Rozdział VII



Pobieranie 447,35 Kb.
Strona1/5
Data24.11.2017
Rozmiar447,35 Kb.
  1   2   3   4   5

ROZDZIAŁ VII
Zgarbiony, zgarbiony… Długa suma jednym ciągiem. „Gdybym nie miał serca, spałbym spokojnie”. Dzieło nie ma herbów. Rysunek pod dyktando. Ukłucie jako gwarancja. „Co Ci się ze mną dzieje, Panie?” „Moja cena?… Ość sardynki”. Psychologia szczęśliwego człowieka. „Nigdy nie pragnąłem zaświadczeń”. Droga na stos. Kabalistyczne znaki? Walizeczka fabrykanta oszczerstw. Złamane prawdy i pokrętne dane. Porysowana miedź spięta klamrami. Ukryte mikrofony? Prawda o podróży do Grecji. Kilka kieliszków małmazji. Telefon dzwoni o świcie. Wrodzy „dobrodzieje”. Wierzganie przeciwko ościeniowi. Chciano wyrzucić Escrivę. Zagrożenie nosi jedwabne rękawiczki. „Ci co zawsze”. Ślepy, który uderza laską w powietrze. Cudzoziemiec w Rzymie. Kamienny świadek na Cortile Vecchio.

Stary olejny obraz mało znanego hiszpańskiego malarza czwartego czy piątego sortu o nazwisku Del Arco – współczesnego Velázquezowi. Przedstawia wizerunek niemal obnażonego, zgiętego w pół i skulonego pod uderzeniami bata i biczy Chrystusa. Obraz znajduje się w głównej zakrystii Villa Tevere. Escrivá z nagim realizmem nazywał go „zgarbionym Chrystusem”. Pewnego razu, przechodząc przez to miejsce, zatrzymał się na chwilę, żeby powiedzieć:

– Przed laty ten obraz wydawał mi się przesadzony. Widok naszego Pana tak pochylonego, zgarbionego! Zgarbionego od cierpienia!… Teraz już tak nie uważam. Dlatego że kiedy jestem bardzo zmęczony, czuję, że moje ciało również zgina się wpół, że trudno jest mi stać prosto…Widziałem to u siebie wiele razy. Kiedy kończy się popołudnie, jestem skulony, zgarbiony, zmęczony, wykończony… I jest dla mnie pociechą widzieć Jezusa Chrystusa (Jego, który jest samym pięknem i samą siłą, i samą mądrością!) zamęczonego, wyczerpanego, u kresu sił1.

Ileż to razy ktoś z mieszkańców Villa Tevere widział plecy Ojca wspinającego się na schody, obojętnego na fakt, że z dołu mogą na niego patrzeć. Szedł powoli, bardzo powoli. Jeden stopień. Przerwa. Drugi stopień… Jakby nie miał sił, żeby wlec swoje ciało: „zgarbione, zmęczone, wykończone”.

Zgarbiony, zgarbiony…

A ileż to razy, już po zmierzchu, przychodził do prasowalni w Villa Sacchetti, gdzie krzątały się Julia, Dora, Rosalía, Concha… Siadywał na niskim krzesełku, w stylu tych „do szycia”, uśmiechał się do obecnych kobiet i z całkowitym zaufaniem mówił im półgłosem: „Dzisiaj przychodzę, żebyście to wy mnie coś powiedziały… dzisiaj Ojciec jest bardzo zmęczony…”

Zgarbiony, zgarbiony…

Był to ten sam człowiek, który wcześnie rano pojawiał się rozpromieniony, żwawy, uśmiechnięty, pełen wdzięku i przechodził korytarzem lekkim krokiem. Na przegubie nie nosił zegarka, dlatego że w jego dniu po jednej rzeczy nadchodziła następna i następna, i następna… bez wytchnienia, jakie dają wolne chwile.

Ten sam człowiek rozwijał zdumiewającą zdolność do pracy w tempie bardzo trudnym do naśladowania. Zlecał sprawę: „Zrób to, kiedy będziesz mógł”, i przed upływem godziny, wybierał na wewnętrznym telefonie dwie cyfry tego lub innego biura, żeby zapytać: „Moja córko, czy już masz to dla mnie?” albo „synu, czy skończyłeś już to, o co cię prosiłem?”

To on po pełnym zajęć dniu – przy jego licznych zajęciach wszystkie dni wydawały mu się zbyt krótkie – dochodził do wieczornego rachunku sumienia wyciśnięty jak cytryna, zgarbiony, zgarbiony, i mówił Panu: „Dzisiaj nie miałem czasu, żeby zająć się samym sobą”.

Śledząc życie tak nasycone i intensywne, jak życie Josemaríi Escrivy, należy nie tylko zwracać uwagę na współczesność i ponadczasowość człowieka kierującego się ku przenikającej go misji. Należy również rozważać przytłaczającą równoczesność, z jaką dzieje się wszystko w tym zróżnicowanym i wielostronnym istnieniu.

Wydarzenia pojawiają się niczym długa suma, której składniki nie występują jeden po drugim, tylko wszystkie naraz, wszystkie w tej samej linii, nakładając się na siebie w czasie. Wszystkie pojawiają się z tą samą siłą, z tym samym zapałem, z tym samym oddaniem. Nie ma co mówić o latach nauki, o latach apostolstwa, o latach podróżowania, o latach modlitwy, o latach cierpienia… Nie. W każdym roku i każdego dnia życia księdza Escrivy występowały wszystkie te czynności, i do tego równocześnie.

Zadania związane z zarządzaniem Dziełem, które rozrastało się coraz bardziej z dnia na dzień. Do tego powolne i delikatne starania w Watykanie. Do tego wyczerpujące studia i procedury prawne. Do tego podróże zagraniczne – szybkie, męczące, dotyczące ekspansji Opus Dei. Do tego bez przerwy prace budowlane, dlatego że zanim zakończyły się jedne, już rozpoczynały się drugie. Do tego zawsze nieprzewidywalne i ryzykowne finansowanie tych prac. Do tego liczne codzienne wizyty bardzo różnych osób, podczas których łączył szybkość, sympatię i bezpośrednie pragnienie, aby „mówić tylko o Bogu”. Do tego obiady z zaproszonymi gośćmi – prawie zawsze prałatami, biskupami, kardynałami, ojcami soborowymi – którym z cierpliwością i bez znużenia tłumaczył raz i drugi, czym jest a czym nie jest Opus Dei… albo z którymi zagłębiał się w mroczną dżunglę potrzeb Kościoła. Do tego głoszenie kazań. Do tego nieustanna praca nad redagowaniem tekstów duchowych, szybciej niż drukarnia była w stanie je drukować. Do tego spotkania – jego stałe nauczanie ustne – żeby formować swoje duchowe dzieci oraz swoich przyjaciół i krewnych. Do tego zindywidualizowana troska o każdą córkę i każdego syna, którzy tego potrzebowali, niezależnie od tego czy mieszkali blisko, czy daleko od niego. Do tego pobożne praktyki, modlitwy, jedność z Bogiem, co u księdza Escrivy było od młodości niezmienną atmosferą, sposobem życia w świecie. Jego życie odbywało się jednak również w harmonijnym rytmie obowiązujących, uregulowanych norm, podporządkowanych stałemu rozkładowi. Do tego dochodziło życie rodzinne, obejmujące rozmowy, spotkania, chwile spędzane razem… o odpowiedniej godzinie. Zaś bez względu na to, jak wielcy i święci są ludzie, ich dni mają tylko dwadzieścia cztery godziny.

Do tego – ciąg dalszy sumy – troska, która ogarniała księdza Escrivę w stosunku do tak wielu osób, żyjących plecami do Boga – całej cywilizacji ulegającej dechrystianizacji i chwiejącej się. Do tego cierpienia Kościoła, przechodzącego przez długi tunel złych chwil. W ciągu ostatnich dziesięciu lat życia święty Josemaría nawet oddech, nawet uśmiech, nawet najbanalniejszy gest albo najcięższe zajęcie – absolutnie wszystko – ofiarował za to, żeby w Kościele „ustał czas próby”. Do tego, tu czy tam masowo strzelano ogniem gęstym od intryg, od oszczerstw, od jątrzących przeinaczeń, które nie spędzały mu snu z powiek, jeżeli kierowały się przeciwko niemu, natomiast podłamywały go, jeżeli usiłowały zranić Dzieło.

Zgarbiony, zgarbiony…

Do tego, chociaż osobom postronnym mógł się wydawać silny i zdrowy, Escrivá de Balaguer był chory:

– Byłem ślepy, kiedy miałem cukrzycę. Nikt o tym nie wiedział, tylko ksiądz Álvaro. Ciało pokryło mi się ranami i czasami nie miałem innego wyjścia niż zjedzenie odrobiny cukru, dlatego że odczuwałem taką palącą potrzebę2.

Zazwyczaj był wtedy zmęczony, chciało mu się pić, język miał spękany niczym wysuszona skóra i pękała mu głowa. Jednak, za wyjątkiem księdza Álvaro oraz dwóch innych jego synów – lekarzy, którzy opiekowali się nim na zmianę: José Luisem Pastorem i Miguelem Ángelem Madurgą – nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Nigdy nie słyszano od niego żadnej skargi. Kiedy wyleczył się z tej cukrzycy, powiedział ze zdziwieniem doznając niemal nieznanego wcześniej wytchnienia:

– Już się przyzwyczaiłem… Teraz zaś wydaje mi się, że wyszedłem z więzienia!3

Do tego… do fizycznego bólu i moralnych przeciwności sam dodawał hojną ilość dobrowolnych umartwień: od bardzo drobnych, jak na przykład to, że nie rozsiadał się w fotelu, nie krzyżował nóg, nie patrzył tam, gdzie miał ochotę, nie pił wody, kiedy miał pragnienie, rezygnował z soli, cukru, wina, słodyczy… do poważniejszych jak używanie włosiennicy, spanie na podłodze, biczowanie się dyscypliną albo skórzanym batem, żeby, jak mawiał, „okiełznać źrebaka”. Był ascetą, zawsze na straży. I dlatego, pod koniec dnia, był… zgarbiony, zgarbiony.

Jednakże ponad tymi wszystkimi składnikami sumy było coś o wiele ważniejszego niż cecha, o wiele istotniejszego niż przewodni motyw życia Josemaríi. Coś, co stanowiło jakby system nerwowy, który ożywiał wszystko. Ksiądz Escrivá miał serce, wielkie serce. Serce, które gorąco miłowało Boga, ludzi, świat, całe stworzenie. A także serce, które bardzo miłowało, bo bardzo cierpiało. Serce zgarbione, zgarbione pod koniec dnia.

Pewnego poranka, na jednym z korytarzy w Villa Vecchia, Ojciec spotkał się z José Luiem Pastorem. Wziął go przyjaźnie pod ramię i powiedział zachęcająco:

– Synu, czy odmówisz ze mną jedno Memorare* przed obliczem Madonny?

– Oczywiście, Ojcze!

José Luis zapytał go z lekarskim zainteresowaniem:

– Jak Ojciec spał tej nocy? Udało się Ojcu wypocząć?

Jednakże ksiądz Escrivá nie odpowiedział mu jak lekarzowi. Uczynił mu raczej poufne zwierzenie:

– Posłuchaj, jako że tak bardzo, bardzo, bardzo was kocham, zawsze mam jakiegoś syna, żeby o nim myśleć. Miłuję was sercem ojca, matki… i babki! Niekiedy wewnątrz odczuwam pomieszanie między tym, czego powinien wymagać ojciec, tym, co powinna rozumieć matka i tym, na co powinna się zgodzić babka… Niekiedy zaś tęsknię za jakimiś drobiazgami, za jakimiś listami, za jakimiś rzeczami moich dzieci…

Ksiądz Escrivá nadal kroczył pod ramię z José Luisem, ale zrobił przerwę w opowiadaniu. Po chwili mówił dalej:

– Rozważyłem to w mojej modlitwie. I zobaczyłem, że rodzice są dla dzieci, nie zaś dzieci dla rodziców. Tak często mówię to innym, a sam muszę zastosować to najpierw do siebie… Gdybym, tak jak prorok Ezechiel, musiał prosić Pana, żeby zamienił moje serce, nie prosiłbym go, żeby zamienił mi serce z kamienia na serce z ciała. Być może, zrobiłbym odwrotnie: żeby zamiast tego serca z ciała, dał mi serce z kamienia… I wówczas, mój synu, wówczas spałbym beztrosko co noc!4

Jak by nie patrzeć, życie Josemaríi Escrivy było naznaczone znakiem krzyża. Bez niejasności, wyraźnie zrozumiał, że musi tak być owego 14 lutego 1943 roku, w Madrycie, kiedy odprawiając mszę w kaplicy swoich córek, w domu przy ulicy Jorge Manrique, ujrzał symbol, odznakę, pieczęć Dzieła – „pieczęć, dlatego że Dzieło nie ma herbów”5 – którym był „Krzyż wbity we wnętrzności świata”6.

Krzyż zawsze jako znak sprzeciwu. Krzyż jako haniebne zgorszenie dla jednych i głupstwo dla innych. Krzyż jako paradoks na świecie, który zaczął utożsamiać dobro z przyjemnością a zło z bólem.

Tam właśnie, w domu przy ulicy Jorge Manrique, owego ranka, Josemaría Escrivá poprosił o pióro i papier. Na ćwiartce papieru, którą mu podano, narysował obwód. Wewnątrz obwodu, obejmując i jakby atakując go, naszkicował krzyż z bardzo wysoką poziomą belką.

Później, po powrocie do domu przy ulicy Diego de León, opierając się na starym sekretarzyku zwanym „pianolą”, ponownie narysował projekt pieczęci na kartce ze swojego notesu. Po upływie pewnego czasu notes ten, już nieużywany, został zagubiony.

Pewnego dnia w 1963 roku, w Rzymie, ksiądz Escrivá wezwał dwóch dyrektorów z Rady Generalnej Juana Coxa i Fernando Valenciano. Przybyli do sali posiedzeń. Znajdował się tam również ksiądz Álvaro del Portillo. Ojciec wyraźnie zadowolony pokazał im „to, co właśnie przysłano z Hiszpanii… Przesuwając „pianolę” znaleziono notes. Był tam – zgubiony!” Otworzył go na stronie przypadającej na dzień 14 lutego 1943 roku. Ukazała się tam pieczęć Dzieła, naszkicowana jego własną ręką. Widząc ją po ponad dwudziestu latach ksiądz Escrivá odczuł, jak jego serce fiknęło koziołka. Przed sobą miał „świadka” czegoś, czego nigdy nie uważał za swój pomysł, tylko za rysunek wykonany… pod dyktando?7

Krzyż naznaczył jego życie. Parafrazując słowa Cycerona „ani dnia bez litery” (nulla dies sine littera) skonstruował swoje codzienne hasło: nulla dies sine cruce*. Było to hasło, które nie było życzeniem – ksiądz Escriva nie był masochistą poszukującym cierpienia – tylko potwierdzonym sprawdzianem tak samo nieomylnym, jak stwierdzenie, że tam, gdzie jest ogień, jest ciepło. Jednakże było to hasło napełnione radością – bez ujmy, bez utraty wartości – przez dodanie przed nim dwóch słów – in laetitia – oznaczających nastrój, wdzięk, towarzyszenie miłej muzyki. I tak życiową postawą księdza Escrivy było „w radości, żadnego dnia bez krzyża”. Takiej syntezy nie dokonałby lepiej Cyceron, dlatego że jest to podstawa życia chrześcijanina.

Jako zaś że jest to sprawdzian potwierdzany uderzeniami krzyża, kiedy mijał dzień bez najeżonych przeciwnościami szczytów, Josemaría dziwił się, szedł przed Tabernakulum i pytał:

– Co Ty ze mną robisz, Panie? Czy już mnie nie miłujesz?

Nie chodzi o to, że lubił ból. Jednakże był całkowicie przekonany, że krzyż jest królewską pieczęcią dzieł Bożych. „Dla mnie dzień bez krzyża to jak dzień bez Boga”8. Nie chciał zaś, żeby choć jeden z jego dni był pozbawiony tego „ukłucia”, tej gwarancji.

Zgarbiony, zgarbiony… a jednak, nie był cierpiętnikiem, strapionym i zbolałym. Z natury cieszył się życiem, był radosny i wesoły. Miał niesamowitą zdolność podziwiania świata. Nie należy się temu dziwić: łaska, spływając na człowieka, czyni go wdzięcznym, bo obdarowanym**. Kiedy człowiek żyje pijąc łaskę, wszystko w życiu jest nieoczekiwanym podarunkiem. Wszystko jest zaskakującym upominkiem. Wszystko jest darem. Wszystko jest łaską.

Ksiądz Escrivá mawiał, że „jeśli Teresę od Jezusa zjednywano sobie sardynką, mnie można sobie kupić ością sardynki”. Zwykły osiołek z folii aluminiowej, wykonany przez jednego z jego synów, był wspaniałym prezentem zasługującym na wstawienie go – co zostało zrobione – do gabloty.

Cieszył się ze wszystkich dobrych rzeczy, bez względu na ich wielkość. Piosenka, zachód słońca, dudek na polu, wiersz, sympatyczny żart, list od starego przyjaciela, chwila rozmowy, koncentracja sportowca przed oddaniem skoku o tyczce albo czyste piękno kapitolińskiej Wenus.

Kiedy ataki na Dzieło przybrały na sile, jego prawdziwa, niekłamana radość wzbudzała jeszcze większą uwagę. W przystępie dobrego humoru, kiedy ktoś z członków Dzieła był przestraszony, komentował ze swoimi córkami:

– A jeśli urwą nam głowę? Cóż… będziemy ją nieśli urwaną w dłoniach. Już dość długo nosiliśmy ją na ramionach… I nie stanie się nic, nic, nic!9

Ksiądz Escrivá mówił o sobie samym tylko po to, żeby przekazać swoim dzieciom nowe odkrycia dotyczące życia wewnętrznego, które mogły im pomóc w obcowaniu z Bogiem. Jednakże nie był zwolennikiem psychologicznych introspekcji. Być może dlatego Begoñę Álvarez zaskoczyło, kiedy usłyszała, jak Ojciec mówi o osobistych, prywatnych sprawach. Dlatego dobrze sobie zapamiętała dzień, w którym na kanwie niepomyślnego zdarzenia powiedział im:

– Nie z mojej inicjatywy, ale z powodu Bożego światła miałem i mam psychikę kogoś, kto nigdy nie jest sam. Nigdy – ani po ludzku, ani w sposób nadprzyrodzony. Nigdy nie byłem sam! To zaś pomagało mi przy wielu okazjach milczeć. Wolałem milczenie i myślenie o innych. To jeden z powodów, dla których, pomimo że wiele cierpiałem, zawsze byłem zadowolony. Zawsze zadowolony! Choćby wydawało się to paradoksalne, muszę wam powiedzieć, że miałem tylko powody, żeby być bardzo szczęśliwym. Nigdy nie musiałem czuć się nieszczęśliwy a w jeszcze mniejszym stopniu – czuć się ofiarą!10

Wiedział – nauczył się tego z tej otwartej szeroko książki, jaką jest krucyfiks – kto jest jedyną Ofiarą.

Zaś jeśli chodzi o przeciwności, nie krył się pod nieprzemakalną skorupą. Po prostu kierował się Bożą logiką, która jest mocną logiką. To dawało mu niezbywalną pewność. Dzień po wysłuchaniu Itziar i Tere Zumalde, które opowiadały mu o rozmaitych trudnościach w miejscach, gdzie pracowały – jedna, w Abruzji, we Włoszech, druga, w Santiago de Chile – zachęcał je do pokonywania tych trudności opowiadając o swoim własnym doświadczeniu:

– Coś wam opowiem. W pierwszych latach po założeniu Dzieła, kiedy wielu miało mnie za wariata, nie poszedłem do lekarza, żeby dał mi zaświadczenie, że jestem zdrów na umyśle. Nie. Nie przejmując się gadaniem, nadal robiłem to, czego chciał Bóg, nie przejmując się ani mało, ani wiele tym, co o mnie mówiono.

Inni mówili, że jestem heretykiem. Słuchając tych oszczerstw, również nie udałem się do teologów – a miałem takich pośród moich przyjaciół – żeby potwierdzili, że to, czego uczę, nie jest herezją. Wciąż pracowałem dla Boga, z absolutną pewnością, że to, co robię, jest Dziełem, o które prosi mnie Bóg… Moje córki, działajcie zgodnie z Bożą logiką, a potem zobaczycie, jakie będą wyniki!11

Dobrze znał treść głupich obmów, rzucanych z ukosa spojrzeń wyrażających niezdrową zazdrość, wynikających z tępego niezrozumienia tych, którzy nie rozumieli, dlatego że nie chcieli zrozumieć, tchórzliwych szeptów, które nigdy nie biorą za nic odpowiedzialności, które przeciskają się na paluszkach, krocząc po aksamicie, siejąc zamęt, podczas gdy same pozostają w półmroku…

Znał także prostactwo najbardziej niegodziwych oszczerstw. Ich źródło znajdowało się w Hiszpanii. Pewni kierownicy ruchów świeckich, religijnych, „oficjalnych katolików”; pewni bardzo aktywni i wpływowi zakonnicy, bezpośrednio przed wojną domową i po niej; grupy i poszczególni członkowie Falangi i Ruchu Narodowego, jedynej partii za czasów Franco*. To oni rzucali te pogłoski… a potem starali się, żeby „zaraza” rozprzestrzeniała się między innymi porządnymi, ale niezorientowanymi ludźmi. W Barelonie odbyło się nawet publiczne „autodafe” z całą liturgią wyklinającego ognia – reminiscencja dawnych praktyk Inkwizycji – z potępieniem i spaleniem Drogi.

Od kiedy Opus Dei otworzyło swój pierwszy ośrodek dla studentów, przy ulicy Luchana w Madrycie, chociaż nie było kaplicy, umieszczono „drewniany krzyż”, bez Ukrzyżowanego – zwyczajny krzyż z czarnego, matowego drewna. To o nim wspomina 178 punkt Drogi: „Gdy ujrzysz zwykły ubogi, drewniany Krzyż, osamotniony, pogardzany, bez wartości... i bez Ukrzyżowanego, pamiętaj, że ten Krzyż jest twoim Krzyżem: Krzyżem każdego dnia, ukrytym, bez blasku ani pociechy... Czeka swego Ukrzyżowanego, a tym Ukrzyżowanym masz być ty”.

Już wtedy, w latach 1933-1934, z wielkim wyprzedzeniem, istniała ta sama idea, którą w 1974 roku Josemaría Escrivá głosił podczas tłumnych katechez w Ameryce: „Niektórzy mają zbyt wiele krzyży… mnie zaś – brakuje Chrystusów!”12

Tuż po zakończeniu hiszpańskiej wojny domowej zorganizowali przy ulicy Balmes w Barcelonie ośrodek dla studentów El Palau. Zgodnie ze zwyczajem Dzieła umieszczono tam „drewniany krzyż”, tylko wielkich rozmiarów. Nie mając skrupułów i nie licząc się z niczym, niektórzy ludzie rozgłaszali, że odbywają się tam „krwawe rytuały” i że są składane „ofiary z ludzi”. Wierzono albo kazano wierzyć, że ten krzyż był jakby narzędziem tortur, aby tam dokonały się w sposób „krwawy” słowa „a tym Ukrzyżowanym masz być ty”. Jest to tak nieprawdopodobne i szalone, że trudno przyjąć, iż taka intryga przenosiła się z ust do ust… Jednakże prawdą jest, że odbijała się echem, i to niepokojącym echem. Szczególnie w rodzinach niektórych młodych członków Opus Dei, jak Rafaela i Jaime Termesa albo Rafaela Escolá. José Orlandis mógł wyrazić Ojcu z ośrodka El Palau, wraz z niewdzięczną wiadomością o tych plotkach, radość, że jego dzieci stawiają czoła tej przeciwności „z wielkim spokojem i nie uchybiając miłości do niczego i do nikogo”13. Ksiądz Escrivá nakazał natychmiast, aby zamienić ten krzyż na inny, „tak mały, żeby nie zmieścił się na nim nawet noworodek… w ten sposób zdadzą sobie sprawę, że kłamią. Nie będą już mogli mówić, że się tam krzyżujemy, dlatego że się nie zmieścimy!”14

Te fałszywe pogłoski dotarły do Rzymu. Dlatego ksiądz Escrivá uradował się szczególnie, kiedy w 1946 roku po jego pierwszej audiencji u Piusa XII, papież przyznał mu za pośrednictwem brewe Cum Societatis przywilej uzyskiwania odpustów za każdym razem, kiedy ucałuje się „drewniany krzyż”, znajdujący się we wszystkich kaplicach Opus Dei albo odmówi przed nim akt strzelisty15.

Również w owych latach po hiszpańskiej wojnie domowej, fryz udekorowany motywami liturgicznymi i eucharystycznymi, znajdujący się w kaplicy ośrodka w Madrycie przy ulicy Jenner, chciano interpretować jako „kabalistyczne znaki” używane do rytuałów masońskich. Fryz zawierał dokładnie następujące teksty: Congregavit nos in unum Christi amor (Zgromadziła nas w jedno miłość Chrystusa), wzięte z bardzo znanego hymnu eucharystycznego o bardzo starej tradycji Kościoła oraz fragment z Dziejów Apostolskich (Dz 2, 42): Erant autem perserverantes in doctrina Apostolorum, in communicatione fractionis panis, et orationibus (Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach). Kłosy, winorośl, światło Chrystusa i gołąbek pokoju – symboliczne rysunki powszechnie stosowane w Kościele – rozdzielające niektóre części tych tekstów miały być… niebezpiecznymi znakami kabalistycznymi i zagadkowymi hieroglifami.

Jeśli chodzi o wyjaśnienie, trzeba nieuchronnie wybierać między jedną z dwóch przyczyn: albo zuchwała ignorancja, albo bardzo nikczemna zła wiara.

Obszerny, uprawniony i definitywny list biskupa Eijo y Garay, ordynariusza Madrytu, do opata-koadiutora klasztoru Montserrat Aurelio M. Escarré, który prosił o wiarygodną informację na temat Opus Dei, chwilowo usunął te plotki i przywrócił spokój w rodzinach członków Dzieła.

Powstanie oszczerczej plotki bierze się prawie zawsze z czegoś rzeczywistego, samego w sobie niewinnego, ale podlegającego zniekształceniu: drewniany krzyż, punkt Drogi, fryz ze słowami i znakami… Łatwo jest wymyślić gorszącą historię, podejrzaną teorię, a nawet przypuszczenie winy. Ksiądz Escrivá doznał jednego, drugiego i trzeciego.

Być może jest to odpowiedni moment, aby zatrzymać się i spojrzeć, w jaki sposób tworzy się, w jaki sposób fabrykuje się hańbiące kłamstwo.

W historii Opus Dei jest więcej niż niezbędny repertuar, aby zilustrować wszystkie możliwości.

Jeden sposób polega na tym, co można by nazwać „wodą bez szklanki” – tekstem bez kontekstu. Jest bardzo prosty. Wystarczy zabrać naczynie i pozwolić, żeby zawartość się rozlała albo odizolować jakiś element od naturalnego środowiska nadającego mu sens. Jest to przypadek tych symboli liturgicznych, które mogą się wydawać dziwnymi kryptogramami, jeżeli nie są ukazane w swoim prawdziwym otoczeniu – jako ozdoba dla pobożnych zdań na temat Eucharystii.

Tak samo wypaczenia powstają, kiedy oświetli się punkt 28 Drogi, w którym jest mowa, że „małżeństwo jest dla szeregowców, a nie dla sztabu Chrystusowego”, pozostawiając w cieniu inne punkty znajdujące się w tej samej książce… a nawet na tej samej stronie! Nie trzeba iść dużo dalej. Punkt 26: „Małżeństwo to święty sakrament…” albo 27: „Śmiejesz się, gdy ci mówię, że posiadasz “powołanie do małżeństwa”? — A właśnie że je posiadasz: tak jest, powołanie…”

Lub też kiedy stwierdza się, że Mons. Escrivá mówił swoim dzieciom chełpliwym i zarozumiałym tonem: „zdacie Bogu sprawę z tego, że mnie poznaliście… dlatego, że papieży, kardynałów i biskupów było i będzie wielu, ale założyciel Opus Dei jest tylko jeden”. Zdanie jest okaleczone, zniekształcone i wyrwane ze swego prawdziwego kontekstu, w którym Święty Josemaría Escrivá zwracał uwagę swoim dzieciom, właśnie przez wzgląd na historyczną odpowiedzialność wynikającą z tego, że są „współzałożycielami” na obowiązek – bardziej w przyszłości niż ówcześnie – przekazywania w całości, bez zmian, ducha Opus Dei, którego pili z samego źródła. Ksiądz Escrivá był dobrze świadomy unikatowej wartości – niepowtarzalnej, niezbywalnej, nieprzemijającej – charyzmatu założycielskiego. Przy tym wszystkim zawsze był niechętny traktowaniu go jako „założyciela, fundatora”. Dowodził, że jest „fundatorem bez fundamentu”* albo mówił: „ja nie chciałem niczego zakładać… ja tylko przeszkadzałem”. Nawet niby w żartach, ale w głębi na serio, mówił: „Jedynym dobrym założycielem, jakiego znam, jest ten z naklejek na butelkach…” Była to aluzja do pewnej marki koniaku. Jednak wszelkich wątpliwości można się pozbyć zapoznając się z tym, co naprawdę powiedział założyciel Opus Dei:

– Moje dzieci, muszę uczynić wam uwagę, o której kiedy byłem młody, nie odważyłem się ani pomyśleć, ani której nie odważyłem się wypowiedzieć. Natomiast wydaje mi się, że teraz powinienem wam ją powiedzieć. W moim życiu poznałem już kilku papieży, wielu kardynałów, mnóstwo biskupów. Natomiast założyciel Opus Dei jest tylko jeden, choćby był nędznym grzesznikiem jak ja. Jestem mocno przekonany, że Pan wybrał to, co znalazł najgorszego, żeby w ten sposób było wyraźniej widać, że Dzieło należy do niego.

Jednakże Bóg zażąda od was zdania sprawy z tego, że przebywaliście blisko mnie, dlatego że powierzył mi ducha Opus Dei, a ja wam go przekazałem. Zażąda od was zdania sprawy, dlatego że znaliście tego ubogiego kapłana, który był z wami, i który tak bardzo was kochał, tak bardzo, bardziej niż wasze matki! Ja przeminę a ci, którzy przyjdą później, będą patrzeć na was z zazdrością, jakbyście byli relikwią. Nie ze względu na mnie – podkreślam – nędznego człowieka, grzesznika, który szaleńczo miłuje Jezusa Chrystusa, tylko dlatego że nauczyliście się ducha Dzieła z ust jego założyciela16.

W podobny sposób mówił do swoich córek w saloniku La Montagnola, we wrześniu 1957 roku, podczas wykładu-rozmowy pod hasłem „Współzałożycielki”. Wystarcza szybka lektura tego tekstu, żeby docenić, że Święty Josemaría Escrivá pięciokrotnie odnosi się do siebie samego w sposób pejoratywny: nędzny człowiek, nędzny grzesznik, biedny kapłan, to, co Pan znalazł najgorszego… Uważa się jednak za depozytariusza ducha Opus Dei, w którego przekazywaniu jest pierwszą osobą. I to właśnie, nie zaś co innego, jest niezbicie główną treścią wypowiedzi.

Nie trzeba drobiazgowo badać wypowiedzi i pism Świętego Josemaríi Escrivy de Balaguer, żeby odnaleźć niezliczone odniesienia osobiste do jego kruchej kondycji z gliny: „krucha glina naczynia” albo „kiepskiego metalu”, albo jego jakości jako „nieudolnego i głuchego narzędzia”. Jednak zawsze odróżniał człowieka od jego misji, ubogą i zepsutą naturę ludzką od Boskiej wielkości jego przesłania. I tak, w 1973 roku, mówił swoim dzieciom:

– Nigdy was nie oszukałem. Ja nie jestem złotem i nigdy wam nie mówiłem, że jestem złotem. Nie jestem srebrem i nigdy wam nie mówiłem, że jestem srebrem. Nie jestem miedzią i nigdy wam nie mówiłem, że jestem miedzią. Jeśli już, to popękaną miedzią, pospinaną klamrami. Jednak to, co wam mówię… to złoto!17

Inna metoda fałszowania prawdy polega na „półprawdach”. Podaje się część prawdy, natomiast ukrywa się właśnie ten fragment, który objaśnia całą prawdę i nadaje jej sens.

I tak mówi się o „kaptowaniu młodzieży”, dając do zrozumienia, że charakteryzujące się prozelityzmem apostolstwo prowadzone przez członków Opus Dei wśród młodzieży wykorzystuje niedojrzałość i niedoświadczenie chłopców i dziewcząt, proponując im ideał oddania się Bogu w wieku nazbyt młodym, aby podejmować niezależne decyzje… Ignoruje się przy tym, a jeżeli nie ignoruje, to ukrywa, niezwykle istotny fakt, że choćby chłopiec lub dziewczyna wyrazili swoje pragnienie przynależności do Dzieła w wieku zaledwie 14 lub 15 lat i choćby nawet w rzeczywistości żyli zgodnie z praktyką i zwyczajami każdego członka Opus Dei, nie mogą prawnie wstąpić do Dzieła, zanim nie ukończą 18 lat. Obowiązuje pełnoletność zgodnie z prawem, dlatego że muszą mieć „zdolność prawną” do swobodnego związania się z Prałaturą poprzez umowę. Jest zaś oczywiste, że w wieku 18 lat posiada się wystarczające rozeznanie, żeby głosować, żeby wybrać zawód, żeby kupować i sprzedawać, żeby iść na wojnę, żeby zawrzeć małżeństwo, żeby zostać wybranym posłem, radnym, senatorem, burmistrzem… Nawet żeby królować.

Zbyteczne jest stwierdzenie, że umowa, poprzez którą ktoś wiąże się z Opus Dei, może być w swobodny sposób wypowiedziana.

Innym narzędziem, jakim posługują się fabrykanci kłamstw, plotek i oszczerstw, są „fakty zmanipulowane”. Na przykład, mówiono i pisano, że w Villa Tevere „są ukryte mikrofony”. Ci, którzy tak twierdzą, wiedzą, że to nieprawda. Znają oni bardzo dobrze to miejsce i pamiętają, że chodzi nie o mikrofony, tylko o megafony, wcale nie ukryte, tylko dobrze widoczne, o okazałych rozmiarach (20 na 25 centymetrów, niczym płytka glazury) zainstalowane nie w salkach czy w gabinetach, tylko w obszernych soggiorni – salonach w La Montagnola, Villa Sacchetii i Fumo, w prasowalni i w niektórych kaplicach, na widoku wszystkich. Zostały one zainstalowane po to, żeby Ojciec mógł podczas spotkania czy medytacji zwracać się do licznych grup swoich córek czy synów. Wykorzystywano je tylko w tym celu i to zaledwie dwukrotnie lub trzykrotnie. Zawsze chodziło o jakąś rodzinną i uroczystą sprawę – złożenie świątecznych życzeń, zainteresowanie się podarunkami od Trzech Króli – rzymskiej Befany* – albo prezentację piosenek. Taka jest prawdziwa historia rzekomego „szpiegowania” w Opus Dei, organizacji, która działa tylko w oparciu o zaufanie. „Bardziej wierzę w słowo jednego z moich synów niż stu jednomyślnych notariuszy razem” mawiał przy różnych okazjach Święty Josemaría Escrivá.

Zdumiewającym przypadkiem zniekształcenia faktów lub manipulowania nimi jest informacja o podróży do Grecji, jaką ksiądz Escrivá podjął w 1966 roku, w towarzystwie kapłanów Álvaro del Portillo i Javiera Echevarríi. Celem tej podróży – jak wielu innych, które odbył po krajach Europy środkowej – było uprzednie poznanie gruntu możliwości wprowadzenia Dzieła na tym terenie. Ksiądz Escrivá podróżował za wiedzą i za wyraźną zgodą Stolicy Świętej. Konsultował się z Watykanem za pośrednictwem substytuta z Sekretariatu Stanu, Mons. Dell’Acqua. Nie była to w żadnym razie tajna podróż – wysłał wiele kartek pocztowych z Aten i z Koryntu. Wszystkie są przechowywane do dzisiaj.

Jeszcze przed wyjazdem powiedziano mu w Kurii Rzymskiej, że rozpoczęcie działalności Opus Dei w Grecji nie będzie łatwe: „Istnieje niezwykle ścisły związek między prawosławną Cerkwią a rządem państwowym, do tego stopnia, że życie Greków, którzy nie wyznają, przynajmniej formalnie, greckiego prawosławia, jest bardzo ciężkie”.

Wiele lat później Javier Echevarría ma wciąż żywe wrażenie pustki, obojętności, a nawet wrogości, jaką odczuwali w tym kraju:

– Od kiedy dotarliśmy do portu w Pireusie, stwierdziliśmy, że panuje tam klimat nieufności, można powiedzieć, fizycznego odrzucenia Kościoła katolickiego. Nasz kapłański strój spowodował, że zostaliśmy zatrzymani przy procedurach wjazdowych – sprawdzaniu wiz i paszportów – przez ponad półtorej godziny w budynku straży granicznej na zupełnie nielogicznym śledztwie trzeciego stopnia […]. Stwierdziliśmy, że będziemy się poruszać w atmosferze podejrzliwości w stosunku do katolicyzmu […]. Po dotarciu do Aten Ojciec chciał udać się po południu na modlitwę w katedrze. Spędziliśmy sporo czasu w świątyni, z pewnym smutkiem, dlatego że była pusta i ani jedna osoba nie weszła, żeby pozdrowić Pana w jego kościele […]. Na ulicach Aten, Koryntu i Maratonu również spotykaliśmy się z sytuacją pustki – ludzie patrzyli na kapłanów z nieufnością. W niektórych miejscach oddalali się, kiedy przechodziliśmy, ostentacyjnie pokazując, że jesteśmy obcy temu miejscu […]. Po powrocie do Rzymu Ojciec przekazał Stolicy Świętej swoją opinię, podzieloną w pełni przez Sekretariat Stanu, mówiąc, że byłoby wskazane poczekać na chwilę, w której będzie można liczyc na członków Opus Dei narodowości greckiej18.

Ksiądz Escrivá przywiózł z Grecji dwie małe ikony dla swoich córek i synów: Matki Boskiej i Świętego Pawła obejmującego Świętego Piotra, jako symbol jedności i jedyności apostolskiego i rzymskiego Kościoła katolickiego. Dwie inne, lepszej jakości, podarował Pawłowi VI i Mons. Dell’Acqua.

Po powrocie powiedział swoim, że odkrył pewien klerykalizm, pewien religijny nacjonalizm wśród greckich prawosławnych, i że, właśnie ze względu na utożsamienie wiary religijnej i patriotyzmu narodowego, bardzo trudno byłoby o nawrócenia: „Przejście tych katolików pod obediencję Biskupa Rzymu powinno być pobudzane wśród Greków mieszkających poza Grecją”. Z tego względu ksiądz Escrivá powrócił z Grecji przekonany, że ustanowienie tam dzieł Opus Dei będzie trwało dłużej i będzie trudniejsze niż początkowo myślał. „Świadomość narodowa i religia są połączone do tego stopnia, że zmianę greckiego prawosławia na rzymski katolicyzm postrzegają niemal jak zdradę ojczyzny”. Doktor Marlies Kücking słyszała od niego tego typu komentarze po powrocie z jego greckiej wędrówki19.

A zatem skąd pojawiła się wersja, że ksiądz Escrivá chciał „przejść” do Cerkwi prawosławnej?

Istnieje tylko jedno możliwe, bardzo naciągane, wytłumaczenie. Podróż miała miejsce w dniach od 26 lutego do 14 marca 1966 roku. Pośród dwudziestu czterech członków Dzieła, którzy zostali wyświęceni na kapłanów latem tego samego roku, był jeden, Jalil Badui, syn Libańczyków, którzy wyemigrowali do Meksyku. Z Opus Dei byli również inni absolwenci, katolicy pochodzenia arabskiego (Libańczycy, Palestyńczycy, Syryjczycy…) W pewnym momencie uważano, że te osoby, ze względu na rasę i kulturę, mogłyby rozpocząć pracę Dzieła na Bliskim Wschodzie, przy czym jedynym koniecznym wymogiem, byłaby zgoda Stolicy Świętej – przy należytych gwarancjach bardzo łatwa do uzyskania – żeby zmienić w liturgii ryt łaciński na ryt maronicki20.

Pomylenie stosunkowo normalnej procedury, jaką jest zmiana rytu, z zerwaniem obediencji rzymskiej… może oznaczać albo wielką ignorancję, albo bardzo złą wiarę.

Poza tym systemem „faktów zmanipulowanych” zwykło się używać z łatwym powodzeniem innej oszukańczej sztuczki, polegającej na zmontowaniu w rzeczywistej scenerii fałszywego zdania lub epizodu. Ścisły opis pokoju, umeblowania, a nawet bohaterów, nadaje prawdopodobieństwo opisywanemu fikcyjnemu zdarzeniu. Tej metody używały często przeciwko Świętemu Josemaríi Escrivie de Balaguer pewne osoby, które przestały być członkami Opus Dei, a wcześniej prowadziły życie w Dziele. I tak, w autentycznej scenerii, na przykład w Soggiorno w Villa Vecchia, umieszcza się księdza Escrivę „opryskliwie besztającego młode dziewczyny z Dzieła dlatego, że przy sprzątaniu, wzbiły chmurę kurzu”. Wychodzi się od prawdziwych danych: w tym miejscu, kilka kobiet z Dzieła robiło wielkie porządki po zakończeniu prac w Villa Vecchia. Jest również prawdą, że przez nieuwagę nie zwilżyły podłogi wodą przed sprzątaniem i wzbiły wielką ilość wapiennego pyłu. Przechodząc tamtędy, Ojciec zwrócił im energicznie uwagę.

Do tego momentu wszystko jest prawdą. Jednakże, dlaczego właśnie tutaj urywa się opowieść?

Całkowicie fałszuje się prawdę pomijając fakt, że ksiądz Escrivá pokazał sprzątającym, że zabrudzona została wielka i rozbudowana lampa, która była już zawieszona i do której czyszczenia konieczne były nadzwyczajne środki. Oprócz tego pył wbił się w sklepienie tego pomieszczenia, niedawno pomalowane temperą i jeszcze świeże. Przy tym cała scena odbyła się w tak naturalnym klimacie, że Ojciec w tym samym miejscu i w tej samej chwili zajął się pełnieniem funkcji cicerone, tłumacząc sprzątającym znaczenie ośmiu scen przedstawianych na medalionach na sklepieniu. Jedne dotyczyły historii Józefa, syna Jakuba, natomiast inne pochodziły z Księgi Tobiasza. Nawet żartował z nimi w związku z rybą atakującą młodego Tobiasza, którego z humorem nazwał „Tobiasz junior”… Ostatecznie tego samego wieczoru, w czasie spotkania, wydobyto kilka kieliszków i butelkę słodkiej i aromatycznej małmazji, z uwagą zapisaną charakterem pisma Ojca: „Dla tych córek, które połknęły tyle pyłu”21.

Wszyscy, którzy obcowali z Josemaríą Escrivá, zgadzają się, że miał mocny charakter, żywy umysł i energiczny sposób poprawiania. Jednakże ci sami ludzie, bez wyjątku, zgadzają się również, podkreślając przy tym jego serdeczność, jego uprzejmość, jego sympatię i jego głęboką delikatność, żeby nie pozostawić nikogo zranionym, wzgardzonym albo po prostu zmartwionym po strofowaniu. Przesłanie paczuszki cukierków swoim córkom albo kilkakrotne ucałowanie syna po upomnieniu go było naturalnym sposobem kończenia tego rodzaju wydarzeń. Wielokrotnie wystarczało coś tak prostego i tak wyrazistego jak spojrzenie lub uśmiech, żeby rozproszyć najmniejsze chmury.

Przy pewnej okazji zapytano Julię Bustillo, jedną z pracownic domowych o najdłuższym stażu w Dziele: „Julio, opowiedz nam jakąś anegdotę dotyczącą waszych gaf, kiedy Ojciec na was krzyczał …”. W tym momencie Julia przerywała, żeby wyjaśnić: „Ojciec na nas nie krzyczał. Ojciec nas upominał i uczył wykonywać prace dobrze. Z wielką cierpliwością, dlatego że na początku miałyśmy dwie lewe ręce!”

Pewnego popołudnia Ojciec zaprosił swoich dwóch albo trzech synów na przechadzkę po Rzymie, która miała się zakończyć „zjedzeniem czegoś w trattorii”. Kiedy szli, ksiądz Escrivá zapytał ich:

– Wiecie, dlaczego idziemy?

Zwracając się do jednego z obecnych bardzo typowym dla niego gestem, który polegał na wysunięciu nieco języka w koniuszku warg, jakby go sobie po szelmowsku przygryzał, powiedział:

– Dlatego że nakrzyczałem na ciebie dzisiaj rano…22

Taki jest autentyczny kontekst, w którym można mówić o „awanturach” księdza Escrivy. Pomijanie go jest przesadą, zniekształceniem i fałszowaniem prawdy.

Przy pomocy tego samego postępowania wykorzystującego fałszywy element wprowadzony w prawdziwy kontekst, wystarczy dodać kilka słów, które nigdy nie zostały wypowiedziane, obok innych, które rzeczywiście zostały wypowiedziane, żeby relacja zamieniła się w straszliwe kłamstwo.

Oto przykład: ksiądz Escrivá, aby w ośrodkach Dzieła nie było nigdy nawet pozoru mieszania się kobiet i mężczyzn, wydał w tej sprawie bardzo ścisłe instrukcje, na piśmie i ustnie. Pragnąc uniknąć tego, żeby kapłani – jedyni mężczyźni będący członkami Opus Dei udający się do żeńskich ośrodków – przebywali w domach kobiet więcej czasu niż trzeba, przy różnych okazjach mówił o tym porównując dwie niepożądane skrajności: „Wolałbym raczej, żeby jedna z moich córek umarła nie przyjąwszy świętych sakramentów, niż żeby moi synowie kapłani, przebywali bez potrzeby w ośrodku sekcji żeńskiej”23.

Zdanie to podawano opinii publicznej w następujący sposób: „Wolę, żeby moja córka umarła bez spowiedzi, niż żeby się wyspowiadała u jezuity”. Manipulacja i fałszywe dodatki są oczywiste. Tak, ale… tylko jeżeli dysponuje się równocześnie autentycznym oryginalnym tekstem do porównania. To jest właśnie przewaga, jaką wykorzystuje fałszerz. Wie, że przez długi czas prawda będzie ujarzmiona, bezbronna. Prawda, podobnie jak niewinność, są zazwyczaj bezbronne, gdyż nie troszczą się o zapewnienie sobie alibi. Na tym polega ich ubóstwo i ich wielkość.

Innym zniekształcającym sposobem mającym na celu uzyskanie pożądanego kłamstwa jest traktowanie części jako całości. Wysnuwanie wniosku, że Opus Dei „ma” banki w związku z istnieniem bankiera będącego członkiem Opus Dei. Lub też przenoszenie faktu, że cztery czy pięć osób z Dzieła zajmowało wysokie stanowiska polityczne w określonym kraju albo w określonym ustroju, na kilkadziesiąt tysięcy członków, którzy mieszkają i pracują w osiemdziesięciu krajach i twierdzenie, że Opus Dei „jest” siłą polityczną.

Kiedy osobom rozumującym w ten sposób, pokazuje się, że w Hiszpanii za czasów Franco ludzie z Dzieła byli w rządzie i w opozycji, sprawując stanowiska publiczne albo cierpiąc wygnanie, zwolennicy opisywanego podejścia odpowiadają: „Oho, to jest ten subtelny makiawelizm Opus Dei. Strategiczna wieloznaczność pozwalająca im grać równocześnie na dwie strony”.

Bystra odpowiedź, przy której pomocy można wybrnąć z opałów w powierzchownej debacie telewizyjnej, ale która nie wytrzymuje ścisłej analizy, jeżeli przedstawi się sytuację w Niemczech, gdzie są ludzie z Dzieła głosujący na partie liberalne, chadeckie, socjaldemokratyczne i zielonych lub będący ich członkami. Podobnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie członkowie Opus Dei znajdują się pośród republikanów i demokratów, albo w Meksyku, gdzie część członków Dzieła przez całe życie działa w Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej (PRI), inni zaś również przez całe życie znajdują się w okopach politycznych po przeciwnej stronie. Czy nie byłoby słuszniejsze i bardziej zgodne z prawdą przyznanie, że w Opus Dei – właśnie dlatego że „nie jest” siłą polityczną ani potęgą gospodarczą, ani koncepcją kulturową, ani ideą społeczną – istnieje niezwykle wolny pluralizm wymykający się tym wszystkim starym uporczywym teoriom zawsze usiłującym wytłumaczyć historię w oparciu o tajne sojusze krzyża i miecza, ołtarza i tronu, Watykanu i Białego Domu…?

W szufladzie z narzędziami fabrykantów fałszerstw pozostaje jeszcze inny instrument. Jest to prymitywny i bezczelny wynalazek, mający jednak przyzwolenie w medialnym społeczeństwie, zmąconym przez radio, telewizję i papier kredowy, które bezkrytycznie połyka i pożera to, co mu dadzą. Ten system manipulacji polega na głoszeniu w pewnych momentach jednej tezy a w innych momentach – przeciwnej. Nie chodzi już o mówienie dzisiaj „jasnozielone” a jutro „ciemnozielone”, tylko o mówienie dzisiaj „białe” a jutro „czarne”. Za pierwszym i za drugim razem z tą samą kategorycznością i bez ponoszenia odpowiedzialności, bez dostarczania argumentów o jakiejkolwiek wartości ani na początku, ani na końcu.

I tak, przez wiele lat byli tacy, którzy nazywali księdza Escrivę heretykiem, nowinkarzem i strasznym postępowcem, dlatego że głosił, iż świeccy są powołani do świętości bez konieczności porzucania świata a nawet poprzez działanie właśnie ze świata i w świecie. Po upływie pewnego czasu, bez żadnej zmiany w przesłaniu Escrivy, ci sami ludzie, ci sami ludzie nazywali go integrystą, reakcjonistą i strasznym konserwatystą.

Byli również tacy, którzy w obliczu dyskrecji członków Opus Dei, wygłaszali komentarze: „Nie słychać ich, nie widać ich… a zatem się kryją”. Ci sami ludzie dostrzegając czynną i widzialną obecność apostolstwa Opus Dei zapewniali bez żadnych wątpliwości, niby wstrząśnięci: „To nowi krzyżowcy Papieża Wojtyły, którzy posuwają się naprzód dokonując podboju i zrównując z ziemią… Pchają się do góry!”

Lub, zapewne w bardziej podstępny sposób, ci, którzy niedawno oskarżali księdza Escrivę o podejrzane zrozumienie dla hitlerowców i antysemityzmu, zapominali, że wiele lat wcześniej oni sami albo ci, którzy krzątali się u nich w przedpokoju, rzucali na księdza Escrivę obelgę „judeomason”, oskarżając Opus Dei, że jest „żydowską gałęzią” nie wiadomo jakiej loży masońskiej.

Raz „białe”, innym razem „czarne”. A przy tym bez wysiłku, aby za pierwszym bądź drugim razem udowodnić to, co się twierdzi, albo to, czemu się zaprzecza. I chociaż w ten sposób nie pisze się historii, jest prawdą, że pisano w ten sposób z nadmierną bezkarnością.

Skoro już przy tym jesteśmy, co ksiądz Escrivá sądził o Hitlerze i nazizmie? Francesco Angelicchio, pierwszy Włoch będący członkiem Opus Dei, pisze: „Zawsze słyszałem, jak wypowiadał niezwykle wyraźne i surowe potępienia przeciwko ustrojom totalitarnym, tyrańskim i tłumiącym wolność bez względu na ich zabarwienie”24.

Mario Lantini: „Per lui non era concepibile il partito unico (…) era quindi contro ogni totalitarismo, razzismo, nazionalismo, ecc. *25

Pedro Casciaro: „Jeśli chodzi o faszyzm i nazizm, nie było przypadku konfrontacji, dlatego że Opus Dei rozpoczęło swoją stałą pracę we Włoszech i w Niemczech, kiedy te reżimy już nie rządziły. Przy jakiejś okazji słyszałem, jak [Josemaría Escrivá] mówił z podziwem o kardynale Faulhaberze, który miał odwagę głosić rekolekcje adwentowe w monachijskiej katedrze w okresie hitleryzmu”26.

José Orlandis pamięta, że 15 września 1939 roku, następnego dnia po tym, jak poprosił o przyjęcie do Dzieła, podczas rekolekcji w akademiku Burjasot (Walencja), „kiedy przebywałem sam z Ojcem w jego gabinecie, nie pytając mnie o nic, wyznał mi: „Dzisiaj rano ofiarowałem Mszę świętą za Polskę, ten katolicki kraj, który jest poddawany straszliwej próbie podczas hitlerowskiej inwazji”. Mogłem zobaczyć, że tę intencję – los zaatakowanej Polski – nosił bardzo głęboko w sercu i obchodziła go bardzo w owych chwilach, kiedy polski opór załamywał się już wszędzie wobec przewagi wojsk najeźdźcy”27.

Domingo Díaz-Ambrona pozostawił pisemne świadectwo z przypadkowego spotkania, jakie odbył z księdzem Escrivą w pociągu, na linii Madryt-Awila, pewnego sierpniowego dnia 1941 roku:

„Wracałem właśnie z podróży do Niemiec i mogłem tam dostrzec strach katolików przed manifestowaniem swoich przekonań religijnych. To kazało mi obawiać się hitleryzmu, ale, jak wielu Hiszpanów oślepionych propagandą Niemiec przedstawiających siebie jako siłę mającą zniszczyć komunizm, nie dostrzegałem negatywnych aspektów hitlerowskiego systemu i filozofii. Chciałem więc znać jego opinię.

Poważnie mnie zaskoczyła w tamtym czasie zdecydowana odpowiedź tego kapłana, który miał bardzo trafne informacje na temat sytuacji Kościoła i katolików pod rządami Hitlera. Mons. Escrivá wypowiadał się wobec mnie z wielką mocą przeciwko temu antychrześcijańskiemu reżimowi, z siłą, która objawiała jego wielkie umiłowanie wolności. Nie było wówczas łatwo znaleźć w Hiszpanii – nie znano jeszcze wszystkich zbrodni hitleryzmu – osoby, które z takim zdecydowaniem potępiałyby hitleryzm”28.

Amadeo de Fuenmayor po stwierdzeniu, że postawa księdza Escrivy „potępiająca hitleryzm była stanowcza” przytacza obszerną relację „określeń odnoszących się do Hitlera i do rasistowskiego systemu, których słuchaliśmy od niego przy rozlicznych okazjach”. Pośród nich znajdują się następujące:

„Nie cierpię wszelkich totalitaryzmów”.

„Nazizm jest herezją, poza tym, że jest polityczną aberracją”.

„Ucieszyłem się, kiedy Kościół go potępił. My, wszyscy katolicy, nosiliśmy właśnie to w duszy”.

„Każdy rasizm jest czymś sprzecznym z prawem Bożym, z prawem naturalnym”.

„Wiem, że było wiele ofiar nazizmu i boleję nad tym. Wystarczyłaby mi jedna – ze względu na wiarę, a poza tym ze względu na narodowość – żeby potępić ten system”.

„Hitler zawsze wydawał mi się opętańcem, nieszczęśnikiem, tyranem”29.

Jak reagował Josemaría Escrivá? Od czasu, kiedy nazywano go szaleńcem, bezczelnym, heretykiem lub masonem, do chwili, kiedy telefonowano o świcie do Villa Tevere, pytając, „czy to prawda, że Mons. Escrivá zmarł”, przeżywał i uczył swoje dzieci przeżywać reakcję, którą wyrażał w skrócie przy pomocy pięciu pełnych cierpliwości, ale nie bierności czasowników: „modlić się, milczeć, rozumieć, wybaczać… i uśmiechać się”. Nie był to przepis na narkotyk, tylko rada przyjęcia postawy wymagającej zdecydowanych i potężnych sił.

Mercedes Morado i Begoña Álvarez, pośród tak wielu osób, które przez wiele lat żyły z księdzem Escrivą, napisały, że duch przebaczenia, zapomnienia i zrozumienia wobec osób obrzucających go oszczerstwami narastał do tego stopnia, że wyjawił z całą prostotą: „Nie żywię do nich żadnej urazy. I codziennie modlę się za nich tak samo, jak modlę się za moje dzieci… I dzięki temu, że się za nich modlę, pokochałem ich tym samym sercem i z tą samą intensywnością, jak moje dzieci”30.

W związku z tym, przelewając na papier swoje własne, prywatne przeżycie, napisał:

„Pomyśl, ile dobra uczynili dla twej duszy ludzie, którzy ci uprzykrzali życie, bądź starali się ci je uprzykrzać.

Inni nazywają takich ludzi wrogami. Ty zaś […] uważaj się za kogoś zbyt nieznaczącego, żeby mieć kiedykolwiek wrogów, i nazywaj ich „dobroczyńcami”. Okaże się, że na skutek polecania ich Bogu nabierzesz do nich sympatii”31.

Przy pewnej okazji Encarnación Ortega widziała, jak przekazano mu wiadomość, że ojciec Carrillo de Albornoz opuścił Towarzystwo Jezusowe, wyrzekając się następnie wiary katolickiej. Ksiądz Escrivá w sposób widoczny był poruszony głębokim bólem. Wspierając głowę na dłoniach milczał, modląc się, pogrążony w sobie. Wówczas Salvador Canals przypomniał mu, że ten sam człowiek wiele lat wcześniej rzucał najcięższe oszczerstwa na Dzieło. Ksiądz Escrivá uciął natychmiast:

– Ale to jest dusza, mój synu, to jest dusza!32

Zalecając ten rodzaj autentycznego zrozumienia – „musimy rozumieć nawet to, że nas nie rozumieją”33 – zachęcał swoje dzieci do tego, „żeby nie milczały, kiedy chodzi o obronę Dzieła… dlatego że jest to Dzieło Boże i należy nadstawiać za nie karku”. On sam tak robił. Pewnego styczniowego dnia 1967 roku, w Rzymie, rozmawiając z Césarem Ortiz-Echagüe, który właśnie przyjechał z Madrytu, powiedział mu ze smutkiem, że nie jest dobry brak wolności politycznej istniejący w Hiszpanii. I dodał:

– Napisałem ostry list do ministra Solísa. Nie spodziewam się, że mi odpowie, ale jeżeli to zrobi… Mam mu jeszcze więcej do powiedzenia! Wy zaś nie możecie pozwolić, żeby w państwowych gazetach, które są organami rządu i na które wszyscy płacicie, obrażano bez powodu Dzieło34.

Natomiast kiedy chodziło o osobiste zniewagi i prześladowania, nie miał wątpliwości, żeby doradzać postawę pogodnego milczenia i przebaczenia. W 1962 roku Rafael Calvo Serer pojechał odwiedzić go w Rzymie. Otworzył przed nim serce i opowiedział mu o oszczerstwach i prześladowaniach, jakich był obiektem ze strony niektórych frankistowskich dygnitarzy. Ksiądz Escrivá po wysłuchaniu go powiedział:

– Mój synu, jest to trudne, ale… musisz nauczyć się przebaczać.

Zamilkł na chwilę i, jakby głośno myśląc, dodał:

– Nie musiałem uczyć się przebaczać, dlatego że Bóg nauczył mnie kochać35.

Niemniej jednak, odróżniał wyraźnie ataki na osoby i intrygi przeciwko Opus Dei. To „wierzganie przeciwko ościeniowi” bolało go w bardzo nadprzyrodzony sposób, „dlatego że niosło ze sobą obrazę Boską”. Niekiedy mawiał: „A jeśli nie zdołają pojąć, nadchodzi chwila, w której umierają… I wówczas znika ten opór, który stawiali. Już tam Bóg osądzi ich działania! My nigdy nie powinniśmy sądzić”36.

Kiedy w 1972 roku odbierano dziwne rozmowy telefoniczne, upewniające się, „czy umarł” albo interesujące się „jego ciężkim stanem zdrowia”, ksiądz Escrivá – który wówczas przejawiał zdumiewającą podróżniczą i apostolską aktywność w Europie i w Ameryce – komentował w naturalny sposób: „To ci sami, którzy w 1951 roku chcieli wyrzucić mnie z Dzieła… Gdyby to uzyskali, zabiliby mnie… A teraz nadal chcą mnie zabić, rozgłaszając nieistniejące choroby. Nie wiem, co chcą na tym zyskać, dlatego że kiedy naprawdę umrę, mam nadzieję, że z pomocą waszych modlitw, Pan przyjmie mnie w swoim miłosierdziu… Natomiast z nieba będę mógł wam o wiele więcej pomagać!”37

Jako że owa męcząca taktyka dzwonienia o wczesnych godzinach porannych trwała dalej, opowiedział o tym swoim córkom z La Montagnola, na wypadek, gdyby jakiś telefon zdarzył się w ciągu dnia i to one przyjęły rozmowę. Jego komentarz był skąpy, ale bardzo wymowny:

– Tego właśnie pragną niektórzy… i to podobałoby się diabłu.

Po czym, zmieniwszy temat, pracował dalej38.

Aby nie prowokować u swoich dzieci reakcji niechęci, ksiądz Escrivá zawsze otaczał mgłą anonimowości tych, którzy intrygowali przeciwko Dziełu. Zwykle mówił ogólnie o „sprzeciwie ze strony ludzi dobrych”, a w bardzo określonych przypadkach, używał jako wszelkiego odniesienia określenia „ci co zwykle”. Wiedział, kim są. Co więcej, spisał i kazał spisać najbardziej znaczące epizody dotyczące ataku na Opus Dei, świadomy, że są istotną częścią historii Dzieła. Jednakże zrobił to pod warunkiem, że dokumenty te zawsze pozostaną tajne i fakty nigdy nie ujrzą światła dziennego, nawet kiedy umrą już osoby, które w taki czy inny sposób uczestniczyły w tych atakach, zachęcały do nich albo na nie przyzwalały. Niemniej jednak, wiele ujawnia opinia, na jaką zasługiwały u niego te wydarzenia. Pojawia się w sposób wyraźny i zdecydowany w punkcie 804 Kuźni: „Sprzeciw ze strony ludzi dobrych? - To są sprawki diabła”.

Ten „sprzeciw ze strony ludzi dobrych” stał się niezwykle zawzięty w latach 1951-1952, właśnie w związku z definitywną aprobatą Dzieła. Było to coś więcej niż zbiór plotek i gąszcz oszczerstw. Obracała się dobrze naoliwiona maszyneria. W jedwabnych rękawiczkach i cichymi krokami zdołano umieścić na biurku Papieża Piusa XII palący zestaw fałszywych świadectw. Oskarżenia były bardzo poważne. Pośród nich znajdowało się potworne oskarżenie zarzucające rozwiązłość między kobietami i mężczyznami z Opus Dei.

Za tymi dossier kryła się inteligentna i sprytna taktyka, która dobrze wiedziała, w jakie bardzo delikatne miejsce należy wymierzyć cios, żeby był śmiertelny. Miejscem tym była jedność Dzieła. Taki był i taki zawsze jest wielki sekret skuteczności Opus Dei. Jedność prawna, duchowa i ascetyczna, z całkowitym podziałem życia, systemu, zarządzania, apostolstwa… Niczym dwie równoległe, zgodne ze sobą linie, które biegną równocześnie, chociaż nigdy się nie spotykają ani się nie pokrywają, ale które w całym swoim przebiegu mają to samo powołanie, tę samą duchowość, tego samego założyciela i tego samego Ojca.

Jedynym sposobem na wykończenie Dzieła mógł być cios wymierzony w „most” tworzący tę jedność. Nie wystarczała amputacja któregoś z członków albo przycięcie gałęzi. Skuteczne i ostateczne mogło być jej odcięcie. Święty Josemaría Escrivá de Balaguer przyglądał się uważnie tym machinacjom. Chodziło o wygnanie założyciela. Po jego zniknięciu kobiety i mężczyźni z Dzieła rozproszyliby się bez celu. Byłoby to dosłownie zgodne z ewangelicznym cytatem: „Uderzę pasterza, a rozproszą się owce” (percutiam pastorem et dispergentur oves)*.

Jak wiele lat później komentował Álvaro del Portillo: „Była to bardzo dobrze przygotowana zasadzka, niczym sztylet przystawiony do piersi. Wystarczyło tylko troszeczkę nacisnąć, żeby przebić serce”39. Del Portillo ważył słowa i uciekał się do metafory zręcznie trzymanego sztyletu, ale w swoim czasie poznał z pierwszej ręki cały ten podstęp i dzielnie walczył, żeby go rozbroić.

Ksiądz Escrivá cierpiał z tego powodu na ciele i na duszy. Nie była to kwestia jednego czy dwóch dni. Wrogość nie ujawniała twarzy, nie było jej słychać – nie miała oblicza. Jednakże wisiała w powietrzu. Zwieszała się niczym burzowa chmura, naładowana elektrycznością i nieubłagana.

Ksiądz Escrivá wyczuwał, dostrzegał, czuł, że coś się dzieje. Coś poważnego. Jednakże nie wiedział, co to jest. Tygodniami i miesiącami był niespokojny, rozstrojony, miał jakby złe przeczucia. Modlił się, nie wiedząc, o co ma prosić… Czasami, już po rozpoczęciu lata, schodził do ogrodu Villa Vecchia, żeby trochę się poruszać, zaczerpnąć potężny łyk powietrza, odmówić różaniec albo porozmawiać z którymś ze swoich dzieci:

Jestem tamquam leo rugiens, jak lew ryczący, czuwający, na straży…** Czuję się jak ślepiec, który musi się bronić, ale który może tylko wymierzać ciosy laską w powietrze, dlatego że nie wiem, co się dzieje, ale coś się dzieje…40

To samo mówił księdzu Álvaro, swojemu umiłowanemu synowi, swojemu powiernikowi, swojemu spowiednikowi, swojemu „stróżowi”, swojej mocnej saxum

– Álvaro, nie mogę się dowiedzieć, co się dzieje, ale coś się dzieje.

Wtedy Del Portillo milkł. Oczy zachodziły mu źle powstrzymywanymi łzami. Miał rozdarte serce, ale nie mógł pomóc Ojcu.

Ze względu na swoją pracę w Watykanie być może miał świadomość istnienia niektórych nieżyczliwych komentarzy, ale nie wiedział, że knuje się jakaś dziwna operacja, mająca dotknąć założyciela Opus Dei41.

Pewnego sierpniowego dnia owego 1951 roku ksiądz Escrivá na próżno kołaczący do wielu drzwi, których mu nie otwierano i za którymi nawet nie chciano go słuchać, nie wiedząc, do kogo się uciec na tej ziemi, uciekł się do jedynego środka, jaki pozostawał w jego zasięgu:

– Álvaro, zawsze stosowałem nadprzyrodzone środki: modlitwę i umartwienie. A zatem pojadę 14 sierpnia drogą w kierunku Loreto. Chcę być tam 15 sierpnia i poświęcić Dzieło Najświętszej Panience. Teraz jest ferragosto, na tych drogach jest strasznie gorąco. Nic nie szkodzi! W ten sposób odbywa się prawdziwe umartwienie42.

Álvaro pojechał z nim. Znosząc straszliwy upał, podróżowali do prowincji Ankona. W sanktuarium w Loreto, założyciel poświęcił Opus Dei Najsłodszemu Sercu Maryi odprawiwszy tam mszę. Przesłanie jego modlitwy jest krótkie i bezpośrednie: iter para tutum!, przygotuj nam drogę bezpieczną!

Ten, kto się modli, nigdy nie wraca z pustymi rękami. Odpowiedź z nieba nie kazała na siebie długo czekać. W kilka tygodni później, już we wrześniu, Juan Udaondo, jeden z dwóch członków Opus Dei, którzy mieszkali w Mediolanie, powiadomił Ojca o „czymś niekonkretnym, ale bardzo niepokojącym”, o czym właśnie powiedział mu kardynał Schuster*, benedyktyn i arcybiskup Mediolanu. Niezwykle ważna osoba… na wysokim stanowisku, in alto loco, opowiedziała mu pewne rzeczy o Dziele… „Chociaż ja w to nie wierzę, ja w to nie wierzę… jestem bardzo zadowolony, że Opus Dei pracuje w mojej diecezji…”43

Kilka miesięcy później, w styczniu 1952 roku, kardynał Schuster, rozmawiając z Juanem Udaondo i Juanem Masiá, zapytał ich:

– Jak się miewa wasz założyciel?

Odpowiedzieli mu z całkowitą naturalnością:

– Bardzo dobrze…!

Hierarcha naciskał:

– Jak znosi swój krzyż? Czy nie odczuwa teraz jakiegoś szczególnego sprzeciwu, bardzo mocnego krzyża?

– No cóż… jeśli rzeczywiście tak jest, z pewnością jest bardzo zadowolony, dlatego że zawsze uczył nas, że jeśli jesteśmy blisko krzyża, jesteśmy blisko Jezusa…

– Nie, nie…! Powiedzcie mu, żeby uważał… Żeby pamiętał o swoim rodaku Świętym Józefie Kalasancjuszu, a także o Świętym Alfonsie Liguori… I niech się ruszy!44

Ostrzeżenie wskazuje wyraźnie dwóch świętych założycieli, którzy cierpieli bardzo ciężkie ataki ze strony „ludzi Kościoła”. Pierwszy z nich, Aragończyk Józef Kalasancjusz, został wygnany przez swoich własnych ludzi ze zgromadzenia, które sam założył**. Okrutnie lżony i obrzucany z wściekłością oszczerstwami, musiał stawić czoła publicznemu procesowi i sądowi przed inkwizycyjnym trybunałem… Również neapolitańczyk Alfons Maria Liguori, adwokat z zawodu, założyciel redemptorystów, poznał gorzki smak niezrozumienia, krytyki i prześladowania.

Udaondo napisał do Ojca bez zastanowienia przekazując mu wiadomość o poważnym i pilnym ostrzeżeniu kardynała Schustera. Pisał płacząc. W liście – przechowywanym w archiwum Dzieła – można dostrzec, że w niektórych akapitach atrament został rozmyty łzami.

Udaondo wysłał list, a poza tym sam pojechał z Mediolanu do Rzymu. 12 marca przebywali w kaplicy przy ulicy Via Orsini, w ośrodku Opus Dei, kiedy wszedł Ojciec. Ukląkł obok nich. I nagle zaczął do nich mówić półgłosem, nie przestając patrzeć na Tabernakulum:

– Synu, ile razy słyszałeś, jak mówiłem, i tak było naprawdę, że chciałbym nie należeć do Dzieła, żeby niezwłocznie poprosić o przyjęcie jako ostatni… i być pierwszym w posłuszeństwie… w posłuszeństwie wszystkim! Ja, Pan o tym wie, nie chciałem być założycielem niczego. Jednakże Bóg tak chciał… Mój synu, czy widziałeś, jak chcą zniszczyć Dzieło i jak mnie atakują?… To jest właśnie owo „uderzę pasterza, a rozproszą się owce”… Mówię ci tutaj, przed Tabernakulum, że jeśli usuną mnie z Dzieła, to mnie zabiją!45

Głos księdza Escrivy załamał się przechodząc w szloch. Ukrył twarz w dłoniach.

Zgarbiony, zgarbiony… Między jego sercem a koszulą nie mieściło się więcej bólu. Człowiek z krwi i kości.

Od kiedy przyszedł list od Juana Udaondo, ksiądz Escrivá ruszył się. Udał się z wyjaśnieniami i z prośbą o wyjaśnienia do najwyższych hierarchów Stolicy Świętej. Rozmawiał z Tedeschinim, z Larraoną, z Piazzą, z Tardinim, z Ferretto, z Baggio… Odważnie protestował:

– Jeśli usuniecie mnie z Opus Dei, wiedzcie, że będziecie zbrodniarzami. Dzieło jest moim życiem i jeśli oddzielicie mnie od niego, zabijecie… zamordujecie mnie!

Odpowiedziano mu wymówkami:

– Ależ monsignore…, nikt nie ośmieliłby się…!

Mons. Escrivá robi coś niezwykłego w tym pałacowym protokole ówczesnej Kurii Rzymskiej, sprzed II Soboru Watykańskiego: wykorzystuje jako „pośrednika” kardynała Tedeschiniego, który w tych samych dniach, 24 lutego, został właśnie mianowany protektorem Opus Dei46. Wręczył mu list, w którym po synowsku i z szacunkiem, a równocześnie niezwykle jasno, bardziej niż broniąc praw Dzieła i swoich własnych, ostrzegał z powagą, że „zostanie popełniony ciężki grzech niesprawiedliwości”, jeśli utkane kłamstwo będzie dalej podążać swoją drogą. List, chociaż był skierowany do Mons. Tedeschiniego jako oficjalnego „opiekuna” Opus Dei przy Stolicy Świętej, miał wyżej postawionego adresata – Papieża.

Kardynał, widząc głębię czynu, który usiłowano popełnić, zobowiązał się odczytać osobiście ten list Piusowi XII, „przy pierwszej nadarzającej mi się okazji”.

18 marca tego samego 1952 roku pojawiła się okazja. Pius XII zareagował szybko. Proces – niezwykle zaawansowany i mający już się zwrócić przeciwko założycielowi Opus Dei – został natychmiast wstrzymany.

Księdzu Escrivie wyrwał się krzyk milczenia na zakończenie tego raniącego wydarzenia. Zapisał go na kartkach swojego kieszonkowego kalendarzyka: „Wbrew swoim zamierzeniom ci, którzy prześladują, uświęcają... Ale biada tym «uświęcicielom»!”47

Świetnie wiedział, kim są jego prześladowcy. Jednak nie nazwał ich. Nie wskazał. Nie odkrył ich tożsamości. Nie mógł jednak uniknąć myślenia o nich, kiedy, w dwadzieścia lat później, w 1972 roku o świcie, zadzwonił telefon i ktoś zapytał, czy monsignore Escrivá è morto*: „To ci sami ludzie, którzy w 1951 roku chcieli usunąć mnie z Dzieła. Gdyby im się to udało, zabiliby mnie. A teraz nadal chcą mnie zabić…”48

Jednego z tych dni pełnych niepewności i udręki, czując z bliska oddech tych, którzy spiskowali przeciwko Dziełu i przeciwko niemu, wyszedł na jeden z cortili domu, żeby chwilę porozmyślać w samotności. Na arco dei Venti, wspierając się na poręczy, napisał krótki, ale wyraźnie „informacyjny” tekst, który później kazał wyryć na zwykłej marmurowej płycie:

„Kiedy wznoszono te domy w służbie Kościołowi, dzięki coraz większym wyrzeczeniom, Pan dopuścił, żeby z zewnątrz nadeszły ciężkie i ukryte przeciwności, podczas gdy Opus Dei – poświęcone Najsłodszemu Sercu Maryi 15 sierpnia 1951 roku i Najświętszemu Sercu Jezusa 26 października 1952 roku – trwałe, zwarte i pewne, umacniało się i rozszerzało. Laus Deo”.

Po umieszczeniu na jednym z korytarzy zamykających cortile Vecchio płyta ta została zakryta metalową pokrywą, która, niczym drzwiczki, poruszała się na zawiasach. Przez kilka lat drzwiczki z brązu były zamknięte, żeby przechodzący tamtędy członkowie Dzieła nie wiedzieli o tych faktach. Był to sposób oszczędzenia im niepotrzebnych cierpień nie w porę. Wówczas nadal trwały zawirowania burzy, której nie udało się rozpętać. Do tego stopnia, że niektórzy dostojnicy kościelni radzili księdzu Escrivie, żeby „pozostawał w ukryciu”, żeby „zrezygnował z wszelkiej działalności na zewnątrz”, „żeby bardzo głęboko nie oddychał”… Pewien wysoki członek Kurii posunął się do tego, że powiedział mu: „Niekiedy, żeby nie zostać zabitym, należy udawać martwego”.

Zadając gwałt swojemu ekstrawertycznemu i społecznemu charakterowi, a przede wszystkim swojej niecierpliwej gorliwości o dusze, która popychała go do poszukiwania kontaktu z ludźmi, ksiądz Escrivá dobrowolnie zamknął się w Villa Tevere. Było to kilka lat niezwykle czynnego zamknięcia – poświęconych formacji swoich dzieci, pisaniu homilii i listów doktrynalnych i żywemu promowaniu apostolstwa w różnych krajach. W Rzymie go nie widziano, ale zjeździł całą Europę odbywając męczące podróże samochodem.

Oczywiście odczuwał uciążliwość rzymskiej samotności… On, który w jakimś momencie powiedział Francesco Angelicchio: „Jestem rzymianinem bardziej niż ty!”49, teraz zaczynał czuć się „obcym w moim Rzymie!”50

Wówczas odmówił pewnego dnia swoją modlitwę przy pomocy psalmu 69 (68): „Liczniejsi są od włosów mej głowy nienawidzący mnie bez powodu… Dla Ciebie bowiem znoszę urąganie i hańba twarz mi okrywa. Dla braci moich stałem się obcym i cudzoziemcem dla synów mej matki…”

Zgarbiony, zgarbiony… Wstrzymywane po męsku łzy paliły go niczym cytryna w oczach. Brał ołówek i gryzmolił te zapiski, przez które sączył się pełen goryczy żal. Nie robił tego, żeby sobie ulżyć, tylko żeby kiedyś inni nauczyli się – cierpiąc mniej – korzystając z tego, czego on się nauczył:

„Intrygi, nikczemne obmowy - na miarę podłego serca, które obmawia - tchórzliwe podszeptywania... Ta scena powtarza się niestety w równych środowiskach: nie pracują, ani nie pozwalają pracować.

Zastanów się uważnie nad tymi wersetami psalmu: „Dla braci moich, stałem się obcy i cudzoziemcem dla synów mej matki, bo gorliwość o dom Twój mnie pożera i spadły na mnie obelgi uwłaczających Tobie”... i pracuj dalej”51

Po latach, pewnego zimnego listopadowego dnia 1959 roku, na spotkaniu ze studentami Kolegium Rzymskiego, jeden z nich, aby sprowokować zwierzenia, poprosił go:

– Ojcze, proszę nam opowiedzieć, co działo się w latach 1951 i 1952, kiedy chciano podzielić Dzieło na dwie gałęzie i wygnać Ojca… Kto stał za tymi prześladowaniami?

Ksiądz Escrivá, który nie chciał mieć tajemnic wobec swoich dzieci, ale nie lubił również „psuć nikomu zabawy”, wskazując podbródkiem jakiś odległy punkt poza pomieszczeniem, odniósł się do owej płyty, która na zawsze będzie kamiennym świadkiem lat bólu:

– Posłuchaj, mój synu, tam na cortile Vecchio znajduje się płyta, którą możecie przeczytać i która jest bardzo jasna. Jest napisana czystą hiszpańszczyzną. Napisałem ten tekst siedząc na kamieniach, kiedy budowano te budynki… Z sercem pełnym goryczy, ale szczęśliwy, bardzo szczęśliwy! Nigdy – nawet wówczas – nie utraciłem radości. Ksiądz Álvaro i ja zatrzymaliśmy to między sobą. Ty jednak mówisz mi: „Ojcze, proszę nam opowiedzieć… kto za tym stał”, a ja muszę wam powiedzieć, że jest wiele rzeczy, o których dowiecie się w niebie. Na ziemi nie. Lepiej nie…52




  1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna