Praktyczny przewodnik po sztuce budowania związków



Pobieranie 393,39 Kb.
Strona1/7
Data09.04.2018
Rozmiar393,39 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7

Praktyczny przewodnik po sztuce budowania związków


ŚCIEŻKA

miłości




DON MIGUEL RUIZ




Przekład - Eleonora Karpuk




Tytuł oryginału: The Mastery of Love

Copyright © 1999 by Miguel Angel Ruiz, M.D

Wydawca: Amber-Allen Publishing, Inc.

Post Office Box 6657

San Rafael, California 94903

ISBN wydania oryginalnego 1-878424-42-4



© Galaktyka, Spółka z o.o., Łódź 2004 90-562 Łódź, ul. Łąkowa 3/5 tel. +42 639 50 18, 639 50 19, tel./fax 639 50 17 e-mail: galak@galaktyka.com.pl

ISBN 83-89896-00-1



Projekt okładki: Nicholas Wilton

Redakcja: Małgorzata Gołąb

Redaktor techniczny: Andrzej Czajkowski

Korekta: Monika Ulatowska

Skład: Studio Garamond, Łódź

Druk i oprawa: Łódzkie Zakłady Graficzne

Księgarnia internetowa!!! Pełna informacja o ofercie, zapowiedziach i planach wydawniczych

Zapraszamy www.galaktyka.com.pl kontakt e-mail: galak@galaktyka.com.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez pisemnej zgody Wydawcy książ­ka ta nie może być powielana ani częściowo, ani w całości, z wyjąt­kiem cytowania niewielkich fragmentów w przeglądach i recen­zjach. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i prze­twarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.
Spis treści
Toltekowie....................................................................................9

Wprowadzenie: Mistrz.................................................................l2

l. Zraniony umysł.........................................................................16

2. Utrata niewinności....................................................................32

3. Człowiek, który nie wierzył w miłość.......................................48

4. Ścieżka miłości, ścieżka lęku....................................................58

5. Związek doskonały...................................................................75

6. Magiczna kuchnia......................................................................91

7. Mistrz Snu.................................................................................103

8. Seks: demon z piekła rodem.....................................................114

9. Patrząc oczyma Miłości...........................................................127

10. Uzdrawianie emocji................................................................141

12. Bóg w tobie.............................................................................158

Modlitwy medytacyjne................................................................173


Moim Rodzicom, dzieciom, rodzeństwu i całej

pozostałej rodzinie, z którą łączy mnie nie tylko

miłość, ale również więzy krwi i wspólni przodkowie.

Mojej duchowej rodzinie, z którą związały mnie

nasze decyzje stworzenia wspólnoty opartej na Miłości bezwarunkowej i jej doskonaleniu, oraz

na wzajemnym szacunku.

I całej mojej ludzkiej rodzinie, tym wszystkim,

których umysły są płodną glebą dla ziaren Miłości

zawartych w tej książce. Niech wykiełkują

i rozkwitną w Waszym życiu.

Podziękowania

Pragnę wyrazić swoją wdzięczność Janet Mills, która z matczyną troską nadała formę tej książce, nie szczę­dząc miłości i poświęcenia. Chciałbym również podziękować wszystkim tym, którzy ofiarowali swój czas i miłość, by mogła ona powstać.

Wreszcie chciałbym podziękować Stwórcy za na­tchnienie i piękno, które tchnęły w tę książkę Życie.

Toltekowie


tysiące lat temu tolteków określano w całym południowym Meksyku mianem „tych, co wiedzą". Antropologowie klasyfikują Tolteków jako lud lub rasę. W rzeczywistości byli oni uczonymi i artystami, którzy kierowali społeczeństwem ku poznaniu i pie­lęgnowaniu prastarej wiedzy duchowej oraz praktyk z nią związanych. Mistrzowie (nagualowie) i ucznio­wie przybywali do Teotihuacan, starożytnego miasta piramid na obrzeżach dzisiejszego Mexico City, gdzie, jak powiadano, „człowiek staje się Bogiem".

Przez setki lat nagualowie musieli kryć się ze swą wiedzą i przekazywać ją w tajemnicy, bowiem w okre­sie konkwisty niektórzy uczniowie niesamowicie nad­używali zdobytej mocy. Zaistniała konieczność ukry­cia wiedzy przed tymi, którzy nie byli przygotowani, by ją mądrze stosować oraz przed tymi, którzy mogli­by wykorzystać ją do swych własnych celów ze szkodą dla innych.

Na szczęście wiedza duchowa Tolteków przetrwała przekazywana z pokolenia na pokolenie przez różne linie genealogiczne nagualów. Chociaż pozostawała spowita mrokiem tajemnicy przez całe wieki, prasta­re proroctwa przepowiedziały nadejście czasów, kie­dy stanie się konieczne przywrócenie tej wiedzy lu­dziom. Teraz don Miguel Ruiz, nagual z linii Rycerzy Orła, gotów jest podzielić się z nami duchową wiedzą Tolteków.

Mądrość Tolteków czerpie z tego samego uniwer­salnego źródła prawdy, co inne tradycje świata. Nie jest religią, szanuje więc i docenia nauczanie wszyst­kich mistrzów duchowych, nauczających w rozmaitych tradycjach i czasach. Ponieważ ogarnia i zawiera w sobie ducha, najprościej można zdefiniować ją jako sposób życia, tym różniący się od innych, że najpeł­niej akceptuje szczęście i miłość.


Toltek jest artystą Miłości,

artystą Ducha,

kimś, kto tworzy każdą chwilę, każdą sekundę

najpiękniejszej sztuki -

Sztuki Snu.

Życie jest tylko marzeniem, snem,

i jeśli jesteśmy artystami,

zdołamy stworzyć nasze życie z Miłością,

a nasz sen stanie się dziełem sztuki.
Wprowadzenie
Mistrz
dawno, dawno temu mistrz przemawiał do tłumu, a jego przesłanie było tak piękne, że poruszało serca słowami przepełnionymi miłością. W tłumie znalazł się człowiek, który chłonął każde słowo nauczania Mistrza. Był biedny, ale miał wielkie serce. To, co usłyszał, wywarło na nim takie wrażenie, że poczuł głęboką potrzebę zaproszenia Mistrza do swego domu. Kiedy Mistrz skończył, człowiek przecisnął się przez tłum, spojrzał w oczy Mistrza i rzekł: „Wiem, że je­steś zajęty i że każdy chce, abyś zwrócił na niego uwagę. Wiem, że ledwie masz czas, aby mnie wysłuchać, ale moje serce otwarło się tak szeroko i wypełniło się taką miłością do ciebie, że pragnę cię zaprosić do swego domu i ugościć najlepiej jak mogę. Nie ocze­kuję, że się zgodzisz. Chciałem tylko, abyś o tym wie­dział".

Mistrz spojrzał mu w oczy i odparł z czarującym uśmiechem: „A więc przygotuj się. Odwiedzę cię". I odszedł.

Na te słowa serce człowieka zalała fala radości. Nie mógł się doczekać, by usłużyć Mistrzowi, wyrażając w ten sposób swą najszczerszą miłość. To był najważ­niejszy dzień w jego życiu, wszak miał go odwiedzić sam Mistrz! Kupił najlepsze jedzenie i wino, znalazł najpiękniejszy strój, by dać Mu go w prezencie, po czym przygotował cały dom na przybycie Mistrza. Wysprzątał mieszkanie, przygotował świetny posiłek, udekorował stół. Jego serce przepełniała radość na myśl o przybyciu Mistrza.

Człowiek oczekiwał z niepokojem, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Otworzył w pośpiechu, ale zamiast Mistrza na progu stała stara kobieta. Spojrzała mu w oczy i powiedziała: „Umieram z głodu. Czy mógł­byś dać mi kawałek chleba?"

Gospodarz był trochę rozczarowany, ponieważ to nie był jego Mistrz, ale spojrzał na kobietę i rzekł: „Proszę, wejdź do mego domu". Posadził ją na miejscu, które przygotował dla Mistrza, i dał jej przygotowane dla Niego jedzenie. Bardzo się jednak niecier­pliwił i z trudem doczekał, aż skończy posiłek. Ko­bieta, wzruszona szczodrością, jaka ją spotkała, po­dziękowała i wyszła.

Ledwie człowiek zdążył na nowo przygotować dom na przybycie Mistrza, gdy ktoś zapukał do drzwi. Tym razem był to jakiś obcy, który wędrował przez pusty­nię. Wędrowiec spojrzał na gospodarza i powiedział: „Jestem spragniony. Czy mógłbyś dać mi coś do picia?"

Człowiek znowu poczuł rozczarowanie, że to nie Mistrz, zaprosił jednak nieznajomego do środka i po­sadził na miejscu przygotowanym dla Mistrza. Podał też wino, jakim miał zamiar uraczyć długo wyczekiwanego Gościa. Kiedy wędrowiec odszedł, gospodarz znowu przygotował się na jego przybycie.

I znowu rozległo się pukanie do drzwi. Kiedy czło­wiek je otworzył, zobaczył dziecko stojące na progu. Spojrzało na człowieka i powiedziało: „Umieram z zimna. Może dałbyś mi coś, bym mógł się okryć?"

Człowiek znów poczuł się zawiedziony, że to nie Mistrz, ale popatrzył w oczy dziecka i jego serce wy­pełniła miłość. Szybko sięgnął po ubranie przygoto­wane dla Mistrza i otulił nim dziecko. Dziecko po­dziękowało i odeszło.

Człowiek ponownie przygotował się na przyjście Mistrza i czekał, aż do późnej nocy. Kiedy zrozumiał, że Mistrz już nie przyjdzie, posmutniał, ale natych­miast Mu wybaczył. Powiedział sobie: „Wiedziałem, że nie mogę liczyć na przybycie Mistrza do tego skromnego domu. Choć obiecał, że przyjdzie, mu­siało go zatrzymać coś znacznie ważniejszego. Mistrz nie przyszedł, ale przynajmniej powiedział, że przyj­dzie. To wystarczy memu sercu do szczęścia".

Spokojnie schował jedzenie, wino i poszedł spać. Tej nocy śnił, że Mistrz przyszedł do jego domu. Zo­baczywszy Go, człowiek uradował się, ale nie wiedział, że to tylko sen. „Mistrzu! Przyszedłeś, dotrzymałeś słowa!"

Mistrz odparł: „Tak. Jestem tutaj, ale byłem tu już znacznie wcześniej. Byłem głodny i ty mnie nakar­miłeś, byłem spragniony i ty mnie napoiłeś, byłem zmarznięty, a ty mnie odziałeś. Wszystko, co robisz dla innych, robisz dla mnie".

Człowiek obudził się, a całą jego duszę przepeł­niało szczęście, ponieważ zrozumiał, czego nauczył go Mistrz. Mistrz ukochał go tak bardzo, że posłał doń troje ludzi, by dali mu najważniejszą lekcję, tę mianowicie, że Mistrz żyje w każdym. Kiedy dajesz jedze­nie głodnemu, wodę spragnionemu i przyodziewasz zziębniętego, Jemu ofiarowujesz swoją miłość.
1. Zraniony umysł
MOŻLIWIE, ŻE NIGDY O TYM NIE POMYŚLAŁEŚ, ALE W KAŻDYM z nas w jakimś stopniu ukryty jest mistrz. Jesteśmy j mistrzami, bo mamy moc tworzenia i kierowania swo­im życiem.

Tak jak społeczeństwa i religie na całym świecie tworzą mitologie, tak my budujemy nasz własny świat wierzeń. Naszą prywatną mitologię zaludniają hero­si i złoczyńcy, aniołowie i demony, królowie i prosta­cy. Tworzymy w naszych umysłach całe światy, łącz- nie z licznymi postaciami reprezentującymi nas samych. Potem doskonalimy poszczególne wizerunki, którymi możemy posłużyć się w odpowiednich okolicznościach. Stajemy się mistrzami udawania i od­twarzania naszych wzorców, przez cały czas doskonaląc własny wizerunek siebie. Kiedy spotykamy innych ludzi, od razu klasyfikujemy ich i przydzielamy im określone role w naszym życiu. Tworzymy dla nich wzorce zgodne z tym, za co ich uważamy. Postępuje­my tak ze wszystkim i wszystkimi wokół nas.


Możliwie, że nigdy o tym nie pomyślałeś,

ale w każdym z nas w jakimś stopniu

ukryty jest mistrz. Jesteśmy mistrzami,

bo mamy moc tworzenia i kierowania

swoim życiem.
Ty także masz moc tworzenia. Twoja moc jest tak wielka, że wszystko, w co wierzysz, potwierdza się. Tworzysz siebie, kimkolwiek byś był, a raczej wierzył, że jesteś. Jesteś, jaki jesteś, ponieważ wierzysz, że taki właśnie jesteś. Rzeczywistość, w której żyjesz, wszyst­ko, w co wierzysz, jest wyłącznie wytworem twojego umysłu. Masz tę samą moc, co każdy inny człowiek na ziemi. Zasadnicza różnica pomiędzy tobą a kimś innym polega na sposobie, w jaki posługujesz się swo­ją mocą. Możesz pod wieloma względami przypominać innych, ale nikt w świecie nie przeżywa życia tak jak ty. Przez całe życie doskonaliłeś bycie tym, kim jesteś, tak bardzo się starałeś, że doprowadziłeś do perfekcji to, kim wedle własnych wierzeń jesteś. Szli­fujesz swoją osobowość, swoje wierzenia, wyobraże­nia, ćwiczysz każde działanie, każdą akcję i reakcję. Ćwiczysz to przez długie lata i osiągasz taki poziom mistrzostwa, że naprawdę jesteś już tym, czym wierzysz, że jesteś. Dopiero kiedy stwierdzimy, że wszyscy
Ty także masz moc tworzenia. Twoja

moc jest tak wielka, że wszystko, w co

wierzysz, potwierdza się. Tworzysz

siebie, kimkolwiek byś był, a raczej

wierzył, że jesteś.
są mistrzami, możemy zobaczyć, jakiego rodzaju mistrzami jesteśmy my sami.

Kiedy jako dzieci mamy jakiś problem, wpada­my w złość. Pomijając powody takiej reakcji, złość odsuwa zaistniały problem na bok. W ten sposób zyskaliśmy rezultat, jakiego pragnęliśmy. Jeśli sy­tuacja się powtarza, znów reagujemy złością, wie­dząc już, że złość uwolni nas od problemu. Będzie­my to ćwiczyć tak długo, aż staniemy się mistrzami złości.

W ten sam sposób stajemy się mistrzami zazdrości albo smutku, albo samoodrzucenia. Wszelkie nasze dramaty i cierpienia są wynikiem długotrwałych ćwi­czeń. Zawieramy sami ze sobą układ i szlifujemy go, aż przeistoczy się w prawdziwą sztukę. Nasz sposób myślenia, odczuwania i działania staje się taką rutyną, że nie musimy już zastanawiać się nad tym, co robimy. Wytrenowana zasada akcji i reakcji powoduje, że zachowujemy się w taki a nie inny sposób.

Aby stać się mistrzem miłości, musimy ćwiczyć się w niej nieustannie. Budowanie więzi międzyludzkich jest także sztuką, w której mistrzostwo osiąga się po­przez ćwiczenie. Doskonalenie więzi jest zatem aktyw­nym działaniem. Tu nie chodzi o jakieś koncepcje czy zdobywanie wiedzy. To naprawdę polega na tre­ningu. Oczywiście po to, żeby trenować, działać, po­trzebujemy pewnej wiedzy lub choćby odrobiny orien­tacji, co do sposobu działania ludzi.


*
Chciałbym, abyście sobie wyobrazili, że żyjecie na planecie, gdzie wszyscy cierpią na pewną chorobę skó­ry. Od dwóch czy trzech tysięcy lat ludzie na całej planecie mają tę samą przypadłość. Całe ciało nieszczęśników pokrywają rany, które łatwo ulegają za­każeniu i które bardzo bolą, gdy się ich dotyka. Oczywiście mieszkańcy planety wierzą, że taka jest fizjologia skóry. Nawet książki medyczne opi­sują tę chorobę jako coś normalnego. Kiedy ludzie się rodzą, ich skóra jest zdrowa, ale już w wieku trzech czy czterech lat zaczynają pojawiać się pierwsze rany. U nastolatków pokrywają już całe ciało.

Czy możesz sobie wyobrazić, jak ci ludzie będą trak­tować się nawzajem? Aby współistnieć z innymi, mu­szą chronić swoje rany. Starają się ich nie dotykać, ponieważ jest to bardzo bolesne. Jeśli niechcący dotkniesz



Aby stać się mistrzem miłości, musimy

ćwiczyć się w niej nieustannie.

Budowanie więzi międzyludzkich jest

także sztuką, w której mistrzostwo osiąga

się poprzez ćwiczenie. Doskonalenie więzi jest zatem aktywnym działaniem.
czyjejś skóry, sprawisz tej osobie taki ból, że natychmiast wpada w złość i dotyka cię tylko po to, by ci odpłacić pięknym za nadobne. Mimo to in­stynkt miłości jest tak silny, że mimo bólu pragniesz być z innymi.

A teraz wyobraź sobie, że pewnego dnia staje się cud. Budzisz się, a twoja skóra jest absolutnie zdrowa. Rany zniknęły, a dotyk już nie boli i staje się czymś wspaniałym, ponieważ skóra jest do niego stworzona. Czy możesz wyobrazić sobie siebie jako osobę ze zdrową skórą w świecie, gdzie wszyscy cierpią z po­wodu licznych ran? Nie możesz nikogo przytulić, po­nieważ sprawisz mu ból i ciebie też nikt nie dotknie, sądząc, że cię to zaboli.

Jeśli potrafisz to sobie wyobrazić, zrozumiesz, że mieszkaniec tej planety ma doświadczenia bardzo po­dobne do naszych. Z tą tylko różnicą, że to nie na­sza skóra pokryta jest ranami. Gość szybko odkrył­by, że to nasz umysł toczy choroba zwana lękiem. Ciało, a także dusza - nasze ciało emocjonalne - może cierpieć od głębokich ran zakażonych emocjo­nalną trucizną. Symptomami lęku są złość, niena­wiść, smutek, zawiść i hipokryzja, a więc rezultatem choroby są wszystkie emocje, które sprawiają, że czło­wiek cierpi.

Wszyscy cierpią na tę samą chorobę duszy. Prawdę powiedziawszy cały świat jest jednym wielkim szpitalem. Ale ponieważ chorujemy tak od tysięcy lat, wszystkie książki medyczne, psychiatryczne i psychologiczne opisują ją jako normę.

Kiedy lęk staje się zbyt wielki, umysł zaczyna zawo­dzić, ponieważ nie może już przeciwstawić się ogromowi zatrutych ran. Psychologia określa ów stan jako chorobę umysłową, taką jak: schizofrenia, paranoja, psychoza. Należy jednak zauważyć, że do podobnych zaburzeń dochodzi wtedy, kiedy umysł jest tak przerażony, a rany tak bolesne, że jedynym wyjściem jest zerwanie kontaktu z rzeczywistością..

Żyjemy w nieustannym lęku, że ktoś nas zrani. Re­lacje międzyludzkie są tak bolesne emocjonalnie, że bez wyraźnej przyczyny dopada nas złość, zazdrość, zawiść, smutek. Przerażające jest nawet wypowiedze­nie słów: „Kocham cię". Ale mimo że jest to strasz­ne i bolesne, stale wchodzimy w emocjonalne in­terakcje, układy, tworzymy więzi, pobieramy się i mamy dzieci.

Aby chronić swe emocjonalne skaleczenia i ze stra­chu, że ktoś nas dotknie, budujemy w swych umysłach coś niezwykle skomplikowanego: wielki sys­tem sprzeciwu i negacji. W ramach tego systemu stajemy się perfekcyjnymi kłamcami. Kłamiemy tak umiejętnie, że zaczynamy oszukiwać samych siebie i nawet głęboko wierzymy w swoje własne wymysły. Nawet nie zauważamy, że kłamiemy, a jeśli nawet o tym wiemy, chętnie usprawiedliwiamy i wybaczamy mijanie się z prawdą, byle tylko uniknąć bólu wywołanego otwartymi ranami.

System negacji i wypierania się jest niczym gęsta mgła przesłaniająca nam prawdę. Przywdziewamy spe­cjalną maskę stworzoną na użytek otoczenia, ponie­waż to boli - zobaczyć siebie takimi, jakimi jesteśmy, albo dopuścić, żeby inni ujrzeli nasze prawdziwe ob­licze. System ów pozwala udawać i zmusza innych,

aby widzieli nas takimi, za jakich chcemy uchodzić. Wznosimy te bariery, aby utrzymać innych w bezpiecznej odległości, ale równocześnie owe bariery zamyka­ją nas samych, ograniczając naszą swobodę. Ludzie osłaniają się, kryją, ochraniają i kiedy ktoś mówi: „Nie rań mnie!", rzadko należy rozumieć to dosłow­nie, zwykle chodzi mu o rany duszy, które bolą, gdy się ich dotyka.

Kiedy uświadomimy sobie, że wszyscy wokół nas są zranieni, łatwo zrozumiemy, na czym polegają relacje międzyludzkie, które Toltekowie określają pojęciem „snu o piekle". Według Tolteków wszystko, co myśli­my o sobie i wszystko, co wiemy o świecie, jest snem. We wszystkich religiach opisy piekła mają takie same cechy jak społeczeństwo, które daną religię wyznaje, są tożsame ze sposobem, w jaki śnimy. I wszędzie piekło jest miejscem cierpienia, strachu, miejscem wojny i przemocy, miejscem sądu a nie sprawiedli­wości, miejscem kary, która nigdy się nie kończy. Ludzie zwracają się przeciwko ludziom w dżungli dra­pieżników, są tam skazani, potępieni, winni, przepeł­nieni emocjonalną trucizną - zawiścią, złością, nie­nawiścią, smutkiem, cierpieniem. Tworzymy wizerun­ki tych uczuć w naszym umyśle, ponieważ nauczyli­śmy się śnić o piekle w naszym życiu.

Każdy z nas tworzy swój własny sen tylko dla sie­bie, ale poprzednie pokolenia stworzyły wielki zewnętrzny sen, sen ludzkiej społeczności. Zewnętrzny Sen, innymi słowy - Sen Planety - jest zbiorowym Snem miliardów śniących. Wielki Sen zawiera w so­bie wszelkie zasady współżycia społecznego, wszelkie prawa, religie, kultury i sposoby bycia. Wszystkie te informacje, zgromadzone w naszym umyśle, przypominają tysiące głosów mówiących równocześnie. Toltekowie nazywają to mitote.

My, prawdziwi, jesteśmy czystą miłością, jesteśmy Życiem. My, prawdziwi, nie mamy nic wspólnego ze Snem, ale mitote nie pozwala nam zobaczyć, jacy jesteśmy naprawdę. Jeśli popatrzymy na Sen z tego punktu wi­dzenia, mając przy tym świadomość, kim naprawdę je­steśmy, zrozumiemy, jak bezsensowne i śmieszne jest ludzkie zachowanie. To, co dla innych jest dramatem, dla ciebie w jednej chwili stanie się groteską. Zobaczysz ludzi zadręczających się rzeczami, które nie dość, że są nieważne, to na dodatek są nieprawdziwe. Niestety, nie mamy wyboru. Urodziliśmy się w tym społeczeństwie, wyrośliśmy w nim i nauczyliśmy się być takimi jak wszyscy, przez cały czas gramy w tę samą nonsensowną grę i współzawodniczymy o nonsensy.

Wyobraź sobie, że mógłbyś pobyć na planecie, któ­rej mieszkańcy mają zupełnie inny rodzaj ciała emocjo­nalnego. Ich relacje zawsze oznaczają szczęście, miłość, spokój. A teraz pomyśl, że pewnego dnia budzisz się z powrotem na naszej planecie, ale już wyleczony z ran.

Już się nie boisz być tym, kim jesteś. Cokolwiek by robili czy mówili inni, nie bierzesz tego do siebie i to nie boli. Nie musisz się już więcej bronić. Nie boisz się kochać, dzielić się uczuciami, otwierać serca. Jak czułbyś się z ludźmi emocjonalnie okaleczonymi i chorymi z lęku?


*
Kiedy człowiek się rodzi, jego ciało emocjonalne i umysł są zdrowe. Pierwsze rany pojawiają się w wieku trzech - czterech lat i wkrótce zostają zakażone emocjonalną
Małe dzieci wyrażają to, co czują i nie obawiają się miłości.
trucizną. Obserwując zachowanie dzieci młod­szych, dwu-, trzyletnich, zobaczymy, że przez cały czas się bawią, przez cały czas się śmieją. Ich wyobraźnia jest wszechpotężna, a sposób, w jaki śnią, jest poznaw­czą przygodą. Kiedy coś jest nie tak, reagują i bronią się, ale za moment ich uwaga znów skupia się na tym, co robią, na zabawie, na poznaniu, na radości. Żyją bieżącą chwilą, tu i teraz. Nie wstydzą się przeszłości, nie martwią się o przyszłość. Małe dzieci wyrażają to, co czują i nie obawiają się miłości.

Najszczęśliwsze momenty w naszym życiu są wtedy, gdy bawimy się jak dzieci, kiedy śpiewamy i tańczy­my, kiedy odkrywamy coś nowego i tworzymy po prostu dla zabawy. Wspaniale jest zachowywać się jak dziecko. Jako dzieci jesteśmy niewinni i wyrażanie miłości jest czymś naturalnym. Więc co się z nami stało? Co się stało z całym światem?

Kiedy jednak my jesteśmy dziećmi, dorośli mają już chory umysł i jest to niezwykle zaraźliwe.
Najszczęśliwsze momenty w naszym życiu

są wtedy, gdy bawimy się jak dzieci, kiedy

śpiewamy i tańczymy, kiedy odkrywamy

coś nowego i tworzymy po prostu dla zabawy.
Jak nam przekazują chorobę? Skupiają na sobie naszą uwagę i uczą nas być takimi jak oni. Oto, w jaki sposób przekazujemy naszą chorobę dzieciom i jak rodzice, nauczyciele, starsze rodzeństwo, całe społeczeństwo chorych zaraża nas swą dolegliwością. Przykuwają uwagę i bez przerwy wbijają nam swoje poglądy do głowy. W ten sposób uczymy siebie i innych. W ten sposób programujemy ludzki umysł.

Zło tkwi właśnie w programie, w informacjach, które gromadzimy w naszym umyśle. Zawładnąwszy uwagą, uczymy dzieci mówić, czytać, odpowiednio zachowy­wać się, śnić. Udomawiamy ludzi tak samo, jak udomawiamy psa i każde inne zwierzę: za pomocą kary i nagrody. To, co nazywamy edukacją, jest tylko udo­mowianiem istot ludzkich.

Boimy się kary, później boimy się także, że nie dostaniemy nagrody, nie będziemy wystarczająco dobrzy dla mamy i taty, rodzeństwa, nauczyciela. Po­trzeba akceptacji także jest wyuczona. Na początku nie obchodzi nas, czy jesteśmy akceptowani, czy nie. Opinie innych ludzi nie są ważne. Oni sami nie są
Wspaniale jest zachowywać się jak dziecko.

Jako dzieci jesteśmy niewinni i wyrażanie miłości jest czymś naturalnym.
ważni, ponieważ chcemy się tylko bawić i żyjemy tyl­ko w teraźniejszości.

Strach przed utratą nagrody przeradza się w lęk przed odrzuceniem. Obawa, że nie jest się wystarczająco dobrym dla kogoś innego, sprawia, że się zmie­niamy, że przybieramy jakąś postać, tworzymy wize­runek. I to wizerunek zgodny z cudzymi oczekiwania­mi, tylko po to, żeby zyskać akceptację, zasłużyć na nagrodę. Uczymy się udawać kogoś, kim nie jesteśmy, próbujemy nawet stać się kimś innym, tylko po to, żeby zadowolić tatę i mamę, nauczyciela czy kogokol­wiek innego. Ćwiczymy i doskonalimy umiejętność bycia kimś, kim nie jesteśmy.

Wkrótce zapominamy, kim naprawdę jesteśmy, i zaczynamy żyć życiem postaci zmyślonych przez nas samych. Tworzymy bowiem nie jeden, lecz wiele róż­nych wizerunków, pokazywanych w zależności od tego, z kim mamy do czynienia. Mamy jedną twarz dla domu, inną do szkoły, i w miarę tego, jak dorasta­my, mamy coraz więcej twarzy.

Dotyczy to także prostych, wydawałoby się, związ­ków między kobietą a mężczyzną. Kobieta ma zewnętrz­ny wizerunek, który stara się pokazywać innym, ale kiedy jest w domu, ma zupełnie inny wizerunek dla siebie samej. Także i mężczyzna ma zupełnie inne oblicze wewnątrz i na zewnątrz. W miarę dorastania twarz wewnętrzna i zewnętrza coraz bardziej różnią się od siebie. W relacji kobieta-mężczyzna znajdziemy ich co najmniej cztery. Więc jak się mogą poznać nawza­jem? Nie mogą. Mogą najwyżej próbować zrozumieć poszczególne maski. Tymczasem trzeba brać pod uwa­gę jeszcze wiele innych masek, wzorów i wyobrażeń.

Kiedy mężczyzna spotyka kobietę, tworzy jej wy­obrażenie zgodnie ze swoim punktem widzenia. Kobieta także tworzy wyobrażenie mężczyzny ze swojego punktu widzenia. Potem on stara się dopasować ją do wyobrażenia, jakie stworzył dla niej, a ona próbuje wcisnąć go w wyobrażenie, jakie stworzyła dla nie­go. Teraz pomiędzy nimi jest już sześć masek i wyobrażeń. Oczywiście okłamują się nawzajem, nawet jeśli nie wiedzą, że to robią. Ich związek jest oparty na strachu i kłamstwie. U jego podstaw nie leży praw­da, ponieważ nie są w stanie jej dostrzec poprzez całą mgłę sztucznie tworzonych wyobrażeń.

W okresie dzieciństwa nie ma konfliktu pomiędzy poszczególnymi maskami, jakie przybieramy. Nasze maski jeszcze nie służą osiąganiu jakichś rzeczywistych celów. Jest tak do czasu, aż wyjdziemy w świat spod opiekuńczych rodzicielskich skrzydeł. To dlatego właśnie nastolatkom jest szczególnie ciężko. Nawet jeśli są przygotowani do obstawania przy swoich wi­zerunkach i do obrony własnych masek, w momencie przedstawiania ich światu zewnętrznemu świat próbuje je utrącić. Świat zewnętrzny od razu zaczyna nam udo­wadniać, i to nie prywatnie, lecz na oczach wszyst­kich, że nie jesteśmy tymi, za kogo się podajemy.

Weźmy za przykład kilkunastoletniego chłopca, który uważa się za bardzo inteligentnego. Idzie na jakąś szkolną debatę, a tam ktoś, kto jest inteligent­niejszy od niego i lepiej przygotowany, zwycięża w dyskusji i na domiar złego wyśmiewa go publicz­nie. Chłopiec będzie próbował wytłumaczyć się, usprawiedliwić i obronić swój wizerunek w oczach kolegów. Będzie bardzo miły i grzeczny dla wszystkich, tylko po to, by uratować swój wizerunek w ich oczach, ale będzie wiedział, że kłamie. Oczywiście będzie się starał ze wszystkich sił, by nie załamać się przed kolegami, ale gdy tylko zostanie sam i spojrzy w lustro, potłucze je w drobny mak. Nienawidzi sie­bie; czuje się głupi, najgorszy, bezwartościowy. Po­wstaje ogromny rozdźwięk między jego wewnętrznym wizerunkiem a wizerunkiem, jaki stara się pokazać na zewnątrz. Im większa przepaść między nimi, tym trudniejsze przystosowanie się do społecznego Snu i tym mniej miłości dla siebie samego.

Przestrzeń między maską, jaką przyjmuje przed in­nymi, a wewnętrznym wizerunkiem wypełnia coraz więcej kłamstw. Oba wizerunki nie mają nic wspólne­go z rzeczywistością. Są fałszywe. Ale on tego nie do­strzega. Może ktoś inny potrafiłby to zobaczyć, lecz on nie potrafi spojrzeć na siebie z boku. Jego system negacji i wypierania się próbuje chronić rany. Nie­wiele to jednak daje, ponieważ system jest wymyślo­ny, a rany są prawdziwe. Chłopiec cierpi, ponieważ z całych sił broni swego wizerunku.

Kiedy jesteśmy dziećmi, uczymy się, że każda opinia, każdego człowieka jest dla nas bardzo ważna. Podporządkowujemy więc nasze życie tym opiniom i ocenom. Najprostsze wypowiedzi, słowa, które nie są nawet praw­dziwe: „Wyglądasz okropnie! Nie masz racji! Jesteś głu­pi!" mogą wpędzić nas w najgłębsze piekło rozpaczy.

Cudze zdanie ma zawsze ogromną moc nad bezsensem zachowań ludzi. Oto dlaczego tak bardzo potrzebuje­my słyszeć, że jesteśmy dobrzy, piękni, że postępujemy właściwie. Nieustannie pytamy: „Jak wyglądam? Jak za­brzmiało to, co powiedziałem? Jak się prezentuję?"

Potrzebujemy cudzych ocen i opinii, ponieważ jesteśmy udomowieni, ponieważ opinie te kierują nami, wprawiają nas w ruch. Dlatego właśnie tak bar­dzo pragniemy cudzego uznania, emocjonalnego wsparcia ze strony innych ludzi. Musimy czuć akceptację ze­wnętrznego Snu, akceptację, którą otrzymujemy za po­średnictwem innych. Dlatego właśnie nastolatki piją alkohol, biorą narkotyki, zaczynają palić. Tylko po to, żeby zyskać akceptację tych, którzy wyrażają te wszyst­kie opinie. Tylko po to, by powiedzieli, że jesteśmy „cool".

Bardzo wielu ludzi cierpi z powodu przybierania fałszywych wizerunków i masek, których zaciekle bro­nią. Każdy chce być bardzo ważny, a równocześnie wierzy, że jest niczym, zerem. Bierzemy udział w wyści­gu szczurów, by stać się kimś w społeczeństwie Snu, zyskać uznanie, aprobatę. Pracujemy do utraty tchu, żeby zostać zwycięzcą, stać się ważnym, potężnym, bogatym, sławnym, żeby móc przedstawić nasz własny sen i żeby narzucić ten sen ludziom wokół nas. Dla­czego? Dlatego że istoty ludzkie wierzą, iż Sen jest prawdziwy. Dlatego że traktujemy go poważnie.


2. Utrata niewinności
LUDZIE Z NATURY SĄ BARDZO WRAŻLIWI. JESTEŚMY TAK emocjonalni, ponieważ wszystko odbieramy poprzez na­sze emocje. Emocje są jak radio, które można nastroić na odbiór pewnych częstotliwości. Naturalną częstotli­wością istot ludzkich przed udomowieniem jest radość życia i chęć jego poznawania. Jesteśmy nastrojeni na mi­łość. Jako dzieci nie znamy definicji miłości jako pojęcia abstrakcyjnego. Po prostu kochamy, bo tacy jesteśmy.

W ciało emocjonalne wbudowany jest system alar­mowy, który powiadamia nas, gdy coś idzie źle. To

samo jest z ciałem fizycznym. Ma ono system alarmo­wy, który ostrzega, że coś się w nim psuje. Nazywamy to bólem. Ból oznacza, że coś złego dzieje się z na­szym ciałem, o które powinniśmy dbać. Systemem alarmowym dla emocji jest lęk. Jeśli się boimy, to znaczy, że coś jest nie tak - może nawet zagraża nam niebezpieczeństwo utraty życia.

Człowiek odbiera emocje nie za pośrednictwem wzroku, ale poprzez ciało emocjonalne. Dzieci po prostu odczuwają emocje, a ich świeży umysł ani ich nie interpretuje, ani nie podważa. To dlatego dzieci


Jako dzieci nie znamy definicji miłości

jako pojęcia abstrakcyjnego. Po prostu

kochamy, bo tacy jesteśmy.
akceptują pewnych ludzi i odrzucają innych. Kiedy nie są kogoś pewne, odrzucają go, ponieważ wyczu­wają emocje, które ta osoba wysyła. Dzieci łatwo od­gadują, że ktoś jest zdenerwowany, zły. System alar­mowy dziecka wytwarza pewną dozę lęku, który ostrze­ga: „Nie zbliżaj się!" - dzieci poddają się temu in­stynktowi i nie podchodzą.

Uczymy się emocji zgodnie z atmosferą panującą w naszym domu i naszymi indywidualnymi reakcja­mi. Dlatego brat i siostra wychowani w tym samym domu reagują różnie. Każde z nich inaczej uczy się bronić i przystosowywać do najprzeróżniejszych sy­tuacji. Kiedy nasi rodzice nieustannie walczą, kiedy w domu panuje dysharmonia, brak szacunku i kłam­stwo, uczymy się emocjonalnych sposobów upodob­niania się do nich. Nawet jeśli mówią nam, żeby ich nie naśladować i nie kłamać, emocjonalna energia naszych rodziców, całej naszej rodziny, zmusza nas do odbierania świata w bardzo podobny sposób Energia emocjonalna, jaka panuje w rodzinie, na­straja nasze emocje na swoją częstotliwość. Emocje stopniowo zmieniają ton i nie jest to już ton nor­malny dla człowieka. Zaczynamy bawić się w gry dorosłych, gry zewnętrznego Snu i w końcu przegry­wamy. Przegrywamy, bezpowrotnie tracąc niewin­ność, wolność, szczęście i zdolność do miłości. Zmuszono nas, żebyśmy się zmienili, i teraz zaczę­liśmy widzieć inny świat, inną rzeczywistość: rzeczy­wistość niesprawiedliwości, emocjonalnego bólu i emocjonalnej trucizny. Witajcie w piekle! - pie­kle, które ludzie tworzą sami dla siebie, które jest Snem Planety. Wchodzimy do tego piekła, choć nie jest to nasz osobisty wynalazek. Istniało długo przed naszymi narodzinami.

Obserwując dzieci, zobaczymy, w jaki sposób ule­ga zniszczeniu prawdziwa miłość i wolność. Wyobraź­my sobie dwu- lub trzyletnie dziecko bawiące się i biegające po parku. Jest przy nim mama. Bacznie obserwuje i boi się, aby dziecko nie upadło i nie zrobiło sobie krzywdy. W pewnym momencie chce je powstrzymać, a dziecko myśli, że mama się z nim bawi. Ucieka więc od niej jeszcze szybciej. Po ulicy przylegającej do parku mkną samochody, co wpra­wia matkę w jeszcze większe przerażenie. W końcu łapie dziecko. Ono spodziewa się, że matka będzie się z nim bawić, a tymczasem dostaje klapsa. To jest szok. Szczęście dziecka było wyrazem miłości płyną­cej z jego wnętrza. Nie rozumie, dlaczego matka tak zareagowała. W ten sposób krok po kroku niszczo­na jest w nim miłość. Dziecko nie zna słów, ale i tak całym sobą pyta pełne wyrzutu - „Dlaczego?"

Bieganie, zabawa, są wyrazami miłości. Miłość prze­staje jednak być bezpieczna, przecież rodzice karzą cię, kiedy ją wyrażasz. Stawiają cię do kąta, zabraniają robić to, na co miałbyś ochotę. Mówią ci, że jesteś złym chłopcem albo niegrzeczną dziewczynką... to jest przygnębiające, to jest kara.

W systemie nagród i kar istnieje poczucie spra­wiedliwości i niesprawiedliwości, tego, co jest w porządku i tego, co w porządku nie jest. Poczucie nie­sprawiedliwości jest jak nóż, który zadaje emocjonal­ne rany, a ranę może jeszcze dodatkowo zakazić emo­cjonalna trucizna. Dlaczego tak się dzieje? Popatrzmy na inny przykład.

Wyobraź sobie, że masz dwa lub trzy lata. Jesteś szczęśliwy, bawisz się, odkrywasz świat. Nie jesteś świa­dom tego, co dobre, a co złe, co jest słuszne, co na­leży robić, dlatego że jeszcze nie zostałeś udomowiony. Bawisz się w pokoju wszystkim, co cię otacza. Nie masz żadnych złych zamiarów, nie próbujesz niczego popsuć, ale bawisz się gitarą taty. Dla ciebie to za­bawka taka jak inne, absolutnie nie próbujesz zaszko­dzić ojcu ani go zranić. Ale tata ma jeden z tych dni, kiedy jest poirytowany. Ma problemy w firmie. Wcho­dzi do pokoju i widzi, że bawisz się jego rzeczami! Natychmiast wybucha, chwyta cię i spuszcza lanie.

Z twojego punktu widzenia jest to niesprawiedli­wość. To on przyszedł zdenerwowany, wyładował na tobie złość, zranił. Był kimś, komu bezgranicznie ufa­łeś. Przecież jest twoim ojcem, kimś, kto zazwyczaj cię broni, pozwala ci się bawić i pozwala być sobą. Teraz stało się coś niepojętego. Poczucie niespra­wiedliwości jest jak ból serca. Zostałeś dotknięty, to boli, sprawia, że płaczesz. Płaczesz nie dlatego, że dostałeś klapsa. Nie chodzi o przemoc fizyczną, nie to cię zraniło, przemoc emocjonalna jest, jak czujesz, niesprawiedliwa. Przecież ty nic nie zrobiłeś.

Poczucie krzywdy otwiera ranę w twoim umyśle. Twoje emocje zostały zranione i w tym momencie straciłeś jakąś cząstkę swej niewinności. Nauczyłeś się, że nie zawsze możesz ufać ojcu. Nawet jeśli twój umysł jeszcze tego nie wie, bo jeszcze nie potrafi analizo­wać, ale już rozumie. „Nie wolno mu ufać!" Twoje emocje mówią ci, że są sytuacje, kiedy nie wolno ufać, i mówią ci też, że to się może powtarzać.

Twoją reakcją może być lęk, złość, nieśmiałość lub po prostu płacz. Tak czy inaczej reakcja jest już emo­cjonalną trucizną, ponieważ normalną reakcją przed udomowieniem jest chęć odwetu - twój tata dał ci klapsa, a ty masz ochotę mu oddać. Oddajesz mu albo tylko podnosisz rękę, żeby to zrobić, a to spra­wia, że ojciec gniewa się na ciebie jeszcze bardziej. Większa złość oznacza większą karę. Teraz wiesz, że gotów jest cię skrzywdzić. Boisz się, ale już się nie bronisz, bo wiesz, że to tylko pogorszy twoją sytuację.

Wciąż nie rozumiesz dlaczego, ale wiesz, że twój ojciec zdolny jest do wszystkiego. To otwiera piekącą ranę. Przedtem twój umysł był absolutnie zdrowy, a ty byłeś niewinny i ufny. Potem rozważny umysł próbuje zrobić coś z tym doświadczeniem. Uczysz się re­agować w określony, twój własny, indywidualny spo­sób. Zatrzymujesz emocje w sobie, a to zmienia twój sposób życia. Teraz coraz częściej będą się powtarzać podobne doświadczenia - niesprawiedliwość ze stro­ny mamy, taty, braci, sióstr, wujków i ciotek, szkoły, społeczeństwa, każdego. Z każdym nowym lękiem uczysz się samoobrony, ale już nie takiej, jaką posługiwaleś się przed udomowieniem, kiedy umiałeś bro­nić się, nie przerywając zabawy.

Ponadto zranieniu towarzyszy coś, co z początku nie stanowi zbyt wielkiego problemu - emocjonalna trucizna. Z czasem kumuluje się i nasz umysł podej­muje z nią swoistą grę. Powoli zaczynamy bać się przyszłości, bo zachowaliśmy wspomnienie trucizny i nie chcemy, żeby to, co niemiłe, powtórzyło się.
Skupienie uwagi umożliwia przepływ energii z jednej osoby na drugą. Uwaga ma w umysłach ludzkich potężną moc.

Każdy jak świat długi i szeroki nieustannie próbuje zwrócić na siebie

uwagę i zainteresować innych. Zwrócenie czyjeś uwagi umożliwia budowę kanałów porozumienia.
Pamiętamy także akceptację, kiedy tata i mama byli dla nas dobrzy i żyliśmy w harmonii. Pragniemy harmonii, ale nie potrafimy jej stworzyć. Ponieważ żyjemy w świecie własnej percepcji, sądzimy, że wszystko, co dzieje się wokół nas, dzieje się przez nas. Wierzymy, że mama i tata walczą ze sobą z naszego powodu, na­wet jeśli nie ma to z nami nic wspólnego.

Z każdym dniem tracimy niewinność. Gromadzi­my urazy i już nie przebaczamy. Z czasem wszystkie najdrobniejsze nawet zdarzenia i ich konsekwencje uświadamiają nam, że nie jest bezpiecznie być kimś, kim jesteśmy naprawdę. Z każdym tak jest. Poszcze­gólni ludzie różnią się tylko intensywnością odczuć, która zależy od indywidualnej inteligencji, poziomu wykształcenia i wielu innych rzeczy. Jeśli masz szczę­ście, udomowienie nie jest zbyt silne. Ale jeśli masz pecha, udomowienie może być tak silne, a rany tak głębokie, że nawet nie będziesz miał odwagi mówić. Będziesz się tłumaczył: „Jestem nieśmiały", a tymcza­sem nieśmiałość jest lękiem przed otwartym wyraża­niem swojej osobowości. Możesz wierzyć, że nie po­trafisz tańczyć lub śpiewać, jednak wszystkie niemoż­ności biorą się z tłumienia normalnego ludzkiego instynktu okazywania miłości.


*
W procesie udomowiania innych ludzie posługu­ją się strachem. Równocześnie nasz lęk rośnie z każdą przeżytą niesprawiedliwością. Poczucie doznanej krzywdy jest nożem, który otwiera rany w naszych emo­cjach. Natomiast emocjonalna trucizna powstaje w wyniku reakcji na to, co uważamy za niesprawiedliwość. Niektóre rany się goją, inne zostają zakażone coraz większą dawką trucizny. Skoro już przepełnia nas emocjonalna toksyna, pojawia się potrzeba po­zbycia się jakiejś jej części. Uwalniamy się, przekazu­jąc ją komuś innemu. Jak to robimy? Przykuwając uwagę wybranej osoby.

Weźmy za przykład zwyczajną parę. Z jakiegoś po­wodu, nieważne jakiego, żona jest zirytowana. Zebra­ło się w niej mnóstwo żalu wywołanego niesprawiedli­wością ze strony męża. Męża nie ma w domu, ale ona pamięta tę niesprawiedliwość, a trucizna wewnątrz niej buzuje coraz mocniej. Kiedy mąż wraca do domu, pierwszą rzeczą, jaką chce zrobić żona, jest przyciągnię­cie jego uwagi, wtedy bowiem zdoła przelać na niego całą truciznę, a sama poczuje ulgę. W chwili, kiedy mu powie, jaki jest zły, głupi czy nielojalny, część za­truwającego ją żalu zostanie przekazana mężowi.

Będzie mówić i mówić, aż zawładnie jego uwagą. W końcu mąż zareaguje, to znaczy też wpadnie w złość, a ona na chwilę poczuje się lepiej. Teraz jed­nak trucizna wylewa się z niego i on także chce wy­równać rachunki. Musi skupić na sobie jej uwagę, aby pozbyć się swojej części trucizny. Tym razem jednak jest to już suma wzajemnych oskarżeń i żalów. Patrząc na ich zachowanie, ich relacje, zobaczymy, że zadają sobie rany nawzajem, obrzucają się emocjonalną tru­cizną. Urazy gromadzą się, rosną pod ciśnieniem, aż pewnego dnia jedno z nich eksploduje. Tak w bardzo wielu wypadkach wygląda związek dwojga ludzi.

Skupienie uwagi umożliwia przepływ energii z jed­nej osoby na drugą. Uwaga ma w umysłach ludzkich potężną moc. Każdy jak świat długi i szeroki nieustan­nie próbuje zwrócić na siebie uwagę i zainteresować innych. Zwrócenie czyjejś uwagi umożliwia budowę kanałów porozumienia. Tą drogą przekazujemy Sen, władzę, moc. l niestety również truciznę.

Zazwyczaj dajemy upust żalowi wobec osób, które, jak nam się wydaje, skrzywdziły nas. Jednak kiedy osoba jest zbyt potężna, by można było przelać na nią swój żal, zatruwamy nim kogokolwiek, często sła­bych i małych, którzy nie mogą się przed nami obro­nić. W ten sposób powstają i rozwijają się toksyczne związki. Ludzie silni przepompowują swoją złość w słabszych, ponieważ muszą wyzbyć się swej emocjonalnej trucizny. Musimy uwolnić się od niej i czasa­mi wcale już nie szukamy sprawiedliwości. Chcemy tylko ulgi i spokoju. Dlatego właśnie ludzie przez cały czas pragną władzy, ponieważ im więcej władzy, tym łatwiej obarczyć swoją trucizną kogoś, kto nie może się przed nami obronić.

Oczywiście mówimy o stosunkach panujących w piekle. Mówimy o chorobie umysłu, jaka dotknęła tę planetę. Nie można nikogo winić za tę chorobę. Jej objawy same w sobie nie są ani dobre, ani złe, ani słuszne, ani fałszywe. Są po prostu patologią. Nikt nie jest winny swej napastliwości. Tak jak ludzie na tamtej wymyślonej planecie nie zawinili, że ich skóra dotknięta jest chorobą, tak my nie jesteśmy winni, że mamy rany zakażone trucizną. Żaden człowiek nie robi sobie wymówek z powodu dolegliwości fizycz­nych i nie czuje się winny, że jest chory. Dlaczego więc mielibyśmy się czuć winni, kiedy chorują nasze emocje?

Ważne jest nie poczucie winy, lecz świadomość ist­nienia choroby. Tylko kiedy ma się taką świadomość, można liczyć na uzdrowienie emocjonalnego ciała, na powstrzymanie cierpienia. Bez świadomości jesteś bezsilny. Nic się nie da zrobić, można tylko nadal cierpieć w kontaktach z innymi ludźmi, i co gorsza w kontaktach z samym sobą. Szarpiemy bowiem tak­że własne rany, chyba z potrzeby kary.



  1   2   3   4   5   6   7


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna