R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej



Pobieranie 266,62 Kb.
Strona2/5
Data24.02.2019
Rozmiar266,62 Kb.
1   2   3   4   5

Rozdział II


Z wijącym się żmijowym biczem w dłoni, wśród szelestu miękkiej, cienkiej sukni, Quenthel Baenre, mistrzyni Arach-Tinilith, chodziła w tę i z powrotem niespokojnym krokiem, mierząc wściekłym spojrzeniem młodsze kobiety, które zebrały się na środku oświetlonej świecami, wyłożonej marmurem sali. Zawsze potrafiła zasiać strach w sercach tych, którzy ją zawiedli, a te uczennice nie należały do wyjątków. Niektóre trzęsły się albo wyglądały tak, jakby starały się powstrzymać od płaczu, a nawet te nachmurzone i marudne nie chciały spojrzeć jej w oczy.

Rozkoszując się ich niepokojem, Quenthel kontynuowała swą niemą inspekcję, co w końcu stało się niemal nie do wytrzymania, po czym strzeliła z bicza. Niektóre zaskoczone uczennice jęknęły i podskoczyły.

Piątka długich, pokrytych czarnymi i purpurowymi pasami żmij, stanowiących rzemienie bicza, uniosła się badawczo, wijąc się na diamentowej rączce. Quenthel odezwała się.

– Przez całe życie wasze matki powtarzały wam, że gdy studentka dostaje się do Tier Breche, pozostaje tu przez 10 lat, odizolowana od miasta na dole. W dniu, w którym wstąpiłyście do Akademii, powiedziałam wam to samo.

Podeszła do jednej z uczennic uwięzionej z przodu grupy, Gaussry Kenafin, nieco pulchnej elfki o okrągłej twarzy i zębach równie czarnych jak jej skóra. W odpowiedzi na niewypowiedziane życzenie Quenthel żmije zaczęły badać ciało nowicjuszki, unosząc się nad jego zarysami i wysuwając języki. Mistrzyni Arach-Tinilith widziała, że Gaussra bardzo się stara nie odsunąć, żeby nie sprowokować gadów do rzucenia się na nią.

– A zatem wiedziałyście o tym, czy tak? – zapytała miękko Quenthel.

– Tak – wydyszała Gaussra. – Przepraszam. Proszę, zabierz węże!

– Cóż za impertynencja. Straciłyście prawo do proszenia mnie o cokolwiek. Możecie ją pocałować.

Ostatnie zdanie było skierowane do żmij, które zareagowały natychmiast, wbijając swoje długie kły w policzek, gardło, ramię i pierś dziewczyny. Gaussra runęła na ziemię – całkowicie przygotowana na to, że zaraz dostanie ataku i zacznie się ślinić, przygryzając zębami fioletowy język.

Trzęsąc się z bólu wywołanego ukąszeniami, Gaussra usiadła na podłodze. Była jak najbardziej żywa, ale widać było, że jest przerażona i że została całkowicie upokorzona.

– Powrócisz do swojego domu – rzekła Quenthel, rozkoszując się wyrazem twarzy Gaussry, do której docierało prawdziwe znaczenie tego stwierdzenia. – A jeśli ponownie znajdziesz się w zasięgu mojego bicza, żmije pozwolą popłynąć jadowi.

Quenthel odstąpiła od Gaussry, która podniosła się z trudem i wybiegła z komnaty.

– Wszystkie wiedziałyście, czego się od was oczekuje – zwróciła się do pozostałych nowicjuszek przełożona – ale próbowałyście wymknąć się do domu. To afront dla Akademii, waszych własnych rodzin, Menzoberranzan i samej Lolth.

– Chciałyśmy się oddalić tylko na trochę – odezwała się Halavin Symryvvin, która wydawała się nosić na sobie połowę bogactw swego nieznacznego domu, w postaci krzykliwych, złotych ozdób. – Wróciłybyśmy z powrotem.

– Kłamiesz! – wrzasnęła Quenthel, a dziewczyna wzdrygnęła się.

Stając dęba, żmije powtórzyły okrzyk jak echo.

– Kłamiesz!

– Kłamiesz!

– Kłamiesz!

W innych okolicznościach Quenthel mogłaby się uśmiechnąć, była bowiem dumna ze swej broni. Wiele kapłanek posiadało żmijowe bicze, ale jej był niezwykły. Węże były jadowite, a także obdarzone inteligencją i zdolnością mówienia. Było to ostanie magiczne narzędzie, które stworzyła, zanim wszystkiego nie trafił szlag.

– O tak, wróciłybyście – ciągnęła – ale tyko dlatego, że wasze matki odesłałyby was z powrotem albo zabiły za to, że je zhańbiłyście. Są na tyle rozsądne, by pielęgnować święte tradycje Menzoberranzan, nawet jeśli nie dotyczy to ich zdegenerowanych pociech.

– Gdybym was zarżnęła, wasze matki też nie miałyby mi tego za złe. Dziękowałyby mi za to, że zmyłam piętno ciążące na ich domach. Ale Lolth pragnie nowych kapłanek i wbrew pozorom istnieje niewielka możliwość, że jedna czy dwie z was są godne tego, by jej służyć. Dlatego dam wam jeszcze jedną szansę. Nie umrzecie dzisiaj. Zamiast tego odrąbiecie sobie po jednym palcu z każdej dłoni i spalicie je przed ołtarzem bogini, aby błagać ją o przebaczenie. Zadzwonię po topór i pieniek.

Quenthel wodziła wzrokiem po wstrząśniętych twarzach, rozkoszując się chorobliwym, obezwładniającym przerażeniem, które się na nich malowało. Będzie ją bawiło obserwowanie samych aktów okaleczania się. Najbardziej zabawny powinien być moment, gdy nowicjuszka, okaleczywszy już sobie jedną dłoń, będzie musiała jej użyć do okaleczenia drugiej...

– Nie!


Zaskoczona tym wybuchem, Quenthel poszukała wzrokiem uczennicy, która się odezwała. Grupa niedoszłych wagarowiczek ułatwiła jej zadanie, rozstępując się na boki i tworząc przejście prowadzące do wiotkiej elfki stojącej z tyłu. Była to Drisnil Barrison Del’Armgo, posiadaczka szpiczastego nosa i zielonych oczu, którą Quenthel od samego początku podejrzewała o namawianie koleżanek do grupowej ucieczki. Długonogiej nowicjuszce udało się w jakiś sposób przemycić na sesję dyscyplinarną spory sztylet, właściwie krótki miecz. Trzymała go nisko, zasłaniając się nim.

Quenthel zareagowała tak, jak zareagowałby każdy inny mroczny elf na jej miejscu. Pragnęła przyjąć wyzwanie i zabić kobietę. Odczuwała żądzę mordu jak zmysłowe napięcie domagające się gwałtownego zaspokojenia. Żmije, w odpowiedzi na ten przypływ emocji, czy też rozdrażnione arogancją Drisnil, stanęły dęba i zasyczały.

Problem polegał na tym, że pomimo zapewnień Quenthel uczennice nie były całkowicie pozbawione znaczenia. Były surową, acz cenną rudą wysyłaną do Akademii, aby została uszlachetniona i przekuta na użyteczne narzędzia. Nikt nie przejąłby się kilkoma amputowanymi paluszkami, ale matki opiekunki oczekiwały, że ich dzieci, a w każdym razie ich większość, przeżyje edukację. Tymczasem ten zidiociały renegat Mizzrym postarał się, by przestało to być takie pewne. To prawda, Pharaun uśmiercił tylko mężczyzn, ale i tak według jakichkolwiek rozsądnych rachub wyczerpał już limit dopuszczalnych zgonów uczniów na kilka nadchodzących lat.

W tej sytuacji zabicie przez Quenthel jednej ze studentek, a zwłaszcza studentki należącej do potężnej rodziny Barrison Del’Armgo, nie było najlepszym pomysłem. Quenthel nie chciała doprowadzić do nieporozumień pomiędzy Akademią a szlachetnymi domami, gdy Menzoberranzan i tak groził już upadek. Poza tym obawiała się nieco, że niedoszłym uciekinierkom mogłoby przyjść do głowy, żeby przyłączyć się do walki po stronie prowodyrki.

Quenthel uciszyła żmije myślą, wbiła w Drisnil najsurowsze ze swych spojrzeń i powiedziała – Zastanów się.

– Zastanawiałam się już dość – odparła Drisnil. – Zastanawiałam się, dlaczego mamy spędzać dziesięć lat swojego życia uwięzione w Tier Breche, jeśli nic nam z tego nie przyjdzie?

– Wręcz przeciwnie – odrzekła Quenthel, nie przestając świdrować wzrokiem uczennicy. Tutaj uczycie się tego wszystkiego, co musi wiedzieć dama z Menzoberranzan.

– Czego? Czego się uczę?

– W tej chwili cierpliwości i posłuszeństwa.

– Nie po to tu jestem.

– Najwyraźniej. A więc rozważ to. Wszystkie kapłanki Menzoberranzan prowadzą teraz grę, której celem jest przekonanie innych, że wszystko jest w porządku. Jeśli studentka opuści przedwcześnie Arach-Tinilith, czego jeszcze żadna nie zrobiła od założenia miasta, wyda się to podejrzane i będzie sugerowało, że coś jest nie w porządku.

– Może nie obchodzi mnie ta gra.

– Obchodzi twoją matkę, która gra w nią z takim samym zaangażowaniem jak pozostałe z nas. Myślisz, że przyjmie cię z otwartymi ramionami, jeśli zagrozisz naszym staraniom?

Drisnil mrugnęła – był to pierwszy znak, że spojrzenie Quenthel zaczynało wyprowadzać ją z równowagi.

– Ja... tak, oczywiście, że tak!

– Ciebie, zdrajczynię własnego domu, własnego miasta, własnej płci i samej bogini?

– Bogini...

– Nie mów tego! – warknęła Quenthel. – Albo twoje życie się skończy, a twoja dusza zostanie skazana na wieczne męczarnie. Przemawiam nie tylko jako mistrzyni Arach-Tinilith, ale jako Baenre. Pamiętasz Baenre, Barrison Del’Armgo? Jesteśmy pierwszym domem, a ty należysz tylko do drugiego. Nawet jeśli uda ci się opuścić Arach-Tinilith, nawet jeśli twoja grubiańska i nieokrzesana matka okaże się na tyle niemądra, żeby przyjąć cię z powrotem do tej nory, którą wy, Barrison Del’Armgo, nazywacie domem, nie przeżyjesz nawet miesiąca. Moja siostra Triel, matka opiekunka Baenre, osobiście dopilnuje, żebyś została zgładzona.

Była to prawda. Obie siostry Baenre szczerze się nienawidziły, ale kiedy chodziło o utrzymanie supremacji ich domu, udzielały sobie bezwarunkowego poparcia.

Drisnil przełknęła ślinę i opuściła odrobinę wzrok.

– Pani, nie chciałam cię urazić. Nie chcę tylko się okaleczyć.

– Ale to zrobisz, nowicjuszko, i to niezwłocznie. Naprawdę nie masz żadnego wyboru... i świetnie się składa, że masz już nóż w ręku.

Drisnil znów przełknęła ślinę i trzęsącą się nieco ręką przysunęła ostrze do miejsca, w którym miała zamiar uciąć mały palec. Quenthel uważała, że nowicjuszce byłoby łatwiej, gdyby przeszła kilka kroków i położyła palec na pobliskim stole, ale ta najwyraźniej zrozumiała zwrot „niezwłocznie” całkiem dosłownie. Wysoka kapłanka nie miała nic przeciwko temu. W wyobraźni rozkoszowała się już pierwszym cięciem, gdy powietrze rozdarł ryk brzmiący niczym ostry dźwięk stu rogów glaur.

Quenthel zawahała się przez chwilę. Nie była przerażona, lecz zdezorientowana. Powiedziano jej, co oznacza ten paskudny dźwięk, ale nie spodziewała się, że go kiedykolwiek usłyszy. Z tego, co wiedziała, jak dotąd nikt go jeszcze nie słyszał.

Kapłanki Menzoberranzan łączyły z mieszkańcami Otchłani zawiłe stosunki. Niektóre piekielne istoty były rycerzami i służebnymi Lolth i podczas modłów były czczone jako takie, ale przy innych okazjach kleryczki nie miały żadnych skrupułów, żeby usidlać duchy zaklęciami przyzywającymi i zmuszać je do wypełniania rozkazów. Czasami stwory te nawiedzały fizyczny plan z własnej woli, mordując każdego śmiertelnika, który stanął im na drodze, nie wyłączając drowów, które według niektórych relacji były ponoć z nimi spokrewnione.

Założyciele Akademii osłonili Tier Breche w ogólności, a Arach-Tinilith w szczególności, zaklęciami, które miały za zadanie powstrzymać przed wtargnięciem do środka wszystkie duchy oprócz tych, których obecności życzyli sobie sami mieszkańcy. Niezliczone pokolenia kapłanek uważały owe zabezpieczenia za niezawodne, ale jeśli ogłuszający alarm nie był fałszywy, bariery padały jedna za drugą.

Ryk wydawał się dochodzić z południa. Zapomniawszy o wymierzeniu kary, Quenthel pobiegła w tym kierunku, mijając niezliczone kaplice, ołtarze i ikony przedstawiające Lolth zarówno w jej pajęczej, jak i elfiej postaci. Drowka mijała klasy, gdzie wykładowcy nauczali dogmatów, rytuałów, magii objawień, zadawania tortur, składania ofiar i wszystkich innych umiejętności, które musiały posiąść nowicjuszki. Zapomniawszy o książkach, tablicach i skamlących niewolnikach, na których przeprowadzano sekcje, niektóre nauczycielki i uczennice wydawały się bliskie wyruszenia na poszukiwanie przyczyny alarmu, podczas gdy inne wciąż wyglądały na zaskoczone i zdezorientowane.

Ryk umilkł. Albo demon zrezygnował z prób dostania się do środka, albo sforsował wszystkie osłony. Quenthel podejrzewała, że w grę wchodzi raczej ta druga możliwość, i kiedy rozległy się wrzaski, wiedziała już, że miała rację.

– Wiesz, co próbuje się tu dostać? – wysapała.

– Nie – syknął Yngoth, chyba najmądrzejszy z węży. – Intruz osłonił się przed Wzrokiem.

– Cudownie.

Rozbrzmiewające echem krzyki zaprowadziły Quenthel do przestronnej, oświetlonej świecami sali, wypełnionej wykonanymi z czarnego marmuru wielkimi posągami pająków, które ustawiono tu, aby wejście do świątyni robiło jak największe wrażenie. Strzaskane skrzydła ogromnych, adamantytowych wrót były rozwarte i zwisały krzywo z na wpół wyłamanych zawiasów, pozwalając dostrzec rozpościerający się przed świątynią płaskowyż. Kilka kapłanek, poturbowanych i nieprzytomnych, leżało na podłodze. Przez chwilę Quenthel nie była w stanie stwierdzić, kto był sprawcą tego bałaganu, ale zaraz potem winowajca przebiegł przez jej pole widzenia, śpiesząc w stronę kolejnej nieszczęsnej służki Lolth.

Intruz był gigantycznym pająkiem bardzo podobnym do połyskujących czarnych posagów dookoła. Na jego widok twarz Quenthel wykrzywił grymas niezadowolenia. Kapłanka poczuła nieznane jej dotąd nieprzyjemne ukłucie zwątpienia.

Z jednej strony demon, jeśli istota rzeczywiście nim była, atakował jej uczennice i służbę, ale z drugiej był rodzajem pająka, świętego stworzenia Lolth. Być może był to nawet jej emisariusz, wysłany, aby ukarać słabych i heretyków. Może Quenthel powinna się usunąć i pozwolić mu kontynuować dzieło zniszczenia.

Wyczuł ją w jakiś sposób, odwrócił się i rzucił w jej stronę, jak gdyby to właśnie jej przez cały czas szukał.

Choć wiele pająków posiadało kilka par oczu, ten, jak zauważyła Quenthel, był pod tym względem wyjątkowy, wręcz zdeformowany. Głowa, z której wyrastały wyszczerbione szczękoczułki, składała się niemal całkowicie z masy wybałuszonych oczu, a kolejne otwierały się tu i ówdzie na całym lśniącym, czarnym, obłym odwłoku.

Pomimo jego dziwacznego wyglądu wyraźnie wrogie zamiary pająka błyskawicznie rozwiały wątpliwości Quenthel. Zabije dziwaczną istotę.

Pytanie brzmiało: jak? Nie czuła się słaba – nigdy dotąd sobie na to nie pozwoliła i nie miała zamiaru sobie na to pozwolić – ale wiedziała, że nie była to najodpowiedniejsza chwila na stoczenie walki. Na domiar złego nawet nie miała na sobie kolczugi ani piwafwi. Rzadko nosiła je w murach Arach-Tinilith. Głównie dlatego, że jej podwładne bały się jej za bardzo, żeby próbować skrytobójstwa, a ona zawsze była pewna, że pancerz nie będzie jej potrzebny, żeby rozczarować kogoś, kto by się jej nie bał.

Cofając się przed atakującym pająkiem, otworzyła szczupłymi dłońmi barwy obsydianu sakwę przy pasie, wyjęła z niej zwój pergaminu i rozprostowała go, by mu się dokładniej przyjrzeć. Robiła to wszystko z wyćwiczoną swobodą, ale również z pewnym rozdrażnieniem, ponieważ magiczny zwój był skarbem, a ona miała go właśnie zużyć. Ale było to konieczne, a pergamin nie był jedynym magicznym narzędziem, które zgromadzono w tych murach.

Pospiesznie, ale zachowując idealny rytm i wymowę, odczytała wersy, a w miarę jak wypowiadała słowa, złote litery znikały z karty. Mroczny, pozbawiony ciepła płomień zeskoczył z pergaminu na podłogę i wystrzelił po wypolerowanej powierzchni szybciej niż ogień pochłaniający martwe, suche grzyby, znacząc ścieżkę prowadzącą od niej do demona.

Czarna pożoga omyła drobne końce odnóży bestii. Powinna była też zmusić wielooką istotę do bezradnej ucieczki, ale tak się nie stało. Pajęczak wciąż zbliżał się równie zwinnie jak wcześniej, czyli innymi słowy znacznie szybciej niż przy najlepszych chęciach byłby w stanie poruszać się drow.

– Demon ma osłony przed magią! – krzyknął K’Sothra, chyba najmniej inteligentny z węży i zdecydowanie ten o największych skłonnościach do stwierdzania tego, co oczywiste.

Quenthel nie miała czasu, żeby rzucić kolejne zaklęcie, zanim pająk do niej dotrze, nie była też w stanie mu uciec. Musiała go jakoś wyprowadzić w pole. Upuściwszy bezużyteczny pergamin, odwróciła się i zanurkowała pod brzuchem jednego z posągów. O ile intruz nie potrafi się kurczyć albo zmieniać postaci, nie będzie w stanie zmieścić się pod czymś tak niskim.

Drowka czołgała się po podłodze, czując, jak płoną jej otarte łokcie. Jeden z węży zaklął plugawo, uderzając pokrytą łuską, klinowatą głową o kamień. Przetoczyła się na plecy i zobaczyła, że zyskała zaledwie chwilę. Nie, demon nie był w stanie wśliznąć się pod posąg, ale wspinał się właśnie na jego szczyt, łypiąc wściekle oczyma. Z bliska roztaczał ohydny smród padliny.

Quenthel wiedziała, że jeśli pozwoli pająkowi skoczyć na siebie z wysoka, potwór przygwoździ ją do ziemi i rozerwie na strzępy szczękoczułkami. Zerwała się na równe nogi i świsnęła biczem.

Żmije zwinęły się w locie, aby trafić w cel. Ich jadowite kły zatopiły się głęboko i szarpnęły w dół, rozcinając niektóre z wybałuszonych oczu demona. Z organów wypłynęła jakaś ciecz, oczy zapadły się, a żmije rzuciły się z radości.

Quenthel czuła ich uniesienie poprzez psioniczną więź, którą dzieliły, ale wiedziała, że ich radość jest przedwczesna. Pająk miał całą masę oczu, a cios powstrzymał go tylko na chwilę. Wciąż miał zamiar skoczyć.

Choć przyłapana bez swych magicznych przedmiotów, Quenthel miała przynajmniej na sobie naszyjnik z czarnych, matowych pereł. Uniosła rękę, zsunęła jeden z zaczarowanych koralików ze specjalnie w tym celu sporządzonego złotego łańcuszka i rzuciła nim w pająka.

Białe światło rozbłysło wokół niej, emanując jednocześnie ze wszystkich stron. Lolth niech będą dzięki, tym razem jej magia poskutkowała. Pająk pośliznął się i zatrzymał. Zamknięty w niewidzialnej kuli magicznej siły rzucał się panicznie. Na wskutek eksplozji na ciele stwora otworzyły się straszliwe rany. Niestety, najwyraźniej był w stanie zignorować ból, jaki mu sprawiały, i wciąż drapał ograniczającą go kulę. Niebiesko-białe iskry zamigotały u koniuszków jego odnóży – Quenthel wiedziała, że nie tylko brutalna siła i panika pomagają mu się wydostać.

Przemów do mnie, pomyślała Quenthel, pewna, że pająk usłyszy te słowa w swoim umyśle. Wyczuwała połączenie z nim, ale słabe, być może osłabione przez kulę mocy.

Kula rozpłynęła się, gdy Quenthel ponownie machnęła biczem, próbując strzaskać odrażającą fizjonomię stwora oraz mózg, który przypuszczalnie się za nią krył.

Pająk odskoczył tak gwałtownie, jak jeden z jego maleńkich skocznych kuzynów, zataczając wysoki łuk i lądując w przeciwległym końcu sali, za szeregiem posągów. Duch przemknął w cieniu i choć Quenthel obserwowała go uważnie, w następnej sekundzie straciła go z oczu.

Gdzie jesteś? – spytała w myśli.

Odpowiedzią był wybuch gniewu, którego słowa nie były w stanie oddać. Quenthel zrezygnowała z prób komunikacji, choć gdyby istota była sługą Lolth, powinna była odpowiedzieć.

– Mogłabyś się teraz wydostać, mistrzyni – odezwał się Hsiv, pierwszy imp, którego Quenthel uwięziła w ciele żmii. – Dobiegłabyś do drzwi, zanim byłby w stanie cię dosięgnąć.

– Bzdura! – odwarknęła. – Ta bestia zakłóciła spokój mojej Akademii, zagroziła mojej osobie, a ja chcę się zemścić.

Pasiaste żmije, którym udzieliła się jej wściekłość, unosiły się i syczały, aż musiała uciszyć je mentalnym rozkazem.

Jedna z kapłanek leżących na podłodze jęczała z bólu. Quenthel podeszła szybkim krokiem do ofiary pająka i kopnęła ją w głowę, natychmiast ją uciszając.

Wysoka kapłanka wyeliminowała wszelkie odgłosy zewnętrzne, ale nie pomogło jej to w zlokalizowaniu pająka. Jeśli nie liczyć cichego świstu jej własnego oddechu, w sali panowała całkowita cisza.

Odwracając się powoli, z bijącym sercem przyjrzała się otaczającym ją ze wszystkich stron podobiznom pajęczaków. Czy tamto członowane, pałąkowate odnóże nie drgnęło właśnie? Czy tamta głowa, odwrócona z fałszywą skromnością pod takim kątem, że nie mogła się jej dokładniej przyjrzeć, nie miała zbyt wielu oczu? Czy posąg po prawej nie przysunął się odrobiną bliżej, gdy nie patrzyła w jego stronę?

Nie, nie, i jeszcze raz nie. To tylko jej wyobraźnia, usiłująca dostarczyć jej tego, czego nie była w stanie dostarczyć obserwacja.

Pociągnęła kilka razy nosem, ale to też nie pomogło. Smród pająka wisiał w powietrzu, ale nie sposób było ustalić, z którego kierunku dochodził najintensywniejszy.

A niech to, ten demon musi gdzieś tu być!

Tak, uzmysłowiła sobie, ale nie musi być wciąż na podłodze. Może potrafić biegać po pionowych powierzchniach jak jego mniejsi krewniacy.

Jeśli demon przylgnął do którejś ze ścian lub sklepienia, otrząśnięcie się z szoku wywołanego pożarem i paskudnymi ranami mogło zająć mu chwilę, ale z pewnością skradał się już, aby zająć dogodną pozycję do skoku na swą przeciwniczkę.

Quenthel spojrzała w górę. Artyści ozdobili również najdalsze, mroczne zakątki sali. Sklepienie przedstawiało ośmiokątną pajęczynę, na której roiło się od namalowanych pająków, stanowiących doskonały kamuflaż dla stwora. Jeśli rzeczywiście skradał się między nimi, nie była w stanie go zobaczyć.

Wciąż obserwując sufit – żmije również wypatrywały stwora – wycofała się do jednego ze ściennych kinkietów i odczytała frazę-wyzwalacz z kolejnego zwoju. Wzburzony płomień świecy skoczył wyżej i przybrał czarną barwę. Włożyła ramię w ten mroczny ogień, a jej powłóczysty, cienki jak babie lato rękaw natychmiast się nim zajął.

Choć znajdowały się na końcu ramienia, które jak na razie nie płonęło, żmije syczały i zwijały się zaniepokojone. Quenthel brutalnie przywołała je do porządku siłą woli. Czując wyłącznie przyjemne ciepło, bezgłośnie wydawała rozkazy mrocznemu ogniowi. Część magicznej substancji spłynęła jej po ramieniu i skrzepła, tworząc w jej dłoni na wpół płynną kulę. Cisnęła nią, a jej magia wystrzeliła ją w górę jak kamień z procy. Magiczny pocisk wyrżnął we fresk na suficie, gdzie rozprysnął się, tworząc ogromny pióropusz mrocznego płomienia.

Quenthel słała kulę za kulą. W miejscach, w których dotknął go mroczny ogień, fresk zajmował się zwykłym żółtym płomieniem, wypełniając powietrze szczypiącym w oczy dymem i odrażającym smrodem, który zostawiał mdlący posmak ściskający za gardło.

Miotała pociskami na oślep, ale pożoga rozprzestrzeniała się po sklepieniu, nie miało to więc znaczenia. Pająk nie mógł przecież siedzieć w miejscu i pozwolić, żeby ogień go spalił. Pożar powinien skłonić go do ruchu, a tym samym stwór powinien stać się widoczny.

Chyba że pająka nie było na suficie, co było całkiem możliwie. Może w rzeczywistości schował się gdzieś indziej. Możliwe, że nawet właśnie się do niej podkradał, podczas gdy ona wpatrywała się w płonące malowidło, a zdenerwowane żmije bardziej przejmowały się bliskością mrocznego ognia niż zachowaniem czujności.

Nie, intuicja jej nie zawiodła. Dostrzegła pająka, gdy ten gotował się do skoku, a wykurzywszy go z kryjówki, musiała już tylko odeprzeć jego ponowny atak.

Uskoczyła z drogi spadającej gwałtownie postaci i przetoczyła się w bok, zostawiając na podłodze czarne, płonące strzępki materiału. Istota o poszarpanych, broczących posoką oczach wylądowała z głuchym odgłosem, uginając osiem odnóży, by zamortyzować siłę uderzenia.

Quenthel podniosła się z podłogi i odbiegła. Cała jej suknia stała w płomieniach, niemal całe jej ciało było spowite mrocznym ogniem. Cisnęła kolejną kulę, która rozprysła się na odwłoku demona i spłynęła mu po bokach. Ku jej zadowoleniu, jej magia znów go dosięgła. Pająka również okryła powłoka mrocznego płomienia, aż dało się zauważyć, jak od gorąca faluje nad nim powietrze.

To oznaczało, że powinien paść, a przynajmniej słaniać się w bezradnej agonii. Ogień co prawda mu szkodził – Quenthel nawet mimo wszechobecnego smrodu palącej się farby czuła zapach przypalanego mięsa – ale demon odwrócił się i pomknął w jej stronę.

Wycelowała następny płonący pocisk w skupisko oczu, które w jakiś nieokreślony sposób wydawało się stanowić same jądro ciała stwora. Pająk targnął się i zachwiał, gdy płonąca ciemność zalała mu oczy, ale tylko na sekundę, i zaraz znów się do niej zbliżał.

Nie mogąc mu uciec, w nadziei, że przynajmniej go nieco osłabiła, Quenthel wykrzyczała imię swej bogini i skoczyła mu na spotkanie. Całe jej ciało, otoczone mrocznym ogniem, stanowiło oręż mogący oparzyć pająka, gdyby go dotknął. Czarne płomienie na odnóżach potwora stały się żółte, a więc pająk też mógł ją oparzyć. Musiałaby mu jednak na to pozwolić. Żmije, których naturalna dzikość wzięła górę nad obawą przed ogniem, śmignęły i uderzyły ogarnięte żądzą krwi.

Najpierw, chłoszcząc biczem, uchylając się i robiąc uniki, wymykała się szczękoczułkom pająka. Potem przesunęła się w lewo, zamiast uskoczyć w prawo, i ostre jak brzytwy szczypce zamknęły się wokół niej.

Niewiele brakowało, a przebiłyby jej ciało. Nie chcąc zacisnąć kleszczy na jej płonącym ciele, żeby się nie oparzyć, pająk zawahał się na chwilę. Zanim zdobył na się na coś więcej, Quenthel zadała mu ostateczny cios.

Wężowe rzemienie przebiły się przez zwęgloną i postrzępioną fizjonomię demona i wgryzły się w to, co pod spodem. Pająk rzucił się, zastygł, dwie z jego nóg zadrgały w bezsensowny sposób, a płonący odwłok powoli osunął się na podłogę w tym samym momencie, w którym zaklęcie Quenthel przestało działać i cały mroczny ogień zniknął z komnaty.

Krzyknęła w uniesieniu. Żmije, tylko odrobinę osmalone, tańczyły w ekstazie na końcu bicza. Dobry nastrój trwał jednak tylko tyle, ile zajęło kapłance Baenre, odzianej głównie w dym i popiół, odwrócenie się w stronę drzwi.

Choć była zbyt zajęta, żeby je wcześniej zauważyć, w którymś momencie kilka nauczycielek i uczennic najwyraźniej zakradło się do sali, aby obserwować bitwę. Obserwowały Quenthel w bezruchu, z szeroko otwartymi oczyma i niepewnym wyrazem twarzy.

– To była profanacja – powiedziała Quenthel. – Kpina.

Wpatrywała się w nie z wyniosłym wyczekiwaniem.

Patrzyły na nią przez chwilę, a potem złożyły ręce i pokłoniły się nisko.



1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna