Referat na konferencji „nato historia I współczesność A. D. 2009



Pobieranie 31,58 Kb.
Data25.10.2017
Rozmiar31,58 Kb.
RodzajReferat

Kraków, 15.10.2009 r.

Stanisław Koziej



OPERACJA NATO W AFGANISTANIE

W KONTEKŚCIE WALKI Z TERRORYZMEM

(Referat na konferencji „NATO – historia i współczesność A. D. 2009”,

Kraków, 15.10.2009 r.)

Nie ulega wątpliwości, że XXI wiek rozpoczął się pod znakiem gwałtownej erupcji terroryzmu międzynarodowego na globalną skalę. Strategiczny atak terrorystyczny na Stany Zjednoczone 11 września 2001 roku był tego nie tylko symbolicznym początkiem. NATO jako jeden z głównych graczy światowych musi też uczestniczyć w przeciwstawianiu się temu groźnemu zjawisku. Jak sobie z tym radzi? Chciałbym zaproponować poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie poprzez analizę najważniejszego zadania NATO w tym zakresie, jakim jest operacja w Afganistanie.

Na początek jednak proponuję kilka refleksji o samym terroryzmie jako współczesnym zagrożeniu.

Zagrożenia terrorystyczne

Chciałbym rozpocząć od obserwacji, że oto na progu XXI wieku mamy do czynienia z przechodzeniem od terroryzmu indywidualnego, jednostkowego, ograniczonego, incydentalnego do terroryzmu zbiorowego, złożonego; od konieczności zajmowania się nie tylko pojedynczymi terrorystami, organizacjami i grupami terrorystycznymi, do konieczności zajmowania się całym systemem zagrożeń terrorystycznych.

To prowadzi mnie do trochę może ryzykownej – ale narzucającej się niejako w sposób naturalny – hipotezy, iż oto na naszych oczach wykluwa się nowe, asymetryczne „mocarstwo” ery rewolucji informacyjnej. Mocarstwo, któremu na imię: globalna sieć terrorystyczna. Tym mianem określam zbiór – by nie rzec: zbiorowisko – różnych organizacji i grup terrorystycznych, o różnych motywacjach i celach, rozrzuconych w różnych częściach globu i wirtualnie sprzężonych w jeden system działania w wyniku swego rodzaju zanurzenia w tzw. środowisku GLOBINFO, czyli w uinformacyjnionym i zglobalizowanym środowisku bezpieczeństwa. Te niezależne od siebie, luźne podmioty z uwagi na przestrzeń informacyjną, w której operują, traktować należy jako całość strategiczną.

Jeśli jest to mocarstwo, to jest to mocarstwo nietypowe, inne od klasycznie pojmowanych potęg, jakimi są państwa i organizacje międzynarodowe. Jest to nowy gracz strategiczny bez centralnej władzy i zhierarchizowanej struktury, bez określonego terytorium („bez adresu”) i własnego narodu, bez klasycznej dyplomacji i sił zbrojnych, ale w istocie dysponujący siłą oddziaływania porównywalną z siłą innych ważnych graczy międzynarodowych.

Publiczny, ostentacyjny i masowy terror, do tego mogący w każdej chwili przepoczwarzyć się w terroryzm z użyciem BMR (jak niektórzy go nazywają - superterroryzm), czy też w nową formę cyberterroryzmu, jest – w erze informacyjnej – bronią rażenia o sile odstraszania i zastraszania nie mniejszej niż broń nuklearna w czasie zimnej wojny. Dzięki niemu współczesna sieć terrorystyczna może wywierać bardzo konkretny wpływ na decyzje polityczne dzisiejszych społeczeństw, może sterować zachowaniem państw narodowych (przykład Hiszpanii), które w dobie demokracji i rewolucji informacyjnej podejmują decyzje w coraz większym stopniu pod bezpośrednim wpływem, by nie rzec wręcz – pod presją, bieżących nastrojów opinii publicznej.

Czy świat dzisiejszy jest w stanie zapobiec pełnemu ziszczeniu się takiej niebezpiecznej wizji? I jaką rolę może w tym odegrać NATO? Czy dotychczasowy sposób reagowania na to zagrożenie w ramach operacji w Afganistanie jest perspektywicznie właściwy?



Nowa strategia amerykańska wobec Afganistanu

Odpowiedź na to pytanie warto rozpocząć od oceny zmiany strategii wobec Afganistanu dokonanej przez obecną administrację amerykańską. Została ona przyjęta na ogół pozytywnie w całym świecie. Prawdę mówiąc: trudno się dziwić. Na tle załamania strategii w ostatnich latach i grzęźnięcia w afgańskiej pułapce przez wykonywanie wyłącznie ruchów reagowania wojskowego – każda w miarę racjonalna koncepcja jest na wagę złota. A koncepcja B. Obamy właśnie zmierza do zracjonalizowania kampanii afgańskiej. Nadaje jej waloru pragmatyczności – zarówno co do celów (urealnienie przez redukcję), jak i sposobów ich osiągania (działania wszechstronne, comprehensive).

Na uwagę zasługuje zwłaszcza jasne sprecyzowanie celu strategicznego: rozbicie Al.-Kaidy w Afganistanie i Pakistanie oraz uniemożliwienie jej odtworzenia się w przyszłości w jakimkolwiek miejscu. Wszystkie cele operacyjne temu będą podporządkowane. Dla ich osiągnięcia planuje się podjęcie szeregu różnorodnych działań wojskowych, dyplomatycznych, ekonomicznych i informacyjnych, składających się na zintegrowaną kampanię cywilno-wojskową.

Szczególną rolę przypisuje się wsparciu ekonomicznemu, przewidując wyasygnowanie na ten cel wiele miliardów dolarów pomocy dla władz i ludności Afganistanu i Pakistanu. I wreszcie jeszcze jeden podstawowy kierunek wysiłków – szukanie pomocy i wsparcia międzynarodowego.

I właśnie ten ostatni punkt może być krytyczny dla całej strategii. Jest ona bardzo ambitna i nie ulega wątpliwości, że same Stany Zjednoczone nie udźwigną jej realizacji. Nie mają na to szans, ani też nie wystarczy im siły wewnętrznej, gdyby zostały same. Wszystko zależy więc od pozyskania sojuszników. Co do tego zaś mogą być poważne wątpliwości.

Nowa strategia prezydenta Obamy póki co nie znajduje tak oczekiwanego konkretnego, zwłaszcza pozamilitarnego, wsparcia ze strony innych, poza już zaangażowanymi, podmiotów międzynarodowych. Nie kwapią się do tego Chiny, ani Indie. UE jak zwykle – mozolnie myśli nad swoimi decyzjami. Rosja co prawda udostępniła swoje terytorium dla transportu sprzętu, ale raczej tylko po to, aby uzależnić od siebie USA i NATO i mieć możliwość stosowania swej ostatnio ulubionej strategii: groźby zakręcania kurka, tym razem transportowego.



Strategia NATO wobec Afganistanu

Na tym tle należy rozpatrywać potrzebę zmiany strategii NATO wobec Afganistanu. Najogólniej rzecz biorąc potrzeba taka wynika z utrwalania się w ostatnim roku jakościowo nowej sytuacji strategicznej w Afganistanie. Ta nowa jakość – to wojna domowa. Początkowo, przez pierwsze lata kampanii, międzynarodowe działania bojowe w Afganistanie były w istocie działaniami przeciwterrorystycznymi. Ukierunkowane były przeciwko grupom i organizacjom terrorystycznym: zagnieżdżonym tam wcześniej (jak Al.-Kaida) lub powstającym tam na nowo albo też „imigrującym” z innych regionów dla podjęcia walki z siłami międzynarodowymi. Po pewnym czasie treść operacji międzynarodowych musiała jednak zostać poszerzona: z działań przeciwterrorystycznych w przeciwpartyzanckie. Równolegle bowiem z kontynuowaniem aktywności owych klasycznych grup terrorystycznych Talibowie zdołali pozyskać (lub zdobyć przemocą) wystarczające wsparcie ludności, aby zorganizować liczne i coraz silniejsze formacje partyzanckie, czyli lokalne organizacje zbrojne do walki z okupantem, za jakiego uznawane są siły międzynarodowe. Amerykanie zmuszeni więc zostali przejść od taktyki przeciwterrorystycznej do doktryny wojny przeciwpartyzanckiej (opracowanej na podstawie doświadczeń irackich), którą dzisiaj realizują.

Ale ostatnio odnotowujemy kolejną fazę ewolucji afgańskiego ruchu oporu: partyzantka rozszerza się i w istocie przekształca się stopniowo w coraz powszechniejsze powstanie zbrojne skierowane przeciwko władzom centralnym i siłom międzynarodowym. Doktryna przeciwpartyzancka w takich warunkach nie może być skuteczna. Nie sądzę też, aby korekty proponowane przez głównodowodzącego siłami międzynarodowymi w Afganistanie, gen. McChrystala mogły poprawić sytuację. Otóż uznając słusznie, że receptą na powodzenie jest pozyskanie przychylności społeczności lokalnych, niejako przeciągniecie ich na swoją stronę („zdobycie serc i umysłów”), proponuje on zmianę taktyki wojskowej polegającą na „wyjściu żołnierzy spod pancerza i otwarciu się ich na miejscową ludność”. To jest z pewnością dobra taktyka w walce antyterrorystycznej, może być również obiecująca na dłuższy dystans w walce przeciwpartyzanckiej, ale – moim zdaniem – kompletnie nie odpowiadająca warunkom walki przeciwpowstańczej.

Jeśli mamy do czynienia z powstaniem, to ludność cywilna nie jest „stroną trzecią”, którą można z nadzieją na sukces pozyskiwać, przeciągać, a co najmniej neutralizować. W sytuacji powstania ludność cywilna jest po prostu strona przeciwną, w tym wypadku dla sił międzynarodowych i sił centralnych. „Wychodzenie spod pancerza”, przebywanie na co dzień wśród ludności cywilnej, otwarte z nią kontakty na powszechną skalę – to zwiększone ryzyko strat. Mało – to pewność większych strat. Taka taktyka nie może być skuteczna. Dlatego zmiana taktyki nie wystarczy. Także proponowana przez gen. McChrystala zmiana operacyjna polegająca na wysyłaniu tam większej liczby żołnierzy jest drogą do nikąd.

Nie dziwi więc, że prezydent B. Obama waha się, co zrobić z tą rekomendacją gen. Stoi przed poważnym dylematem. Wysłanie więcej wojska – to wpadnięcie w znaną spiralę wojny asymetrycznej, choćby z Wietnamu: więcej wojska – większe straty; większe straty – potrzebne większe bezpieczeństwo żołnierzy; większe bezpieczeństwo – to znowu oczekiwanie więcej wojska; więcej wojska … itd. Ale nie wysyłać wojska – to znaczy godzić się na rezygnację z szansy na jakąś przynajmniej czasową zmianę (dla polityków to ważne) i biernie grzęznąć w nierozstrzygalny konflikt. W tej sytuacji najlepszą opcją wydaje się szukanie zupełnie innej strategii. Myślę, że warte rozważenia są następujące główne kierunki tych poszukiwań.

Skoro strategia globalna w dotychczasowym wydaniu nie wydaje się możliwa do realizacji, racjonalniejsze byłoby chyba pójście tropem sugestii wiceprezydenta J. Bidena i ograniczenie celów strategicznych do ich pierwotnej treści: czyli rozbicia, a co najmniej obezwładnienia Al.-Kaidy w Afganistanie (i teraz już także w Pakistanie). Sądzę, że selektywne tropienie i zwalczanie grup terrorystycznych wewnątrz Afganistanu wraz z blokadą zewnętrzną jego terytorium powinno być podstawową treścią operacji sił międzynarodowych z mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ. Resztę spraw z zakresu bezpieczeństwa wewnętrznego należałoby pozostawić samym Afgańczykom. I to jak najszybciej. Nie ma co czekać, aż siły centrale (armia i policja) osiągną pełną zdolność kontrolowania całego terytorium. Bo tego nie osiągną nigdy. A ponadto zawsze ich ogromne fragmenty pozostaną bardziej lojalne wobec nawet nieformalnych władz lokalnych, niż wobec rządu centralnego. Lepiej więc zdecydować się na przekazywanie odpowiedzialności realnym władzom i siłom lokalnym: plemiennym, religijnym - niezależnie od tego, jaką opcję reprezentują. Ubezpieczając Afganistan z zewnątrz, należałoby pozostawić samym Afgańczykom sposób urządzenia się wewnątrz.

Z tego punktu widzenia przypadek Afganistanu jest zupełnie inny niż Iraku. Tam są tradycje silnej, dominującej centralnej władzy. Można było zatem koncentrować się na jej tworzeniu, umacnianiu i jej przekazywać odpowiedzialność. W Afganistanie nie ma szans na ustanowienie, tym bardziej na narzucenie przy pomocy sił zewnętrznych, silnej, dominującej władzy centralnej. Ostatnie wybory tylko w rezultacie ich sfałszowania na wielką skalę formalnie potwierdziły mandat urzędującego prezydenta. Odbudowa państwowości Afganistanu musi więc odbywać się „od dołu”, poprzez dogadywanie się lokalnych przywódców i wyłanianie przez nich władzy centralnej (oczywiście o stosownie ograniczonych kompetencjach), a nie „od góry”, poprzez narzucanie władzy siłą centralnej policji i wojska. Innymi słowy istotą nowej strategii powinno być uruchomienie i wspieranie oddolnej afganizacji kryzysu afgańskiego.

W sumie w skali globalnej w ciągu kilku lat należałoby przenieść wysiłki międzynarodowe z zadań wewnątrz Afganistanu (próby zapewnienia bezpieczeństwa wewnętrznego) na zadania ograniczone do selektywnej likwidacji grup terrorystycznych oraz osłony (blokady) tego regionu z zewnątrz, aby zminimalizować możliwość przelewania się zeń zagrożeń poza jego granice. W ramach tej zmiany w odniesieniu do strategii NATO należy podjąć próbę (myślę, że Polska powinna tu wystąpić ze stosowną inicjatywą) zmiany statusu operacji sojuszu poprzez przekształcenie jej w przyszłym roku z operacji dotychczas dobrowolnej w operację obowiązkową i bez nakładania ograniczeń na użycie wojska, a jeśli się to nie powiedzie, przystąpić do opracowania planu wycofywania się NATO z tej kampanii („albo wszyscy jednakowo, albo nikt”).



Strategia Polski wobec Afganistanu
I wreszcie – konieczna jest także zdecydowana zmiana polskiej strategii udziału w kampanii afgańskiej. Myślą przewodnią naszego mpostepowania powinno być przede wszystkim ratowanie sojuszu przed katastrofą. We własnym interesie. Polska ponosi tam coraz cięższe ofiary i mamy moralne prawo, a nawet obowiązek, wysuwać w NATO propozycje zmian. Nie tylko czysto wojskowe, operacyjne, ale także polityczne i strategiczne. Musimy być bardziej aktywni, twórczy w NATO. Ale musimy też wyjaśnić i skorygować podejście do tej kampanii we własnym kraju.

Pora zaniechać propagandowych tez, że udział w operacji ISAF to sojuszniczy obowiązek, że musimy tam być, bo jest tam NATO, że jest to egzamin wiarygodności sojuszu i że mówienie np. o wycofaniu się, to coś na miarę szargania świętości strategicznych. Te wszystkie twierdzenia oparte są na fałszywej podstawie. Udział w operacji afgańskiej NATO wcale nie jest obowiązkiem. Warto przypomnieć, że w Afganistanie prowadzone są dwie operacje: jedna (ENDURING FREEDOM) - wojenna, będąca dalszym ciągiem odwetowego uderzenia amerykańskiego na Afganistan i Al.-Kaidę z 2001 roku (prowadzi ją do dziś część sił amerykańskich) i druga (ISAF) - jako operacja stabilizacyjna, prowadzona od 2002 przez dobrowolną koalicję międzynarodową (koalicję chętnych), od 2003 roku kierowana przez NATO. My uczestniczymy właśnie w tej drugiej operacji i nieuprawnione jest argumentowanie, że zobowiązuje nas do tego np. art. 5. NATO. Ona nie ma nic wspólnego z tym artykułem. Dlatego nie wszyscy członkowie NATO w niej uczestniczą na jednakowych zasadach. Najczęściej poszczególne kraje ponakładały różne ograniczenia na użycie swoich wojsk, co jest zupełnie naturalne w operacjach dobrowolnych. Skoro w rzeczywistości udział w kampanii afgańskiej nie jest obowiązkiem, tylko wyborem, powinniśmy zmienić nasze dotychczasowe do niej podejście.

Albo zacznijmy traktować swój udział tak, jak inni – czyli nałóżmy odpowiednie ograniczenia na skalę i charakter zadań naszego kontyngentu (np. zmniejszając lub rezygnując w ogóle z własnej strefy odpowiedzialności), dostosowując je do realnych możliwości wynikających z wielkości, uzbrojenia, specyfiki wyszkolenia wysyłanego tam wojska itp. Albo wymuśmy w NATO zmianę statusu operacji, aby stała się ona obowiązkową dla wszystkich, co mogłoby pozwolić np. na wprowadzenie zasady rotacji co kilka lat. Bierność skazuje nas na beznadzieję kontynuacji przegrywanej wojny. A to oznacza godzenie się na systematyczne psucie się NATO w Afganistanie z punktu widzenia jego podstawowej i dla nas najważniejszej funkcji, jaką jest obrona kolektywna.

Biorąc to pod uwagę rekomendowałbym cztery kroki naszej zmiany strategicznej:

a) od wiosny 2010 - dostosowanie zadań operacyjnych do możliwości kontyngentu (2-3-krotne zmniejszenie strefy odpowiedzialności w ramach nadrzędnego, amerykańskiego zgrupowania operacyjnego). Co do tego, że obecne zadania przerastają nasze obiektywne zdolności bojowe, zwiększając ponad miarę dopuszczalne ryzyko operacyjne, zgadzają się wszyscy (ostatnio zwracał na to uwagę gen. W. Skrzypczak). Wiadomo, że nie zwiększymy 2-3-krotnie wielkości kontyngentu, aby zredukować owe nadmierne ryzyko, dlatego musimy ograniczyć zadania;

b) od jesieni 2010 - redukcję wielkości kontyngentu do 200 – 400 żołnierzy i rezygnację z odpowiedzialności za odrębną strefę. Konieczność redukcji wynika z dużych kosztów utrzymania kontyngentu. W tym roku wynoszą one ok. 800 mln, a w przyszłym ponad 1 mld zł., co oznacza, że na 2000 żołnierzy wydajemy w skali roku ok. 1/5 wszystkich wydatków na modernizację techniczną całych 100-tysięcznych sił zbrojnych. Dalsze utrzymywanie takiej dysproporcji grozi zakłóceniem procesu ich transformacji. Nie możemy sobie pozwolić na takie ryzyko, zwłaszcza w obliczu ambitnych i kosztownych zadań profesjonalizacji wojska;

c) w 2011 roku – zakończenie zadań bojowych w Afganistanie: albo w ramach rotacji wewnątrzsojuszniczej przejście do zadań niebojowych, np. logistycznych, wsparcia operacyjnego (jeśli uda się przekształcić operację NATO w obowiązkową), albo zupełne wyjście w ramach szerszego planu wychodzenia całego NATO z Afganistanu;

d) jeśliby obydwie inicjatywy nie uzyskały akceptacji całego NATO i sojusz nie mógł podjąć żadnej decyzji (ani o przekształceniu statusu operacji w obowiązkową, ani o planowym wycofaniu się) powinniśmy w 2012 roku definitywnie zakończyć nasz udział w kampanii afgańskiej, czyniąc to oczywiście w sposób zawczasu zaplanowany i uzgodniony z sojusznikami.

Takie zmiany w podejściu do kryzysu afgańskiego w strategiach globalnej, NATO oraz polskiej są – moim zdaniem – nieodzowne. Świat i NATO nie mogą dalej grzęznąć w pułapce afgańskiej. W razie braku woli wprowadzenia takich zmian Polska nie powinna brać udziału w przedsięwzięciu, które nie miałoby strategicznego sensu i szans na jakiekolwiek powodzenie.

========================================







©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna