Rozdział LXX



Pobieranie 4,01 Mb.
Strona1/39
Data20.05.2018
Rozmiar4,01 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   39



KSIĄDZ JAN LEMOYNE T. S.

Błogosławiony

Jan Bosko
Pamiętniki biograficzne
TOM IX



ROZDZIAŁ I

Rok 1868 – Ksiądz Bosko pisze Historię Kościoła poświęconą Matce Najświętszej


w diecezji Acqui; List kustosza tej świątyni do Księdza Bosko; Ksiądz Bosko powierza Księdza Janowi Bonetti przeglądanie i poprawianie swoich rękopisów przeznaczonych do druku; Księdza Bonetti uczonym i wyrobionym pisarzem: cała jego nauka przepojona uczuciem pobożności: jego stanowczość w zapisywaniu każdego słowa Księdza Bosko: objawy czci względem Dominika Savio i Michała Magone; Rady, czyli kwiatuszki, udzielone przez Księdza Bosko i to, co mu dobry Ojciec powiedział, przeznaczając go do zakładu Mirabello; Święte postanowienia; Liczba członków Towarzystwa salezjańskiego przy końcu 1867 r.

Z końcem 1867 i na początku 1868 r. Ksiądz Bosko podejmował zakończenie pracy, której od trzech lat poświęcał każdy skrawek wolnego czasu. On nigdy nie usuwał się od pracy, gdy chodziło o uczczenie Matki Najświętszej. Jego pióro opisało już lub zamierzało opisać objawienia, świątynie, łaski Matki Bożej w La Salette, w Lourdes, w Spoleto


i w innych miejscowościach, a teraz kończył właśnie szkic historyczny świątyni w Pieve
w mieście Ponzone, diecezji Acqui, który to szkic napisał na prośbę Księdza Józefa Poggio.

Świątynia w Pieve wzniesiona została w bardzo oddalonej starożytności


z pewnością przed tysięcznym rokiem naszej ery, a założenie jej sięga prawdopodobnie pierwszych wieków Kościoła. Nie powinno to dziwić nikogo wobec podawania silnie uzasadnionego, że św. Piotr Apostoł udając się na opowiadanie Chrystusa do Galii, przebywał w Acqui i okolicznych miejscowościach, krzewiąc religię chrześcijańską wśród ludu. Po nim przybył św. Syrus, jego uczeń, który za wzorem swego mistrza kazaniami i cudami dokończył nawrócenia plemion z Acqui i Ligurii. Ci dwaj misjonarze i cudotwórcy zakorzenili widocznie w tym kraju nabożeństwo do Najświętszej Matki Zbawiciela i przypuszczalnie niedługo potem powstała ta świątynia, co zresztą zgodnie i stale głosi i potwierdza tradycja.

Pewna rodzina z Ponzone miała córkę niemowę. Ona obyczajem przodków, często wypędzała bydło na pastwisko na wzgórek, w pobliżu zbocza, gdzie dziś wznosi się kościół. Aż pewnego dnia zjawiła się przed nią nieznajoma Pani, cudownie ubrana


i promieniująca niebiańską pięknością. Przesłodki uśmiech wykwitał na jej wargach, z oczu Jej patrzyły dobroć i urok niewysłowiony. Wobec tego zjawiska dziewczyna stała jakby zachwycona czując, że duszę jej zalewa bezmiar szczęścia i radości. Spostrzegła się wkrótce, że ta prześliczna Pani, to z pewnością Królowa niebios.

Idź do domu, rzekła Matka Najświętsza i opowiedz rodzicom coś widziała, a oni niech nakłonią mieszkańców miasta i okolicy, ażeby w tym miejscu ku mojej czci wznieśli świątynię”. I znikła.

Dziewczynka natychmiast zeszła z góry, pobiegła do rodziców i jakby nigdy nie była niemową, z łatwością zaczęła rozmawiać i opowiadać o zjawieniu się Najświętszej Panny i o słowach, które od Niej usłyszała. Rodzice zdumieli się widocznym cudem, że niema odzyskała mowę, uwierzyli, a z nimi wszyscy mieszkańcy miasta i okolicy. W krótkim czasie święty przybytek już był wzniesiony. Od tego czasu aż do dnia dzisiejszego niezliczone były łaski duchowe i doczesne, którymi Matka Najświętsza obsypywała swoich wiernych wyznawców.

Ksiądz Bosko zbierał dokumenty, przeszukiwał archiwa, zgłębiał zapiski kościelne i prawdopodobnie odwiedził Ponzano.

Obecnie kościół wznosi się na zboczu wzgórza i jest otoczony dokoła grubym
i wysokim murem, nad którym sterczy baszta, będąca jednocześnie bramą wjazdową. Kościół posiada tylko jedną nawę, za to olbrzymich rozmiarów, utrzymany jest w pięknym
i majestatycznym stylu, bogaty w rzeźby i malowidła, ozdobiony pięciu ołtarzami,
a w głównym ołtarzu jest statua Matki Boskiej, od niepamiętnych czasów otoczona czcią najwyższą.

Odnośnie do dzieła napisanego przez Księdza Bosko, posiadamy następujący dokument:


PRZEWIELEBY KSIĘŻE BOSKO!

Otrzymałem rękopis, zawierający historię tutejszego kościoła. Stosownie do życzenia, jakie mi Przewielebny Ksiądz w ostatnim swoim liście wyraził, przeczytałem ją od deski do deski dwa razy, a ponieważ zdawało mi się, że niejedno należałoby dodać lub zmienić, jakkolwiek nie jestem w tym kierunku za bardzo uzdolniony, pokładając jednak ufność Maryi Stolicy Mądrości, sporządziłem kopię tego dzieła, na której poczyniłem odpowiednie dodatki i poprawki, według mego skromnego mniemania będące na miejscu,


a oryginał przy tym nie został naruszony. Spodziewam się, że w tych dniach ukończę kopię, nieco odmienną od oryginału i dlatego mam zamiar zjawić się u Przewielebnego Księdza, ażeby oba rękopisy przedstawić i osobiście omówić z Nim racje poczynionych zmian, rozstrzygnięcie pozostawiając zresztą znanej nauce Przewielebnego Księdza oraz poinformować o niektórych sprawach odnoszących się do tej historii.

Przeto zanim tam się udam, proszę z łaski swojej zawiadomić mnie, czy Przewielebny Ksiądz będzie w domu w pierwszych dniach przyszłego tygodnia, gdyż wtedy, jeśli Bóg pozwoli, będą mógł wyjechać do Turyny. W międzyczasie dobrze będzie, jeśli dla uzyskania czasu i dla uniknięcia większych nieprzyjemności przedstawię te historię biskupowi z Acqui, celem uzyskania aprobaty.

W końcu chciałbym poprosić o łaskawe udzielenie mi schronienia, jeśli to możliwe, w swoim Oratorium na ten krótki czas, jaki tam będę musiał zabawić, a stąd
i Przewielebny Ksiądz będzie mógł prędzej mnie załatwić, już to dla niepewnej pory roku, już dla zajęć, którymi jestem obciążony.

Prosząc z głębi serca Najświętszą Pannę, ażeby hojnie wynagrodziła Przewielebnego Księdza za starania, położone około Jej świątyni, łączę wyrazy głębokiego szacunku, kreśląc się z całym poważaniem oddany sługa



Ks. Józef Loggio

Ze świątyni Najświętszej Panny w Pieve 18 listopada 1856 r.


Ksiądz Bosko oddał kopie wymienionego rękopisu ks. Bonetti, ponieważ znaleźliśmy ją miedzy jego zeszytami. Ks. Bonetti, jeszcze zanim został wyświęcony na księdza, oddawał Ksiądz Bosko swoje dzieła, przeznaczone do wydania, ażeby je przeglądał, poprawiał a często uzupełniał. A czynił tak przez całe swoje życie.

Ks. Bonetti był w tym jego niestrudzoną prawą ręką. Dzielny pisarz był niezmiernie drobiazgowym w poprawkach, od których roją się jego rękopisy tak,


że niektórych stronnic nie można wprost odcyfrować. Zostawił po sobie większą liczbę kazań i zdaje się, że nie wychodził na ambonę, zanim ich nie napisał, a były bardzo planowo przemyślane i bogate pod względem stylowym i naukowym.

Gdy Ksiądz Bosko jak to było powiedziane, zagubił wiele swoich zeszytów swojej Historii powszechnej Kościoła, obowiązkiem ks. Bonetti było uzupełnić tę lukę; zaczął pracę około 1862, a prowadził ją przez szereg lat. Pozostały z tej pracy zaledwie dwa tomy rękopisów, zawierające 1261 stronic z cytatami z Biblii, z Ojców Kościoła i mnóstwa innych autorów kościelnych i świeckich. Ksiądz Bosko własnoręcznie czynił wiele dopisków. Lecz nawał zajęć kazał mu zarzucić tę pracę, której ukończenia, jak zobaczymy, gorąco pragnął Ksiądz Bosko przede wszystkim dla poparcia tezy o nieomylności Głowy Kościoła. O innych jego pismach, ogłaszanych w „Czytankach Katolickich”, dowiemy się w swoim czasie. Tu zaznaczymy tylko, że napisał on również w hołdzie czci dla Wiktora Aslassonatti, żywot bł. Cherubina Testa, który jednak nie został wydany, a później opracował jeszcze „Żywot Maryi Panny” oraz „Żywot i nauka Jezusa Chrystusa, opowiedziana i wyjaśniona na podstawie Ewangelii dla chrześcijańskiej rodziny oraz przeciw napaściom bezbożnych”.

Ks. Bonetti z wiedzą łączył ducha wielkiej pobożności, jakim przepajał go Ksiądz Bosko od roku 1855, kiedy to po raz pierwszy wstąpił do Oratorium. Napisy, które poumieszczał na okładkach swoich szkolnych zeszytów, są to słowa usłyszane
z ust Księdza Bosko, albo napisane jego piórem.

Na zeszytach gimnazjalnych są na przykład takie: „Często uciekaj się do Maryi”; „Pilnie wystrzegaj się próżnowania”; „Maryja jest Matką twoją”. A wewnątrz tych zeszytów wypisywał pochodzenie i znaczenie wyrazów łacińskich i greckich, oraz lekcje hebrajskiego, których Ksiądz Bosko udzielał chłopcom publicznie, prywatnie, a nawet w kazaniach 1857 r.

Na zeszytach z okresu studiowania filozofii znajdujemy takie zdania: „Stolico mądrości módl się za mną!”; „Daj mi duszę o resztę nie dbam”; „Aby cieszyć się radością ducha, należy całkowicie oderwać swe serce od rzeczy tego świata”; „Kto się oddala od przyjaciół i rodziców, ten zbliża się do Boga i aniołów Jego” – (T. a Kempis); „Savio Dominik był moim towarzyszem i współuczniem, zatem: si ille, cur non ego?, jeśli on, dlaczego nie ja?”.

Był mu bardzo drogim i często wzywał imienia drugiego świątobliwego chłopca, mianowicie Michała Magone, którego był asystentem. Pomiędzy swymi papierami, jako cenną relikwię, przechowywał jego szkolne zadania, które teraz złożone są w archiwum.

W końcu na zeszytach ze studiów teologicznych można przeczytać: „Niech żyje Maryja! Niech żyje Dominik Savio! Niech żyje Ksiądz Bosko! Szatan nie zawsze znajdzie cię zajętym (św. Hieronim); Słodycz zyskuje przyjaciół, a uśmierza wrogów”.

W jednym zeszycie, na którym widnieje własnoręczny napis Księdza Bosko: „Wielebnemu kl. Bonetti”, znaleźliśmy bileciki, a na każdym z nich kwiatuszek, albo radę duchową.

Oto ich porządkowy wykaz:


  • Odmówisz jedno Witaj Królowo w intencji Dzieła Rozkrzewiania Wiary.

  • Wysłuchasz Mszy św. za nawrócenie grzeszników.

  • Odmówisz psalm Miserere za nawrócenie grzeszników.

  • Odmówisz cząstkę różańca św. z litanią do Matki Boskiej za nawrócenie niewiernych, heretyków i schizmatyków.

  • Zadasz jakieś umartwienie swemu ciału, albo umartwisz się w jedzeniu na intencję grzeszników nieumiarkowanych.

  • Wzbudzisz akt nadziei i odmówisz Witaj Królowo za tych, co popadli
    w rozpacz, lub w jakieś wielkie nieszczęście.

  • Ofiarujesz swe serce Jezusowi i Maryi.

  • Odmówisz akty wiary, nadziei i miłości na potrzeby Kościoła św.

  • Wysłuchasz Mszy św. za nawrócenie Anglii.

  • Nawiedzisz Przenajświętszy Sakrament, aby wynagrodzić Panu Jezusowi wszystkie zniewagi, jakich doznaje w Najświętszym Sakramencie.

  • Przed ołtarzem Najświętszej Panny odmówisz litanię do Matki Boskiej oraz Witaj Królowo za swoich kolegów.

  • Złożysz jakąś ofiarę na dzieło Rozkrzewiania Wiary.

  • Odmówisz pięć Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu na cześć Męki Pana Jezusa Chrystusa.

  • Odmówisz siedem radości Najświętszej Panny z litanią za wszystkie sługi Boże.

  • Odmówisz Veni Creator, aby uprosić Ducha Świętego o światło i łaskę dla siebie
    i wszystkich grzeszników.

  • Odmówisz siedem Zdrowaś Maryjo na cześć Matki Boskiej Bolesnej, aby otrzymać od Niej opiekę w życiu, a zwłaszcza w godzinę śmierci dla siebie
    i swoich rodziców.

  • Gdy najdzie cię pokusa, zaraz mów: O mój Jezu, miłosierdzia! Maryjo wspomóż mnie!

  • Przystąpisz do Komunii św. na cześć Najświętszego Serca Jezusa i Maryi za swoich współbraci tak żywych jak i zmarłych.

  • Odmówisz cząstkę różańca za wszystkich swoich dobrodziejów duchowych
    i doczesnych.

  • Odmówisz trzy Zdrowaś Maryjo, ażeby dla siebie lub dla swoich rodziców uprosić łaskę wytrwania aż do końca.

  • Odmówisz Veni Creator dla otrzymania siedmiu darów Ducha Świętego.

  • Odmówisz Ave Maris Stella za tych wszystkich, co się znajdują w niełasce Bożej.

  • Będziesz prosił Matkę Najświętszą, ażeby ci wskazała, jakie jest twoje powołanie.

  • Będziesz prosił Jezusa i Maryję o trzy cnoty: pokorę, czystość i miłość, odmawiając trzy Zdrowaś Maryjo i trzy Chwała Ojcu.

Ks. Bonetti przekazał pamięci dwie rady udzielone mu przez Księdza Bosko:



  • „Nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu i do Matki Najświętszej. Są to dwie silne podpory dla ciebie i dla wszystkich, którym je wszczepisz”.

  • „Maryja niech będzie twoją niebieską Opiekunką teraz i zawsze; w Jej ręce polecam dusze twoją”.

W innym zeszycie zanotował, co następuje: przed odjazdem z Mirabello,


27 listopada 1863 r., Ksiądz Bosko powiedział mi:

„Chciałeś, żebym cię posłał na próbę tu, gdzie się obecnie znajdujesz. Zobaczymy, na jaki szczególnie urząd Pan cię powołuje. Ja myślałem i będę myślał


o tobie, jak długo mi Bóg udzieli życia, troszczyć się będę o twoje szczęście nie tylko duchowe, ale i doczesne. Bądź wesół i jeżeli jakieś zmartwienie lub przykrość duszy albo ciała cię spotka, napisz mi, a ja cię uwolnię od każdego strapienia. Dziedzictwo twoje jest na drodze doskonałości: będę cię przestrzegał w miarę potrzeby. Polecam się ażebyś pomagał ks. Rua. Niech cię Bóg błogosławi”.
Kl. Bonetti, szlachetnie udając się za impulsem, jaki mu nadawał Ksiądz Bosko, tak pisał, przejęty silnym postanowieniem dochowania swoich przyrzeczeń:

  1. Za wszelką cenę chcę osiągnąć wewnętrzne zjednoczenie z Jezusem
    i Maryją przez częste komunie duchowne i gorące akty strzeliste.

  2. Zwrócę baczną uwagę na każdą choćby najdrobniejszą czynność, na każdą choćby najkrótszą modlitwę z tym zamiarem ażeby ją spełnić jak najlepiej w tej myśli, że tym sposobem dołączę za każdym razem różę czy klejnot drogocenny do swojej korony niebieskiej. Maryjo bądź moją Matką!

Zaznaczamy przy tym, że podobnym duchem pobożności, pracy i ofiary ożywiona była większość współbraci. Tu mówiliśmy specjalnie o nim z tego względu,


że niedawno temu odkryliśmy te i inne jego zapiski, odnoszące się do lat, których zdarzenia już przedstawiliśmy w tych „Pamiętnikach”, jako też z tego powodu, ażeby wciąż dokładniej wyjaśnić relacje pomiędzy między nim a Księdzem Bosko.

Innych członków Towarzystwa Salezjańskiego, (o wielu z nich będziemy jeszcze mieli sposobność napisać), przy końcu 1867 r. było blisko stu, licząc w to współbraci z Lanzo i Mirabello. Księży było czternastu, kleryków teologów czterdziestu ośmiu, częścią ze ślubami, częścią nowicjuszów i aspirantów; niektórzy, co przybyli z różnych diecezji, mieli zamiar powrócić, a Ksiądz Bosko pozwalał im się uczyć i wszystkiego dostarczał bezinteresownie. Dwudziestu trzech było uczących się filozofii, z których dwunastu nie miało jeszcze sukni kleryckiej, gdyż Ksiądz Bosko zamyślał stworzyć dla nich gdzie indziej odrębne liceum. Wreszcie trzech koadiutorów, którzy już złożyli śluby.

Napomnienie, którego Ksiądz Bosko wszystkim udzielał, znajdujemy również
w liście, wysłanym do Mirabello:
DROGI KSIĘŻE BONETTI!

Przesyłam Ci kilka zeszytów kanonika Gliemone. Twój list sprawił mi niezmierną radość. Odwagi, wszystkie siły Twoje niech będą skierowane do zachowania jednomyślności miedzy przełożonymi, ponieważ wszyscy pragną tego samego, to jest zbawienia dusz, a wśród nich i swojej własnej duszy.

Niech Bóg Ci błogosławi. Uważaj mnie zawsze za swego przyjaciela.

Oddany w J. Chrystusie



Ksiądz Jan Bosko

Turyn, 30.XII.1863 r.



ROZDZIAŁ II

Wrodzone człowiekowi pragnienie poznania przyszłości; Przepowiednie dusz świątobliwych; Przemówienie Księdza Bosko do chłopców w ostatni dzień roku; Sen; przepowiednie na rok 1867; śmierć trzech chłopców: stan sumień w Oratorium: podarunek gwiazdkowy zaraza, głód


i wojna; Dowody wiernego przekazania nam treści snu oraz sprawdzenia się przepowiedni o śmierci trzech chłopców; Inne zawiadomienia o tych, którzy mieli umrzeć w następnym roku; Wyjaśnienie przepowiedni zawartych w tym śnie.

Z wykładem „Pamiętników biograficznych Księdza Bosko” doszliśmy już do końca 1867 r., a obok zdarzeń ciągle cudownych zanotowaliśmy także sny, które opowiedział wyjawiając stan sumienia wielu dusz i przepowiadając różne zdarzenia natury ogólnej


i jednostkowej, które się potem spełniły. On był przekonany, że wszystko, co mówi jest prawdą, czego zresztą byli pewni ci wszyscy dobrej woli. Większość bowiem była takich, którzy nie mieli jeszcze umysłu zaćmionego uprzedzeniami i serca wzburzonego namiętnością. Nieobliczalne było dobro, jakie stąd wychowankowie odnosili, chociaż znakomitą korzyścią było już to samo, że rozum i wyobraźnię zabezpieczone mieli od myśli niebezpiecznych. Wiadomość, że Ksiądz Bosko ma opowiedzieć sen, poruszyła całe Oratorium, i chłopcy z niecierpliwością i niepokojem oczekiwali tej chwili, kiedy go usłyszą.

Rzeczywiście naturalnym jest w człowieku pragnienie przeniknięcia


w jakiś sposób przyszłości, zwłaszcza, gdy nań ciężkie przychodzą czasy. O tym świadczą nieustannie dzieje wszystkich ludów. I nikt się nie powinien temu dziwić,
a tym mniej mogą się śmiać z tego ci, którzy zmyślają przepowiednie na podstawie somnambulizmu czy spirytyzmu, podczas gdy dobrzy chrześcijanie słuchają jedynie dusz świętych, uchodzących za miłe Panu Bogu i wyróżnionych przez Niego szczególnymi darami
i przywilejami.

Nie zaprzeczamy, że jest możliwą i łatwą rzeczą, iż to przypuszczenie chrześcijan może być błędnym, w każdym razie w tej sprawie roztropność każe unikać obu ostateczności: bezwzględnej niewiary względem każdego proroctwa z wyjątkiem biblijnych, wykluczając nawet komentarze oraz bezwzględnej wiary we wszystkie proroctwa, pochodzące od ludzi nawet dobrych, lub uchodzących za takich.

Przeciwko obu ostatecznościom występuje napomnienie św. Pawła, który każe nie gardzić proroctwami, ale ich doświadczać: „Nie gardźcie proroctwami, ale wszystkie doświadczajcie” (Tes 5, 20 - 21), a uchybia tu tak ten, który je odrzuca, jak i ten, co je przyjmuje naiwnie i lekkomyślnie. Te słowa Apostoła stwierdzają, że także poza Biblią mogą istnieć prawdziwe proroctwa. Dowodem tego jest dar prorocki, który na równi z innymi Bożymi łaskami, kwitł zawsze w Kościele i przez Kościół był uznawany.

Dlatego też, jak z jednej strony żaden katolik nie może dawać innej wiary ludzkim przepowiedniom, posiadającym ludzką tylko pewność i powagę, tak


z drugiej strony nie powinien też z góry odrzucać tych, które uchodzą za nieprawdopodobne
i fantastyczne.

Gdzie nie ma orzeczenia Kościoła, wiara w prywatne przepowiednie jest zupełnie dowolna. W tym wypadku zabiera właściwie głos nie wiara, lecz rozum i zdrowy rozsądek.

Poczyniwszy te uwagi, przejdźmy do naszego Sługi Bożego.

Wieczorem dnia 31 grudnia 1867 r. Ksiądz Bosko zebrał chłopców


w kościele, a wszedłszy po modlitwach na ambonę, tak do nich przemówił:

„Wedle zwyczaju w tych dniach rodzice urządzają gwiazdkę swoim dzieciom, przyjaciele przyjaciołom. I ja mam ten zwyczaj i każdego roku składam w ten wieczór moim kochanym chłopcom upominek, który ma być dla nich drogowskazem na cały rok przyszły.

To też już od kilku dni ciągle myślałem, co wam dać na gwiazdkę, moi kochani synowie, i mimo wszelkich wysiłków nie znalazłem w swojej głowie żadnego pomysłu, który by mi odpowiadał. Także ubiegłej nocy, udawszy się już na spoczynek, wciąż myślałem
i rozmyślałem, co wam dziś wieczór powiedzieć zbawiennego na rok 1868, lecz nie mogłem się na nic zdecydować. Pu długim czasie, kiedy z całym natężeniem nad tym się zastanawiałem, znalazłem się naraz na pograniczu snu i rzeczywistości, tak jednak,
że myślałem jeszcze i miałem pełną świadomość siebie. Był to sen, w którym można było wiedzieć, co się czyni, słyszeć rozmowę i odpowiadać na pytania. W tym stanie popadłem
w sen, który jednak nie był snem. Ciągle mi się zdawało, że jestem w swoim pokoju. Chcę wyjść z niego, lecz zamiast na balkonie, znalazłem się u bramy cudownego ogrodu, pełnego róż bajecznej piękności, ogrodzonego dookoła murem, a nad bramą olbrzymimi cyframi wybijała się liczba 68.

Odźwierny wprowadził mnie do ogrodu i tu zobaczyłem naszych chłopców, którzy biegali tu i tam, krzyczeli i wesoło się zabawiali. Wielu chłopców zbiegło się do mnie


i rozmawialiśmy o wielu, wielu rzeczach. Przechadzaliśmy się wszyscy po tym ogrodzie, gdy po jakimś czasie, spoglądając wzdłuż muru, spostrzegłem w rogu gromadę chłopców, którzy modlili się i śpiewali z kilkoma księżmi i klerykami na czele. Zbliżyłem się do tych chłopców i przyglądając się im, zauważyłem, że nie wszyscy mi są znani, owszem większość była nowych. Śpiewali oni, jak z bliska mogłem stwierdzić, Miserere i inne modlitwy za zmarłych. Stanąwszy przed nimi, rzekłem:

Co wy tu robicie? Dlaczego odmawiacie Miserere? Jaki powód waszego płaczu? Czyżby, ktoś umarł?

Och!, odpowiedzieli, to Ksiądz tego nie wie?

Nic nie wiem.

Modlimy się za duszę jednego chłopca, który zmarł tego a tego dnia, o tej i o tej godzinie.

Ale któż to jest?

Co? Odrzekli, Ksiądz nie wie, kto to jest?

No, nie!


Że też Księdza nie zawiadomili!, odpowiedzieli, a potem zwróciwszy się do mnie: To niechże się Ksiądz dowie, że umarł ten a ten! i powiedzieli nazwisko.

Niemożliwe?! Ten chłopiec umarł?

Tak, umarł, ale śmiercią dobrą, której mu pozazdrościć można. Sakramenty św. przyjął z wielkim naszym zadowoleniem i zbudowaniem. Poddając się woli Bożej, okazał uczucia najwyższej pobożności. Teraz modlimy się za jego duszę, ciało odprowadzając do grobu, lecz spodziewamy się, że jest już w niebie i modli się za nas. Owszem jesteśmy pewni, że cieszy się już rajem.

Zatem śmierć jego była dobra? Dzieje się wola Boża! Naśladujmy jego cnoty


i módlmy się do Pana, ażeby i nam udzielił łaski dobrej śmierci.

Po tych słowach odszedłem od nich, otoczony stale mnóstwem chłopców. Znowu weszliśmy do ogrodu i po dłuższej przechadzce znaleźliśmy się na przepysznej, szmaragdowej łące. Na to wszystko myślałem sobie: Co się to dzieje? Wczoraj wieczorem położyłem się do łóżka, a teraz znajduję się tutaj z wszystkimi chłopcami, którzy biegają na wszystkie strony po całym ogrodzie?

Aż oto nowa niezliczona gromada chłopców, otaczająca dookoła coś, czego nie mogłem się domyśleć. Widziałem tylko, że klęczeli; jedni się modlili, inni śpiewali. Zbliżyłem się i zobaczyłem, że otaczają mary, słyszałem, że odmawiają modlitwy za umarłych i śpiewają Miserere. Spytałem, Za kogo się modlicie?

Pogrążeni w głębokim smutku odpowiedzieli mi: Umarł inny chłopiec


i miał śmierć piękną. Ze zbudowaniem naszym przyjął święte Sakramenty i okazał znaki wielkiej pobożności. Teraz niosą go już do grobu. Chorował przez osiem dni
i rodzice przyszli go odwiedzić.

Następnie poprosiłem o jego nazwisko, które mi podali. Gdy usłyszałem to nazwisko, boleść ścisnęła mi serce i zawołałem:

O, jakże mi przykro! Tak dobrze życzył mi ten chłopiec, a ja nie mogłem go nawet pożegnać. I tego drugiego nie widziałem przed śmiercią. Zatem wszyscy umierają?. Tu jeden umarły, tam drugi! Ale czyż to możliwe? Dopiero wczoraj umarł jeden, dziś znowu drugi.

Co Ksiądz mówi? odpowiedzieli mi. Jeden umarł przed chwilą a drugi teraz? Księdzu się zdaje, że to niedawno, chociaż już przeszło trzy miesiące, jak umarł pierwszy


w tym dniu i o tej godzinie.

Gdy usłyszałem te słowa, pomyślałem sobie: Sen, czy nie sen? Zdawało mi się, że nie śnię, a nie wiedziałem, co o tym wszystkim powiedzieć.

I dalej przechadzaliśmy się wśród drzew i zarośli, gdy wtem jeszcze raz słyszę Miserere. Przystanąłem, ze mną zatrzymali się ci, co mi towarzyszyli, i widzę liczny zastęp młodzieży, który się zbliża ku nam. Pytam tych, którzy stali przy mnie:

Co robią ci chłopcy? Dokąd oni idą?

Nadchodzili z bliska z zasępionymi twarzami, z oczyma pełnymi łez.

Co wy tam macie? mówię, pospieszając na ich spotkanie.

O, gdyby Ksiądz wiedział!

Cóż tam znowu się stało?

Umarł jeden chłopiec.

Co? Gdzie się obrócę, wszędzie widzę umarłych?! A któż to ten wasz towarzysz, którego niesiecie na cmentarz?

A chłopcy z oznakami wielkiego zdziwienia:

Jak to? Ksiądz jeszcze nie wie o niczym? Nie wie, że umarł ten a ten?

To i on umarł?

Tak, biedaczysko. Rodzice go nawet nie przyszli odwiedzić, ale.

Co za „ale”? Czyżby przypadkiem śmierć jego nie była dobrą?

Ach, niestety! Umarł śmiercią, której nikomu się nie życzy.

Nie przyjął Sakramentów św.?

Najpierw nie chciał ich przyjąć, a potem przyjął je niby, ale z tak małą ochotą, a przy tym tak mizerne dawał oznaki skruchy, że nie jesteśmy za bardzo


z niego zbudowani, owszem mamy silne wątpliwości, co do jego wiecznego zbawienia
i przykro nam bardzo, że wychowanek Oratorium skończył tak niepiękną śmiercią.

Starałem się ich pocieszyć:

Jeżeli przyjął Sakramenty, miejmy nadzieję, że się zbawił. Nie trzeba rozpaczać o miłosierdziu Bożym! Jest ono tak wielkie! Lecz nie zdołałem natchnąć ich tą nadzieją
i pocieszyć w strapieniu.

Podczas gdy, przejęty smutkiem i wzruszeniem, myślałem, w jakim czasie ci chłopcy pomarli, nagle zjawiła się przede mną jakaś osobistość, której nie znałem,


a która zbliżyła się ku mnie i rzekła:

Patrz: dotychczas jest ich trzech.

Przerwałem mu:

A ty, kto jesteś, że przemawiasz do mnie z taką poufałością i mówisz mi na ty, chociaż mnie nigdy nie widziałeś?

Chodź ze mną, a później ci powiem, kim jestem. Czy chcesz wytłumaczenia tego wszystkiego, coś tu widział?

Tak. A więc co znaczą te numery?

Widziałeś, odpowiedział mi liczbę 68, napisaną na bramie ogrodu? Oznacza ona rok 1868. W tym roku trzech chłopców, tobie powierzonych, ma umrzeć. Jak widziałeś, dwaj pierwsi byli dobrze przygotowani, trzeci wymaga od ciebie przygotowania.

Ja, myśląc, czyżby naprawdę w roku 1868 miało umrzeć aż trzech moich drogich synów, wyraziłem swoje powątpiewanie:

Na jakiej podstawie możesz mi to mówić?

Słuchaj do końca, a przekonasz się, odrzekł mi.

Z pewnego i przyjacielskiego tonu, jakim przemawiał, przeczułem w tej osobistości przyjaciela i poszedłem z nim drogą, pochłonięty słowami, jakie usłyszałem.

Czyżbym śnił? zwróciłem się do niego, a przecież to nie jest sen! Jestem na jawie! Ja widzę, słyszę, rozumuję!

Masz rację, to jest rzeczywistość.

A ja na to:

Rzeczywistość? Proszę cię, zatem, bądź tak uprzejmy. Mówiłeś mi
o przyszłości, a teraz powiedz coś o teraźniejszości. Moim pragnieniem jest, ażebyś mi powiedział, co mam jutro wieczór zanieść chłopcom na gwiazdkę.

Odrzekł mi na to:

Powiedz swoim chłopcom, że ci dwaj, dlatego byli przygotowani na śmierć, ponieważ jak z dobrym usposobieniem przystępowali do Komunii św. za życia, tak
i w godzinę śmierci przyjęli ją ze zbudowaniem wszystkich. Lecz ten ostatni nie przystępował do niej za życia, kiedy jeszcze był zdrów i dlatego w chwili śmierci przyjął ją z małym pożytkiem. Powiedz tym, by chcą dobrze zejść z tego świata, ażeby z należytym przygotowaniem uczęszczali do Komuniiśw., a pierwszym czynnikiem należytego przygotowania jest spowiedź św. dobrze odprawiona. Upominek, zatem niech będzie ten: Komunia, św. pobożna i częsta jest najznakomitszym środkiem do zapewnienia sobie dobrej śmierci, a przez to zbawienia duszy. A teraz chodź za mną i uważaj. I wszedł na jedną ze ścieżek ogrodu. Ja postępowałem za nim, gdy wtem widzę wszystkich swoich chłopców, zebranych na rozległym, otwartym błoniu. Przystanąłem, ażeby się im przypatrzeć. Wszystkich ich znałem i zdawało mi się, że byli wszyscy tak, jak ich tyle razy widziałem, bez żadnej widocznej zmiany. Jednakże, gdy się im z bliska przypatrzyłem, spostrzegłem rzecz, która mnie napełniła zdumieniem i przerażeniem. Z pod czapek wielu chłopców wystawały dwa rogi. Jedni mieli je dłuższe, inni krótsze. Ci mieli je całe, inni połamane. U niektórych pozostały zaledwie ślady, że je kiedyś posiadali, ponieważ były zupełnie wyłamane aż do korzenia i już nie odrastały, innym natomiast nie można było przeszkodzić, ażeby im rogi nie rosły, gdyż zaledwie zostały złamane, wydostawały się na zewnątrz jeszcze większe, ciągle się odnawiając. Niektórzy nie tylko posiadali rogi, ale, jakby nie dość im było, że sami je posiadają, bodli swoich towarzyszy. Byli też tacy, którzy mieli jeden tylko róg na środku głowy, lecz nadzwyczajnej wielkości i ci wyglądali wprost strasznie. W końcu byli i tacy, których czoło czyste i pogodne, nigdy nie doznało takiego ohydnego zeszpecenia.

Dodam do tego, że mogę każdemu z was z osobna powiedzieć, co robił


w tym ogrodzie.

Oddaliwszy się nieco od chłopców, w towarzystwie jedynie swego przewodnika, przybyłem na pewne wzniesione miejsce i ujrzałem stąd w pustej jakiejś okolicy olbrzymie mnóstwo ludzi, bijących się między sobą, a byli to żołnierze. Przez długi, długi czas walczyli zażarcie i bez miłosierdzia. Wiele krwi się przelało. Wyraźnie widziałem nieprzyjaciół, jak pod ciosami padali na ziemię. Spytałem swego towarzysza:

Co się to dzieje, że ci ludzie w ten sposób z taką wściekłością się zabijają?

Wielka wojna! zawołał mój przewodnik, w roku 1868, a wojna ta skończy się dopiero wielkim rozlewem krwi.

Wojna toczyć się może będzie w naszym kraju? Co to za naród? Czy to Włosi, czy cudzoziemcy?

Patrz na tych żołnierzy, a z mundurów poznasz, do jakiej narodowości należą.

Uważnie im się przyglądnąłem i doszedłem do wniosku, że byli różnych narodowości. Większa część inaczej była umundurowana, niż nasi żołnierze, lecz nie brakło tam i Włochów.

To znaczy, dodał przewodnik, że w tej wojnie wezmą udział także Włosi.

Opuściliśmy to przerażające pole śmierci i wkrótce znaleźliśmy się
w innej części ogrodu, gdy oto naraz słyszę głośne okrzyki:

Uciekajmy stąd, uciekajmy! Uciekajmy stąd, inaczej wszyscy pomrzemy!

I ujrzałem olbrzymi tłum, uciekający z krzykiem i wrzaskiem, a wśród niego wielu zdrowych i silnych ludzi, którzy padali na ziemię i umierali w jednej chwili.

Co im się stało, że tak uciekają? pytam jednego z pośród tłumu.

Cholera porywa mnóstwo, mnóstwo ofiar i jeżeli nie uciekniemy, pomrzemy
i my, padła odpowiedź.

Ale cóż to znaczy, co ja widzę, mówię do swego opiekuna. Wszędzie tylko śmierć panuje!

Wielka zaraza, wykrzyknął, w 1868 roku.

Jak to możliwe? Cholera w zimie? I ludzie umierają, choć już jest tak chłodno?

W Kalabrii umiera obecnie 50 ludzi dziennie!

Idziemy naprzód i znowu stajemy przed nieogarnioną rzeszą ludzi bladych, wycieńczonych i znękanych, omdlałych, z podartymi sukniami

Nie mogłem zrozumieć, skąd pochodzi wyczerpanie i wycieńczenie tego tłumu, spytałem, więc swego towarzysza:

Co im jest? Co to wszystko ma znaczyć?

Wielki głód, odpowiedział, w roku 1868. Nie widzisz, że nie mają, czym zaspokoić głodu?

Naprawdę?! Zawołałem, To głód przywiódł ich do tego stanu?!

Jest to smutna rzeczywistość.

I widziałem dalej te tłumy, które z okrzykami: Głód? głód? przebiegały całą okolicę w poszukiwaniu chleba i nie znajdowały go, chciały ugasić czymś pragnienie, które paliło im gardła, ale nawet wody zabrakło.

Pełen przerażenia, zwracam się do towarzysza

Wszystkie, zatem nieszczęścia zwalą się w tym roku na biedną naszą ziemię?


I nie ma żadnego środka, ażeby te wszystkie ciosy odwrócić od ludzi?

Znalazłby się jeszcze ratunek, gdyby wszyscy ludzie zgodzili się nie popełniać grzechów, nie przeklinać, a natomiast czcić Jezusa w Najświętszym Sakramencie i uciekać się do Najświętszej Panny, tak niegodnie przez nich zapomnianej i opuszczonej.

Czy ten głód i posuchę należy wziąć w znaczeniu dosłownym, czy duchowym?

Odrzekł mi: W jednym i drugim. Jednego pokarmu zabraknie im, ponieważ go nie chcą, drugiego, ponieważ nie będą mogli go zdobyć.

A czy Oratorium też odczuje te nieszczęścia? Czy i moi chłopcy umierać będą na cholerę?

Mój przewodnik obejrzał mnie od stóp do głów, a wreszcie mi rzekł: To zależy: jeżeli wszyscy twoi wychowankowie zgodnie z dala od siebie trzymać będą obrazę Bożą,


a jednocześnie czcić będą Najświętszy Sakrament i Najświętszą Pannę, nie poniosą najmniejszego uszczerbku na zdrowiu, ponieważ z tą podwójną pomocą wszystko się da zrobić, a bez niej niczego otrzymać nie można.

Gdyby postępowali inaczej, pomrą i oni. Zauważ, że wystarczy jeden chłopiec, który będzie grzeszył, a ściągnie gniew Boży i zarazę na całe Oratorium.

Zapytałem jeszcze: A czy i moi chłopcy będą musieli znosić brak żywności?

Oczywiście! Twoi chłopcy również odczują skutki powszechnego niedostatku.

Mnie się zdaje, że ta nędza spadnie wyłącznie na Księdza Bosko ponieważ do mnie należy troszczyć się i starać o chleb dla nich. Gdy zabraknie chleba w naszym zakładzie, chłopcy na pewno nie pomyślą o nim.

Ty cierpieć będziesz głód i potrzeba, by również twoi chłopcy go odczuli. Ich rodzice czy dobrodzieje z wielką trudnością zdołają płacić za nich pensję


i dostarczać im tylu innych koniecznych rzeczy. Wielu już nic nie będzie mogło płacić
i zakład pozostawiony bez środków nie będzie mógł zaradzić ich potrzebom. W ten sposób
i oni wycierpią swoje.

A czy zabraknie im także pokarmu duchowego?

Tak. Jednym, że go nie zechcą; drugim, że go nie zdołają otrzymać.

Rozmawiając w ten sposób, chodziliśmy po tym ogrodzie. Gdy naraz spostrzegam, że niebo pokrywa się czarnymi zwałami chmur, grożącymi zbliżającą się burzą. Podniósł się straszliwy wicher. Ja spoglądałem dokoła i w pewnej odległości zobaczyłem chłopców, którzy rzucili się do ucieczki. Pozostawiłem swego przewodnika i pobiegłem za nimi, aby się z nimi połączyć i razem szukać schronienia przed burzą, lecz wkrótce straciłem ich z oczu. Błyskawice i grzmoty szły po sobie nieustannie. Zdawało się, że lada moment piorun spali nas na popiół. Jednocześnie lunął szalony, gwałtowny deszcz. Nigdy jeszcze nie widziałem burzy tak gwałtownej. Krążyłem po ogrodzie, szukając chłopców i jakiegoś przytułku, gdzie by się schronić, lecz nie znalazłem ani jednych, ani drugiego. Cała okolica zupełnie opustoszała. Szukałem bramy, ażeby się wydostać z tego parku lecz mimo całego pośpiechu nie mogłem do niej dotrzeć, owszem zorientowałem się, że coraz bardziej się od niej oddalam. W końcu spadł grad tak straszny, że podobnie wielkich bryłek lodu nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć. Kilka ziaren upadło mi na głowę, a uderzyły mnie one tak dotkliwie, że się obudziłem i znalazłem się w łóżku. Zapewniam was, że po przebudzeniu się byłem o wiele więcej zmęczony, niż przed udaniem się na spoczynek.

We śnie widziałem to wszystko tak, jak to wam powiedziałem lecz nie chcę nakłaniać was, abyście uważali to za prawdę jedynie, jeśli może się nam to przydać, skorzystajmy z tego.

Uważajmy za sen to, co nas mało dotyczy lecz z drugiej strony uważajmy za prawdę to, co może posłużyć dla naszego pożytku. Tym więcej, że jak wydarzyły się już rzeczy przepowiedziane, kiedy indziej, tak mogą się tym razem i te wydarzyć. Skorzystajmy


z tego snu, bądźmy przygotowani na śmierć, módlmy się do Matki Najświętszej i wszelki grzech trzymajmy odtąd z dala od siebie.

W końcu pozostawiam wam, jako upominek gwiazdkowy, tę zasadę:



  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   39


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna