wymagań cenzury wojennej, lecz dlatego, że wierny był swojej zasadzie, by się ukryć i zniknąć, zwłaszcza gdy chodziło o sprawy związane z jego życiem w obecności Bożej131. Jednak dawał im do zrozumienia tyle, ile było konieczne, by towarzyszyli mu w bojach miłości i zadośćuczynienia, jak można zobaczyć z treści listu do tych z Walencji:

Dziś dziadek jest smutny. Przygnębiony, pomimo ogromnej serdeczności jego najbliższych. I pomimo całej heroicznej cierpliwości mego siostrzeńca Juanita, który dziś nie rozstawia nas po kątach. Przypomina sobie swoją młodość i rozmyśla nad obecnym życiem. I chciałby bardzo zachowywać się dobrze, za tych, którzy zachowują się źle. Niczym don Kiszot chce zadość czynić, cierpieć, pokutować. Przychodzą wtedy do niego rozum i wola (Miłość), i Miłość przybywa pierwsza. Ale przybywa tak bezradna, tak niezdolna do czynu! Dziadek jest smutny, ponieważ nie uda mu się - starcowi bez sił – jeśli nie pomogą mu swoją mądrością jego duchowe wnuki. Zrobił się ze mnie filozof i to tak pokręcony, że wyobrażam sobie, że niełatwo będzie mnie zrozumieć132.

Autor zdaje sobie sprawę, że filozofuje w sposób zagmatwany i że niełatwo będzie go zrozumieć. Jednak nie bez przyczyny. Słowa te nie zostały napisane ot tak sobie. Kapłan doskonale tłumaczy swoje uczucia. Czy może być jeszcze bardziej przejrzysta aluzja do mistycznego oczyszczenia, czy może być większa głębia teologiczna? W kilku zdaniach przedstawia, dlaczego wola (Miłość) wyprzedza rozum, zanim jeszcze zakończy się proces oczyszczania duszy.

Te problemy filozoficzne nie zostały przywołane przypadkowo, skoro w kolejnym akapicie założyciel Opus Dei wypytuje swoich synów o kwestie tak głębokie i poważne, jak świętych obcowanie, dystans dzielący radość wewnętrzną od radości „fizjologicznej” oraz cierpienia i troski ostatnich dni. (Odnosząc się, oczywiście, do ówczesnego okresu, kiedy przeżywał oczyszczenia bierne)133.




1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna