Radość „w cyrku”



Pobieranie 0,69 Mb.
Strona1/3
Data16.11.2017
Rozmiar0,69 Mb.
  1   2   3

Izabela "MYSZKA"



Izabela "MYSZKA" - przewróciła nam świat do góry nogami, wniosła w nasze życie wiele zamieszania ale przede wszystkim dużo uśmiechu i radości z każdego nadchodzącego dnia...



Izabela "MYSZKA" - przewróciła nam świat do góry nogami, wniosła w nasze życie wiele zamieszania ale przede wszystkim dużo uśmiechu i radości z każdego nadchodzącego dnia...
"Ja tak, jak każda dziewczyna chcę być po prostu szczęśliwa" jako licealistka zawsze to powtarzałam...żyłam z dnia na dzień, nic nie zapowiadało zmian w moim życiu.

Liczyła się moja rodzina, szkoła...no i mój Dawid, pierwsza wielka miłość. Wszystko jednak jakoś się zgrało był czas na naukę, czas dla niego, czas dla przyjaciółki, znajomych, rodziny...istna sielanka...Już wtedy myślałam o przyszłości, zawsze powtarzałam że będę mieć gromadkę dzieci. Wszyskie dzieci dookoła kochałam..Dawidowi urodziła się siostra ...chyba się zapatrzyłam. W 3 klasie liceum zaszłam w ciąże. Rodzina była w szoku, mama zaniemówiła, była zła, jak się dowiedziała ale po jakimś czasie weszła za mną do pokoju i pokazała gdzie postawimy łóżeczko, wtedy kamień spadł mi z serca. Zaczęły się wspólne rozmowy, rozmyślenia co ze szkołą itd. Od początku byłam optymistycznie nastawiona do całej tej nowej sytuacji. Nauczyciele patrzyli na mnie przychylnie, nikt nie wytykał mnie palcem. Wszystko było dobrze...do dnia kiedy badanie usg wykazało, że dziecko ma poważną wadę. Robiono mi badania trzy dni i w końcu usłyszałam, że moje dziecko nie ma szans na przeżycie. Diagnoza: przepuklina oponowo- mózgowa. Nie chciałam usuwać ciąży, postanowiłam walczyć! Ordynator szpitala postanowił przeprowadzić cesarskie cięcie w 7 miesiącu. Miało to pomóc dziecku. Powiedział, że jeśli tego nie zrobię to nie donoszę ciąży i dziecko na pewno umrze. Nie miałam wyjścia, jeśli naprawdę tak miało być nie zastanawiałam się długo. W 25 tygodniu ciąży trafiłam na oddział patologii na ul Kopernika. Do końca byłam pewna, że będzie tak, jak planowano. Po dwóch dniach pobytu na oddziale i przyjmowaniu zastrzyków dostałam okropnych bóli, wtedy dowiedziałam się, że cesarki nie będzie; Ordynator wykrzyczał: „Nie będziemy Cię cieli, jesteś za młoda będziesz mieć jeszcze zdrowe dzieci a to i tak nie przeżyje!! to było straszne! Krzyczałam, płakałam zsuwając się po ścianie na szpitalnym korytarzu. Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się na prawde, chciałam żeby to wszystko okazało się jakimś okropnym snem. Miałam pretensje do świata, do Boga dlaczego ja??? ,dlaczego moje dziecko? za co to wszystko? Było mi ciężko ale nie rezygnowałam. Z każdym dniem ból był silniejszy kolejna nieprzespana noc ,czułam, że jak przyjdzie dzień porodu to nie będę miała siły rodzić. Poniedziałek 2 lipca 2001roku... nadszedł ten dzień....był już późny wieczór, sala porodowa- z jednej strony mama z drugiej Dawid, oboje trzymali mnie za ręce, wiedziałam, że nie jestem sama, cały czas byli koło mnie. Mama wyszła dopiero jak zaczęłam rodzić. Dostałam kroplówkę, przebili mi wody płodowe i wtedy czułam jak na siłę ją ze mnie wyrywają...nagle usłyszałam krzyk, płakała jak silne zdrowe dziecko, podniosłam głowę żeby ją zobaczyć ,w tym momencie nakryto mi głowę prześcieradłem. Zanim zdołałam się odkryć już ją zabrali...położna podeszła po chwili z dzieckiem na rękach, zlitowała się.....Izunia była przykryta cała, zdążyłam pocałować jej stópkę i znów ją zabrano....nie widziałam jak wygląda. Dawid wrócił mówiąc, że będzie wszystko dobrze, ale ja czułam że nie będzie....Dali mi "głupiego Jasia". Zdążyłam usłyszeć moją mamę i głos położnej, która mówiła, że dziecko pożyje najwyżej 24 h...Rano obudziły mnie pielęgniarki, wróciłam na salę, gdzie były ciężarne. Dały mi zastrzyk, obwiązały piersi bandażem i powiedziały, że pokarmu nie potrzebuje i znów te same słowa „Bo dziecko i tak umrze". Mimo, że wszyscy to powtarzali ja w to nie wierzyłam. Na drugi dzień przewieźli ją do szpitala w Prokocimu. Wypisano mnie do domu w trzeci dzień. Nie mogłam dłużej czekać, chciałam być blisko mojej córeczki. Widziałam, że diagnoza się potwierdziła ale byłam pełna nadziei, że lekarze jej pomogą. Umieszczono ją na oddziale neurochirurgi. Kiedy szłam ją zobaczyć udawałam silną ale w środku czułam jak się cała trzesę, byłam przerażona a z drugiej strony cieszyłam się, że wkońcu ją zobaczę. Weszłam na salę.....leżała w podgrzewaczu, golutka, miała na sobie tylko pampersa. Podeszłam bliżej, łzy same kapały mi z oczu. Byla taka malutka, bezbronna. Pomyślałam „Boże nie pozwól jej umrzeć" to moja mała śliczna perełka- Moja Izabela.



Od tamtej chwili świata po za nią nie widziałam. Codziennie siedzieliśmy w szpitalu do późnego wieczora. Została ochrzczona mając pięć dni. W 3 tygodniu pobytu w szpitalu przenieśli ją na pediatrię gdyż nie podjęli się operacji więc nie widzieli sensu trzymać jej na neurochirurgi, tylko pytanie co dalej?? i znów to samo: ona i tak umrze! i tak było codziennie, ani jednego dobrego słowa. Nikt nie chciał jej pomóc. Nawet ksiądz dał jej ostatnie namaszczenie tłumacząc, że lepiej będzie dla niej i dla nas jak umrze. Miałam tego serdecznie dosyć, na własne żądanie zabrałam Izabelkę ze szpitala. Miała wtedy 2,5 miesiąca. Zaczął się rok szkolny, nie chciałam przerywać nauki. Na zmianę z Dawidem i z mamą się nią opiekowaliśmy. Miała codziennie rehabilitację, widać było postępy i to jaką ma wielką chęć życia. Patrzyła, uśmiechała się, machała rączkami ,nóżkami, zachowywała się jak zdrowe dziecko. Nie mogłam tak bezczynnie siedzieć, w każdej wolnej chwili pisałam listy z prośbą o pomoc gdzie tylko to było możliwe.W międzyczasie byłam z nią na konsultacji w Centrum Zdrowia Dziecka tam również nie chcieli się podjąć operacji....Poszukiwania i walka trwały osiem miesięcy ale się wkońcu udało. Fundacja tygodnika"PRZYJACIÓŁKA" zaoferowała nam pomoc. Zorganizowała nam spotkanie z amerykańskim lekarzem, który był z wizytą w Warszawie. Nerwy i taka niewiadoma co będzie jak ją zobaczy, jakie ma sznase? -tysiące pytań nasuwało mi się na myśl. Długo patrzył na Izabelkę, obserwował jej zachowanie, oglądał główkę, wypytywał o wszystko. Chwila zastanowienia, cisza...i słowa, które były jak zbawienie. Podejme się operacji...Iza ma 95% na przeżycie. Za miesiąc musicie być w Nowym Yorku! Nareszcie, doczekałam się, to było cudowne! Wszystko załatwiłyśmy, spakowałyśmy się i poleciałyśmy. Zamieszkałyśmy w hotelu Ronald Mc Donald House dlachorych dzieci, oddalonym kilka przecznic od szpitala NYU Medical Center. Już na drugi dzień po przylocie zaczęły się badania, plan operacji wszystko działo się tak szybko. Byłam w szoku kiedy lekarz krok po kroku opisywał mi jak będzie wyglądać operacja. Stwierdził, że ta operacja to prawdziwe wyzwanie, gdyż takie dzieci w USA operuje się jeszcze w łonie matki lub jeśli kobieta tego chce usuwają ciąże .,dlatego to się nie zdarza, przypadek jeden na milion. Izabela miała już 16 miesięcy, ale stwierdził, że nigdy nie jest za późno by ratować życie. 19. 11. 2002 r założono jej zastawkę odprowadzającą płyny. Bardzo cierpiała, z dnia na dzień płynu było coraz mniej, z wielkiego guza zaczął się robić „worek". Każdy najmniejszy ruch głową sprawiał jej ogromy ból. Otwarta czaszka, mózg tylko pod cienką skórką. W końcu przyszedł dzień operacji, to był 26. 11, tą datę i ten dzień będę pamiętać do końca życia. Niosłam Izunię na rękach, na sale operacyjną, mimo bólu, patrzyła na mnie i uśmiechała się, trzymała mnie mocno jakby czuła, że coś się dzieje. Założyli jej maskę, wyszłam kiedy była już uśpiona. Serce mi pękało, ale wiedziałam, że to jedyna jej szansa na przeżycie. Bałam się, ale wierzyłam, że się jej uda bo od małego mimo choroby była silna. Na korytarzu czekała mama, płakałyśmy obydwie. Każda minuta operacji trwała jak wieczność,....niepewność, oczekiwanie, nadzieja, płacz, uśmiech i tak przez 9 godzin bo tyle trwała operacja! Kiedy lekarz wyszedł na korytarz i powiedział, że wszystko jest w porządku rzuciłam mu się na szyje z radości krzycząc! "Dziękuje"!!! .To było niesamowite przeżycie...! Przewieziono ją na intensywną terapię. Biedna leżała podłączona do różnego rodzaju aparatów, opuchnięta, z bandażem na główce, ale cały czas była dzielna serduszko mocno biło. Była w śpiączce, dostawała morfinę, miewała drgawki, wysoką gorączkę i ataki padaczki. Trwało to 3 tygodnie, raz było lepiej raz gorzej. Kiedy ściągneli bandaże z główki nie mogłam uwierzyć w to co Ci lekarze potrafili zrobić. To CUD ! Znów był płacz szczęścia kiedy otworzyła oczy i popatrzyła na mnie ślicznymi oczkami. Tęskniłam za tym...Teraz już mogło być tylko lepiej. Powoli dochodziła do siebie a ja nie mogłam oderwać od niej wzroku, była taka odmieniona widziałam jak jej ulżyło bo z guza została 1/3 tego co było. Wycięto jej worek przepuklinowy a w miejsce czółka wstawili specjalny materiał zabezpieczający mózg, który ma do dzisiaj i zostanie usunięty przy najbliższej operacji. Izabelke wypisano do hotelu po miesiącu, ale nie wolno nam było wracać do Polski, bo co parę dni musiałyśmy wracać do szpitala na kontrole. Do Polski wróciłyśmy w styczniu 2003 roku. Kolejna operacje miała być tego samego roku we wrześniu. Wiedzialam już, co nas czeka ale drugim razem było lżej bo operacja nie była taka poważna jak pierwsza. Trwała 5 godzin poszerzano jej tylnią cześć głowy (małogłowie). Już po paru godzinach odzyskała przytomność, pierwsze słowo jakie wtedy wypowiedziała było „mama". Moja dzielna dziewczynka pomyślałam. Po 5 dniach wróciłyśmy do hotelu. Byłyśmy znów 2,5 miesiąca ale tym razem wróciłyśmy na święta Bożego Narodzenie. Byłyśmy najszczęsliwsze na świecie! Wspólne rodzinne święta Izabelka siedziała przy stole wigilinjnym w swoim krzesełku, pamiętam miała na sobie śliczną czerwoną sukienkę i dwa kucyczki na głowie. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Warto było czekać na takie chwile. Codziennie z nią byłam, obiadki, spacerki, na których już mniej przykuwała wzrok ludzi. Wcześniej ludzie zaglądali mi do wózka, jedni patrzyli z uśmiechem drudzy się krzywili na jej widok bywało różnie ale ja po jakimś czasie przestałam się tym przejmować tym bardziej, że rodzina i bliscy zaakceptowali moją Izunię. Moja mama również bardzo mi pomagała w wychowywaniu, nawet zrezygnowała z pracy w Warszawie i cały czas pomaga, nawet śpi z Izunią, bardzo ją kocha. Dzięki pomocy mamy poszłam do szkoły i dzisiaj jestem dyplomowaną kosmetyczką. Moja praca daje mi dużo satysfakcji a co najważniejsze, że mogę ją dostosować do czasu kiedy moja perełka jest w przedszkolu. Mąż niestety z konieczności pracuje we Włoszech. W sierpniu tego roku pobraliśmy się, a nasza córeczka była naszą najpiękniejszą druchenką. Nasza miłość przeszła poważną próbę ale udało się zwyciężyła i do końca życia zamierzamy wychowywać Izunie razem, chcemy być razem na dobre i na złe! Wszystko powoli się układa, potrzebny był czas...nigdy nie należy trącić nadziei! Wierze w to, że mój kochany przedszkolaczek będzie zdrowy i któregoś pięknego dnia stanie na własnych nóżkach. Przedszkolaczkiem jest od niedawna..... a ........ to było tak:........ Nasza Izunia ...”chowana pod kloszem" jak to będzie?? na samą myśl o przedszkolu byłam przerażona. Długo z tym zwlekałam. Bałyśmy się, że coś się jej stanie, ktoś ją uderzy w główkę itd. tysiące myśli na sekundę! nie mam mowy! boję się i temat na jakiś czas ucichł. O przedszkolu nr 100 dowiedziałam się od mojej cioci Krysi pracującej na AWF-ie w Dzikanacie. Dzięki niej również Iza ma rehabilitacje w domu. Polecała, namawiała, wychwalała przedszkole, ale nie wierzyłam dopóki się sama nie przekonałam, że na prawdę jest super! Najpierw dowiedziałam się o nauczaniu indywidualnym i pomyślałam, że skoro mogę z nią być podczas zajęć to czemu nie. Byłam bardzo mile zaskoczona już po pierwszym dniu. Postawa Pani Dyrektor Barbary Mirkut, nauczyciele, rehabilitant -co za wspaniali ludzie- pomyślałam. Czułam taką miłą atmosferę. Wszyscy uśmiechnięci, zadowolona Izabelka, postępy w jej rozwoju. Wspaniale! Zaczęło mi być jej żal, jak dzieci się jeszcze bawiły a ona taka smutna wyjeżdżała na wózeczku bo już kończyła swoje zajecia. Ona uwielbia dzieci. Może będzie miała kiedyś rodzeństwo...Miałam dwa miesiące wakacji, przemyślałam to i wszyscy stwierdziliśmy, że czemu by nie spróbować dać jej do przedszkola, przecież ona tak dobrze się tam czuje. Przyznam, że przez pierwsze dni kiedy już Izabelke zostawiałam to chciało mi się płakać, ale z dnia na dzień było coraz łatwiej. Zobaczyłam ile serca i poświecenia w opiekę wkładają nauczyciele z jej grupy "MYSZKI" tego nie da się opisać słowami. Iza zaprzyjaźniła się z kolegami z grupy, a ulubiony kolega to Mikołaj. Jestem dumna z mojego przedszkolaka. Nigdy bym nie przypuszczała, że będzie chodzić do przedszkola, a teraz bez przedszkola żyć nie może. Wychodząc codziennie płacze, ale to dobrze bo to świadczy o tym jak bardzo uwielbia tam być a to najważniejsze. Miewa humorki i czasem drapnie albo uszczypie, ale mimo to wszyscy ja lubią i kochają jej słodki Uśmiech.


  1   2   3


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna