R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej



Pobieranie 266,62 Kb.
Strona5/5
Data24.02.2019
Rozmiar266,62 Kb.
1   2   3   4   5

Rozdział V


Ryld sączył schłodzone, cierpkie wino z poczuciem satysfakcji, pewny, że gra, choć formalnie rzecz biorąc wciąż się toczyła, została już rozstrzygnięta. W trzech kolejnych ruchach jego onyksowy czarodziej i ork schwytają w pułapkę i dadzą mata krwawnikowej matce jego przeciwnika.

Jak zwykle zwyciężył bez uciekania się do kostek. Prawdę mówiąc, te grzechoczące sześciany z kości słoniowej, na ściankach których wyryto magicznym sposobem podobizny pająków, stanowiły ten aspekt savy, którego nie lubił. Wprowadzały element ślepego losu do gry, w której wygrana powinna zależeć wyłącznie od przebiegłości.

Przeciwnik Rylda – młody, wychudzony członek kupieckiego klanu, któremu w trakcie picia krople alkoholu spływały z kącików ust – rzucił kośćmi na wczesnym etapie gry i triumfował, gdy los pozwolił mu wyeliminować jedną z kapłanek starszego mężczyzny.

Teraz zgarbiony, ze spoconym czołem, wpatrywał się w planszę, jak gdyby decydowały się na niej losy jego duszy. Naprawdę dobry gracz niemal natychmiast zauważyłby, że może wykonać tylko jeden ruch. W istocie przewidziałby nieuniknionego mata w trzech ruchach i poddałby się.

Pamiętając o prawdziwym celu ich wizyty w Szkatułce, Ryld, starając się nie zdradzać zbyt wielkiego zainteresowania tematem, ponownie podjął rozmowę prowadzoną z podchmielonym kupcem.

– Czy twój kuzyn uprzedził cię o swojej ucieczce?

– Nie – odparł krótko młodzieniec. – Po co miałby to robić? Nie znosiliśmy się. A teraz morda w kubeł! Nie pozwalasz mi się skoncentrować!

Ryld westchnął i odchylił się na oparcie chwiejnego, rachitycznego wapiennego krzesła. Kątem oka dostrzegł coś, co sprawiło, że wyprostował się, ponownie sprawdził dokładną pozycję opartego o ścianę Rozpruwacza i ukradkiem poluzował w naoliwionej pochwie krótki miecz.

Sam nie był do końca pewny, co postawiło go w stan pogotowia. Nie po raz pierwszy widział grupę hulaków, która wstaje od stołu i dobywa broni, aby pobawić się w fechtowanie albo rozstrzygnąć kłótnię. I nie miało to zupełnie nic wspólnego z zakapturzonym osobnikiem wygrywającym ze wszystkimi nowo przybyłymi w savę. Wewnątrz Szkatułki klingi regularnie wyskakiwały ze zgrzytem z pochew. Pozornie ta nowa czwórka niczym się nie różniła od pozostałych, ale Ryld w jakiś sposób wiedział, że jest inaczej. Mężczyźni ruszyli wśród wonnych oparów kadzidła prosto ku niemu i jego niczego nieświadomemu przeciwnikowi. Inni bywalcy, również wyczuwając zamiary szermierzy, z pośpiechem schodzili im z drogi.

Adamantytowa klinga żarzącą się czerwienią – możliwe, że był to uwięziony duch – śmignęła, mierząc w blat stołu. Ryld chwycił broń i odepchnął ją, zanim rozrzuciła pionki savy albo jego równo ułożone pieniądze pochodzące z wygranych. Długi miecz był tak ostry, jak tylko zaklęta broń potrafi, ale fechmistrzowi udało się nie skaleczyć dłoni. Chuderlawy chłopak, wyrwany wreszcie z zadumy, potoczył wokoło nieprzytomnym wzrokiem.

– W czym możemy pomóc? – zapytał Ryld.

– Przysłuchiwaliśmy się waszej rozmowie – odparł właściciel długiego miecza.

Choć nie tak potężnie zbudowany jak Ryld, był mimo to krzepki i wysoki jak na drowa, a czubki wydatnych uszu wydawały się wystawać mu ponad czubek głowy niczym u nietoperza. Był najlepiej ubrany z całej czwórki i najwyraźniej był przywódcą, choć jego szeroką, posępną twarz znaczyły plamy siniaków. Fechmistrz przypuszczał, że jakaś szlachetnie urodzona kobieta uznała za stosowne wygarbować mu skórę. W niczym nie umniejszało to szacunku, jakim darzyli go towarzysze.

Zwłaszcza że, jak zauważył Ryld, dwaj z nich również byli ranni, poruszali się trochę sztywno albo utykali na jedną nogę. Być może wszyscy byli krewniakami, a jedna z kapłanek ich domu spuściła im łomot.

– Zadawałeś wiele pytań o zbiegów – ciągnął szermierz, groźnie przeciągając sylaby.

– Naprawdę? – odpowiedział Ryld.

Uświadomił sobie, że jak na złość trzej muzykanci przed kilkoma minutami opuścili scenę. Wątpił, by ktokolwiek był w stanie podsłuchać ich rozmowę, gdy długi róg wciąż piszczał przeraźliwie.

– Dlaczego?

– Podtrzymywałem konwersację. Wiecie coś na temat tych rzezimieszków?

– Nie, ale wiem, że w Szkatułce nie lubimy ciekawskich. Nie lubimy, gdy ściga się zbiegów. Nie lubimy, gdy podsłuchuje się nasze prywatne rozmowy i zdaje z nich raport opiekunkom.

– Nie jestem szpiegiem.

Może i był szpiegiem, ale nie miał najmniejszego zamiaru przyznawać się do tego temu głupcowi.

– Ha! – zakpił szermierz. – Nawet gdybyś nim był, nie przyznałbyś się do tego.

– Tak czy owak, proponuję, żebyś ty i twoi przyjaciele wrócili do swojego stołu i pozwolili mnie i temu chłopcu skończyć grę.

Mężczyzna z czerwonym mieczem nadął się jak pęcherz, który ma zaraz pęknąć.

– Próbujesz mnie odprawić jak jakiegoś sługę? Czy wiesz, kim jestem?

– Oczywiście, Tathlynie Godeepie. Byłem twoim nauczycielem. Pamiętasz mnie?

Ryld odrzucił do tyłu kaptur, odsłaniając pozostającą dotąd w cieniu twarz.

Tathlyn i jego przyjaciele wybałuszyli oczy na widok swojego dawnego nauczyciela, jak gdyby właśnie okazał się jakimś pradawnym i legendarnym smokiem.

– Widzę, że tak. Życzę więc miłego dnia.

Tathlyn wyglądał tak, jak gdyby rozpaczliwie starał się znaleźć odpowiedź, która pozwoliłaby mu zakończyć tę konfrontację z godnością, ale gapie zaczęli się śmiać. Duma wzięła górę nad strachem, mężczyzna przywołał z powrotem na twarz szyderczy uśmiech.

– Tak – powiedział, podnosząc głos, by nie zagłuszyły go śmiechy. – Znam cię, mistrzu Argith, ale ty nie znasz mnie, nie osoby, którą się stałem. Dziś jestem fechmistrzem domu Godeep.

Dom Godeep był jednym z pomniejszych domów Narbondellynu, a jego szaleńcza szamotanina na samym dole drabiny statusu niemal umykała uwadze szlachty zajmującej wyższe szczeble. Ryld wątpił, by dom Godeep mógł spotkać jakiś awans, jeśli Tathlyn dowodził jego wojownikami. Podczas szkolenia chłopak nauczył się wymachiwać mieczem z pewną wprawą, ale gdy przyszło mu dowodzić oddziałem, zawsze wykazywał się nadzwyczajną lekkomyślnością i na ogół słabą oceną sytuacji.

– Gratulacje – rzekł Ryld.

– Może gdybyś wiedział, że zdobędę taką pozycję, nie znajdowałbyś tak wielkiej przyjemności w miażdżeniu mi knykci i biciu mnie po plecach.

– Nie robiłem tego dla zabawy. Miało cię to nauczyć wyrównywania szeregu i trzymania się prosto. Próbowałem ci to powiedzieć, ale nie zwracałeś na mnie uwagi. A więc – ciągnął Ryld – wyjaśniłem, że nie mam zamiaru wypaplać opiekunkom niczego, czego mogłem się tu dowiedzieć. Czy moje słowo wam wystarczy? Jeśli tak, rozejdziemy się w zgodzie.

– To ty tak twierdzisz.

– Chłopcze... przepraszam – fechmistrzu, zamilknij, weź oddech i zastanów się. Wyczuwam, że jesteś wściekły z powodu bólu i siniaków. Może chcesz wyładować na kimś swój gniew, ale to nie ja wymierzałem ci karę.

Tathlyn milczał przez chwilę, po czym powiedział – Nie, nie ty, i przypuszczam, że wszystkie kary podczas szkolenia wymierzono mi dla mojego własnego dobra. Nie żywię urazy, fechmistrzu. Miłej gry.

Zaczął się odwracać, a potem błyskawicznie odwinął się z powrotem. Sztych czerwonego miecza pomknął w stronę szyi Rylda.

Jeszcze zanim czterej towarzysze zdążyli dopaść do stolika do savy, Ryld dyskretnie przeniósł ciężar ciała na środek krzesła i wparł się nogami w podłogę w sposób, który pozwalał mu szybko wstać. Jednocześnie poderwał się w górę i machnięciem ramienia odbił ostrze w bok, ale uderzył w nie pod złym kątem. Ostra krawędź czerwonego miecza zraniło go lekko.

Ryld uświadomił sobie, że jest to jego pierwsza prawdziwa walka od niemalże roku. Zamierzał dołączyć do jednej z kompanii patrolujących Bauthwaf i zarżnąć kilka drapieżników, które zawsze przywędrowywały tam z położonych głębiej jaskiń, ale jakoś nigdy nie udało mu się zmobilizować.

To nie był problem. Nie obawiał się, że zapomniał, jak się walczy. Po prostu, patrząc wstecz, był zaskoczony własnym brakiem motywacji.

Wszystkie te myśli przemknęły mu przez głowę w jednej chwili, nawet w najmniejszym stopniu nie opóźniając jego reakcji.

Tathlyn odskoczył w tył i znalazł się poza zasięgiem Rylda, ale jeden z jego towarzyszy rzucił się na wojownika. Wyglądało na to, że wszyscy zamierzali walczyć, co prawdopodobnie oznaczało, że wszyscy byli krewnymi lub podwładnymi fechmistrza. W przeciwnym wypadku jeden lub kilku mogłoby nie wziąć udziału w sporze.

Ryld wymknął się spod dzikiego ciosu znad głowy zadanego przez przeciwnika, wyciągnął krótki miecz o klindze w kształcie liścia i pchnął. Pęd atakującego Godeepa, siła i umiejętności Rylda, a także magiczna ostrość sztychu pozwoliły ostrzu zatopić się głęboko w zgięciu prawej ręki napastnika. Krótki miecz, obłożony zaklęciem, które pozwalało ranić nawet bezcielesne duchy, choć nie był ulubioną bronią Rylda, był porządnym ostrzem. Z rany trysnęła krew i Godeep, chwiejąc się, upuścił tasak. W zasadzie łatwiej byłoby zabić idiotę, niż go unieszkodliwić, ale Ryld był tu z tajną misją, a jawne zabójstwo rzucało się w oczy o wiele bardziej niż zwykła karczemna burda.

Tathlyn i jego dwaj pozostali przyjaciele dostrzegli swoją szansę i rzucili się. Ryld wiedział, że nie ma czasu na wydobycie miecza z ciała ofiary. Gdyby spróbował, wrogowie dostaliby go. Spowił rannego Godeepa postrzępioną plamą ciemności i pchnął go na pozostałych.

Ryld nie widział poprzez zaciemniające pole ani trochę lepiej niż jego przeciwnicy, ale wyglądając zza jego krawędzi zobaczył, jak ranny Godeep wpada na swoich towarzyszy, wytrącając ich z równowagi, a także zaskakując nagłym, niespodziewanym pogorszeniem się widoczności. To dało fechmistrzowi czas, którego potrzebował, żeby odwrócić się, ogarnąć wzrokiem zagradzające mu drogę meble oraz gapiących się na niego graczy w savę i wskoczyć na stół, gdzie czekała rozgrywana przez niego partia. Przebierając stopami, zrujnował sidła, które tak przebiegle zastawił na kupca, a rozrzucone pionki z grzechotem potoczyły się po podłodze.

Zeskoczył po drugiej stronie, chwycił Rozpruwacza i odwrócił się, aby stawić czoła wrogom. Jednym płynnym, rozmazującym się w oczach ruchem wyrwał z pochwy swój najbardziej zaufany oręż i zastawił się. Pomimo swego ogromu wielki miecz był tak dobrze wyważony, że wydawał mu się lekki jak sztylet.

Zauważył, że klienci nie biorący udziału w walce zaczęli wznosić okrzyki zachęty i rzucać obelgi pod adresem walczących. Kilku bystrzejszych hazardzistów robiło zakłady.

Trzej pozostali przeciwnicy Rylda zepchnęli z drogi spowitego cieniem towarzysza i ruszyli naprzód, najwyraźniej chcąc przyprzeć nauczyciela szermierki do ściany. Ten z lewej trzymał się nieco z tyłu, podchodząc bez specjalnego entuzjazmu, ale nie wyglądał, jakby miał odwrócić się i uciec, chyba że sam Tathlyn by mu kazał, albo zobaczyłby, jak fechmistrz ginie od ostrej jak brzytwa klingi Rozpruwacza.

Ryld nie miał zamiaru dać się złapać w pułapkę. Odsunął się od ściany w ten sam sposób, w jaki się pod nią znalazł – wskoczył na stół i zaatakował.

Kiedy dobiegł do końca stołu, odkrył przed sobą sterczący rapier, który groził mu wypruciem flaków, gdyby zeskoczył. Godeep na drugim końcu ostrza – śmielszy z dwóch krewniaków Tathlyna – był szybki i obrał dobrą taktykę. Ryld rozpędził się tak bardzo, że prawdopodobnie nie był w stanie zapobiec nabiciu się prosto na sztych Godeepa.

Ale mógł zawinąć Rozpruwaczem w niskiej, zamaszystej paradzie. Wielki miecz rąbnął w lżejsze ostrze, odłamując końcowe sześć cali.

Ryld zeskoczył niemal prosto na właściciela rapiera, tak blisko, że potrzebowałby chwili, aby zadać cios klingą Rozpruwacza, chwili, którą pozostali członkowie domu Godeepa mogli dobrze wykorzystać. Fechmistrz wyrżnął ciężką, kulistą głowicą wielkiego miecza w sam środek czoła drowa dzierżącego rapier. Łupnęło, a mężczyzna przewrócił się do tyłu.

Coś uderzyło mocno w napierśnik Rylda, nie czyniąc mu jednak żadnej krzywdy. Fechmistrz zerknął w dół i zobaczył, że jeden z gapiów, może ktoś, kto postawił na jego przeciwników, strzelił do niego z ręcznej kuszy, ale Ryld nie miał czasu, żeby rozejrzeć się za winowajcą. Musiał się odwrócić, by odeprzeć atak drugiego szermierza.

Jak można się było spodziewać, Tathlyn prowadził. Ryld ciął, mierząc w głowę fechmistrza, a jego dawny uczeń natychmiast wycofał się, ale tylko tyle, by uniknąć ciosu. Nauczył się dobrej pracy nogami. Poczynił postępy, jak zauważył Ryld.

To wydłużając, to skracając dystans, Tathlyn zwodził i zapraszał do zwarcia, odgrywając całe przedstawienie. Tymczasem drugi Godeep, ten ostrożny, okrążał ich, starając się zajść Rylda od tyłu.

Fechmistrz pozwolił skradającemu się chłopcu podejść do siebie z boku, a potem skoczył na Tathlyna i ciął dziko, wydawałoby się, że tracąc przy tym równowagę i koncentrując się całkowicie na ataku.

Drugi Godeep miał przed sobą odsłonięte plecy Rylda, gdy ten wydawał się całkowicie niezdolny do wykonania zwrotu i obrony. Chętnie czy nie, chłopiec nie mógł przepuścić takiej okazji. Zaatakował.

Ryld odwrócił się błyskawicznie, wykonując Rozpruwaczem zamaszyste, poziome cięcie. Wielki miecz, przewyższający długością miecz przeciwnika, ciął sekundę wcześniej, niż zaatakował Godeep. Dzięki zręczności Rylda ogromna, nadnaturalnie ostra klinga zaledwie zraniła nadgarstek chłopaka, zamiast odrąbać mu dłoń. Drobny szlachcic upuścił pałasz, a potem, źle oceniwszy sytuację, dobył sztyletu. Fechmistrz rozpłatał mu nogę, powalając go na podłogę.

Ryld wiedział, że atakując z obrotu jednego Godeepa, odsłonił plecy przed Tathlynem, który z pewnością przymierzał się już do zabójczego ciosu. Nauczyciel odwrócił się z powrotem. Rzeczywiście, Tathlyn skrócił dystans i ciął, mierząc w głowę. Ryld sparował krawędzią Rozpruwacza w nadziei, że uda mu się złamać długi miecz fechmistrza domu Godeep tak, jak wcześniej rapier. Karmazynowa klinga uderzyła w forte wielkiego miecza, tuż powyżej wąsów, zadzwoniła i odbiła się, wciąż w jednym kawałku. Została wykonana z dobrego metalu, pomyślał Ryld, dobrze wykuta, były w nią wplecione wzmacniające zaklęcia.

Ale jej właściciela nie mogły ocalić wyłącznie jej zalety. Ryld zamarkował niski cios, by ściągnąć czerwony miecz w dół, po czym ciął wysoko. Rozpruwacz rozpłatał Tathlynowi czoło i fechmistrzowi domu Godeep krew zalała oczy. Runął do tyłu.

Ryld widział, że żaden z jego przeciwników nie pali się już do walki. Odwrócił się raz jeszcze, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Ktokolwiek do niego strzelał, przezornie ukrył ręczną kuszę.

– Dobra robota – powiedział Pharaun, który opierał się o szynkwas z pucharem w dłoni.

– Od jak dawna tam stoisz? – odpowiedział pytaniem Ryld, podnosząc swój krótki miecz. Jego ofiara wyrwała go z nogi i zostawiła na podłodze. – Mogłeś mi pomóc.

– Byłem zbyt zajęty stawianiem na ciebie. – Czarodziej wyciągnął mieszek i ci, którzy przegrali zakład, gderając, wrzucili do niego monety. – Wiedziałem, że nie będziesz potrzebował pomocy, żeby poradzić sobie z kilkoma opojami.

Ryld mruknął, wytarł broń w ścierkę, która nawinęła mu się pod rękę i zapytał – Chcesz ten czerwony miecz? To dobra broń. Może to pamiątka rodzinna domu Godeep.

Pharaun wyszczerzył zęby.

Co oznacza, że zdobyli go kiedy, w zeszłym tygodniu? Nie, dziękuję, zresztą na co przydałby się czarodziejowi? Poza tym nie chciałbym, żeby rozciągnęły i wytarły mi się od niego szaty.

– Jak chcesz.

Mistrz Sorcere podszedł nieśpiesznie do Rylda i odezwał się o wiele ciszej – Jesteś gotowy? Wolałbym ulotnić się stąd, zanim Nym zejdzie na dół.

Ryld był ciekawy, jaką niegodziwość popełnił jego przyjaciel.

– Prawie – odparł. – Daj Nymowi coś, czym zapłaci za zniszczenia.

Wojownik podszedł do stolików do savy, zabrał pochwę Rozpruwacza i wygrane przez siebie pieniądze, po czym rozejrzał się za kupcem. Chłopiec odsunął się śpiesznie od stolika w chwili, w której zaczęła się bijatyka, ale nie odszedł daleko. Niemal każdy drow lubił przelew krwi.

Ryld rzucił mu złotą monetę z wybitym symbolem domu Baenre.

– Twoja wygrana.

Młody kupiec wyglądał na zaskoczonego. Być może winny był alkohol.

– Jeśli gracz rozrzuci pionki po planszy, przegrywa – wyjaśnił Ryld. – Takie są zasady.

* * *


– Po powrocie na górę przyjemnie było popatrzeć, jak prowadzisz nasze tajne dochodzenie ze zwykłą sobie finezją – odezwał się Pharaun.

Drow zatrzymał się, by przepuścić szybujący w poprzek uliczki kufer, eskortowany przez kupców i sześć wielkich, niewolnych niedźwieżuków. Kamienna skrzynia przypominała sarkofag. Może nim była. Na bazarze kupujący mógł nabyć niemal wszystko, włączając w to ciała i mumie zabalsamowane niegdyś przy użyciu dziwnych przypraw i złożone na spoczynek podczas mistycznych rytuałów. Podobne towary były dostępne albo w całości, albo w wysuszonych częściach.

– To nie była moja wina – odparł Ryld. – W żaden sposób nie sprowokowałem tej bójki. – Zawahał się. – Może byłem zbyt szorstki, kiedy Godeepowie podeszli do stolika.

– Ty? Niemożliwe!

– Oszczędź mi swoich żartów. Po co w ogóle całe to dochodzenie? – Mistrz Melee-Magthere zanurkował pod wiszącym nisko daszkiem ze skóry rothé i dodał – Powinieneś być w stanie zajrzeć w sadzawkę jasnowidzenia i znaleźć zbiegów.

Pharaun uśmiechnął się.

– A co by to była za zabawa? A teraz poważnie, dlaczego w ogóle Godeepowie poczuli się dotknięci twoimi bez wątpienia delikatnymi pytaniami? Działali w porozumieniu z opryszkami?

– Nie sądzę, żeby cokolwiek wiedzieli. Myślę, że po prostu byli życzliwie nastawieni do pomysłu ucieczki i mieli ogólnie podły nastrój. Wyglądało na to, że któraś kobieta z domu Godeep obiła ich pięścią albo pałką i potrzebowali tylko pretekstu, żeby wyładować na kimś złość.

– Ta hipotetyczna kapłanka pobiła fechmistrza domu, jak gdyby był niewolnikiem albo w najlepszym przypadku najbardziej bezużytecznym z jej męskich krewnych? Czy nie wydaje ci się to podejrzane?

– Teraz, kiedy o tym wspomniałeś, owszem.

– Poza tym w Szkatułce było dziś wyjątkowo tłoczno.

Pharaun dostrzegł orka, który z zawiązanymi oczami żonglował sztyletami ku uciesze gawiedzi, i zatrzymał się na chwilę, aby przyjrzeć się przedstawieniu. Ryld westchnął ciężko, zniecierpliwiony przerwą w rozmowie.

Czarodziej zliczył pięć ostrych noży, które pobliźnione ręce niewolnika łapały i wyrzucały w powietrze z bezbłędną precyzją. Przedstawienie było godne pochwały, nawet jeśli brakło mu pewnego rozmachu. Pharaun rzucił monetę właścicielowi orka i ruszył dalej, a Ryld za nim.

– A więc – powiedział fechmistrz – Tathlyn dostał baty, w burdelu roi się od klientów, a ty widzisz jakiś związek. Jaki?

– Co, jeśli wszyscy ci chłopcy zostali pobici, a przynajmniej ukarani w jakiś równie nieprzyjemny sposób przez swoje krewniaczki? Co, jeśli z tego właśnie powodu zaszyli się w jakiejś kryjówce, żeby lizać rany, a potem skopać jedną z więźniarek Nyma?

Ryld zmarszczył brwi, zastanawiając się nad słowami towarzysza.

– Zgadujesz, że kapłanki różnych domów stały się bardziej surowe i nierozsądne. Oczywiście mogło to spowodować falę ucieczek, ale co jednocześnie zwarzyło nastroje wszystkim tym kapłankom?

– Mam przeczucie, że kiedy się tego dowiemy, wreszcie do czegoś dojdziemy.

Dwaj mistrzowie okrążyli kolosalnego ślimaka ciągnącego dwunastokołowy wózek. Otwór gębowy stwora utworzył literę „O” i Pharaun, który kiedyś o mały włos nie przypłacił życiem spotkania z takim ogromnym mięczakiem, niemal się wzdrygnął, choć wiedział, że ten okaz bez wątpienia został pozbawiony zdolności plucia żrącą mazią. Rzeczywiście, z pyska zwierzęcia pociągowego nie wyleciało nic oprócz kilku przejrzystych, nieszkodliwych kropelek. Woźnica smagnął wrogo nastawionego stwora batem na długiej rączce.

– Czego się dowiedziałeś na dole? – zapytał Ryld.

– Właściwie niczego – odparł Pharaun – niczego, czego byśmy się wcześniej nie domyślali. Mogłem jednak wyświadczyć przysługę dawnej towarzyszce. Na swój sposób było to przyjemne.

– Skoro żaden z nas nie dowiedział się niczego istotnego, nasza wizyta w Szkatułce była stratą czasu.

– Czy ja wiem? Ten rozlew krwi dobrze ci zrobił, nieprawdaż? Od tamtej pory cały czas się uśmiechasz.

– Nie bądź śmieszny. Przyznaję, że była to interesująca potyczka...

Ryld zaczął opisywać bójkę, akcja za akcją, poddając szczegółowej analizie alternatywne rozwiązania i ogólną strategię. Pharaun kiwał głową i starał się wyglądać na zainteresowanego.

* * *


Triel, matka opiekunka domu Baenre, drowka przypominająca maleńką hebanową laleczkę, maszerowała żwawo korytarzem, pomimo drobnych kroczków szybko pokonując odległość. Mierzący osiem stóp Jeggred, na swoich kozich nogach, które były bardziej zwinne niż kończyny większości drowów, bez trudu dotrzymywał kroku matce. Jednak zdyszana, drepcząca obok drowka piastująca funkcję sekretarki wyglądała tak, jak gdyby zaraz miała upuścić stos niesionych pergaminów.

Usłyszawszy głosy rozmawiających kilka jardów dalej osób, Triel chciała jeszcze przyspieszyć kroku. Wyłącznie przeświadczenie, że drowka na jej stanowisku nie powinna bieganiem narażać na szwank swej godności, pozwoliło jej zapanować nad tym pragnieniem.

– Myślę, że to próba – powiedział cichy żeński głos.

– Obawiam się, że to znak niełaski – odparł drugi, trochę głębszy i nieco nosowy. – Być może czymś obraziłyśmy...

Triel i jej towarzysze minęli zakręt. Przed nimi stały dwie kuzynki opiekunki. Na jej widok otwarły szeroko usta.

Triel spojrzała synowi w twarz, która z powodu nieco wydłużonego pyska, długich, ostrych kłów, skośnych oczu i spiczastych uszu, była czymś pomiędzy fizjonomią drowa i wilka. To nieme spojrzenie wystarczyło, żeby oznajmić mu swoją wolę.

Jeggred skoczył, a długa zmierzwiona grzywa rozwiała się za nim. Obiema wielkimi, pazurzastymi łapami przeznaczonymi do walki chwycił każdą z kuzynek za gardło, uniósł i przygwoździł do kalcytowej ściany. Dwie mniejsze ręce drowa kurczyły się i rozkurczały, jak gdyby i one chciały wziąć udział w akcie przemocy.

Może rzeczywiście chciały.

Triel poczęła dziecko podczas rytualnego spółkowania z demonem glabrezu o imieniu Belshazu. W rezultacie na świat przyszedł Jeggred, półdemon zwany draeglothem, cenny dar Pajęczej Królowej. Jego matka była gotowa uwierzyć, że okrucieństwo i żądza krwi płonęły w każdej cząsteczce jego jestestwa. Tylko odruchowe posłuszeństwo, okazywane Triel nie dlatego, że go urodziła, ale ponieważ była pierwszą spośród kapłanek Lolth, powstrzymywało go przed mordowaniem więźniów, a raczej każdego, z kim się zetknął.

Czasami niski wzrost Triel był zaletą. Nie czuła się niezręcznie czy klaustrofobicznie, wchodząc pomiędzy dwa dłuższe ramiona Jeggreda, aby stanąć przed kuzynkami. Z bliska wyczuwała w ich pocie strach z taką samą łatwością, z jaką słyszała krztuszące odgłosy, które z siebie wydawały, czy głuche dźwięki, z jakimi uderzały piętami w rzeźbioną powierzchnię za sobą.

– Zabroniłam wam publicznie rozmawiać o zaistniałej sytuacji – warknęła.

Z gardła kuzynki po lewej zaczęło wydobywać się udręczone gulgotanie. Być może próbowała powiedzieć, że ona i ta druga były same.

– Ta część pałacu oddana jest do użytku publicznego – rzekła Triel. – Każdy, każdy mężczyzna mógł podejść i was usłyszeć.

Machnęła biczem, mierząc nisko, aby przypadkiem nie smagnąć Jeggreda przez ręce czy ramiona. Pięć wijących się żmij zraniło ofiary, ale nie na tyle, by usatysfakcjonować swoją panią. Uderzyła ponownie, a potem jeszcze raz. Jej gniew narastał, aż w końcu stał się swego rodzaju zachwytem, słodką prostotą, w której nie istniało nic prócz chłostania kuzynek, zapachu ich krwi opryskującej jej twarz i przyjemnego zmęczenia ramienia.

Nie wiedziała, co wytrąciło ją z tego radosnego stanu. Może po prostu zabrakło jej tchu, ale kiedy opamiętała się, obie paple zwisały bezwładnie i cicho w objęciach Jeggreda.

Draegloth i skryba uśmiechali się. Z ogromną przyjemnością obserwowali straszliwe tortury, jakim poddała swoje kuzynki, ale należało działać, a ona, tracąc panowanie nad sobą, zmarnowała już dość czasu.

Bardzo niedobrze. Matka opiekunka Baenre, de facto władczyni całego Menzoberranzan, powinna potrafić zapanować nad sobą.

Triel zrobiła się wybuchowa stosunkowo niedawno. Przez cały ten czas gdy służyła jako mistrzyni Arach-Tinilith, była spokojna i kompetentna. Stanowisko to, ustępujące prestiżem wyłącznie stanowisku jej matki, odpowiadało jej i nigdy nie miała większych ambicji.

Nigdy też tak naprawdę nie wierzyła, że może aspirować do czegoś więcej. Jej matka wydawała się nieśmiertelna. Niezniszczalna. A potem nagle jej zabrakło i ambicja, która od czasu do czasu budziła się w każdym mrocznym elfie, obudziła się w sercu Triel. Jak mogła nie spróbować sięgnąć po tron matki? Jak mogła pozwolić, żeby Quenthel czy któraś z jej krewniaczek miała już zawsze nią dyrygować?

Udało jej się zdobyć tytuł matki opiekunki i choć wkrótce poczuła się nieco przytłoczona zakresem i złożonością piastowanego stanowiska, z początku nie było tak źle. Wszystko toczyło się ustalonym rytmem i żadna dramatyczna interwencja z góry nie była konieczna.

Poza tym doradzali jej Quenthel i Gromph. To prawda, jej siostra i brat zawsze byli odmiennego zdania, ale Triel mogła ocenić ich konkurencyjne propozycje i wybrać tę, która bardziej jej odpowiadała. Było to znacznie łatwiejsze niż wychodzenie z własnymi.

Ale teraz musiała opanować kryzys, być może najpoważniejszy kryzys w historii mrocznych elfów, i najwyraźniej musiała poradzić sobie sama. W żadnym wypadku nie mogła zwierzyć się Gromphowi, a bezczelna Quenthel twierdziła, że musi zająć się bezpieczeństwem Tier Breche, zanim będzie mogła się skupić na czymkolwiek innym.

Triel potrząsnęła głową, usiłując odepchnąć od siebie wątpliwości i troski.

– Opuść je.

Jeggred posłuchał, a ona zwróciła się do sekretarki.

– Jeśli będziesz miała okazję – powiedziała, unosząc głos, aby nie zagłuszyły jej krztuszące się kuzynki – każ komuś odstawić je do Arach-Tinilith, żeby doprowadzić je do stanu używalności. I niech ktoś zmyje krew. A teraz lepiej ruszajmy. Chyba jesteśmy spóźnieni.

Cała trójka ruszyła w dalszą drogę. Za ostatnim zakrętem kryły się drzwi. Za nimi znajdowało się podwyższenie górujące nad największą salą audiencyjną domu Baenre. Dwóch strażników strzegło wejścia, żeby nikt nie zakradł się, aby ugodzić matkę opiekunkę nożem w plecy. Na jej widok natychmiast stanęli na baczność.

Triel wkroczyła do środka, a za nią Jeggred i sekretarka. Sala jarzyła się magicznym blaskiem, ułatwiającym badanie dokumentów. W powietrzu unosił się słodki zapach perfum, strop zdobił fresk przedstawiający Lolth. Strażnicy stojący pod ścianami – mroczne elfy w pobliżu podwyższenia, ogry i minotaury dalej – zasalutowali, podczas gdy suplikanci i petenci złożyli ukłony w sposób odpowiedni dla swojego stanowiska, od pełnego godności skinienia głowy do służalczego padnięcia plackiem na ziemię.

Spoglądając na nich z podwyższenia, Triel pomyślała, że to niesamowite, ilu interesantów pojawia się każdego dziesięciodnia. Myślała, że gdy rządziła Akademią, ludzie bez przerwy czegoś od niej chcieli, ale nie miała pojęcia, jakie hordy idiotów bez przerwy pragną zostać wysłuchane przez opiekunkę Baenre, często po to, by rozwiązać trywialne, jeśli nie zupełnie nonsensowne problemy.

Usiadła na tronie matki, prawdziwym cacku ze złota o oparciu rozszerzonym na kształt łuku pajęczej sieci. Jej poprzedniczka była stosunkowo dużą kobietą i jej następczyni zawsze czuła się na jej krześle trochę jak zagubione dziecko. Miała na tyle autoironii, by rozumieć ten przypadkowy symbolizm.



Rozejrzała się wśród oczekujących i spostrzegła na samym przedzie Faeryl Zuavirr, trzymającą pod pachą długie, opasłe zwoje. Matka opiekunka uśmiechnęła się, bo przynajmniej w tym wypadku wiedziała, jak poradzić sobie z petentką. Waerva, jedna z mniej znaczących kobiet jej domu, przydała się wreszcie na coś. Zdobyła ważne informacje i miała sensowny pomysł, jak je wykorzystać.

Triel zdecydowała, że równie dobrze może zacząć od poczucia się dominującą i przenikliwą. Może w ten sposób nada ton reszcie sesji. Zaczekała, aż herold skończy z ceremoniałem, a tłum wstanie. Potem, wciąż spryskana krwią, czując za plecami pokrzepiającą obecność Jeggreda, skinieniem poleciła Faeryl podejść.

1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna