R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej



Pobieranie 266,62 Kb.
Strona3/5
Data24.02.2019
Rozmiar266,62 Kb.
1   2   3   4   5

Rozdział III


Wysoka i gibka, z lewą stroną skądinąd ładnej twarzy oszpeconą starą blizną, z której, co sama przyznawała, była dumna, Greyanna Mizzrym stanęła przed obliczem matki brudna, spocona i wciąż odziana w koszulkę kolczą. Greyanna wiedziała, że opiekunka nie lubi, kiedy jej córki czy inni podwładni przychodzą na spotkanie z nią w pełnym rynsztunku, ale miała wymówkę. Właśnie wróciła z inspekcji operacji prowadzonych przez dom Mizzrym w Bauthwafie – „otoczce”, jak nazywano tę niebezpieczną sieć tuneli otaczających Menzoberranzan – kiedy usłyszała od rozgorączkowanego funkcyjnego, noszącego na ciele świeże ślady wężowego bicza, że matka opiekunka życzy sobie natychmiast się z nią widzieć.

Prawdę powiedziawszy, nawet wiedząc, że przedmioty te nie ocalą jej, gdyby sprawy przybrały wyjątkowo niepomyślny obrót, Greyanna wolała mieć usprawiedliwienie dla odwiedzania rodzicielki z buzdyganem w dłoni i tarczą na ramieniu. Nie przychodził jej do głowy żaden powód, dla którego matka mogłaby zdecydować się zabić ją właśnie teraz, ale nigdy nie można było mieć całkowitej pewności, nieprawdaż?

Na pewno nie w przypadku Miz’ri Mizzrym, kobiety uznawanej nawet przez inne mroczne elfy za nadmiernie i chimerycznie okrutną. Matka opiekunka siedziała na tronie w swej świątyni, z całym swym orężem i zabezpieczeniami w zasięgu ręki – sześciogłowym biczem i purpurowym drągiem zakończonym mackami – a na jej palcach lśniły magiczne pierścienie. Można by uznać ją za urodziwą nawet według rygorystycznych standardów obowiązujących wśród jej pięknej rasy, gdyby nie to, że jej twarz niemal zawsze wykrzywiał paskudny grymas. Matriarchini przyjrzała się zimno wojskowemu ekwipunkowi córki, ale nie raczyła go skomentować.

Greyanna pochyliła głowę, rozpostarła ramiona, okazując należyty szacunek, i powiedziała – Matko opiekunko. Chciałaś mnie widzieć?

– Chciałam zobaczyć się z tobą wczoraj.

– Załatwiałam ważne sprawy rodzinne. – Matka wiedziała o tym oczywiście równie dobrze jak ona sama. – Nawet teraz musimy wywiązywać się z naszych obowiązków. Zwłaszcza teraz, jak sama parę razy zauważyłaś.

– Trzymaj swój bezczelny język na wodzy!

Greyanna westchnęła.

– Tak, matko. Przepraszam. Nie chciałam odezwać się nie w porę.

– Postaraj się, żeby to się więcej nie powtórzyło.

Miz’ri umilkła, może chcąc zebrać myśli, a może po prostu po to, by zszargać córce nerwy. Takie małostkowe, bezcelowe próby zastraszenia rozmówcy były u niej niemal odruchowe.

Greyanna zastanawiała się, czy służąca została poinstruowana, żeby przynieść jej krzesło. Nie wyglądało na to. To również było typowe dla jej matki.

– Twój brat Pharaun... – odezwała się w końcu Miz’ri.

Oczy Greyanny rozwarły się szeroko.

– Tak?

– Myślę, że może wreszcie nadszedł czas, aby wasza dwójka ponownie się spotkała.



Pokiereszowana twarz młodszej kobiety pozostała spokojna i opanowana. Okazywanie silnych uczuć wobec kogokolwiek, a zwłaszcza matki, rzadko było dobrym pomysłem. Jeśli pokazało się jej, że coś cię obchodzi, znajdowała sposób, aby cię zranić. Mimo to Greyanna nie była w stanie zapanować nad dreszczykiem podniecenia.

Ona i jej siostra Sabal nienawidziły się od kołyski. Oczywiście w szlachetnych domach Menzoberranzan oczekiwano, by siostry rywalizowały ze sobą i zachęcano je do tego. Z pewnością zachęcała do tego swe córki Miz’ri, możliwe że po prostu dla własnej rozrywki. Ale z jakiegoś powodu – może miało to coś wspólnego z faktem, że wyglądały niemal identycznie – wrogość, jaka zapanował między jej córkami, znacznie przerosła nawet jej oczekiwania. Była bardziej zażarta i osobista. Każda pragnęła zranić tę drugą i pokrzyżować jej plany dla samej przyjemności zaszkodzenia rywalce, a nie tylko po to, by polepszyć swoją własną pozycję w rodzinie.

Niemal dławiąc się wzajemną nienawiścią, siostry toczyły pojedynek, który ciągnął się przez dziesiątki lat i obejmował każdy aspekt ich życia, ale stopniowo, na każdym polu bitwy, zaczęła wygrywać Greyanna. Sabotowała wiele planów Sabal mających na celu polepszenie sytuacji domu Mizzrym i znalazła sposoby przypisania sobie zasług za te, które zostały uwieńczone sukcesem. Potajemnie kalając niektóre święte przedmioty w tym przybytku, w którym się właśnie znajdowały, dopilnowała, by rytuały odprawiane przez jej siostrę bliźniaczkę niczym nie wskazywały na to, że Pajęcza Królowa uznaje oddawaną jej przez Sabal cześć. Zasiała wątpliwości co do kompetencji Sabal i jej lojalności u wszystkich, którzy chcieli słuchać.

Z czasem Greyanna została najbardziej cenną pomocnicą swej matki, podczas gdy Sabal postrzegano jako nieudacznicę, zdolną do wykonywania wyłącznie najprostszych zadań. Zakazano jej używania potężniejszych rodzinnych artefaktów w obawie, że je zepsuje albo wykorzysta w jakimś nieprzemyślanym celu. Od krewnych do niewolnych wojowników, każdy domownik, który mógł kiedyś popierać jej aspiracje, unikał jej, jak gdyby była zapowietrzona. Na tym etapie Greyanna mogła ją z łatwością zabić i przypuszczała, że w końcu jej się to uda, ale cierpienia Sabal dostarczały jej tyle satysfakcji, że wciąż odkładała tę decyzję.

Odkładała dopóty, dopóki Pharaun nie wrócił do domu z Sorcere.

Zanim jej młodszy braciszek znalazł się w Tier Breche, Greyanna prawie go nie zauważała. Oczywiście elfki nie zwracały uwagi na młodych mężczyzn, chyba że miały pecha i powierzono im nadzór nad nimi. Mężczyźni byli tylko milczącymi, niepozornymi cieniami przemykającymi po pałacu, sprzątającymi, zawsze sprzątającymi, usiłującymi w pocie czoła opanować magiczne zdolności i przyzwyczajającymi się do swojego podrzędnego miejsca na świecie. Wszystko to pod niecierpliwym okiem – i batem – swych nadzorczyń. Z tego, co pamiętała, Pharaun był tak samo zastraszony i żałosny jak pozostali.

Akademia zmieniła go jednak w kogoś o wiele bardziej interesującego, nie mówiąc już o tym, że niebezpiecznego. Może miało to coś wspólnego z opanowaniem potężnych czarodziejskich mocy, a wiązało się to z faktem, że Pharaun żył w enklawie złożonej wyłącznie z mężczyzn, ale ze szkoły wyszedł jako osoba wytworna, sprytna i śmiała, charakteryzująca się ciętym dowcipem i obrotnym językiem – przez co często ściągał na siebie gromy, ale zawsze potrafił wymigać się przed karą.

Ku zaskoczeniu Greyanny, Pharaun poparł Sabal, która porzuciła już niemal nadzieję na uzyskanie wyższej pozycji. Aż do dziś Greyanna potrafiła znaleźć tylko jedno wytłumaczenie dla jego decyzji i zakładała, że między jej rodzeństwem powstała perwersyjna i nienaturalna więź. Bez względu jednak na to, co powodowało Pharaunem, jego pomysły, wstawiennictwo i magia sprawiły, że Sabal podjęła nowe przedsięwzięcia, odniosła oszałamiające sukcesy i raz jeszcze zaczęła się wspinać w ogólnej hierarchii. Robiła to o wiele szybciej, niż Greyanna mogłaby sobie wyobrazić, a rodzina ponownie zaczęła postrzegać siostry jako równe sobie, zarówno pod względem zasług, jak i rokowanych przez nie nadziei. Ich prywatna wojna rozgorzała na nowo, ba, stała się nawet bardziej zajadła i mordercza niż przedtem, ale tym razem Sabal – a raczej Pharaun – okazała się godnym przeciwnikiem.

Greyanna próbowała przełamać impas, przekonując Pharauna do zmiany stron. Spodziewała się, że jej się to uda, bo w końcu ona i Sabal wyglądały dokładnie tak samo i miały dokładnie takie same perspektywy. Dlaczego więc czarodziej nie miałby stanąć po stronie silniejszej, sprytniejszej siostry, która dotarła na szczyt domu Mizzrym bez jego pomocy? Wystarczyłoby pomyśleć o triumfach, jakie mogliby razem święcić! Choć w środku mdliło ją na myśl o tym, to uśmiechając się lubieżnie, obiecała mu to, co, jak wierzyła, dała mu Sabal.

Brat roześmiał się jej w twarz. Właśnie w tej chwili Greyanna zaczęła go nienawidzić tak wściekle, jak nienawidziła siostry.

Była mu coś dłużna za to, że tak okrutnie z niej zadrwił. Niewykluczone, że właśnie dzięki temu wspięła się na wyżyny pomysłowości, bo niedługo potem przyszła jej do głowy strategia, która miała zniszczyć Sabal.

Od jakiegoś czasu banda szarych krasnoludów napadała na tunele położone na południowy wschód od miasta, a Sabal dowodziła siłami, które usiłowały pochwycić bandytów. Podejmując niezwykłe kroki, bezlitośnie wykorzystując swoich agentów, zarówno śmiertelników, jak żywiołaki i demony, Greyanna zlokalizowała duergarów, zanim udało się to jej siostrze. Potem zaczęły się trudności. Ona i jej pomocnicy musieli uprowadzić jednego z człowieczków o szarej skórze tak, by nie zauważyli tego jego towarzysze, wyposażyć go w platynowy amulet, który w zadziwiająco krótkim czasie stworzyli podlegający Greyannie klerycy, magowie i jej osobisty jubiler, związać marudera zaklęciami zapomnienia i perswazji, a potem odstawić go z powrotem do jego przyjaciół.

Sabal znalazła duergarów dwa dni później. Jej oddziały zlikwidowały grasantów, a potem obrabowały ciała i znalazły broszę, która była cenna, piękna i, co odkryli wkrótce obecni przy całym zajściu czarodzieje, obdarzała właściciela kilkoma użytecznymi magicznymi umiejętnościami. Sabal nigdy nie przyszło do głowy, że skarb zrabowany martwemu krasnoludowi może stanowić pułapkę zastawioną przez elfią siostrę, i szczęśliwa zgłosiła pretensje do tej części łupów.

Od tego dnia Sabal powoli, stopniowo, zaczęła niedomagać na ciele, umyśle i duchu, jednocześnie w żałosny sposób usiłując ukryć oznaki słabości przed wszystkimi, którzy mogliby je dostrzec i chcieć wykorzystać, aby ją zabić, torturować lub pozbawić stanowiska. Czyli, ma się rozumieć, prawie wszystkimi mieszkańcami Menzoberranzan.

Pharaun prawdopodobnie widział, że jej stan się pogarsza, ale nie potrafił temu zapobiec. Może nawet nie wiedział, że elfka nie rozstaje się z nowym, niezwykłym magicznym przedmiotem. Klątwa, która ją zatruwała, która została podstępnie wpleciona pomiędzy wszystkie dobroczynne zaklęcia, sprawiała, że Sabal uczepiła się amuletu z obsesyjną wręcz fascynacją, w obawie, że inni ukradną go, jeśli nie będzie trzymać go w ukryciu.

Przez te kilka miesięcy choroby Sabal Greyanna zastanawiała się, czy Pharaun sprzymierzyłby się z nią, gdyby znów go o to poprosiła. Nie zrobiła tego. Obserwowała tylko sytuację i czekała na szansę wykończenia Sabal. Dostała już nauczkę. Bez względu na to, jak nieprawdopodobna wydawała się taka możliwość, nie zamierzała pozostawić siostry przy życiu, żeby los znów nie zaczął jej sprzyjać.

Pewnej nocy Pharaun opuścił pałac, albo w jakiejś konkretnej sprawie, albo po prostu dlatego, że uważał panującą w nim atmosferę za przytłaczającą. Nieco później podejrzliwa, cierpiąca na bezsenność Sabal zdołała wymknąć się swoim strażnikom i sługom i sama zaczęła się włóczyć bez celu po cytadeli.

Greyanna i pół tuzina jej podwładnych stanęło przed Sabal w ogrodzie grzybowym, gdzie ogrodnik przyciął fosforyzujące porosty w wymyślne kształty, które nawożono w niektórych przypadkach poszatkowanymi szczątkami zmarłych niewolników. Ostatnie chwile Sabal mogłyby budzić litość, gdyby Greyanna była podatna na to uczucie. Jej niedomagająca na umyśle, zrozpaczona siostra bliźniaczka usiłowała użyć platynowego amuletu przeciwko jego twórczyni, ale Greyanna rozproszyła jego moc jedną myślą. Potem Sabal próbowała rzucić czar, ale nie potrafiła wyrecytować wersów z odpowiednią intonacją ani wykonać gestów z konieczną precyzją.

Śmiejąc się, Greyanna i pozostali napastnicy zbliżyli się do swej ofiary, ale nie musieli nawet zadać ciosu. Sama ich bliskość sprawiła, że Sabal jęknęła, złapała się za serce i padła na ziemię martwa jak kłoda. Słaba do ostatniej chwili.

Przez sekundę Greyanna czuła się trochę oszukana, ale odepchnęła od siebie to uczucie. Sabal nie żyła, to było najważniejsze, a przy odrobinie szczęścia wciąż jeszcze mogła poddać torturom Pharauna.

Recytując słowa, które sprawiły, że w ogrodzie zerwał się z jękiem chłodny, grobowy powiew, Greyanna ożywiła trupa Sabal. Chciała go użyć najpierw jako przynęty, a potem jako narzędzie poniżenia. Miała nadzieję, że jej brat, zanim go zlikwiduje, da się nakłonić do spędzenia z trupem siostry jeszcze jednego czułego interludium.

Gdy Pharaun wrócił do domu godzinę później, jego włosy i strój były jak zwykle w nienagannym stanie, ale śmierdział winem i poruszał się nieco kołyszącym i nadmiernie ostrożnym krokiem. Najwyraźniej starał się utopić smutki w alkoholu. Wspaniale.

Tak jak zostało poinstruowane, zombi przeszło przez drzwi na drugim końcu korytarza i rozłożyło ramiona w zapraszającym geście.

Pharaun zrobił kilka kroków w jego kierunku i zawahał się. Pomimo że był pijany, w końcu zauważył, że pomimo wysiłków Greyanny zombi porusza się sztywno i niezgrabnie, czego nie można było powiedzieć o Sabal nawet wtedy, gdy zmagała się z chorobą. Ale zauważył tę anomalię zbyt późno. Już znalazł się w samym środku pułapki.

Greyanna wyszeptała zaklęcie wywołujące paraliż. Pharaun zachwiał się, gdy wszystkie jego mięśnie napięły się jednocześnie. Zbrojni wypadli hurmem ze swoich kryjówek, otoczyli go, zadali mu kilka ciosów pałkami i rzucili się na niego, przygważdżając do ziemi.

Roześmiała się z rozkoszą. A potem jej pachołkowie, tworzący na ziemi bezładną kupę, krzyknęli z zaskoczenia i konsternacji. Gdy zaczęli wstawać, zobaczyła, że Pharaun wcale nie leży pobity, zakrwawiony i bezradny. Choć wydawało się to niemożliwe, jakimś sposobem oparł się paraliżowi, a potem użył swoich czarów, żeby wyplątać się spomiędzy napastników.

Wiedząc, że Sabal nie żyje, Pharaun musiał zakładać, że bez wstawiennictwa wysokiej kapłanki nie przeżyje w domu Mizzrym ani dnia dłużej. Z pewnością nie mógł liczyć na to, że jego bezwzględna matka, która nawet nie kiwnęła palcem, aby ocalić jedną córkę przed drugą, uczyni coś więcej dla nędznego syna. Z pewnością uciekał w kierunku wyjścia.

– Tędy! Szybko! – krzyknęła Greyanna, wskazując palcem i ponaglając swoich agentów do działania.

Gdy wybiegli zza rogu, zobaczyli daleko przed sobą wzdymające się piwafwi Pharauna. Mężczyzna uciekał co sił w nogach. Nie chwiał się ani nie potykał – najwyraźniej desperacja wyleczyła go ze stanu upojenia – ale trzymał się za głowę i zostawiał za sobą na wypolerowanej posadzce ślad krwawych kropli. Bicie wyraźnie na coś się jednak przydało.

Słudzy Greyanny wystrzelili z ręcznych kusz, ale bełty odbiły się od płaszcza czarodzieja, który najwidoczniej był magiczny i służył jako zbroja. Greyanna wyczarowała wybuch ognia pod stopami Pharauna. Jej zabójcy wrzasnęli i zasłonili oczy przed oślepiającym blaskiem. Choć z pewnością poparzony, jej brat utrzymał się na nogach i wciąż uciekał. Płomienie zniknęły za nim równie niespodziewanie, jak się pojawiły.

Pogoń wypadła zza następnego węgła. Przed Pharaunem pojawiły się podwójne adamantytowe drzwi, które otwarły się jak gdyby same z siebie. Greyanna wiedziała, że w rzeczywistości czarodziej użył do ich otwarcia zrobionego ze srebra i gagatu symbolu domu Mizzrym. Drowka spróbowała użyć własnych insygniów, aby je zatrzasnąć, ale znajdowała się tuż poza zasięgiem ich działania.

Pharaun wypadł na zewnątrz. Znalazł się na podeście, swego rodzaju balkonie, z którego mieszkańcy stalaktytowego pałacu, będącego siedzibą domu Mizzrym, mogli spoglądać w dół na miasto. Tak jak zazwyczaj pełnił tam wartę oddział strażników. Greyanna krzyknęła, żeby żołnierze powstrzymali maga.

Bez wątpienia mieli zamiar wykonać rozkaz. Była wysoką kapłanką, a mag tylko mężczyzną, który na dodatek wyraźnie starał się uciec. Niestety, ich podstawowym obowiązkiem było wyglądanie łotrów, którzy mogli starać się dostać do zamku. Pharaun wziął ich więc z zaskoczenia. Miał dość czasu, by rzucić jakieś zaklęcie powstrzymujące i pomknąć dalej.

Gdy Greyanna dobiegła do drzwi, zrozumiała, w jaki sposób uciekinier postanowił unieszkodliwić strażników. Wszyscy byli oszołomieni, niektórzy stali ogłupiali lub kręcili się bez celu jak bąki, kilku walczyło ze sobą.

Brzęk, a ułamek sekundy później jęki i okrzyki bólu sprawiły, że gwałtownie odwróciła głowę w prawo. Następny oddział strażników na dalekim końcu podestu także wyglądał na chwilowo unieszkodliwiony – Pharaun obrzucił ich wyczarowaną salwą lodu. Sam zniknął, korzystając ze strzeżonej przez nich drogi ucieczki – wijących się kryształowych schodów, jaśniejących wspaniałym magicznym blaskiem, które łączyły dom Mizzrym z dnem jaskini.

Greyannę ogarnęło lekkie rozdrażnienie, ale nic poza tym. Najwidoczniej straciła szansę poddania Pharauna torturom, ale jej brat musiał umrzeć. Nędznik naprawdę nie miał dokąd uciec i gdyby nie był ogarnięty ślepą paniką, wiedziałby o tym.

Mogła przynajmniej zadać ostateczny cios, który przypieczętuje jego zgubę. Pospieszyła do krawędzi podestu i zobaczyła, że poparzony głupiec z zakrwawioną głową jest w połowie lśniących diamentowych schodów. Drowka zaczęła wymawiać tak szybko, jak tylko potrafiła, długie tajemne słowo, które miało sprawić, że schody znikną. Samo ich zniknięcie nie mogłoby go zabić, chyba że straciłby głowę. Wiedziała, że przed upadkiem uchroni go zdolność lewitacji, którą dawała mu ta sama brosza, dzięki której otworzył drzwi domu. Jednak ograniczony do poruszania się wyłącznie w pionie, powinien stanowić łatwy cel dla zaklęć i strzał.

Wymówiła ostatnią sylabę. W tej samej chwili, w której schody prysły jak bańka mydlana, Pharaun skoczył. Jego długie, rozkraczone nogi wyglądały jak maksymalnie szeroko rozwarte nożyce. Ledwo udało mu się doskoczyć na spłaszczony czubek gigantycznego stalagmitu, który stanowił niższy koniec schodów.

Greyanna była pod wrażeniem. Jak na pobitego uczonego o hedonistycznych upodobaniach ten skok stanowił imponujący wyczyn atletyczny. Nie żeby na coś mu się to zdało. Wyścig trwał. Wychyliła się i wrzasnęła na skrzydłonie, żeby go zabiły. Bez tchu, wciąż nie mogąc złapać równowagi po skoku, Pharaun nie był w stanie jednocześnie odpierać ataków obu stworów.

Skrzydłonie, groteskowe skrzydlate drapieżniki, których żrący oddech zwykle cuchnął amoniakiem, świadczyły o potędze i magicznych zdolnościach domu Mizzrym, a także nadawały cytadeli pewien styl. Były też przerażającymi strażnikami. Jednym machnięciem pazurzastych, nietoperzych skrzydeł obróciły swe cielska o długich szyjach, by zawisnąć nad Pharaunem, w czym w żaden sposób nie przeszkadzał im brak nóg. Rozwidlone pyski o uzbrojonych w kły szczękach opuściły się łakomie w dół. Z miejsca, w którym stała, Greyanna przypatrywała się im z pazernością nie mniej intensywną, była to jednak pazerność duszy.

Pharaun wykrzyczał coś. Greyanna nie dosłyszała dokładnie słów, ale nie wyglądało to na magiczne słowo, raczej okrzyk strachu lub rozpaczliwe błaganie o litość – błaganie, którego olbrzymie bestie nie miały prawa wysłuchać.

A jednak wysłuchały. Zawahały się, a on uniósł dłonie. Ich zabójcze szczęki dotknęły delikatnie jego palców, a ich nozdrza wciągnęły jego zapach.

Znów ponagliła je krzykiem do zabicia maga. Odwróciły łby, żeby na nią spojrzeć, ale on przemówił do nich raz jeszcze i zignorowały jej rozkaz.

Greyanna wpatrywała się w nie ze zdumieniem. Pharaun miał z pewnością pewien ograniczony kontakt ze skrzydłoniami, bo w końcu mieszkał z nimi w tym samym pałacu, ale wiedziała, że nigdy żadnego nie dosiadał. Przywilej ten przysługiwał wyłącznie kobietom domu Mizzrym, a tylko poprzez dosiadanie stworów można było całkowicie nad nimi zapanować. Jak więc mógł być z nimi w bardziej zażyłych stosunkach niż ona?

Pharaun wgramolił się na grzbiet skrzydłonia i oba stwory wzbiły się w powietrze. Jej brat w oczywisty sposób rozproszył zaklęcie, które nakazywało potworom siedzieć z zadowoleniem na posterunku.

Czarodziej powodował swym wierzchowcem bez użycia siodła, uzdy i ościenia sprawniej, niż potrafiłaby sama Greyanna. Zawracając, aby uciec, posłał jej szyderczy uśmiech. Drugi, nie dosiadany przez nikogo skrzydłoń, wznosił się, a potem pikował bez celu, ciesząc się wolnością.

Greyanna otrząsnęła się z szoku i niedowierzania. Wciąż rozpaczliwie pragnęła dowiedzieć się, w jaki sposób Pharaun nauczył się jeździć na tych bestiach – prawdopodobnie nauczyła go Sabal, ale jak udało im się ukryć to przed wszystkimi? – nie zamierzała jednak stać bezczynnie, zastanawiając się nad tym. Odpowiedź była mniej ważna niż mord.

Odwróciła się i rozejrzała wokół siebie. Ci strażnicy, których Pharaun otępił, byli wciąż zdezorientowani, ale wydawało się, że część żołnierzy, których poturbował gradem, odzyskała już panowanie nad sobą.

– Zastrzelić go! – wrzasnęła, wskazując oddalający się szybko cel. – Zastrzelić!

Z godnym pochwały pośpiechem wykonali rozkaz. Podnieśli kusze, wycelowali i bełty wystrzeliły ze szczękiem naprzód.

Skrzydłoń Pharauna targnął się, a potem runął w dół, zderzając się z ziemią gdzieś pomiędzy wydrążonymi w stalagmitach budowlach miejskich.

– Trafiony – powiedział kapitan straży.

Greyanna, większa i silniejsza od mężczyzny, nie miała żadnych problemów z powaleniem go na ziemię.

– Trafiłeś skrzydłonia – powiedziała. – Nie wiemy, czy w ogóle trafiłeś Pharauna. Nie wiemy, czy nie użył czaru lewitacji, aby złagodzić upadek. Nie wiemy, czy nie nabija się z nas tam na dole. Muszę zobaczyć jego ciało i, chcesz czy nie, przyniesiesz mi je. Skacz!

Skoczył. Był to ostatni moment, w którym dane jej było zakosztować satysfakcji.

Jej agenci zalali ulice, podczas gdy ona pozostała w swoim osobistym sanktuarium w domu Mizzrym, wzywając duchy i rzucając zaklęcia jasnowidzenia, aby pomóc w poszukiwaniach. Ku jej zaskoczeniu i irytacji, wszystko na próżno. Gdy światło zakwitło w podstawie Narbondelu, sygnalizując nadejście nowego dnia, była zmuszona przyznać, że przynajmniej na razie Pharaunowi udało się jej wymknąć.

Miesiąc później dowiedziała się, że jej brat zdołał się dostać aż do Tier Breche i poprosić samego arcymaga Menzoberranzan o miejsce w Sorcere, a Gromph, mając w pamięci czarodziejskie talenty, jakie młodzieniec objawił podczas szkolenia, uznał za stosowne przyjąć go.

Wiadomość tę przyjęła z pewną ulgą. Obawiała się, że brat uciekł z Menzoberranzan i już na stałe znalazł się poza jej zasięgiem. Zamiast tego wskoczył na półkę ponad miastem. W końcu musiał z niej zeskoczyć, a wtedy go dostanie.

Tak przynajmniej myślała dopóty, dopóki nie posłała po nią matka. Mając te same informacje na temat miejsca pobytu syna-uciekiniera, Miz’ri miała zupełnie inne zdanie na temat tego, co należało uczynić – nic.

Choć mistrzowie Sorcere byli tylko mężczyznami, cieszyli się ograniczoną autonomią i posiadali wiele mistycznych mocy, więc matka opiekunka, nie przestająca snuć planów mających na celu podniesienie statusu domu Mizzrym, zdecydowała, że nie będzie bez potrzeby prowokować czarodziejów. Co oznaczało, że skoro Pharaun otrzymał miejsce w ich odosobnionej wieży o wielu iglicach, znaczył na wygnaniu o wiele więcej niż kiedykolwiek przedtem we własnym domu, a Greyanna musiała pozostawić go przy życiu. Osiągnęła to, co powinno być jej głównym celem, czyli pierwszeństwo pośród sióstr i kuzynek, ale jej zemsta miała pozostać niepełna.

Drażniło ją to przez wszystkie następne dziesięciolecia. Setki razy planowała sprzeciwić się rozkazom matki i zabić Pharauna, tylko po to, żeby zaniechać planów tuż przed wprowadzeniem ich w życie. Choć pałała do brata zajadłą nienawiścią, jeszcze bardziej obawiała się niezadowolenia Miz’ri.

Czy to możliwe, że matka opiekunka wreszcie zmieniła zdanie? Czy też może było to jakieś nowe okrucieństwo? Może Miz’ri miała zamiar zmusić Greyannę do przebywania we wstrętnej bliskości brata, który był wciąż nietykalny?

– Może być całkiem miło, zobaczyć się znowu z Pharaunem – powiedziała młodsza kobieta najbardziej bezbarwnym tonem, na jaki była się w stanie zdobyć.

Miz’ri roześmiała się.

– O, z pewnością, zobaczyć się z nim i zabić go, czyż nie tak?

– Skoro tak twierdzisz. Znasz naszą historię. Rozegraliśmy całą partię savy pod twoim nosem. – Przypuszczam, że bawiła cię każda sekunda, pomyślała.

– Tak, to prawda, stąd wiem, że cię to zainteresuje. Niestety pojawił się problem, który jest ważniejszy nawet od mojego pragnienia ułożenia sobie dobrych stosunków z magami z Akademii. Pod twoją nieobecność mężczyźni wciąż uciekali...

– Pharaun uciekł z Sorcere? – przerwała jej Greyanna, a jej oczy zwęziły się. – Postanowili go wreszcie ukarać za zabicie tych nowicjuszy?

– Nie, i jeszcze raz nie! Zamknij się, pozwól mi dokończyć, a za chwilę przejdziemy do tej twojej obsesji.

– Tak, matko.

– Mężczyźni wciąż uciekają i pomimo naszych ostrzeżeń Gromph zamierza zająć się tą sprawą. W nadziei, że umknie to naszej uwadze i zapobiegnie niezadowoleniu, postanowił zrobić to per procura i wezwał do swojego gabinetu odpowiedniego agenta, aby omówić z nim tę sprawę. Na szczęście my, członkinie Rady, posiadamy kryształową kulę, dzięki której udało nam się ostatnio przeniknąć przez zaklęcia zaciemniające to pomieszczenie. A przynajmniej przez niektóre z nich. Wciąż nie potrafimy tam zajrzeć, ale słyszymy to, co się tam dzieje, a to wystarczyło, żeby poznać plan maga, jak również tożsamość jego sługi. Teraz, jeśli musisz, możesz w podekscytowaniu wypaplać imię swojego brata.

– Przypuszczam, iż Gromph powiedział mu, że to jego wielka szansa, żeby się zrehabilitować.

– Otóż to. Pytanie brzmi, jak my, kapłanki, powinniśmy się zachować?

– Rozumiem, że jest jakiś powód, dla którego nie powiecie po prostu Gromphowi, że przejrzałyście jego plan.

– Oczywiście, nawet kilka. Po pierwsze, nasza pierwsza konfrontacja przebiegła w uprzejmej i łagodnej atmosferze, ale druga może już taka nie być. W obecnej sytuacji nie chcemy za bardzo na niego naciskać. Po drugie, nie chcemy, żeby wiedział, że możemy go podsłuchiwać. Albo by nam to uniemożliwił, albo zaczął spiskować gdzieś indziej. O wiele lepiej jest po prostu zdjąć jego pionka z planszy. Zważywszy na to, że Pharaun jest tajnym agentem, to cokolwiek mu się przydarzy, Gromph nie będzie mógł protestować. Problem w tym, że poradzenie sobie z twoim bratem to poważne przedsięwzięcie, może nie w każdych okolicznościach, ale na pewno teraz.

Greyanna skinęła głową.

– Ponieważ jest czarodziejem, a my tym... czym jesteśmy.

– Gdzie w takim razie, zastanawiała się Rada, znajdziemy kapłankę na tyle odważną, na tyle zdeterminowaną, by chciała zapolować na mężczyznę, gdy ten znajdzie się w mieście? Powiedziałam pozostałym, że wydaje mi się, że znam odpowiednią kandydatkę.

– Miałaś rację.

– Całe piękno tego planu polega na tym, że masz z nim osobiste porachunki do wyrównania. Jeśli ludzie zobaczą, że zrobiłaś Pharaunowi coś nieprzyjemnego, nie będą się musieli zastanawiać nad powodem.

– Tak, rozumiem. Czy będę mogła korzystać do woli ze wszystkich zasobów naszego domu?

– Mogę dać ci tylko kilku pomocników. Gdyby ludzie zobaczyli, że pojawiasz się w mieście z całą armią domu Mizzrym, nie uznaliby tego za osobiste porachunki. Możesz wybrać sobie kilka rodzajów magicznej broni ze zbrojowni. Ale nie marnuj jej. Wykorzystaj tylko to, co będzie ci potrzebne.

Greyanna pochyliła głowę.

– Natychmiast przystąpię do przygotowań.

Miz’ri wreszcie się uśmiechnęła, co w jakiś sposób, wbrew wszelkim rozsądnym przypuszczeniom, uczyniło jej twarz jeszcze bardziej przerażającą.



1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna