Rozdział XI epoka Burgos (1938-1939) Powrót do Katarzynek



Pobieranie 0,69 Mb.
Strona1/9
Data15.02.2018
Rozmiar0,69 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9

Rozdział XI

Epoka Burgos (1938-1939)
1. Powrót do Katarzynek

Albasowie – rodzina założyciela Opus Dei ze strony matki – poza tym, że sami tworzyli liczną rodzinę, mieli dobre podejście do ludzi. Bez wątpienia dziedziczyli łatwość i rozmach w nawiązywaniu kontaktów. W swoim niespokojnym życiu ksiądz Josemaría mógł się o tym przekonać przy różnych okazjach. Choćby tego dnia, gdy znalazł się w strefie narodowej. Opowiada o tym w notatkach otwierających kolejny zeszyt Zapisek wewnętrznych, gdy wiedziony instynktem historycznym postanowił wrócić do przerwanych Katarzynek1:



Pampeluna 17 grudnia 1937: dziś, zanim rozpocznę rekolekcje, mam zamiar wznowić dziennik (?), Katarzynki, z pomocą notatek, które sporządzałem od 11 grudnia2.

(Tutaj następuje spojrzenie wstecz, aby ocalić od zapomnienia wydarzenia z jego pierwszego tygodnia pobytu w strefie narodowej).



11 grudnia. Emocje, jak najbardziej usprawiedliwione, w chwili przekroczenia mostu granicznego. Modlimy się gorąco na widok flagi hiszpańskiej... [...]

Wymagane jest poręczenie, aby móc wjechać do Ojczyzny. Dzwonię do Księdza Biskupa Vitorii. Don Xavier jest w Rzymie. To pech. – Kobiety, które obsługują centralę telefoniczną, wyczuły u mnie pewną konsternację. Okazuje się, że są zaprzyjaźnione z rodziną mojej matki, ofiarowują mi poręczenie i gościnę u siebie. Dziękuję, ale nie przyjmuję3.

Jak widać, don Josemaría nie wyczerpał jeszcze swoich zasobów:

Dzwonię następnie do Księdza Biskupa Pampeluny: gorące przyjęcie. Jakżeż dobry jest ten święty ksiądz biskup! Od razu prosi o połączenie z Komendanturą Wojskową we Fuenterrabía i poręcza za nas. Umawia się ze mną na jutro w Zumaya i zaprasza mnie z prawdziwą radością, bym pojechał z nim do jego pałacu4.

Członkowie grupy towarzyszącej Ojcu spędzili noc w „Hotel Peñón” we Fuenterrabía. Rano odprawił dla nich mszę, a potem każdy udał się w swoją stronę. José María Albareda został u krewnych w San Juan de Luz. Manolo zatrzymał się we Fuenterrabía u swojej rodziny. Tomás Alvira zdecydował się jechać do Saragossy. Pozostali, ponieważ byli w wieku poborowym, zgłosili się u władz w koszarach Loyola w San Sebastián. W tej sytuacji don Josemaría zawinął wszystkie swoje rzeczy w gazetę, obwiązał paczkę sznurkiem i, pozostawiwszy ją pod opieką portiera hotelu Peñón, udał się na spotkanie z księdzem biskupem w Zumaya do wakacyjnego kurortu w pobliżu San Sebastián. Gdy tam dotarł, dowiedział się, że biskup znajduje się o tej porze w pobliskiej miejscowości, w Zarauz. Ksiądz udał też się tam ubrany jak na wycieczkę i w znoszonych butach. W końcu spotkał biskupa Olaechea w domu markiza Warros, gdzie odbywały się uroczyste obchody braterstwa włosko-hiszpańskiego. Biskup ściska mnie wspomina – i życzliwie się ze mną wita w samym środku tej bieganiny, i zaraz przedstawia mnie ambasadorowi włoskiemu. Zapraszają mnie na bankiet5. Na szczęście w tym momencie zjawił się jeden z tych, którymi opiekował się duchowo w Madrycie: Anioł Stróż zsyła mi Juana José Praderę (który nigdy w tego rodzaju świętach nie uczestniczy, a dziś – oczywiście! – się zjawił). Razem udali się do restauracji, by zjeść coś i porozmawiać.

Wieczór spędził w towarzystwie księdza biskupa. Odwiedzili studio malarza Zuloagi i po powrocie do San Sebastián biskup zmusił don Josemaríę do złożenia obietnicy, że uda się na kilka dni odpoczynku do pałacu biskupiego w Pampelunie. W San Sebastián terezjanki znalazły dla niego jakiś pensjonat, a don Josemaría odprawił dla nich mszę następnego dnia.

13 grudnia, jak pisze w Zapiskach: odprawiłem mszę w intencji don Pedra [Povedy], polecając mu swoją osobę, bardziej niż o ofiarowanie jej za jego duszę (świętą nawet bez męczeństwa); chodziło o to, by prosić o jego wstawiennictwo.

Terezjanki ofiarowują mi pieniądze: poprosiłem je o przedmioty toaletowe dla moich: kupiły cztery grzebienie, cztery pary nożyczek oraz mydło6.

Terezjanki podarowały księdzu odzież i używane buty, dzięki czemu mógł wreszcie pozbyć się przemoczonych bucisk, w których przeszedł przez Pireneje. Bardzo go to ucieszyło, bo w normalnych butach wyglądał nieco lepiej, a ten tydzień zapowiadał się bardzo aktywnie pod względem towarzyskim i apostolskim. Wydawało się, że na trasie Fuenterrabía – Irún – San Sebastián umówili się na spotkanie starzy przyjaciele z Madrytu. Księdzu wystarczyły dwie wizyty, by spotkać się z krewnymi don Alejandro Guzmána, z Aguilarami de Inestrillas7, z hrabiami de Mirasol8, z Guevarami9, z paniami Bernaldo de Quirós, z paniami Vallellano10, z panami de Cortázar i... kto by przypuszczał – z Maríą Luisą Guzmán, markizą los Álamos11 oraz Maríą Machimbarrena, jej siostrą. Były to dokładnie te same trzy kobiety, które kiedyś towarzyszyły mu w czasie wizyty u podsekretarza w Ministerstwie Sprawiedliwości, za czasów monarchii, aby dowiedzieć się o posadę, jaką miał dla niego zarezerwowaną don José Martínez de Velasco, z perspektywą uzyskania stałego stanowiska kościelnego w Madrycie. W tej grupie znajdowały się także Carolina Carvajal, dama Dworu oraz siostra hrabiego de Aguilar de Inestrillas. Carolina w 1931 roku interweniowała u don Pedro Povedy, sekretarza Patriarchy Indii, który zaofiarował księdzu Josemaríi Kapelanię Honorową (której przyjęcia zainteresowany odmówił)12.

Naprawdę, świat był mały. A żeby niespodziankom nie było końca, zdarzyło się, że podczas wizyty domu rodziny Mirasol pewna kuzynka Luz Casanovy, założycielki Patronatu Chorych, w pierwszych słowach oświadczyła mu, że ma powołanie do Dzieła. Don Josemaría przyjął to z całkowitym spokojem13.

Prawdą jest jednak, że nie po to przeszedł przez Pireneje, by prowadzić życie towarzyskie w Kraju Basków. Przy okazji wizyt zbierał to tu, to tam informacje na temat całego szeregu znajomych osób. Dzięki rozmowom telefonicznym z Bilbao odnalazł trzech rezydentów z ulicy Ferraz: Arancibię, Carlos Arestiego i Emiliano Amanna. W San Sebastián spotkał się z Vicentem Urcolą oraz z rodziną Joaquína Vegi de Seoane, innych dwóch chłopców z pracy Świętego Rafała14. Z pomocą tych i innych nazwisk, z których jedne pociągały za sobą następne, don Josemaría zaczął wypełniać od nowa swoją apostolską kartotekę.

W Katarzynkach z 16 grudnia:

Cały czas jestem zmęczony, ale staram się tego nie okazywać [...]. Odprawiłem mszę za D. Víctora Praderę15: byli obecni wdowa i syn.

Jestem zadowolony, że nie dostaję stypendiów: Panie, teraz wiesz, że jestem biedny jak mysz kościelna: widzisz, co wyprawiasz ze swoim osiołkiem16.

Nie trzeba dodawać, że stan jego ubrań pozostawiał wiele do życzenia. Zrobił sobie kilka zdjęć w San Sebastián i, jak sam przyznawał, wyglądał jak bandyta, z wymizerowaną twarzą i głową tonącą w obszernym golfie niebieskiego swetra, który nosił podczas przejścia przez Rialp. Ale jak na razie nikt mu nie podarował sutanny. W takich to warunkach zdecydował się odrzucać wszystkie propozycje stypendiów, które stanowiły jego jedyne dające się przewidzieć źródło utrzymania. Pragnął, by kapłani z Dzieła wyrzekli się wszystkiego, nawet dochodów kapłańskich, w całopalnej ofierze ubóstwa. Była to myśl, która go od dawna nurtowała. I tak martwiąc się o pieniądze – z powodu ich braku – rozmyślał nad słowami z psalmu: iacta super Dominum curam tuam et ipse te enutriet17. Gotów oddać się w ręce Boga, nie poprzestał na półśrodkach i swoje postanowienie doprowadził aż do skrajności. Z tego zdawał sprawę w jednej z Katarzynek18.

17 grudnia don Josemaría dociera do Pampeluny. Znowu zjawia się na kartach Katarzynek jego Anioł Stróż: Dokładnie o wpół do szóstej (w porze wyznaczonej wieczorem), budzi mnie Zegarmistrz: budzik, który nam pożyczono na pensji nie zadzwonił19. Samochód Pradery, którym jechał, musiał się dwa razy zatrzymywać z powodu śniegu. Jednak ksiądz musiał być w niezłym humorze, skoro gdy znalazł się już na terytorium Nawarry, podśpiewywał sobie pod nosem znaną piosenkę:

Najświętsza Panienka z Puy de Estella,

powiedziała do Tej z Pilar:

– Jeśli ty jesteś Aragonką,

to ja jestem z Nawarry... i to jeszcze jak20.

W porze podwieczorku, prawie zamarznięty na śmierć dotarł do pałacu biskupiego. Już przy posiłku powiedział biskupowi, że przyjechał z zamiarem odbycia kilkudniowych rekolekcji. Ale ksiądz biskup, który nie chciał, by opuścił pałac, przygotował dla niego kilka książek do medytacji i lektury, a także podarował mu egzemplarz dwujęzycznego wydania Nowego Testamentu don Carmela Ballestera21. Tylko jedna sprawa martwiła Ojca w momencie, gdy miał rozpocząć rekolekcje. Co też robią jego synowie? Juan i Miguel zostali skierowani do Burgos, ale nic nie wiedział o Pedro Casciaro i Paco Botelli, aż do chwili, gdy pod wieczór powiadomili go telefonicznie, że obaj już znajdują się w koszarach w Pampelunie.

Kiedy już zdobył adres biura Wikariusza Generalnego diecezji madryckiej, która czasowo znajdowała się w Navalcarnero, miasteczku podmadryckim położonym w strefie narodowej, napisał do don Francisca:

Pampeluna — 17 grudnia 1937

Wielebny Ksiądz Francisco Morán — Navalcarnero

Drogi, Wielebny Księże Wikariuszu,

po wielu perypetiach, z których udało mi się wyjść cało dzięki ewidentnej pomocy Boga-Ojca, udało mi się wydostać z obozu czerwonego [...]. Skorzystałem z wielkiej uprzejmości mego drogiego przyjaciela Księdza Biskupa Pampeluny, w jego pałacu zatrzymałem się i tu rozpocznę jutro samotnie rekolekcje święte.

Jeśli Ksiądz Wikariusz nie poleci mi zrobić inaczej, zrozumiem, że wydaje się mu, że dobrze będzie, żebym natychmiast – wypełniając Świętą Wolę Bożą – oddał się pracy zgodnej z moim szczególnym powołaniem do kierowania duszami, które są znane Waszej Wielebności, a które znalazły się w rozproszeniu na całym terytorium strefy narodowej. Są oni wszyscy bez wyjątku, bardzo bohaterscy!

Bardzo proszę Księdza Wikariusza, by zechciał przedstawić naszemu umiłowanemu biskupowi, że codziennie pośród tylu przeszkód modliliśmy się w intencji Jego Ekscelencji.

Wie Ojciec, jak bardzo oddany jest Jego uniżony sługa, i z ucałowaniem rąk prosi o Jego błogosławieństwo,

Josemaría Escrivá22.

Napisał także do Josefy Segovia z Instytutu Terzjańskiego. List wypełniony był mieszaniną kondolencji i radości, gdy wspominał w nim o don Pedro Povedzie:

[...] moje serce nie zniesie dłużej zwłoki, i stąd płyną te linijki... o ojcu i bracie.

Jakaż radość po tym bólu jego straty – i wielu łzach – wiedzieć, że nadal troszczy się o nas z nieba. Dokładnie taki był temat jednej z naszych ostatnich rozmów23.

18 grudnia notował: Od teraz, kiedy notuję na bieżąco, te moje Katarzynki nabiorą więcej życia. Dalej przepisał w zeszycie plan rekolekcji, aby zastosować się jeszcze tej samej nocy do pierwszego punktu planu: oczyszczenie intencji i określenie celu tych rekolekcji. Jego zamierzenia były następujące:



Chcę być bardzo zwięzły w tych notatkach z rekolekcji. Nie przywiodło mnie na te dni skupienia nic poza bardzo intensywnym pragnieniem, by być lepszym narzędziem w rękach mego Pana, aby urzeczywistnić jego Dzieło i rozpowszechnić je po całym świecie, tak jak On sobie tego życzy. Bezpośredni i konkretny cel jest podwójny: 1) wewnętrzny: oczyszczenie i odnowa mego życia wewnętrznego; 2) zewnętrzny: zobaczyć aktualne możliwości apostolstwa Dzieła, środki i istniejące przeszkody24.

Robiąc rachunek sumienia, uważnie przyglądając się sobie od wewnątrz, musiał przyznać w obecności Boga, że pośród tak wielu i tak częstych wad, znalazły się, bez wątpienia, i słabość, i małość, jednak nigdy wola obrażenia Boga, z rozmysłem25.

Podczas tych rekolekcji modlił się – a była to szczera modlitwa dziecka – i płakał z bólu: z bólu Miłości, stojąc wobec swego braku odpowiedzi na łaskę. Gdy zaledwie zaczął lekko grzebać w swoim sumieniu, rzuciły mu się w oczy błędy i zaniedbania i – nieskończenie większe – Boże Miłosierdzie. I ponownie został hojnie obdarowany łzami: [...] jestem sam, zalany łzami: być tak blisko Chrystusa przez tyle lat i być... tak wielkim grzesznikiem! Bliskość Jezusa wobec mnie, jego kapłana, wywołuje u mnie szloch26.

Gdy próbował skoncentrować się na jednym punkcie medytacji, umykał mu – wśród łez – główny temat rozmyślań: modlitwa Chrystusa: Zbaczałem z tematu. Płakać i wołać, wołać i płakać: tak wyglądała moja medytacja. Panie, ześlij mi spokój! A wobec przykładu świętych tym łatwiej wybuchał płaczem: Płakałem – ale ze mnie beksa – czytając żywot księdza Bosco, o który poprosiłem tego ranka służącego biskupa. Tak: chcę być świętym. Chociaż tego rodzaju oświadczenie, tak niejasne, tak ogólne, zwykle wydaje mi się bzdurą27.

Na koniec nie mógł się pohamować w czasie spowiedzi, gdy żywe uczucia bólu Miłości poruszały całą jego duszę: Spowiadałem się u księdza Vicente Schiralliego i – jakżeby inaczej – płakałem jak dziecko, klęcząc przed tym świętym księdzem. Beksa, beksa i jeszcze raz beksa. Ale to błogosławione łzy, dar Boga, które napełniają mnie głęboką radością, rozkoszą, czymś, czego nie jestem w stanie wyjaśnić!28 Martwił mnie ten wybuch czułości do Chrystusa29, jak u dziecka. Nie wstydził się więc zachowywać niczym dziecko, naiwne i szczere, które popełnia taką czy inną zuchwałość duchową.

Pewnego dnia, dokładnie 22 grudnia, wikariusz poświęcił w kaplicy pałacu kielichy, które miały być wysłane do kapelanów wojskowych. Don Josemaría upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu: Zostałem na moment sam w kaplicy i złożyłem na każdym kielichu i na każdej patenie pocałunek, by Pan je znalazł, gdy po raz pierwszy zejdzie do tych świętych naczyń. Było ich dwadzieścia pięć, diecezja w Pampelunie podarowała je na front30.

Padał śnieg. Ten grudzień w Pampelunie była zimny. Mróz przenikał aż do kości. Medytacja na temat śmierci nie poruszyła uczuć księdza, ale medytacja na temat sądu ostatecznego tak. Znowu zalał się łzami i poczynił bardzo mocne postanowienia:

Wiele oziębłości: na początku rozbłysło tylko chłopięce pragnienie, by „mój Ojciec – Bóg był zadowolony, gdy przyjdzie mu mnie sądzić”. – Potem nadszedł mocny wstrząs: „Jezu powiedz mi coś!” powtarzałem wielokrotnie, pełen bólu z powodu wewnętrznego zimna.Oraz wołanie do mojej Matki w niebie: „Mamo!” – oraz do Aniołów Stróżów, a także do moich synów, którzy radują się w Bogu... i wówczas rzęsiste łzy i wołanie... i modlitwa. Postanowienia: „Wiernie stosować się do planu dnia w życiu codziennym” oraz, jeśli mi pozwoli spowiednik – „spać tylko pięć godzin, z wyjątkiem nocy z czwartku na piątek, gdy nie będę spał w ogóle”. Te postanowienia są konkretne i drobne, ale wierzę, że będą owocne31.

(Aby bardziej docenić „małość” postanowień, trzeba wziąć pod uwagę, że podczas tych samych rekolekcji odnowił także swoje dawne umartwienia: dotyczących jedzenia, snu i innych spraw, i tego, co stosowałem przed rewolucją. Sam myślał, że w porównaniu z rekolekcjami z lat poprzednich obecne nie zasługiwały na miano ciężkich. Ciężkich rekolekcji – zapewniał – nie byłbym w stanie odbyć. Złagodzone przez troskę księdza biskupa Pampeluny – tak. Bóg, mój Ojciec, zawsze urządza rzeczy z matczyną troską)32.

Don Marcelino Olaechea starał się ułatwiać mu rekolekcje, spotykając się z nim w godzinie posiłku. 20 grudnia zjawił się w pałacu biskupim delegat apostolski - ksiądz prałat Hildebrando Antoniutti33; kiedy – w porze kolacji – biskup posadził don Josemaríę po prawej stronie dostojnego gościa, ksiądz nadal był ubrany w niebieski sweter i grube spodnie z Pirenejów. (Już sam widok don Josemaríi w tak dziwacznym stroju wołał o sutannę. Ciekawe, że aż do Wigilii Bożego Narodzenia nie ma w Katarzynkach żadnej wzmianki na jej temat)34.

Wśród punktów dotyczących pilnych spraw, którą postanowił załatwić po zakończeniu rekolekcji, czytamy: Powinienem zatroszczyć się o to, by widywać często naszych, pozostawać z nimi w dyskretnej łączności listownej (istnieje cenzura). A jeśli wojna się przedłuży i zdobycie Madrytu opóźni się, powinienem zatroszczyć się o jakiś dom – mieszkanko – gdzie mogliby przyjeżdżać wszyscy, jeśli będą mieli przepustki35.

W Wigilię Bożego Narodzenia zjawił się w Pampelunie José María Albareda. Przywiózł ze sobą dobre wieści. W Madrycie już wiedzieli o przejściu księdza do strefy narodowej. Dotarły do nich pierwsze kartki pocztowe wysłane z Andorry do konsula i do Isidoro (Ignacio), który jeszcze tego samego dnia napisał do San Juan de Luz:

„Dzisiaj mamy 7 września 1937.

Mój drogi przyjacielu José María, aby nie miał Pan tym razem powodu do skargi z powodu opóźnień w odpisywaniu na listy, od razu piszę do tej pięknej doliny, gdzie spędza Pan wakacje, odpoczywając od swoich paryskich obowiązków.

Wszyscy moi krewni mają się świetnie; mały Chiqui akurat teraz pojechał na południe, ale zaraz wraca. Pomimo ciężkiej zimy, jakiej doświadczamy, babcia i wujostwo cieszą się bardzo dobrym zdrowiem. Z moją siostrą Lolą pisujemy do siebie często, możliwe, że w tych dniach zamieszka u nas jej kuzyn.

A jak się mają Pana dzieciaki?

Życząc Panu szczęśliwego zakończenia wakacji, z ukłonami od całej rodziny, wspomina i ściska Pana przyjaciel

Ignacio”36.

Sugestia, która nurtowała umysł don Josemaríi w trakcie rekolekcji, czy nie otworzyć prowizorycznego ośrodka w Burgos zamieniła się w pewność. W Bożonarodzeniowe popołudnie ci, którzy w tym czasie znajdowali się w Pampelunie przy wspólnym stole z Ojcem spotkali się José María Albareda, Pedro oraz Paco, do których przyłączył się José Luis Fernández del Amo, młody człowiek od Świętego Rafała, przydzielony do tych samych koszar, co Pedro i Paco. Podczas posiłku, który był wyjątkowo długi, Ojciec wytłumaczył im, że muszą otworzyć ośrodek w Burgos. Właśnie wtedy omówiono projekt kaplicy. Ażeby wszystko to nie uleciało z wiatrem, José Luis obiecał sporządzić projekt kielicha, który Albareda miał zamówić potem u jakiegoś jubilera w Saragossie. Idea nabierała realnych kształtów. 28 grudnia toczyły się nadal wysiłki w tym kierunku, jak zdaje nam sprawę jedna z Katarzynek: Kupiłem ołtarz w biurze biskupstwa. – Wieczorem wraz z Fernándezem del Amo byłem w sklepie z wyrobami metalowymi, w którym zrobią świeczniki, krzyż i inne przedmioty do kaplicy, która zostanie otwarta w Burgos..., jeśli rzeczywiście zostanie otwarta37.

Zbliżał się koniec roku. Don Josemaría nie chciał ulec życzeniom biskupa Olaechei, który, gdy tylko gość wspomniał o wyjeździe, odpowiadał żartem: „Musi ksiądz zostać ze mną przez 30 lat, nie ma mowy o wyjeździe”. W kilka dni później przypomniał o chęci wyjazdu, a biskup wysunął wtedy argument, który dotychczas ukrywał, jak wynika z jednej z notatek w Zapiskach: Obraził się: powiedział mi, że jeśli nawet wyjadę, muszę prędko wracać, i że nie chce, bym wyjechał stąd dopóki nie otrzymam stroju – sutanny i pelerynki – które on mi podaruje38.

Zrobiono przymiarki do stroju kapłańskiego; było to 29 grudnia.

4 stycznia pisał: – Przynieśli mi sutannę i pelerynkę. Zachciało mi się powiedzieć krawcowi, by nie zrobił mi ich zbyt ciasnych i teraz w nich tonę. Uszył mi ubranie tak, żebym mógł w nim zmieścić jeszcze te czterdzieści kilo, których mi brak39. Brakowało mu także kapelusza. Biskup, bez zbędnych wahań, zdjął frędzle ze swojego i podarował mu, dopóki nie zrobią mu bardziej dopasowanego. Nie uznając się za pokonanego, Jego Ekscelencja upierał się, żeby gość został u niego do 9 stycznia, to jest do dnia swoich urodzin, na kiedy przygotowywał spore święto. Na takie słowa niezmiennie odpowiadał mu don Josemaría: Ksiądz biskup jest zmęczony pracą, a ja jestem zmęczony z powodu bezczynności40.

Dzięki wysiłkom przyjaciół, których ksiądz spotkał na swej drodze, rosła liczba adresów w jego kartotece. Przeróżne osoby pozdrawiały go listownie, telefonicznie, telegraficznie: ci, którzy prosili o przyjęcie do Dzieła i ci, którzy tuż przed wojną domową dopiero byli na drodze do przyłączenia się do Dzieła. Wśród nich wielu przewinęło się przez akademik przy Ferraz41. Były to naprawdę dogłębne poszukiwania. Przed końcem roku Ojciec zdołał skontaktować się z wszystkimi członkami, którzy znajdowali się w strefie narodowej, jak z wielkim zadowoleniem donosił Ricardo Fernándezowi Vallespínowi:



Drogi Ricardo, jaka to radość wreszcie dostać list od Ciebie!

[...] Ileż bezowocnych starań poczyniłem, by się z Wami skontaktować! Ledwie przekroczyliśmy granicę, zaczęło się śledztwo inkwizycyjne i... zobacz, od 11 do 31, gdy nadszedł Twój list, minęło 20 długich dni!



Dziadek mówi, że bardzo dziękuje Bogu, że już odnalazł wszystkie swoje wnuki42.

Możliwość rozmowy lub pisania do swoich synów, chociaż z ingerencją cenzury, wróciła połowę życia Ojcu. Korespondencja z Isidoro poprzez Francję działała dobrze, bez wielkich opóźnień i poważnych kłopotów, które były naturalnie spowodowane okolicznościami wojennymi. Było to wielką pociechą dla tych z jednej, jak i z drugiej strefy. Na temat wielkiej ulgi, jaką spowodowało uzyskanie informacji o wszystkich, zwierzał się Ojciec jednemu ze swoich synów ze strefy narodowej:



[...] Dziś napisaliśmy do moich biednych synów w Madrycie, do babci i do mojego rodzeństwa. Od nich otrzymaliśmy już pięć listów; ostatni z datą 26 stycznia. Są świetnie poinformowani o sprawach rodzinnych. Jaka szkoda, że wcześniej nie znaleźliście jakiegoś sposobu komunikowania się! Najciężej, przy wszystkich tych okrucieństwach, w tym czerwonym piekle, było nic o Was nie wiedzieć. Teraz tym z nas, którzy nie mogą wydostać się spod władzy marksistowskiej tyranii, już zaoszczędziliśmy tej męki. Myślę, że od chwili, gdy znaleźliśmy się na wolności, napisaliśmy do nich co najmniej dziesięć razy43.

7 stycznia don Josemaría wyjechał do Vitorii. Tam przyjął go z ogromną troskliwością ksiądz prałat Javier Lauzurica, ówczesny administrator apostolski diecezji. Rozmawiali o jakiejś sprawie sumienia, którą don Josemaría chciał skonsultować. Następnego ranka wyruszył do Burgos.


2. Burgos

W Burgos czekali na niego Juan Jiménez Vargas i José María Albareda. Albareda zamieszkał w skromnym hoteliku położonym na obrzeżach miasta, na ulicy, która wzięła swą nazwę od niewielkiego romańskiego kościółka Świętej Klary. W pensjonacie tym panowała rodzinna atmosfera. W jadalni znajdował się tylko jeden stół, dokoła którego w świętym zbrataniu zasiadali wszyscy goście. Ponadto przy stole nie było zbyt wielu miejsc do wyboru. Od początku wojny Burgos podwoiło liczbę mieszkańców i teraz osiągnęło już 60 tysięcy. Wszystkie istniejące hotele i wszystkie bardziej reprezentacyjne budynki tego kastylijskiego miasta zostały zajęte przez władze cywilne i wojskowe. W Burgos rezydował rząd strefy narodowej oraz niektóre ministerstwa. W tym samym mieście zainstalowała się także Centralna Rada do Spraw Kultu i Kleru (Junta Central de Culto y Clero) diecezji w Madrycie, chociaż Wikariat Generalny, jak powiedzieliśmy, znajdował się w Navalcarnero, a biskup, don Leopoldo Eijo y Garay, zwykle mieszkał w Vigo44. Poza tym z powodu swego strategicznego położenia oraz dlatego, że przebiegały tędy szlaki komunikacyjne, Burgos świetnie nadawało się ośrodek pracy apostolskiej, projektowany przez założyciela Opus Dei.

Ojciec od razu zajął się załatwianiem spraw. Najpierw wraz z Juanem, który wyjechał z Burgos, by przyłączyć się do swojej jednostki na froncie pod Teruel. Juan był w strefie narodowej tym spośród jego synów, którego uważał za obdarzonego odpowiednimi cechami, by mógł uczestniczyć w pewnym stopniu w ciężarze i odpowiedzialności rządzenia Dziełem. (Juanito powoli rozmawia ze mną o sprawach Dzieła – notuje wówczas założyciel w swoich Zapiskach)45.

W dniu przybycia do Burgos, 9 stycznia, don Josemaría kończył 36 lat. Z myślą o wszystkich swych synach napisał długi list, który zaczynał się tymi słowami:



Okólnik z 9 stycznia 1938

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego oraz Najświętszej Maryi.

Niech Jezus błogosławi moich synów i mi ich zachowa.



Pan także i mnie ustrzegł od śmierci, która wydawała się pewna już niejeden raz: wybawił mnie z ziemi egipskiej, spod czerwonej tyranii – pomimo mych grzechów: dzięki Waszej modlitwie, z całą pewnością, abym nadal był Głową i Ojcem tych jego wybrańców w Dziele Bożym.

Mam zamiar Was odwiedzić, każdego po kolei. Będę się starał rzeczywiście to zrobić, jak najwcześniej się da.

Zanim nastąpi ten tak oczekiwany czas, z pomocą tego listu okólnego udzielam Wam wskazówek i odwagi, i środków, nie tylko do tego, byście wytrwali w naszym duchu, ale także do tego, byście uświęcali się, prowadząc dyskretne, skuteczne i mężne apostolstwo w sposób, w jaki prowadzili je już pierwsi chrześcijanie: błogosławiona praca wyboru i zaufania!

Jako dojrzały i smakowity owoc Waszego życia wewnętrznego, z naturalnością, dla chwały naszego Pana – Deo omnis gloria*! – podejmijcie na nowo Waszą cichą i skuteczną misję.

Nie ma rzeczy niemożliwych: omnia possum**...

Czy zapomnieliście o naszych dziesięciu latach pocieszających doświadczeń? A więc naprzód! Bóg i odwaga!46

Zanim nadejdzie pora na osobistą rozmowę z każdym z jego synów, przypomina im o praktycznych podstawach życia wewnętrznego, o normach pobożności i o sposobie prowadzenia apostolstwa. Dodaje także rady, jak przezwyciężać przeciwności, pojawiające się w czasie wojny: pisać do niego, uczyć się jakiegoś języka obcego, wykonywać jakąkolwiek pracę zawodową, przejechać przez Burgos, gdy dostanie się przepustkę... Zdecydowanie oddaje się do ich wyłącznej dyspozycji, gdyż po to jest ich Ojcem: Jeśli ci mnie brakuje: wezwij mnie. Masz prawo i obowiązek mnie wezwać. A ja mam obowiązek przybyć za pomocą najszybszego możliwego środka lokomocji.

Kończy list następującą informacją:

A teraz ważna sprawa.

Jakiś czas temu odczuwalna stała się potrzeba włączenia prośby „Pro Patre*" do oficjalnej modlitwy Dzieła. – Od najbliższego 14 lutego – Dnia Dziękczynienia, podobnie, jak 2 października zaczniemy się modlić w naszych Preces**, po „Oremus pro benefactoribus nostris***”, „Oremus pro Patre****i wtedy będziemy mówić:

„Misericordia Domini ab aeterno et usque in aeternum super eum: custodit enim Dominus omnes diligentes se”. „Miłosierdzie Pańskie nad nim od zawsze i na wieki, ponieważ Bóg zachowuje tych, którzy Go kochają”.



Wiedzcie, że jesteście, zdaniem świętego Pawła, moją radością i moją koroną: czuwam nad Wami... bądźcie mi wierni!

Błogosławi Was Wasz Ojciec

Mariano

San Miguel de Burgos, 9 stycznia 1938.47

Założyciel Opus Dei potrzebował modlitwy i umartwień swoich synów. Kiedy pisał: czuwam nad Wami... bądźcie mi wierni!, nie rzucał słów na wiatr. Podczas rekolekcji w Pampelunie modlitwy w intencji jego synów po ojcowsku płynęły z jego serca. Już sama myśl, że mogły zaginąć jakieś listy z Konsulatu Hondurasu – od Álvaro del Portillo oraz José Maríi Gonzáleza Barredo – spędzała mu sen z powiek.



Boże mój, Boże mój: ten pokój!

Po wielokroć w ciągu dnia, po wielokroć wspominam każdego z Was. A także biedną babcię i moje rodzeństwo: jednak nigdy nie modlę się w intencji swojej matki, jeśli nie modlę się za rodziców i rodzeństwo każdego z Was.48

Chociaż już drugi raz napisał do wikariusza generalnego, to jednak jako rektor Świętej Izabeli uważał za stosowne wyrazić don Leopoldo Eijo y Garayowi poddanie się jego władzy i jego specjalne poświęcenie dla Dzieła:



Burgos, 10 stycznia 1938.

Mój Kochany Księże Biskupie!

Uciekłszy z Madrytu, od razu napisałem do księdza Morána – który zawsze odnosił się do mnie niczym ojciec – aby oddać się na rozkazy Waszej Ekscelencji.

Dziś zaraz po zakończeniu rekolekcji w Pałacu Biskupim w Pampelunie, gdzie przez kilka dni gościł mnie u siebie ten święty prałat, poznawszy adres mego Księdza Biskupa – dał mi go ksiądz biskup Vitorii – wysyłam ten list do W[aszej] E[kscelencji], w celu ponowienia mojego bezwarunkowego oddania, a także, by powiadomić, że nadal, pełniąc moje szczególne powołanie, prowadzę apostolstwo z młodymi studentami i wykładowcami.

Jeśli W[asza] E[kscelencja] tego sobie życzy, z wielką chęcią udam się w podróż, aby opowiedzieć Księdzu Biskupowi wszystko, co mi wiadomo na temat wspaniałego heroizmu kleru Waszej Ekscelencji i chrześcijańskiej dzielności naszej młodzieży, która przewyższa tą, jaką okazywali pierwsi chrześcijanie w Rzymie.

[...] Najposłuszniejszy syn, który pada do nóg Waszej Ekscelencji i prosi o błogosławieństwo.



Josemaría Escrivá

Rektor Świętej Izabeli

Zamieszkały w Burgos, ul. Santa Clara 5149.

Tego samego dnia udał się do pałacu arcybiskupiego w Burgos, by zwrócić się do księdza biskupa Manuela de Castro y Alonso z prośbą o udzielenie mu jurysdykcji kapłańskich. Na ulicy spotkał się z pewnym klerykiem, dawnym znajomym z Madrytu, który uprzejmie towarzyszył mu aż do pałacu. Tam przedstawiono mu pewnego proboszcza, który przybył w odwiedziny i okazało się, że od dawna znał długą kościelną parantelę Albásów. Rozmawiając z proboszczem, don Josemaría zapomniał o wszystkich ostrzeżeniach o zmiennych humorach biskupa, jak przypuszczał – nieco przesadzonych. Sam nie miał się czego obawiać. Został dobrze zarekomendowany przez don Marcelino Olaecheę. A jakby tego było mało, także don Javier Lauzurica zadzwonił do Burgos, zapowiadając jego przyjazd. Coś bardzo dziwnego unosiło się jednak w powietrzu. Uderzyły go pustka i zimno. Korytarze były puste i nikt na niego nie czekał.

Biskup pojawił się w korytarzu i słychać było, że ktoś mu zakomunikował:

– Przyszedł Escrivá.

Don Josemaría wszedł do pokoju przyjęć i wręczył arcybiskupowi list od biskupa z Pampeluny.

– Proszę poczekać, pójdę po okulary.

Zaraz wrócił z twarzą zdradzającą niezbyt przyjazne nastawienie. Zagłębił się w lekturze i chociaż don Marcelino Olaechea ubarwił swój tekst niejednym żartem, biskup Burgos nawet nie mrugnął. Skończywszy lekturę spojrzał na don Josemaríę znad szkieł i bez ogródek wypalił oschle i krótko:

– Tego Dzieła to ja nie znam.

Zatem ksiądz spróbował w ciągu kilku minut wytłumaczyć to, co już zresztą mówił list na temat celów i przedsięwzięć Dzieła.

– Tu nie ma studentów, mam za dużo księży. Nie udzielam księdzu licencji - brzmiała odpowiedź, sucha i miażdżąca.

– Czy ksiądz arcybiskup pozwoli... – poprosił kapłan.

– Pozwalam - odparł władczo.

– To prawda – mówił don Josemaría – że nie ma tutaj studentów, ponieważ wszyscy młodzi są na froncie, ale skoro Burgos znajduje się w centrum wszystkich wydarzeń, zawsze znajdą się tutaj jacyś studenci.

– Potrafię o nich świetnie zadbać i nie potrzebuję do tego pomocy księdza – brzmiało pożegnanie biskupa50.

W ten sposób zakończyła się wizyta, którą raczej można uznać za rodzaj teatralnego przedstawienia, z tytułem zasugerowanym przez samego don Josemaríę: Rozmowa księdza grzesznika z Księdzem Arcybiskupem Burgos. W każdym razie, ksiądz wyszedł z tego spotkania bardzo spokojny, ale uznał za konieczne skonsultować się ponownie z biskupami Pampeluny i Vitorii, aby inną drogą starać się otrzymać licencje, na których mu zależało. Otrzymanie tych zezwoleń od arcybiskupa Burgos wydawało się niemożliwe. (Przed końcem miesiąca biskup Vitorii, będąc przejazdem w Burgos, załatwił tę sprawę. Gdy następnym razem don Josemaría odwiedził arcybiskupa, wszystko poszło dobrze. Tym razem dostojnik rozpływał się w zachwytach: Najodpowiedniejszym miejscem dla księdza jest Burgos, niech ksiądz się nie rusza z Burgos. Oczywiście, proszę się udać do biura, niech księdzu wystawią jurysdykcje bezwarunkowe51.

Następnym krokiem było znalezienie odpowiedniego spowiednika. 11 stycznia przedstawiono mu sparaliżowanego księdza – don Saturnino Martíneza. Don Josemaría poprosił go, by był jego spowiednikiem. Rozumie mnie doskonale – mówi Katarzynka pod tą datą. I nie jest trudno zrozumieć, dlaczego don Josemaría znalazł wspólny język z don Saturninem:



W czasie rozmowy ucieszyłem się, gdy usłyszałem pochwały, jakie kierował pod adresem Aniołów. A także dlatego, że podziela przekonanie, że my, kapłani, poza Aniołem Stróżem, mamy także do naszych usług Archanioła. Wyszedłem z tego domu z głęboką radością, powierzając się opiece Zegarmistrzunia i Archanioła. Jestem pewien, że nawet jeśli nie mam przy sobie Archanioła, Jezus w końcu mi go przyśle, aby moja modlitwa do Archanioła nie szła na próżno. Niczym dziecko, idąc ulicą, zastanawiałem się, jak go nazwę. Wydaje się to nieco śmieszne, ale jeśli się jest zakochanym w Chrystusie, nie ma takiego głupstwa, które by nas obchodziło: mój Archanioł nazywa się Amador*52.

Ponieważ nie pobierał ofiar, don Josemaría miał swobodę wybierania intencji mszalnych, aby dostosowywać je do potrzeb Dzieła i swoich synów. Wyjątkowo 17 stycznia odprawił ją za swoją osobę i intencje własne:



Odprawiam Najświętszą Ofiarę za mnie, kapłana grzesznika. Odczuwam jej skutki: Ileż aktów Miłości i Wiary! A podczas dziękczynienia, zbyt krótkiego i pełnego rozproszeń, ujrzałem, że od mojej Wiary i Miłości, od mojej pokuty, mojej modlitwy i moich działań zależy w znacznej mierze wytrwałość moich synów, a teraz nawet ich życie ziemskie. Uwielbiony niech będzie Krzyż Dzieła, który niesiemy razem, mój Pan – Jezus i ja!53

Dla swoich umartwień ksiądz potrzebował minimum niezależności i swobody ruchów. Chciałbym mieć osobny pokój - wyznaje w swoich Zapiskach - w przeciwnym razie nie jestem w stanie prowadzić życia, o jakie Bóg mnie prosi. Życie to wymagało m.in. spania na podłodze tylko przez pięć godzin dziennie (z wyjątkiem nocy z czwartku na piątek, którą spędzał całkowicie na czuwaniu); wyrzeczenia się niektórych posiłków oraz na używaniu dyscypliny (była to sprawa zupełnie nie do pogodzenia ze spokojem gościnnego pensjonatu, jeśli weźmiemy pod uwagę, w jaki sposób zwykł ich używać don Josemaría). Przy okazji – powiada dalej. – wydaje się zabawne, że pobyt w Pampelunie i w Burgos można by było zatytułować „polowanie na dyscypliny”54. Szczegóły tego przypadku nie są znane. Może penitent wspomina o tym, że ma trudności ze zdobyciem swoich dyscyplin ad hoc, wedle swego gustu i intencji.

Wśród wszystkich tych spraw don Josemaría sam stale czynił drogę swojego życia wyboistą. Poprzedniego dnia, 16 stycznia, by nie wybiegać zbytnio wstecz, powziął mocne postanowienie, jak czytamy w Zapiskach: by nie odwiedzać z ciekawości – nigdy! – żadnej budowli religijnej. Biedna katedra w Burgos!55 (Pewne przysłówki: nigdy, wcale..., znajdujące poparcie w silnej woli założyciela Opus Dei, brzmią przerażająco; wystarczy przypomnieć tamto Nigdy nie patrzeć! z 193256).

Potrzebne im było mieszkanie w Burgos, gdzie mogliby przyjmować gości, przenocować bawiących tu przejazdem, a najlepiej, gdyby mogli tam urządzić kaplicę. Jednak mimo że intensywnie się o to rozpytywali, w stolicy nie można było znaleźć wolnego mieszkania. Na skutek tego siedziba o dumnie brzmiącej nazwie San Miguel de Burgos, w której był datowany list okólny, nigdy nie przestała być czymś więcej niż niewielkim pokoikiem w pensjonacie czy w hotelu57.

Don Josemaría miał w umyśle wyraźnie zarysowany plan doraźny, średnio- i długofalowy, chociaż wszystko to kończyło się na pracy bieżącej. Najpierw należało spróbować ściągnąć do Burgos Juana Jiméneza Vargasa, Pedra i Paco, którzy wraz z Albaredą mieli stworzyć skład „biura centralnego”, które mieszcząc się w stałej siedzibie, zajmowałoby się koordynacją pracy apostolskiej, opieką nad odwiedzającymi Burgos i prowadzeniem korespondencji. Uznał również, że pilnie należy porozmawiać z wszystkimi członkami Dzieła. Wystarczy pobieżnie przejrzeć Katarzynki, by się dowiedzieć, na czym polegały jego cierpienia

Boże mój, Boże mój! Wszystkich jednakowo kocham, przez Ciebie, w Tobie i z Tobą: wszystkich rozproszonych. Uderzyłeś tam, gdzie najbardziej mnie mogło zaboleć: w moich synów58.

Przyczyn tego bólu było wiele: niemożność dzielenia z innymi ich trudności i cierpień, brak ogniska rodzinnego, izolacja i osamotnienie (Jak bardzo ciąży mi samotność! Moje dzieci, Panie!); oraz niepokojąc myśl, że w tych warunkach jego dzieciom bardzo trudno było wiernie wytrwać na swej drodze59.

Teraz kiedy mieszkał w Burgos, a między obiema strefami istniała nieprzekraczalna przepaść, jego miłość popychała go do wyolbrzymiania niedopowiedzeń. Kiedy Isidoro pisał: „Babcia i wujostwo mają się doskonale; znoszą zimę bardzo dobrze”60, Ojciec dopowiadał sobie między wierszami: Jak mogą ją przetrwać, skoro już osiem miesięcy temu brakowało wszystkiego61. W każdym przypadku, chociaż można było sobie wyobrazić, że istnieją trudności i niedostatki, mógł jedynie domyślać się gorzkiej prawdy, którą przed nim ukrywano. Zima 1938 roku w Madrycie była bardzo ciężka: panowały straszne mrozy, brakowało jedzenia i opału. „Mam takie odmrożenia – pisał Isidoro do innej osoby w strefie czerwonej – że z trudem tylko udaje mi się utrzymać ołówek”62.

Ojciec był we wszystko wprowadzony i z matematyczną dokładnością prowadził rachunki korespondencji. 24 lutego opowiadał Juanowi Jiménezowi Vargasowi: Z Madrytu dostaliśmy już siedem listów. A myśmy im wysłali osiemnaście. Otrzymywanie wiadomości, poza tym, że stanowi pewne pocieszenie, może być także katuszą oczekiwania na odpowiedź, przy możliwości zaginięcia listu lub ingerencji cenzury. Nakłanianie Ojca, by przyjmował bieg spraw z filozoficznym spokojem, nie zdałoby się na nic. To nie leżało w jego naturze. Powiedział to otwarcie Juanowi w liście z 27 marca:



Mam nadzieję, że dowiemy się czegoś o naszych z Madrytu (biedne dzieci!) w najbliższych dniach. 18 marca wysłałem do nich list przez San Juan de Luz, a drugi – 26., dzięki markizowi de Embid. Ich los bardzo mnie boli. Znasz mnie lepiej niż ktokolwiek inny i wiesz, że mam... skłonność do przesady. Pan nie będzie miał jednak tego na względzie63.

(Zapamiętajmy ten sposób przesadzania w uczuciach ojcowskich, jak sam określa to założyciel Opus Dei).

* * *

Podczas półtora roku spędzonego w strefie republikańskiej, w stałym zagrożeniu więzieniem lub śmiercią, Ojciec mógł z bliska przyjrzeć się odwadze, wierności i pomocy, na którą wszyscy mogli liczyć ze strony Juana Jiméneza Vargasa. Ponieważ był od dawna w Dziele i odznaczał się zdolnościami podejmowania decyzji i zarządzania, Ojciec postawił go na czele ekspedycji podczas przejścia przez Pireneje. W drugiej strefie starał się wszelkimi sposobami zatrzymać go przy sobie, by wznowić pracę apostolską. Juan mógł służyć narodowi w jakimś szpitalu, łącząc służbę patriotyczną z posługą dla Dzieła. Ożywiony tym pomysłem, don Josemaría zaraz po przyjeździe do San Sebastián udał się do Juana José Pradery z prośbą, aby ten poparł sprawę u generała Cabanellasa. Następnie zadzwonił do biskupa Pamplony, prosząc, by ze swej strony zechciał skłonić doktora Antonio Vallejo Nágerę, lekarza wojskowego, do znalezienia przydziału dla Juana w Burgos. Naciskał na przeniesienie Juana, lecz bez skutku. Katarzynka z 27 stycznia świadczy o tym, że się nie poddawał: jestem zdecydowany zrobić to, co możliwe, a nawet to, co niemożliwe, by sprowadzić Juana w pobliże. To konieczne!64. Skoro jedynym powodem, dla którego Ojciec postanowił przekroczyć Pireneje i podjąć tyle wyrzeczeń związanych z przedostaniem się do strefy narodowej było rozsiewanie ideałów apostolskich oraz zajęcie się ludźmi z Dzieła, nie powinien teraz pozostawać sam, oddalony od wszystkich swych synów.



Z listu z 24 lutego poznajemy powód, dla którego Ojciec tak bardzo chciał mieć u swego boku Juana Jiméneza Vargasa. Zobowiązując go do zachowania pełnej dyskrecji, mówi mu, że jeśli wytrwa wiernie i pozwoli się odpowiednio formować, będzie jego bezpośrednim następcą na czele rodzinnego przedsięwzięcia65. W tym czasie założyciel Opus Dei był przygnieciony smutnymi okolicznościami, które opiszemy nieco później.

Albareda mieszkał w pensjonacie Santa Clara wraz z Ojcem, chociaż często wyjeżdżał z Burgos z przyczyn zawodowych; Pedro i Paco nadal przebywali w Pampelunie. Obaj zostali skierowani do Służb Pomocniczych, a to ułatwiało możliwość przeniesienia ich do innych departamentów czy biur znajdujących się w Burgos. Dlatego gdy Ojciec dowiedział się, że Luis Orgaz był Dyrektorem Generalnym ds. Mobilizacji, Kształcenia i Uzupełnień Armii (M.I.R.), postanowił spróbować z nim załatwić przeniesienie ich do Burgos. Generał Orgaz wiedział, że ten ksiądz w maju 1931 roku, kiedy w Madrycie palono klasztory, wyniósł Przenajświętszy Sakrament z Patronatu Chorych, by ukryć go w sąsiednim domu. Generał spotkał się z nim ponownie, gdy był więźniem w więzieniu Modelo. A teraz ksiądz ów zjawił się w jego gabinecie, aby prosić o przeniesienie Pedra Casciaro i Paco Botelli66.

Przenosiny Paco nastąpiły stosunkowo szybko; 23 stycznia znalazł się w swoim nowym miejscu przeznaczenia w Burgos. Inaczej Pedro, który pozostał w Regimencie Saperów w Pampelunie aż do marca. W koszarach Pedro znajdował się pod „opieką” kaprala Garmendii, z którym Ojciec zaprzyjaźnił się podczas wizyt składanych w Regimencie, wręczając mu raz i drugi grube cygaro, jedno z tych, które biskup Olaechea trzymał dla ważnych gości. Kapral, przykładny ojciec rodziny, przechwalał się wśród szeregowców swoją „zawrotną karierą wojskową”. Żartując, mawiał: „Nawet Napoleon nie zrobił takiej! W moim wieku już jestem kapralem!”

Donia Micaela Pinillos, właścicielka pensjonatu w Pampelunie, w którym mieszkali Pedro i Paco, poprzednio gospodyni pewnego starego księdza, dobra kucharka, odnalazła w Ojcu „coś bardzo szczególnego”. „Już z daleka widać, że to święty” – opowiadała67. I dzięki czci, jaką odczuwała w stosunku do księdza, towarzyszący mu goście, Pedro i Paco, mimo że byli w stanie ledwie zapłacić razem za jeden pokój, byli także traktowani w sposób uprzywilejowany, często jedząc kolacje za darmo.

Poza donią Micaelą oraz kapralem Garmendią Pedrowi udało się znaleźć trzeciego „opiekuna”. W połowie stycznia zorientował się, że jego wuj, Diego Ramírez, dziennikarz, uciekł z Barcelony. Był znanym działaczem Akcji Katolickiej i zapamiętałym karlistą. W tych dniach don Diego był redaktorem naczelnym „El Correo Español" w Bilbao, pisząc pod pseudonimem Jorge Claramunt, aby uniknąć represji wobec swej rodziny, która ukrywała się w Barcelonie68.

Historia ojca Pedra była, z politycznego punktu widzenia, zupełnie odmienna niż jego wuja. Rodzina Casciaro miała od dawna w swoim posiadaniu dobra w Murcii i Cartagenie. Ale ojciec Pedra, profesor geografii i historii w Instytucie w Albacete, związał się z tym miastem z powodu rosnących zainteresowań archeologicznych, a także z powodu entuzjazmu, z jakim działał od początku w szeregach republikanów. Wybuch wojny domowej zastał go na stanowisku zastępcy burmistrza oraz jednego z głównych działaczy partii Azañi, przewodniczącego w prowincji Frontowi Ludowemu, w którym znajdowały się także elementy rewolucyjne. W tej sytuacji, jako człowiek przekonań raczej umiarkowanych, został wbrew swej woli zamieszany w te smutne wydarzenia. Sprawiedliwość każe zaznaczyć, że ratował życie księży i zakonników; udało mu się uniknąć świętokradztw; zapobiegł kradzieżom i profanacji wizerunków świętych, monstrancji i naczyń liturgicznych. Przechowywał nawet w domu Najświętszy Sakrament, aby pewien kapłan mógł potajemnie zanosić wiatyk chorym69.

W każdym razie nie wszyscy Casciarowie i nie wszyscy Ramírezowie wyznawali te same poglądy polityczne. Rodzina Pedra była bardzo zróżnicowana. Jeden z jego wujów był radykalnym socjalistą. Pedro miał wśród krewnych radnych republikańskich oraz radnych monarchistycznych, oficerów marynarki, którzy zostali rozstrzelani, falangistów, którzy znaleźli się w więzieniu, ale także ochotników w ramach Brygad Międzynarodowych...

W styczniu Pedro zapadł na infekcję brzuszną. Zawiadomił swego wuja Jorge Claramunta, który zjawił się osobiście w Pampelunie i zabrał go ze sobą do Bilbao na wypoczynek. Po kilku tygodniach wrócił do Pampeluny. W kilka dni później Paco Botella dowiedział się, że jest wakat w Sekretariacie generała Orgaza. Natychmiast, 4 marca, Ojciec złożył podanie z prośbą, by przyznano to miejsce Pedrowi. 9 marca Pedro był już w Burgos70.




  1   2   3   4   5   6   7   8   9


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna