R. A. Salvatore przedstawia wojna pajęczej królowej



Pobieranie 266,62 Kb.
Strona1/5
Data24.02.2019
Rozmiar266,62 Kb.
  1   2   3   4   5

UPADEK

Richard Lee Byers

R.A. SALVATORE PRZEDSTAWIA

WOJNA PAJĘCZEJ KRÓLOWEJ

KSIĘGA PIERWSZA




Prolog


Był to przebłysk jasności w mglistym królestwie mętnego chaosu, gdzie nic nie było tym, czym wydawało się być, a wszystko było w nieunikniony sposób bardziej zdradzieckie i niebezpieczne, niż się wydawało. Ale ono, to nikłe pojedyncze jedwabne pasmo światła, przykuło jej wzrok i ukazało jej wszystko, czym było, wszystko, czym wkrótce będzie, a także wszystko, czym była ona i wszystko, czym ona miała się wkrótce stać.

Przebłysk światła w mrocznej Otchłani stanowił obietnicę odnowy i większej chwały, a czynił tę obietnicę jeszcze słodszą poprzez zapowiedź niebezpieczeństwa, śmiertelnego niebezpieczeństwa czyhającego na istotę nieśmiertelną ze swej natury. Na tym również polegał jego urok, na tym, prawdę mówiąc, polegała największa radość wzrostu. Matką chaosu był strach, nie zło, a cieszenie się chaosem oznaczało ustawiczny strach przed nieznanym, świadomość, że każdy zakręt może prowadzić ku katastrofie.

Było to coś, czego drowy nigdy do końca nie pojęły i nie doceniły, a ona wolała utrzymywać je w nieświadomości. Dla drowów chaos był sposobem na osiągnięcie własnych korzyści. W burzliwym życiu drowa nie było prostych drabin, po których można się wspiąć w górę. Ale to nie sama wspinaczka była piękna, wiedziała o tym, nawet jeśli oni o tym nie wiedzieli. Piękna była każda chwila życia, spędzona w kłębowisku nieznanego, w wirze prawdziwego chaosu.

To zatem był ruch naprzód. Ale wiązało się z tym ryzyko, że jej świat pogrąży się w jeszcze większym chaosie, że przestaną obowiązywać jakiekolwiek pewniki. Żałowała, że nie może zachować większej świadomości, aby być świadkiem tego wszystkiego i by pławić się w tym wszystkim.

Nieważne. I tak będzie czerpała przyjemność z ich strachu, czuła głód ich ambicji.

Przebłysk jedwabnej krawędzi przecinającej wieczną szarą mgłę wirującego planu, wyznaczył jeden cel tej istocie o zmiennych zachciankach i przypomniał jej, że już czas, najwyższy czas.

Nie odrywając nawet na chwilę wzroku od światełka, istota obróciła się powoli, owijając się pojedynczym pasmem. Pierwszym z milionów.

Początek metamorfozy, obietnica.

Rozdział I


Gromph Baenre, arcymag Menzoberranzan, ruszył długim palcem o skórze barwy obsydianu. Drzwi do jego gabinetu – czarny marmurowy prostokąt ponacinany na całej powierzchni liniami drobnych runów – zawarły się bezgłośnie i zamknęły na zamek.

Mając pewność, że nikt go nie widzi, czarodziej wstał od biurka z białej kości, odwrócił się twarzą do tylnej ściany i wykonał dłońmi zawiły gest. W chropawej powierzchni z kalcytu otwarły się drugie drzwi.

Gromph, który będąc drowem, świetnie widział w ciemnościach, wkroczył w mrok panujący za drzwiami. Nie było tam posadzki, która utrzymałaby jego ciężar, i przez moment spadał, ale zaraz przywołał moc lewitacji, na co pozwalała mu brosza z insygniami domu Baenre, z którą nigdy się nie rozstawał. Zaczął się wznosić, szybując w górę niewyraźnego szybu. Chłodne powietrze jak zwykle łaskotało i kłuło go w skórę, ale niosło też przykry, nieprzyjemny zapach. Najwyraźniej w kanale znajdowała się jedna z istot zamieszkujących ten pseudoplan egzystencji.

Coś zagrzechotało mu nad głową. Ohydny zapach przybrał nagle na sile i stał się na tyle intensywny, by sprawić, że szkarłatne oczy zaszły mu łzami.

Gromph spojrzał w górę. Z początku niczego nie zobaczył, ale potem dostrzegł w ciemności niewyraźny jajowaty kształt.

Arcymag zastanawiał się, w jaki sposób bestia dostała się do szybu. Nigdy dotąd żadnej się to nie udało. Czyżby wydarła dziurę w ścianie, przeniknęła przez nią jak duch, a może zrobiła coś jeszcze dziwniejszego? Może...

Bestia spadła na niego, przerywając jego rozważania.

Gromph mógł bez żadnego wysiłku rozprawić się z istotą za pomocą jednej ze swych różdżek, ale wolał zachować ich moc na wypadek prawdziwego zagrożenia. Zamiast tego spokojnie przerwał działanie siły lewitacji i opadł w dół szybu. Miało mu to dać czas, by oddalić się od bestii i rzucić czar, a nie musiał się martwić o uderzenie o ziemię. W tej rzeczywistości ziemia nie istniała.

Wśród łopotu zdobnych klejnotami i sigilami szat, arcymag wyciągnął z kieszeni fiolkę trucizny, podpalił płomieniem, który wytrysnął mu z czubka palca, i wyrecytował inkantację. Wymawiając ostatnią sylabę, wyciągnął ramię w stronę stwora i plama czarnej, płonącej cieczy wystrzeliła z jego palców.

Gnana magią gorejąca ciecz mknęła prosto w górę szybu, by rozbryznąć się na opadającym drapieżniku. Stwór wydał z siebie przenikliwe bzyczenie, które prawdopodobnie było okrzykiem bólu. Zaszamotał się w powietrzu, obijając się w locie o ściany. Jego ciało skwierczało i bulgotało, w miarę jak wgryzał się w nie kwas, ale nadal leciał w dół, kontrolując spadanie.

Gromph był pod wrażaniem. Zatruty grom mógł zabić prawie każdą istotę, a już z pewnością większość drobnego robactwa, jakie można było spotkać na pustkowiach pomiędzy światami.

Manipulując pustym kokonem, rzucił następny czar. Ciało bestii zwinęło się, skurczyło w sobie, a potwór na jedno uderzenie serca stał się małą myszką lecącą bezradnie w dół. Potem jednak jego ciało nadęło się i powróciło do swojej normalnej postaci.

Dobrze, pomyślał Gromph, w takim razie cię potnę.

Czarodziej przygotował się do wyczarowania gradu ostrzy, ale w tej samej chwili stwór przyspieszył.

Gromph nie miał pojęcia, że istota jest w stanie spadać jeszcze szybciej niż dotąd, nie był więc przygotowany na to nagłe przyspieszenie. Stwór w jednej chwili skrócił dystans pomiędzy nimi i zawisł mu tuż nad twarzą.

Przeciwnik czarodzieja miał rozmyty i niedokończony wygląd, charakterystyczny dla wielu takich istot. Rzędy pozbawionych wyrazu oczu i wijąca się trąba umieszczone były na środku łba, który zlewał się z gumowatym, obłym cielskiem. Potwór nie miał skrzydeł, ale latał – bogini jedna wiedziała, w jaki sposób. Nogi były najbardziej zwinną częścią jego ciała. Sześć cienkich, członowanych odnóży kończyło się haczykowatymi pazurami, którymi bestia raz po raz starała się dosięgnąć Grompha.

Zgodnie z oczekiwaniami czarodzieja, oszalałe drapanie nie wyrządzało mu żadnej krzywdy. Zaklęcia wplecione w piwafwi Grompha – nie wspominając o pierścieniu i amulecie – stanowiły pancerz nie gorszy od zbroi płytowej. Czarodziej był jednak poirytowany faktem, że pozwolił bestii aż tak się zbliżyć, a zdenerwował się jeszcze bardziej, gdy zauważył, że miotający się stwór opryskiwał jego osobę drobnymi kropelkami wyczarowanego przez niego samego kwasu.

Gromph wymruczał ostatnie zaklęcie i obiema garściami schwycił śmierdzącego drapieżnika za zwały sadła na piersi. Magia zadziałała natychmiast. Siła i żywotność stwora spłynęły na czarodzieja, aż krzyknął z rozkoszy.

Wypijał życie ze swojego przeciwnika, tak jak mógłby to uczynić wampir. Latający stwór zabzyczał, targnął się i znieruchomiał. Usechł, popękał i rozpadł mu się w uścisku. W końcu Gromph, pewien, że wyssał ze stwora życie do cna, odrzucił go w bok.

Koncentrując wolę, czarodziej powstrzymał spadanie i ponownie poszybował w górę. Po kilku minutach wypatrzył otwór u szczytu szybu. Przeleciał przezeń, uchwycił się praktycznej poręczy, podciągnął na podłogę pracowni, po czym pozwolił, żeby jego ciało znów nabrało wagi. Szaty z szelestem ułożyły się wokół niego.

Przestronna, okrągła sala była pod wieloma względami częścią wieży Sorcere – szkoły magii, której przewodniczył arcymag – ale Gromph był przekonany, że żaden z mistrzów Sorcere nie podejrzewa jej istnienia, choć parający się czarami byli przyzwyczajeni do tajemnej i magicznej architektury. Komnata ta, podobnie jak gabinet poniżej oświetlona nie gasnącymi nigdy świecami, była niemal niewykrywalna, a jej istnienia niełatwo było się domyślić, jako że jej lokator umieścił ją poza zwykłą przestrzenią i konwencjonalnym czasem. Pod pewnymi względami istniała w odległej przeszłości, w czasach Menzoberry Bez Rodziny, założycielki miasta, a pod innymi w dalekiej i nieznanej przyszłości. Jednak na poziomie zwyczajnej śmiertelnej egzystencji była mocno zakorzeniona w teraźniejszości i Gromph mógł odprawiać w niej najbardziej tajne rytuały magiczne, mając pewność, że będą one miały wpływ na dzisiejsze Menzoberranzan. Była to sprytna sztuczka i czasem żałował, że zamordował siedmiu więźniów – co do jednego mistrzów magii – którzy pomogli mu zbudować to miejsce w zamian za, jak sobie wyobrażali, wolność. Byli prawdziwymi artystami, ale tworzenie sekretnej kryjówki nie miałoby sensu, jeśli nie uzyskałoby się pewności, że rzeczywiście pozostanie tajna.

Otrzepując dłonie z kilku drobin i plam pozostawionych przez latającego robaka, Gromph przeszedł do części pomieszczenia, w której znajdowała się okazała kolekcja narzędzi czarodzieja. Nucąc pod nosem, wybrał ze stojaka wykonanego ze stopy wywerna pokrytą spiralnym rytem laskę z kości słoniowej, a z wyłożonego aksamitem pudełka wysadzany onyksami żelazny amulet. Potem zdjął z półki na rytualne noże paskudnie zakrzywiony sztylet athame. Przez chwilę wdychał zapachy różnych kadzideł, unoszące się znad kilku glinianych dzbanków, zanim w końcu wybrał, jak to często czynił, wyciąg z czarnego lotosu.

Mamrocząc inwokację do mocy Otchłani, zapalił w mosiężnej kadzielnicy wątły płomyk, który potrafił wyczarować na życzenie, i zawahał się. Ku swemu zaskoczeniu odkrył, że zastanawia się nad tym, czy rzeczywiście chce kontynuować proces.

Menzoberranzan znalazło się w rozpaczliwej sytuacji, choć większość jego mieszkańców jeszcze sobie tego nie uświadamiała. Na miejscu Grompha wielu innych czarodziejów uznałoby tę sytuację za niezrównaną okazję do wzmocnienia własnej pozycji, ale arcymag wiedział więcej od innych. Miasto doświadczyło w ostatnich latach zbyt wielu wstrząsów i niepowodzeń. Kolejny wstrząs mógłby je okaleczyć, a nawet zniszczyć, a jemu nie uśmiechało się życie w Menzoberranzan będącym jedynie krzywym odbiciem jego dawnej świetności. Nie widział też siebie w roli bezdomnego wędrowca, żebrzącego o azyl i zatrudnienie u jednego z obojętnych władców jakiegoś obcego królestwa. Zdecydował się rozwiązać obecny problem, a nie wykorzystać go.

Tyle że mam zamiar wykorzystać go przynajmniej w ograniczony sposób, nieprawdaż? – pomyślał. Ulec pokusie i skorzystać z okazji, nawet jeśli wpłynie to jeszcze bardziej destabilizująco na i tak już niepewne status quo.

Gromph prychnął, odsuwając od siebie chwilowe wątpliwości, które zupełnie do niego nie pasowały. Drowy były dziećmi chaosu – paradoksu, sprzeczności, a może nawet perwersji. Chaos był źródłem ich siły. Więc tak, a niech to, dlaczego nie iść jednocześnie w dwóch przeciwnych kierunkach? Kiedy znów trafi mu się kolejna szansa, aby zmienić tak diametralnie swoją sytuację?

Podszedł do jednego z umieszczonych w marmurowej posadzce zawiłych pentagramów inkrustowanych złotem i powiódł czubkiem czarnej laski wzdłuż jego łuków i załamań, zapieczętowując go. To uczyniwszy, zaczął wykonywać sztyletem athame rytualne gesty i nucić melodię, która wracała do swego początku jak żmija połykająca własny ogon. W powietrzu unosił się przeraźliwie słodki zapach czarnego lotosu, a czarodziej czuł, jak narkotyczne opary przenoszą jego świadomość w stan niemal bolesnej koncentracji i jasności.

Gromph stracił całkowicie poczucie czasu, nie miał pojęcia, czy recytuje od dziesięciu minut, czy od godziny, ale w końcu nadszedł moment, gdy recytował już wystarczająco długo. W środku pentagramu pojawił się duch Beradaxa i od razu poderwał się z podłogi jak ryba na końcu żyłki.

Wieki parania się czarami uczyniły Grompha tak obojętnym na brzydotę i groteskowość przywoływanych postaci, jak to tylko możliwe w przypadku przedstawiciela jego nieczułej rasy, ale nawet on uznał Beradaxa za szkaradę. Stwór przybrał kształty zbliżone do mrocznej elfki czy też ludzkiej kobiety, ale jego ciało składało się z miękkich, wilgotnych, połyskliwych gałek ocznych, przylegających do siebie. Mniej więcej połowa z nich miała purpurowe źrenice, charakterystyczne dla drowów, podczas gdy druga połowa była niebieska, brązowa, zielona lub szara – tęcza kolorów spotykanych zwykle u przedstawicieli pośledniejszych ras.

Ciało Beradaxa rozpłynęło się, a kształty zniekształciły, gdy stwór rzucił się na tego, który go wezwał. Na szczęście nie mógł przekroczyć krawędzi pentagramu. Beradax uderzył w niewidoczną barierę z mokrym plaśnięciem i odbił się od niej.

Niezrażony, skoczył po raz drugi, również bez skutku. Jego nienawiść i wściekłość były tak nieskończone, że pozostawiony sam sobie, skoczyłby jeszcze z milion razy. Gromph złapał go, schwytał w pułapkę, ale potrzeba było czegoś jeszcze, jeśli mieli odbyć rozmowę. Drow wbił sobie rytualny sztylet w brzuch.

Beradax zwinął się. Gałki oczne stanowiące jego brzuch podjechały wyżej i zadrżały. Kilka odpadło od pozostałych, by zblaknąć i rozpłynąć się w powietrzu.

– Zabiję! – wrzasnął przenikliwym głosem nienaturalnie głośno, a jego rozdziawione usta pozwoliły dostrzec ciemne wybrzuszenia gałek ocznych wyścielających jego wnętrze. – Zabiję cię, czarodzieju!

– Nie, niewolniku, nie zrobisz tego – odparł Gromph. Drow zdał sobie sprawę, że od recytacji i kadziła zaschło mu w gardle, przełknął więc ślinę. – Będziesz mi służyć. Uspokoisz się i poddasz mi, chyba że chcesz znów posmakować tego ostrza.

– Zabiję!

Beradax znowu skoczył na niego i wciąż skakał, podczas gdy on raz po raz przebijał sobie brzuch sztyletem. W końcu bestia upadła na kolana.

– Poddaję się – warknęła.

– Dobrze. – Gromph wyciągnął athame. Sztylet nie pozostawił rozdarcia w jego szatach ani ran na ciele, co oznaczało, że zaklęcia podziałały dokładnie tak, jak oczekiwał, raniąc demona zamiast niego.

Brzuch Beradaxa przestał unosić się i trząść.

– Czego chcesz, drowie? – zapytał stwór. – Informacji? Powiedz mi, abym mógł wywiązać się z mojego zadania i odejść.

– Nie informacji – odparł ciemny elf. W zeszłym miesiącu wezwał dziesiątki duchów i żaden z nich nie był w stanie powiedzieć mu tego, czego chciał się dowiedzieć. Był pewien, że Beradax nie jest mądrzejszy od pozostałych. – Chcę zabić moją siostrę Quenthel.

Gromph nienawidził Quenthel od dawna. Zawsze traktowała go jak jakiegoś sługę, choć on też był Baenre, szlachcicem z pierwszego domu Menzoberranzan, a oprócz tego najpotężniejszym czarodziejem w mieście. W jej oczach, pomyślał, tylko wysokie kapłanki zasługiwały na szacunek.

Jego antypatia do niej pogłębiła się, gdy oboje starali się doradzać swej matce, matce opiekunce Baenre, niekoronowanej królowej Menzoberranzan. Jak można się było spodziewać, nie zgadzali się w żadnej kwestii, od gospodarki, poprzez wojnę, na górnictwie kończąc, okropnie działając sobie przy tym na nerwy.

Niechęć Grompha wzrosła jeszcze bardziej, gdy Quenthel została mistrzynią Arach-Tinilith, szkoły kapłanek. Mistrzyni zarządzała całą Akademią, również Sorcere, więc Gromph musiał ją znosić – a właściwie znosić jej nadzór – także w tej niegdysiejszej spokojnej przystani.

Mógłby ścierpieć arogancję Quenthel i to, że bez przerwy we wszystko się wtrąca, gdyby nie nagła i nieoczekiwana śmierć ich matki.

Doradzanie poprzedniej matce opiekunce było bardziej zaszczytem niż przyjemnością. Zazwyczaj ignorowała rady, a jej zastępcy mieli szczęście, jeśli na tym poprzestała. Bardzo często reagowała na ich propozycje potokiem obelg.

Ale Triel, druga siostra Grompha i nowa głowa domu Baenre, okazała się zwierzchniczką zupełnie innego rodzaju. Niezdecydowana, przytłoczona odpowiedzialnością, jaka spadła na jej barki wraz z nowym stanowiskiem, polegała bardzo na zdaniu rodzeństwa.

Oznaczało to, że arcymag, choć „tylko mężczyzna”, teoretycznie mógłby rządzić Menzoberranzan zza tronu. Ale tylko jeśli pozbyłby się drugiej doradczyni opiekunki, piekielnie przekonującej Quenthel, która wciąż sprzeciwiała mu się dosłownie na każdym kroku. Nad zamordowaniem jej zastanawiał się od dłuższego czasu. Ale dopiero obecna sytuacja stworzyła okazję, której nie sposób było się oprzeć.

– Wysyłasz mnie na pewną śmierć! – zaprotestował Beradax.

– Twoje życie i śmierć nie mają znaczenia – odparł Gromph. – Liczy się wyłącznie moja wola. Możesz jednak przeżyć. W Arach-Tinilith zaszły pewne zmiany, o czym dobrze wiesz.

– Dostępu do Akademii wciąż strzegą stare zaklęcia.

– Rozproszę dla ciebie osłony.

– Nie pójdę.

– Bzdura. Poddałeś się i musisz być posłuszny. Przestań pleść albo stracę cierpliwość.

Uniósł athame i z Beradaxa jak gdyby uszło powietrze.

Doskonale, czarodzieju, poślij mnie i bądź potępiony. Zabiję ją, tak jak któregoś dnia zarżnę ciebie.

– Nie możesz jeszcze odejść. Pomimo całej twojej chełpliwości, jesteś najpośledniejszym rodzajem ducha, larwą pełzającą po posadzce piekła, ale dziś wieczór przybierzesz postać prawdziwego demona, aby zrobić odpowiednie wrażenie na mieszkankach świątyni.

– Nie!


Gromph uniósł oburącz laskę i wykrzyczał słowa mocy. Beradax zawył z bólu, gdy jego gałki oczne rozpłynęły się i zbiły w coś zupełnie innego.

Potem Gromph wrócił na dół do swojego gabinetu. Miał spotkanie z agentem zupełnie innego rodzaju.

* * *

Pharaun Mizzrym i Ryld Argith przechadzali się po chłodnym, świeżym powietrzu, świeższym niż to uwięzione w Melee-Magthere. Ryld rozejrzał się po Tier Breche, uświadamiając sobie, że już od wielu dni nie chciało mu się wystawić nosa na zewnątrz, i zdziwił się, bo widok był tak spektakularny, jak to tylko możliwe.



Tier Breche, siedziba Akademii od momentu jej założenia, była olbrzymią jaskinią. Wysiłek niezliczonych czarodziejów, rzemieślników i niewolników przeobraził zapełniające ją ogromne stalagmity i inne formacje skalne w trzy nadzwyczajne cytadele. Na wschodzie wznosiła się piramida Melee-Magthere, gdzie Ryld i jemu podobni robili z nieopierzonych drowów wojowników. Pod zachodnią ścianą stała zwieńczona wieloma iglicami wieża Sorcere, gdzie Pharaun i jego koledzy uczyli czarodziejstwa, zaś na północy przyczaiła się największa i najbardziej imponująca ze szkół, Arach-Tinilith, świątynia zbudowana na kształt pająka o ośmiu odnóżach. Wewnątrz niej kapłanki Lolth, bogini pajęczaków, chaosu, skrytobójców i drowów, szkoliły młode drowki, by służyły bogini, gdy nadejdzie ich kolej.

Lecz Tier Breche, choć wspaniała, rozpatrywana we właściwym kontekście stanowiła jedynie szczegół o wiele świetniejszej sceny. Akademia mieściła się w bocznej jaskini, zaledwie wnęce otwierającej się na znacznej wysokości w ścianie naprawdę ogromnej kawerny. Główna jaskinia mierzyła dwie mile szerokości i tysiąc stóp wysokości, a całą tę przestrzeń wypełniało Menzoberranzan.

Na dnie kawerny świeciły wśród ciemności błękitem, zielenią i fioletem pałace wykute, podobnie jak Akademia, z naturalnych formacji kalcytu. Fosforyzujące posiadłości wyznaczały granice płaskowyżu Qu’elllarz’orl, gdzie osiedlili się Baenre i inne, niemal równie potężne domy dystryktu Zachodniej Ściany, gdzie pomniejsze, lecz wciąż znaczne rodziny szlacheckie spiskowały, jak zająć miejsce mieszkańców Qu’elllarz’orlu; oraz Narbondellynu, gdzie parweniusze knuli plany wygryzienia mieszkańców Zachodniej Ściany. Jeszcze inne pałace, wykute w stalaktytach, zwisały z wyniosłego sklepienia.

Szlachta Menzoberranzan rozświetliła swoje domostwa wewnętrznym blaskiem, aby pochwalić się ich ogromem, pełną wdzięku linią i ornamentami wyrzeźbionymi na ich ścianach. Większość płaskorzeźb przedstawiała pająki i pajęczyny, co zdaniem Rylda nie było specjalnie zaskakujące w krainie, gdzie Lolth była jedynym czczonym bóstwem, a jej kapłanki sprawowały władzę zarówno w doczesnym, jak i duchowym znaczeniu.

Nie wiedzieć czemu, wszechobecność tego motywu wydała się Ryldowi przytłaczająca, skupił się więc na innych szczegółach. Jeśli drow miał dobry wzrok, był w stanie dostrzec lodowate głębiny jeziora Donigarten w wąskim, wschodnim krańcu jaskini. Na wyspie pośrodku jeziora mieszkały przypominające bydło zwierzęta o nazwie rothé i niewolne gobliny, które je pasły.

Był jeszcze, rzecz jasna, sam Narbondel. Był to jedyny fragment skały na dnie jaskini, który nie został poddany obróbce – gruba, nieregularna kolumna sięgająca aż do samego sklepienia. Na początku każdego dnia arcymag Menzoberranzan rzucał czar na jej podstawę, podgrzewając ją, aż skała zaczynała się żarzyć. Ponieważ blask podążał w górę w stałym tempie, jego postępy pozwalały mieszkańcom miasta stwierdzić, która godzina.

Na swój sposób, jak przypuszczał mistrz Melee-Magthere, on i Pharaun stanowili widok nawet jeśli nie tak wspaniały jak roztaczająca się przed nimi panorama, to przynajmniej osobliwy z racji zachodzących między nimi kontrastów. Mag Mizzrym, że swoją drobną budową, eleganckim sposobem bycia, fircykowatym, wytwornym odzieniem i wymyślną fryzurą, był uosobieniem tego wszystkiego, czym powinien być wyrobiony szlachcic i mag. Ryld natomiast stanowił swego rodzaju kuriozum. Wielki jak na przedstawiciela swej płci, wyższy niż niejedna kobieta, szeroki w barach. Przy tak potężnej budowie ciała lepiej nadawałby się na nieokrzesanego człowieka niż mrocznego elfa. Jego dziwny wygląd potęgował jeszcze krasnoludzki napierśnik i zarękawia, noszone zamiast lekkiej, giętkiej kolczugi. Zbroja ta ściągała ku niemu czasem kose spojrzenia, ale odkrył, że maksymalizowała jego skuteczność jako wojownika, a to, jak zawsze uważał, było coś, co liczyło się naprawdę.

Ryld i Pharaun dotarli do krawędzi Tier Breche i usiedli tak, że nogi zwisały im ze stromego urwiska. Siedzieli zaledwie kilka jardów od schodów, które łączyły Akademię z rozpościerającym się poniżej miastem, a u których szczytu, obok bliźniaczych kolumn, stało dwóch wartowników – studentów ostatniego roku Melee-Magthere. Ryld pomyślał, że on i Pharaun znajdują się wystarczająco daleko, by mieć trochę prywatności, o ile nie będą podnosić głosu.

Podnosić głosu, ale nie milczeć. Mag, jak zawsze sensualista, siedział w milczeniu, rozkoszując się rozpościerającą się przed nim panoramą. Kontemplował ją już wystarczająco długo, by usta Rylda zaczęły się zaciskać z niecierpliwością, choć wojownik sam zachwycał się widokiem, gdy tu podchodzili.

– My, drowy, nie kochamy się, chyba że w sensie cielesnym – zauważył w końcu Pharaun – ale myślę, że można pokochać samo Menzoberranzan, nie sądzisz? A przynajmniej być z niego bardzo dumnym.

– Skoro tak twierdzisz.

– Nie słyszę entuzjazmu w twoim głosie. Znów czujesz się podle?

– Czuje się dobrze. A przynajmniej lepiej, widząc cię wciąż wśród żywych.

– Przypuszczałeś, że Gromph mnie stracił? Czyżby mój występek wyglądał aż tak poważnie? Ty nigdy nie uśmierciłeś ani jednego z naszych młodziutkich kadetów?

– To zależy od tego, jak na to spojrzeć – odparł Ryld. – Trenowanie sztuk walki jest z samej swej natury niebezpieczne. Wypadki się zdarzają, ale nikt nigdy nie miał wątpliwości, że są to wypadki mające miejsce podczas normalnej działalności Melee-Magthere. Bogini wie, że nigdy nie straciłem siedmiu uczniów w przeciągu jednej godziny, w tym dwóch należących do domów, które mają miejsca w Radzie. Jak coś takiego może się zdarzyć?

– Potrzebowałem siedmiu asystentów posiadających pewne magiczne kompetencje, aby pomogli mi odprawić rytuał przywołania. Gdybym zwrócił się do pełnoprawnych czarodziejów, wzięliby udział w eksperymencie jako równi mi partnerzy. Z rytuału wynieśliby te same nowo odkryte sekrety co ja, byliby również zdolni przywołać i kontrolować demona Sarthosa. Naturalnie chciałem tego uniknąć, zamiast nich wolałem więc użyć uczniów.

Pharaun wyszczerzył zęby i kontynuował – Z perspektywy czasu widzę, że nie był to najlepszy pomysł. Zmiażdżenie ich wszystkich nie zajęło demonowi nawet siedmiu uderzeń serca.

Obok twarzy Rylda przemknął prąd powietrza, niosąc nieustający szmer rozciągającej się w dole metropolii. Drow wyczuł też jej zapach, złożoną woń składającą się z dymu, kadzideł, perfum, smrodu niedomytych niewolników i tysiąca innych rzeczy.

– Po co w ogóle odprawiać tak niebezpieczny rytuał? – zapytał.

Pharaun uśmiechnął się, jak gdyby pytanie było niemądre. Może było.

– By stać się jeszcze potężniejszym, ma się rozumieć – odrzekł czarodziej. – Obecnie jestem jednym z trzydziestu najpotężniejszych magów w mieście. Gdyby udało mi się przejąć kontrolę nad Sarthosem, byłbym jednym z pierwszych pięciu. Może nawet pierwszym, potężniejszym nawet od staruszka Grompha.

– Rozumiem.

Ambicja była nieodłączną cechą charakteru drowa, a Ryld czasem zazdrościł Pharaunowi pasji, z jaką ten walczył o swój status. Wojownik przypuszczał, że on sam osiągnął szczyt swoich ambicji, kiedy został jednym z pomniejszych mistrzów Melee-Magthere, bo z pewnością on, plebejusz, nie był w stanie wspiąć się wyżej. Od tego dnia przestał spoglądać łakomie w górę i skupił się na patrzeniu w dół, by mieć się na baczności przed tymi wszystkimi, którzy chcieli go zabić w nadziei na zajęcie jego stanowiska.

Pharaun był mistrzem Sorcere, tak jak Ryld był mistrzem Melee-Magthere, ale może Pharaun, w którego żyłach płynęła błękitna krew, rzeczywiście pragnął zamordować potężnego Grompha Baenre i zająć jego stanowisko. Nawet jeśli nie, czarodzieje, z racji swej skomplikowanej i tajemnej sztuki rywalizowali o coś więcej niż to, kto jest mistrzem, kto jest głównym czarodziejem w znaczącym domu, a kto nie. Obchodziło ich także to, kto zna najbardziej ezoteryczne sekrety, potrafi przywołać najbardziej zabójczą zjawę, albo najwyraźniej widzieć przyszłość. Prawdę powiedziawszy, obchodziło ich to tak bardzo, że od czasu do czasu usiłowali mordować się nawzajem i kraść sobie księgi z zaklęciami, nawet gdy tego typu działania były sprzeczne z interesem ich domów, rozbijały jakiś sojusz albo przerywały negocjacje.

– Teraz – powiedział Pharaun, wsuwając rękę między eleganckie fałdy swojego piwafwi i wyjmując stamtąd srebrną flaszeczkę – będę musiał zostawić na trochę demona Sarthosa. Mam nadzieję, że biedny behemot nie będzie się czuł samotny pod moją nieobecność.

Otworzył butelkę, pociągnął łyk i podał ją Ryldowi.

Ryld miał nadzieję, że flaszeczka nie zawiera wina albo jakiegoś egzotycznego likieru. Pharaun bez przerwy wmuszał w niego takie trunki i upierał się, żeby spróbował rozpoznać wszystkie składniki, które ponoć współgrały ze sobą, tworząc smak, choć Ryld raz po raz udowadniał, że jego podniebienie nie jest zdolne do tak wnikliwej analizy.

Napił się i z zadowoleniem odkrył, że flaszeczka zawiera dla odmiany zwykłą brandy, prawdopodobnie importowaną niemałym kosztem z niegościnnego świata, który otaczał Podmrok niczym łupina, smażąc się w nieznośnym słońcu. Trunek palił go w gardło, ale rozszedł się przyjemnym ciepłem po żołądku.

Ryld oddał brandy Pharaunowi i powiedział – Przypuszczam, że Gromph kazał ci zostawić tę istotę w spokoju.

– Rzeczywiście. Przydzielił mi inne zadanie, żeby mnie czymś zająć. Jeśli mi się uda, arcymag wybaczy mi moje przewinienia. Jeśli nie... cóż, liczę na przyjemną dekapitację albo garotę, ale nie jestem aż takim optymistą, żeby spodziewać się czegoś równie szybkiego.

– Jakie zadanie?

– Kilku mężczyzn uciekło ze swoich rodzin, i to nie do jakiegoś kupieckiego klanu czy Bregan D’aerthe, ale w jakieś nieznane miejsce. Mam ich odnaleźć.

Pharaun pociągnął kolejny łyk, po czym wyciągnął flaszkę do fechmistrza.

– Co ukradli? – zapytał Ryld, dziękując gestem.

Pharaun uśmiechnął się.

– Niezły strzał, ale jesteś w błędzie – rzekł. – Z tego, co wiem, nikt nie wyniósł niczego ważnego. Widzisz, to nie jest kilku młodzików z jednego domu. To spora grupa, i to z wielu rodzin, zarówno szlacheckich, jak plebejskich.

– No dobrze, ale co z tego? Dlaczego obchodzi to arcymaga Menzoberranzan?

– Nie wiem. Jakoś mętnie się tłumaczył, ale jest coś, o czym mi nie powiedział.

– To nie ułatwi ci zadania.

– Święta prawda. Stary tyran przyznał, że nie jest jedyną osobą zainteresowaną miejscem pobytu uciekinierów. Kapłanki są równie zaniepokojone, ale to wcale nie skłoniło ich do połączenia sił z Gromphem. Sama matka opiekunka Baenre rozkazała mu porzucić tę sprawę.

– Opiekunka Baenre – rzekł Ryld. – Z każdym słowem coraz mniej mi się to podoba.

– O, nie wiem. Tylko dlatego, że Triel Baenre rządzi całym Menzoberranzan, a ja mam zamiar sprzeciwić się wyraźnemu życzeniu... W każdym razie arcymag twierdzi, że sam nie może już zajmować się tymi zniknięciami. Wygląda na to, że panie mają go na oku, ale ja mam to szczęście, że nie jestem w ten sposób obciążony.

– To nie znaczy, że odnajdziesz zaginionych mężczyzn. Jeśli uciekli z miasta, mogą już być w każdym zakątku Podmroku.

– Proszę – powiedział Pharaun, szczerząc zęby – nie musisz mnie pocieszać. Faktycznie, mam zamiar rozpocząć poszukiwania w Eastmyrze i Braerynie. Wygląda na to, że kilku uciekinierów widziano ostatni raz w tych podrzędnych dzielnicach i możliwe, że wciąż tam są. Nawet jeśli rzeczywiście zamierzają opuścić Menzoberranzan, możliwe, że wciąż przygotowują się do podróży.

– Jeśli już wyruszyli – powiedział Ryld – mógłbyś przynajmniej znaleźć świadka, który powie ci, który tunel wybrali. To sensowny plan, ale jestem w stanie wymyślić inny. Brawurą jest ryzykowanie życiem, jeśli nawet nie znasz reguł gry. Sam mógłbyś uciec z Menzoberranzan. Jako czarodziej jesteś jednym z niewielu ludzi zdolnych do odbycia tak niebezpiecznej podróży w pojedynkę.

– Mógłbym spróbować – rzekł Pharaun – ale podejrzewam, że Gromph by mnie wyśledził. Nawet gdyby mu się to nie udało, straciłbym mój dom i zaprzepaścił stanowisko, na którą pracowałem całe życie. Czy zrezygnowałbyś z bycia mistrzem tylko po to, żeby uniknąć niewielkiego niebezpieczeństwa?

– Nie.

– Więc rozumiesz moje położenie. Przypuszczam, że domyśliłeś się też, po co cię dziś wezwałem.



– Chyba tak.

– Oczywiście. Jedno jest pewne – moje szanse przetrwania zwiększą się, jeśli będę miał towarzysza, który będzie mnie osłaniał.

Ryld skrzywił się.

– Masz na myśli towarzysza, który ma ochotę sprzeciwić się wyraźnemu życzeniu matki opiekunki Baenre i ryzykować narażeniem się arcymagowi Menzoberranzan.

– Właśnie, a szczęśliwym zbiegiem okoliczności wyglądasz na drowa, który potrzebuje zerwać z codzienną rutyną. Wiesz, że umierasz z nudów. Słuchanie, jak zrzędzisz przez cały dzień, sprawia mi ból.

Ryld zastanawiał się przez chwilę, a potem powiedział – Dobrze. Może dowiemy się czegoś, co uda nam się obrócić na naszą korzyść.

Dziękuję, mój przyjacielu. Jestem twoim dłużnikiem. – Pharaun pociągnął łyk i znów wyciągnął flaszkę do towarzysza. – Wypij resztę. Został jeszcze tylko jeden łyk. Wygląda na to, że wyżłopaliśmy całą pintę w kilka minut, choć to zgoła nieprawdopodobne – tacy wytworni, dystyngowani chłopcy jak my...

Coś strzeliło i zaskwierczało nad ich głowami. Poczuli napierające na nich fale ciśnienia. Ryld spojrzał w górę, zaklął, zerwał się na równe nogi i dobył sztyletu, żałując, że przed opuszczeniem Melee-Magthere nie wziął ze sobą broni.

Pharaun wstał w spokojniejszy sposób.

– Bardzo interesujące – rzekł.





  1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna