Pierwsze promienie słońca delikatnie muskały zmarzniętą ziemię. Obdarte ze swych płaszczy drzewa, ospale kołysały się na jesiennym wietrze, nucąc cichą pieśń rozchodzącą się echem po wciąż zamglonych dolinach



Pobieranie 288,27 Kb.
Strona4/5
Data24.02.2019
Rozmiar288,27 Kb.
1   2   3   4   5

  • Wyjdź na szczyt wulkanu i dowiedz się, dlaczego demony tak bardzo strzegą tego miejsca - rozpoczął, zdejmując kaptur z głowy. – Ja postaram się, aby nikt ci nie przeszkadzał. Każda minuta jest ważna - dodał, odwracając się w kierunku jaskini.

Midas błyskawicznie zrozumiał przekaz swojego kapitana. Odskoczył na kilka metrów w lewo, po czym z największą możliwą dla siebie szybkością pognał w kierunku obsydianowego zbocza. Kilka rogatych istot natychmiast rzuciło się w jego kierunku, otwierając szeroko wypełnione zębiskami paszcze. Jednak droga między nimi, a wspinającym się na górę złotowłosym chłopakiem została w mgnieniu oka zablokowana przez kłąb gęstej mgły. Gdy tylko pierwsze demony bez namysłu spróbowały przez niego przejść, ich czerwona skóra zaczęła momentalnie odchodzić od ciała, odsłaniając różowe fragmenty mięśni i ścięgien. Po kilku sekundach każdy, kto przekroczył barierę padał na pokrytą popiołem ziemię, odsłaniając większą część swojego szkieletu. Spoglądający na ustawiające się przed jaskinią dziesiątki wrogów Justicar, uśmiechnął się obnażając przy tym wszystkie białe zęby.

  • Kto jeszcze ma ochotę na kąpiel w kwasie? - wycedził dość głośno, podchodząc powoli do obserwujących go demonów.

Okrążali go z każdej strony, starając się odciąć mu drogę ucieczki. Na ich nieszczęście, Justicar nie miał jednak zamiaru wycofywać się z pola bitwy. Liczba przeciwników przekroczyła już setkę a ich posiłkom nie było końca. Stojący spokojnie mężczyzna ubrany w purpurę, wyciągnął jedną dłnoń przed siebię, zewnętrzną stroną zwracając ją w kierunku wrogów. Czekał. W końcu, pierwsi z otaczającego go kręgu nieprzyjaciół rzucili się w jego kierunku. Broń zastępowały im ostre jak brzytwy pazury, znajdujące się na zakończeniu każdego palca. Gdy tylko kilku dotarło na odległość dzielącą ich od Justicara o nie więcej niż metr, ten zwinął wyciągniętą dłoń w pięść, wypuszcającą z siebie kłęby pary.

  • Pluvia Nebula - szepnął do siebie, otwierając dłoń. Z jej wnętrza, w każdą stronę świata wystrzelił snop dymu, który łącząc się z innymi sprawiał wrażenie opadającej mgły.

Cały obszar kilkudziesięciu metrów pokryty został grubym, mlecznobiałym kocem. Błądzące pośród obłoków oddziały, nie mogły znaleźć celu swojej zasadzki. Chodziły jedynie bezwiednie, rozglądając się dookoła, jendak bez skutku. Spiryt Justicara nie był tak potężny jak narzędzia duszy innych członków ekspedycji, jednak miał też swoje zalety. Jako jedyny z nich wszystkich nie wymagał żadnej bazy, więc mógł być używany bez spełniania określonych warunków aktywacji. Nie posiadał także określonej formy, a przybierając kształt obłoku mgły, mógł łatwo dostać się w każdy zakamarek. Prócz zachowania właściwości prawdziwego zjawiska zachodzącego w przyrodzie, magiczna mgiełka pełniła rolę pewnego rodzaju przekaźnika. Wszystkie zaklęcia Justicara, które zostały użyte w jej wnętrzu, rozporowadzane były na wszystko, co znajdowało się w jej zasięgu. W ten sposób, walka z dużą ilością słabszych przeciwników mogła minąć szybko i to bez ponoszenia dużych strat energii. Nie minęło dużo czasu, nim obłok rozrzedził się na tyle, by widoczne było dzieło zniszczenia znajdujące się w jego wnętrzu. Cała obsydianowa posadzka pokryta była trupami spalonych za pomocą kwasowej chmury demonów. Na środku pobojowska stał nietknięty Justicar, wciąż unoszący lekko jedną rękę przed siebie. Schował ją do kieszeni swojego płaszcza, a chwilę potem w ciszy skierował się w stronę wejścia do jaskini. Zatrzymał się jednak po przebyciu połowy dystansu, po czym instynktownie odskoczył w górę. Pokryte popiołem podłoże, dosłownie eksplodowało, rozrzucając wokół odłamki obsydianu. Część z nich poszybowała wystarczająco wysoko, by wbić się w zasłaniającego się obiema rękami Justicara. Wylądował kilka metrów za powstałą w wyniku eksplozji dziurze. Odwrócił się. Kilkanaście metrów od niego, stała humanoidalna postać ubrana w ciężki, stalowy pancerz. Był od jednak tak dobrze wymierzony, że pokrywał każdy centymetr jej ciała, pokazując każde żebro i umięśnioną klatkę piersiową. Jedynym elementem uzbrojenia, który odstawał od reszty, był hełm zdobiony dwoma długimi na pół metra, zakrzywionymi rogami wystającymi z jego centralnej części. Nie sposób było stwierdzić, czy były one prawdziwą częścią skrywającej się pod hełmem czaszki czy jedynie przymocowanym do nakrycia głowy trofeum. Część chroniąca twarz, była złożona z dwóch zakończonych ostro, ułożonych pod tym samym kątem płyt, między którymi przestrzeń wypełniona była bardzo cienkim obsydianem. Mimo iż postać miała mniej niż dwa metry wzrostu, co dla demona było raczej rzadkością, bogate zdobienia precyzyjnie wykonanej zbroi świadczyły, że jest to ktoś o wiele od nich ważniejszy. Był także wystarczająco sprytny, by nie dać zamknąć się wewnątrz kwasowej chmury, i przystąpić do ataku, dopiero gdy Justicar dezaktywował swój Spiryt. Nowy przeciwnik przykucnął, dotknął ziemi otwartą, stalową rękawicą. Po ziemi jak wąż zaczął wić się strumień bladobłękitnego światła, podążając w kierunku mężczyzny w purpurze. Justicar odskoczył w tył, wykonując przy okazji machnięcie prawą dłonią. Imitując ruchy jego ręki, strumień rozproszonej dookoła mgły zebrał się w jednym punkcie, tworząc ścianę oddzielającą go teraz od przeciwnika. W miejscu, gdzie niebieska linia zetknęła się z magiczną mgłą, doszło do kolejnej eksplozji. Jej podmuch był tak silny, że fala powietrza rozrzedziła mleczną ścianę. Ponieważ Spiryt Justicara zachowywał się do pewnego zakresu jak zwyczajna mgła, wszelkie zmiany atmosferyczne, w tym nawet najlżejsze podmuchy wiatru, były w stanie osłabić jego moc. Szarowłosy nie zamierzał jednak czekać na kolejny atak przeciwnika. Pochylił się lekko, po czym wystrzelił przed siebie z obiema rękami ułożonymi prosto za plecami. Po kilku metrach z jego otwartych dłoni zaczęły wydobywać się smuki rzadkiej, niemal przeźroczystej mgły. Przygotowując się na natarcie swojego przeciwnika, osoba w pełnej zbroi, wciąż pochylona nisko nad ziemią, przyłożyła do niej drugą rękę. Błękitne światło wydobywające się spod stalowych rękawic, sygnalizowało użycie jakiegoś rodzaju zaklęcia. Gdy tylko Justicar znalazł się w strefie rażenia, osobnik uniósł obie dłonie w jego kierunku. Z nich, zaczęły wydobywać się najpierw niewielkie krople a za nimi strumienie wody pod ogromnym ciśnieniem, formujące się w jęzory. Jednak gdy tylko owe miotacze dotknęły osoby w purpurze, dosłownie rozpłynęła się ona w powietrzu pozostawiając po sobie obłoczek mgły. Zdezorientowany wojownik odwrócił się w celu znalezienia swojego przeciwnika. Ku jego zaskoczeniu, odnalazł nie jedną, lecz dwie osoby wyglądające tak samo, jak Justicar. Skierował mieniące się niebieskim światłem dłonie w ich kierunkach. Po raz kolejny tnące strumienie wody wystrzeliły z wnętrza otwartych dłoni, trafiając oba cele, a te zamieniły się w mleczną mgłę formującą kolejne ludzkie sylwetki. Każda z nich dzieliła się na kolejne, zwiększając swoją przewagę liczebną. Znajdujący się przy wejściu do jaskini mężczyzna o szarych włosach, nie oglądając się za siebie wszedł do środka. Zatrzymał się jednak na chwilę, wciąż odwrócony tyłem do miotającego się wewnątrz mglistej chmury przeciwnika.

  • Gdybym użył kwasu, rozpuszczenie pancerza zajęłoby mi zbyt dużo czasu - rozpoczął spokojnie, szukając czegoś w kieszeni płaszcza. – Każdy musi jednak jakoś oddychać. Cała mgła, która cię otacza, jest nasycona silnie trującym siarkowodorem, który zgromadziłem z wulkanu podczas aktywacji mojego Spirytu – kontynuował, wyjmując z kieszeni krzesiwo i niewielki krzemień. – W tak dużych ilościach powoduje natychmiastową utratę zmysłu węchu oraz halucynacje. Ponadto, ma pewną ciekawą właściwość – dodał, pocierając rytmicznie oba przyrządy, w celu pozyskania iskry. – Jest gazem niezwykle łatwopalnym. Gdy tylko dokończył swoją wypowiedź, cała nagromadzona przed jaskinią mglista sfera, wydała z siebie sykliwy odgłos, a następnie strzelając w górę fragmentami obsydianu, pokryła się błękitnymi płomieniami.

Pozostawiając za sobą przeraźliwy wrzask i zapach palonych ciał, Justicar wszedł w głąb jaskini ogarniętej ciemnością.
*******
Próbując dostać się na wyższe partie wulkanu, Midas wspinał się, wskakując na oddzielone od siebie kilkumetrowymi przepaściami skalne półki. Musiał przy okazji wybierać te, które wydawały się wyrastać z solidnego podłoża. Spoglądając w górę, zauważył brzeg krateru otoczony wypełnionymi płynną magmą pęknięciami. Oddychając głęboko, spojrzał w dół, napotykając wzrokiem niewielki obszar wypełniony czymś w rodzaju płomieni błękitnego koloru. Nie potrafił tak jak Gatling ulepszyć swojego wzroku, więc nie był w stanie stwierdzić, kto jest jego twórcą. Ponieważ nie wyczuwał żadnego zagrożenia, postanowił kontynuować swoją misję, nie zaprzątając sobie tym głowy. W końcu znajdował się już ponad tysiąc metrów nad ziemią, a przez sam powrót nadkładałby sporo drogi. Od końca wspinaczki dzieliło go już tylko kilka minut. Zauważył, że im bliżej szczytu się znajduje, tym bardziej krystaliczny staje się obsydian, po którym się wspina. Gdy wreszcie dotarł na górę, spodziewał się ujrzeć rozległy krater po brzegi wypełniony lawą tak gorącą, że jedynie deteryt mógłby przetrwać w jej żałądku. Jednak jedyna magma, jaką ujrzał, była ta wydobywająca się bezpośrednio z brzegów wulkanu. Jego oczom ukazała się ogromnych rozmiarów kaldera, pozostałość po wielkim wybuchu rozsadzająca stożek wulkaniczny. Czarne, całkowicie skrystalizowane zapadlisko ciągnęło się po okręgu o kilometrowej średnicy. Jego wklęsłe ściany były jednak wystarczająco łagodne, by można było dostać się do centrum bez większego wysiłku. W samym środku obsydianowej posadzki, Midas był w stanie zauważyć coś na kształt dwóch sporej wielkości krystalicznych ramion, łączących się zarówno przy szczycie, jak i podstawie.

  • Nie wygląda mi to na bramę – szepnął do siebie. – Jest o wiele za mała, aby łączyć ze sobą dwa wymiary – dodał po chwili, rozglądając się po pustkowiu.

Znajdował się teraz na liczącej sobie kilka metrów krawędzi, która z niektórych pęknięć wylewała cienkie strumienie magmy zarówno na zewnątrz, jak i do środka kaldery. Nie myśląc wiele, skoczył przed siebie, po czym zaczął zsuwać się po wnętrzu obsydianowej misy. Im bliżej centrum się znajdował, tym wyraźniejszy stawał się kształ budowli. W istocie, portal był miniaturą tego, co Midas wyobrażał sobie jako bramę. Jednak każdy teleport gdzieś się zaczyna i kończy, więc i ten musi prowadzić do innego, być może odległego miejsca. Złotowłosy znajdował się już w odległości kilku metrów od konstrukcji. Dotknął portalu, zajrzał do środka. Pusto. Nic i nikt nie mogło skorzystać z portalu, ponieważ był on nieaktywny. Bohaterowi wydało się to dziwne, ponieważ jeszcze w trakcie podróży na szczyt wulkanu widział czerwoną łunę bijącą właśnie z tego miejsca. Mogło to oznaczać, że ktoś wyłączył go zaraz po przedostaniu się na drugą stronę. Midas schylił się a oba znaki na jego dłoniach zalśniły srebrnym kolorem. Nie wiedział, czy w okolicy znajduje się przeciwnik, ale jeśli ktoś niedawno korzystał z portalu, nie można było stwierdzić, po której stronie pozostał. Obrócił się instynktownie, nie opuszczając gardy. Nie znalazłszy nikogo, przykucnął, kładąc obie otwarte dłonie na czarnej skorupie.

  • Obsydian może i wygląda dziwnie, ale to wciąż przeobrażona skała - rzekł głośno, jakby spodziewał się odpowiedzi. - Jeśli w istocie ktoś się tu ukrywa, moja magia ziemi znajdzie go nawet gdyby był niewidzialny – dokończył, wciskając dłonie w posadzkę tak, że ciemne kryształy dookoła nich popękały pod wpływem użytej siły.

Cienkie linie srebrnego światła wystrzeliły w dłoni chłopaka, pełznąc po otaczającej go posadzce. Ich zadaniem było badać obszar kilkudziesięciu metrów, lecz Midas wzdrygnął się w niemal tej samej sekundzie, w której aktywował swoje zaklęcie. W istocie znalazł ukrytego wroga, ale na jakikolwiek unik było już zbyt późno. Nowy przeciwnik znajdował się bowiem nie w przewidzianym przez niego zasięgu, lecz centralnie pod nim. Dwie wielkie jak u niedźwiedzia łapska wystrzeliły spod obsydianowej posadzki, chwytając obie ręce Midasa i uniemożliwiając mu zarówno ucieczkę, jak i kontraatak za pomocą zaklęcia. Nie tracąc zimnej krwi, oderwał delikatnie nogi od podłoża, po czym z całej siły wbił je w miejsce, gdzie powinna znajdować się głowa potwora. Cała posadzka w okolicy kilku metrów została rozerwana na kawałki, odsłaniając przeciwnika w całej okazałości. Bez wątpienia był postury demona, ale wyróżniał się od nich kilkoma szczegółami. Sama zbroja, która pokrywała większość jego ciała, była o wiele większa niż on sam, przez co w niektórych miejscach zwisała bezwładnie. Podobnie wyglądały stalowe rękawice oraz wciąż zagrzebane do połowy w obsydianie nagolenniki. Sam hełm pokrywał jedynie górną część jego głowy, zostawiając miejsce na rozdziawioną, szpiczastą paszczę pełną kłów. Prócz tego w miejscu, w którym powinny znajdować się oczy, pojawił się fragment rycerskiej przyłbicy, w którym otwory wypełnione zostały cienkim, obsydianowym szkłem. Całość wyglądała dość przerażająco, dodając do tego wyrastające z boków hełmu całkiem spore, baranie rogi. W każdym miejscu z wyjątkiem dolnej części twarzy, nieosłoniętej przez żaden rodzaj pancerza, skóra pokryta była czymś w rodzaju cienkiej kolczugi. Midasa nie zdziwił jednak sam wygląd nowego przeciwnika, a fakt, że jego atak nie zostawił na jego hełmie nawet najmniejszej rysy. Przeciwnik powoli wygrzebał się z posadzki, wstał i wyprostował się. Był tak wysoki, że wciąż trzymając obie dłonie przed sobą, spętany nimi Midas nie był w stanie doktnąć stopami podłoża. Rzędy kłów ułożyły się w coś na kształt uśmiechu. Potwór puścił na chwilę swoją zdobycz, w mgnieniu oka skulił rękawicę pod ramieniem, po czym z całej siły wystrzelił nią, godząc Midasa w splot słoneczny. Jak torpeda złotowłosy chłopak poszybował kilkanaście metrów w tył, dokonując przy okazji kilku przewrotów przy zetknięciu z ziemią. Gdy tylko przestał turlać się po obsydianowej posadzce, wstał podpierając się prawą ręką, a drugą trzymając się za brzuch. Odkaszlnął krwią, wydając z siebie sykliwy dzwięk. Spojrzał na przeciwnika z byka, po czym przyjął pochyloną postawę do walki. Obie dłonie zalśniły na chwilę srebrnym światłem a samo ich machnięcie spowodowało, że obsydian znajdujący się dookoła chłopaka zaczął formować się w kolce podobne do stalagmitów. Gdy tylko palec wskazujący prawej ręki obrał swój cel, w mgnieniu oka wszystkie przytwierdzone do podłoża igły pomknęły w stronę stojącego kilkanaście metrów dalej przeciwnika. Odgłosy trzasku towarzyszące zetknięciu zaklęcia ze stalową zbroją sygnalizowały, że nie udało mu się uchylić przed atakiem. Niecałą sekundę później, z tumanu kurzu i popiołu wyłonił się pędzący w stronę Midasa demon. Fragmenty obsydianu wciąż wbijały się w złączenia jego pancerza, ale na jego cielsku nie było widać nawet najmniejszej rany. Zamachnął się przed sobą, niemal chwytając odskakującego w tył chłopaka. Mimo swojej siły i wytrzymałości, potwór wciąż nie dorównywał mu pod względem szybkości. Midas z wciąż poważnym wyrazem twarzy, prawą ręką starł z czoła ociekającą strużkę krwi. Wyprostował się, po czym wyciągnął jedną rękę przed siebie.

  • Nola Terra - wyszeptał, a z wnętrza jego dłoni zaczęły wychodzić srebrne kryształy, formujące się w coś na kształt rękojeści. Z niej wychodziło długie na półtora metra ostrze jednoręcznego miecza, które zarówno przy swoim początku, jak i na czubku ostrza, formowało kształt sześcioramiennej gwiazdy. Po chwili odłamki spoiły się ze sobą tak dokładnie, że nie dało się odróżnić nowej broni od czystej i gładkiej, srebrnej klingi.

Demon zatrzymał się, zwinął obie wielkie dłonie w pięści. Nie czekając na jego odpowiedź, Midas skoczył przed siebie, trzymając swój nowy oręż nad głową. Zanim jeszcze postawił stopę na obsydianowej posadzce, ostrze ze świstem opadło przed jego przeciwnikiem. Ten złapał je jednak oburącz, wnętrzami swoich dłoni, bez większego wysiłku. Próbował wyrwać je w ten sposób z ręki chłopaka, ale jego plan zawiódł przez celnie wymierzony kopniak w żuchwę. Demon puścił miecz, cofnął się kilka kroków do tyłu, sycząc przeraźliwie. Odczuł, że uderzenie było o wiele silniejsze niż to, którego miał okazję skosztować na początku walki. Wykonując wielki zamach, wbił obie pięści w ziemię, powodując tym samym utworzenie się gęstego kożucha z popiołu. Midas odskoczył w bok, za wszelką cenę starając się uniknąć ewentualnego ograniczenia widoczności. Wielki kawał obsydianu wyłonił się z chmury, pędząc na lądującego właśnie na posadzce chłopaka. Ten, wyciągjąc w jego kierunku wolną dłoń, zatrzymał go w powietrzu. Trwał tak przez kilka chwil, po czym bezwładnie opadł na resztki tego, co zostało z gładkiej do niedawna misy kaldery. Po chwili resztki pyłów opadły. Ku zdzwiwieniu Midasa, nie udało mu się wypatrzeć wśród nich sporej sylwetki swojego przeciwnika. Wzdrygnął się, po czym podkoczył lekko w górę, w ostatniej chwili unikając wyłaniających się zpod ziemi łapsk. Wciąż będąc w powietrzu, uniósł wolną rękę w górę.

  • Ferrum Man! – syknął chłopak, a jego dłoń zajaśniała na srebrno.

W ułamku sekundy opadła z impetem, wbijając się w obsydianową posadzkę. Siła uderzenia była tak wielka, że znajdujący się niecały metr pod powierzchnią demon wbił się w nią jeszcze głębiej, a złotowłosy wyrzucony został wysoko w górę. Wszystkiemu towarzyszyły dźwięki pękających płatów kaldery, w których szczelinach pojawiało się pomarańczowe światło.

  • Niedobrze - szepnął do siebie Midas. – Jeżeli nie skończę tego szybko, zniszczę całą górę, a razem z nią portal – dodał, lądując delikatnie na wciąż drgającej posadzce.

Kilkadziesiąt metrów dalej, kilka sporych fragmentów obsydianu zostało dosłownie wyplutych na powierzchnię. Spod nich wyłoniła się już dobrze znana bohaterowi postać demona. Szedł w kierunku chłopaka wyprostowany, odrywając z ciała strzępki kolczugi. Zatrzymał się około piętnastu metrów od niego.

  • Jam jest Omen, sługa chaosu – rozpoczął. Jego głos nie był głęboki, lecz było w nim coś tak nienaturalnego, że ten dźwięk możnaby porównać do wbijania w głowę tępego narzędzia. - Myślisz, że twój Spiryt jest w stanie przeciwstawić się naszej woli? – dodał, przełykając przy tym mieszankę śliny i krwi. - Są nas już setki tysięcy, a gdy wszyscy przejdą przez bramę, dokonamy inwazji na wasz plugawy świat – kontynuował, oddychając głęboko.

  • Próbujesz mnie zastraszyć? – szyderczo zapytał Midas, mierząc swoją srebrną klingą w stronę przeciwnika.

  • Nie, człowieku. Próbuję ci pokazać jak słaby jesteś w obliczu potęgi mojego pana - odparł demon, pochylając się lekko. - A teraz, posmakuj fragmentu jego mocy, którą mi podarował - rzekł uśmiechając się lekko, po czym bez zastanowienia wbił swoją prawą dłoń w klatkę piersiową.

Gęsty strumień krwi zaczął wypełniać szczeliny znajdującej się pod nim obsydianowej posadzki. Midas wyczuł gromadzenie się magicznej energii, więc instynktownie odskoczył w tył. Stojący naprzeciwko niego demon, skulony, wyciągnął pokrytą zakrzepłą krwią dłoń ze swojego ciała. Rana zaczęła wypełniać się karminowym blaskiem, a całe cielsko potwora drgało jak rażone błyskawicą. Pulsujące mięśnie powiększyły się, wypełniając do granic puste do tej pory przestrzenie w jego zbroi. Pancerz nie wisiał już bezwładnie, a dumnie zdobił mierzącą już niemal trzy metry osobliwość. Sycząc przeraźliwie, potwór pochylił się. Błyskawicznie pognał przed siebie, a każde miejsce, w którym postała jego stopa, uginało się i pękało pod jego ciężarem. Midas, ignorując przeciwnika, odwrócił się, po czym bez namysłu zaczął uciekać w stronę krawędzi kaldery. Nie mógł walczyć z Omenem wewnątrz niej, przez wzgląd na znajdujący się w centrum portal. Skoro wyszedł z niego taki potwór, po drugiej stronie bez wątpienia znajduje się coś ciekawego, być może nawet poszukiwana przez bohaterów brama. Gdy tylko złotowłosy dotarł do końca misy, skoczył w górę, unikając natarcia przeciwnika. Ten wbił się głęboko w krawędź, pokrywając swój pancerz plamami magmy. Ignorując ból i zapach palonej skóry, skoczył w górę, wyciągając przed siebie ogromne łapsko. Nie udało mu się jednak pochwycić swojego przeciwnika, ponieważ znajdował się od niego już zbyt daleko. Teraz oboje stali na liczącej kilka metrów krawędzi kaldery, w pozycji do walki.

  • W tym stanie jestem niezwyciężony! - rozpoczął demon, wystawiając rozwidlony, wężowy jęzor. - Bez magii światła nigdy nie będziesz w stanie mnie pokonać! – warknął, szykując się do skoku.

  • Ja może i nie. - spokojnie odrzekł złotowłosy, spoglądając na oddalone od nich o kilkanaście kilometrów wzniesienia.

Demon skoczył wysoko w górę, po czym jak meteor zaczął spadać w kierunku bohatera, rycząc przeraźliwie. Ten jednak ze skupioną twarzą, uchylił się przed przeciwnikiem w ostatniej chwili, mijając go jedynie o kilka centymetrów. Cielsko Omena wbiło się w krawędź wulkanu, rozrywając ją na kawałki. Cienkie do tej pory strużki magmy, zmieniły się w topiącą wszystko na swojej drodze rzekę, spływającą po zewnętrznej stronie stoku. Midas podniósł wolną rękę w górę. Jaskrawe, pomarańczowe światło lawy zdawało się kumulować w opuszkach palców jego dłoni. Po niecałej sekundzie, energia wystrzeliła wysoko w górę, by w ułamku sekundy wybuchnąć jak wypełniona prochem rakieta. Demon wygrzebał się ospale z fragmentów obsydianu, śledząc złotowłosego wzrokiem. Midas wyskoczył tak wysoko w górę, jak tylko mógł. Czas zdawał się zwolnić. Na horyzoncie pojawiło się kilka migających, białych światełek. Stawały się one jednak coraz większe, jak gdyby coś z ogromną szybkością zbliżało się do szczytu wulkanu. Powietrze dookoła stało się gęste, przez chwilę pulsowało rytmicznie. Stojący na krawędzi kaldery Omen, kątem oka zauważył zbliżające się pociski. Było już jednak zbyt późno, by uniknąć choćby jednego z nich. Widoczne z daleka światełka, były w istocie długimi na kilkadziesiąt metrów smugami białego światła, swoim wyglądem przypominające ostre jak brzytwy kły. Każda z nich, co najmniej dwa razy większa od Omena, z ogromną siłą wbiła się w jego klatkę piersiową. Strzępki pancerza błyskawicznie wyrwały się ze spajających je części. Nogi demona pod wpływem uderzenia ugięły się, a szkaradny uśmiech zastąpiony został przez grymas bólu. Każda widmowa strzała trafiała bezbłędnie, odrywając kawałki czerwonego ciała od korpusu potwora. Ostatnia z nich nie zdołała jednak zadać mu jakichkolwiek obrażeń, ponieważ przeszła na wylot przez niemal metrową dziurę, rozbijając się o obsydianową posadzkę. Czas ponownie powrócił do swojego naturalnego stanu. Demon upadł na kolana, jedną ręką dotknął otworu w swojej klatce piersiowej, po czym opadł na krawędź wulkanu twarzą skierowaną do ziemi. Midas wylądował bespiecznie, stał tak przez chwilę, wpatrując się w zwłoki swojego przeciwnika. Gdyby nie Clayton czujnie wypatrujący sygnału do ataku, wynik walki mógłby być zupełnie inny. Srebrna klinga zmieniła się na powrót w kryształy, które zdawały się wchodzić do wnętrza otwartej dłoni złotowłosego, a po chwili zniknęły zupełnie.Usiadł na obsydianowej krawędzi, podpierając się jedną ręką, drugą wyjmując z barku czarne odłamki. Trwał w tej pozycji przez kolejne kilka godzin.
*******
Gęste do tej pory chmury spowijające ziemie czarnego kontynentu rozrzedziły się na tyle, by jaskrawe promienie słońca ogrzały twarz spoglądającego w niebo Midasa. Obie jego pięści oraz bark były dobrze zabandażowane. Prócz tego, na jego czole widoczne było kilka plastrów, których kąty ociekały zakrzepłą krwią. Wciąż znajdował się na wulkanicznej krawędzi, a jego puste oczy błądziły tylko po wędrujących obłokach. Za nim, w okolicy centrum kaldery, dwie postacie rozmawiały ze sobą zawzięcie.

  • Co masz na myśli, mówiąc: "Jest nieaktywny"? – rozpoczął niskim tonem szarowłosy mężczyzna.

  • Bez odpowiedniego źródła energii nie zadziała – odparł kruczowłosy chłopak, opierający się o jedno z obsydianowych ramion portalu.

  • Byłem wewnątrz wulkanu, w środku znajduje się komora po brzegi wypełniona magmą - wtrącił Justicar. - Jeśli cokolwiek byłoby w stanie wygenerować odpowiednią ilość energii, to tylko ona - skończył ,wskazując palcem na popękane płaty kaldery.

  • Nawet jeśli, to portal wciąż aktywuje się tylko z drugiej strony - odparł Gatling, przyglądając się pustej przestrzeni wewnątrz konstrukcji. - Mógłbym odwrócić jego kierunek za pomocą Spirytu, ale wtedy nikt nie byłby w stanie wrócić.

  • W takim razie pójdę sam - przerwał mu mężczyzna w purpurze. - Wy możecie zostać tutaj i pilnować, by nikt mi nie przeszkadzał.

  • Chyba sobie kpisz - znajomy głos rozległ się kilka metrów od rozmawiających. Ubrany w lśniącą zbroję niebieskooki rycerz, podszedł do nich bliżej. - Nie dołączyłem do ekspedycji, by tylko obserwować.

  • Na naszą pomoc też możesz liczyć - dodał stojący za nim właściciel Estoca. Obok niego maszerował ubrany w kościany pancerz wojownik o kasztanowych włosach.

Gatling podszedł bliżej do portalu, dotknął obiema dłońmi jego ramion. Konstrukcja była wystarczająco duża, by przeszła przez nią istota wielkości demona. Dłonie kruczowłosego zalśniły bladym, metalicznym światłem. Jego Spiryt nie miał co prawda zbyt dużego zastosowania w walce, ale był niezwykle użyteczny. Każdy mechanizm, którego dotknie, zostaje na krótki czas ulepszony, a jego działanie zmienione, ponieważ ludzkie ciało także jest do pewnego stopnia mechanizmem, Gatling był w stanie przystosować się do niemal każdych warunków panujących na polu bitwy. Czerwone światło w postaci strumienia, skumulowało się w centrum portalu, tworząc coś na kształt wyrwy. Kruczowłosy cofnął się o kilka kroków.

  • Droga do tego miejsca pilnowana była przez strażników o wiele silniejszych niż zwyczajne demony. Było także kilku najemników z własnymi żywiołami, no i oczywiście ten olbrzym – rozpoczął, pokazując palcem leżące na wewnętrznym zboczu kaldery zwłoki Omena. - Chyba wszyscy wiemy, czego możemy spodziewać się po drugiej stronie – dodał, spoglądając na wciąż siedzącego na krawędzi Midasa.

Złotowłosy chłopak wstał, po czym odwracając się w stronę rozmawiających, skoczył w kalderę, lądując na jednym z większych odłamków obsydianowej posadzki. Wszyscy zebrali się dookoła portalu, przygotowując się na nadchodzące starcie. Przechodzili pojedynczo, nie kłócili się o kolejność. Gdy tylko ostatni z nich przeszedł, wyrwa zamknęła się, wydając z siebie dzwięk ulatującej energii.
*******
Znajdowali się teraz w dziwnym, nieznanym im miejscu. Stali na szczycie sporej wielkości góry, podobnej do wulkanu, na którym znajdował się portal. Rozglądając się jednak po okolicy, szybko zorientowali się, że niebo zostało zastąpione przez zbity obsydian. Cała przestrzeń, w której znajdowały się liczne wzniesienia, musiała więc znajdować się głęboko pod powierzchnią ziemi. Każdy, nawet najmniejszy pagórek oplatany był przez leniwie przedzierającą się przez nie rzekę lawy, rzucającą światło na każdy zakamarek krainy.

  • Nic dziwnego, że nie mogliście ich znaleźć - rozpoczął Gatling, zwracając się w stronę mężczyzny w purpurze.

Ten nie odpowiedział jednak. Podszedł jedynie do krawędzi wulkanu, na której stali, spojrzał w dół. Zobaczył niezliczoną ilość kotłujących się, czarnych plamek. Gatling stanął obok niego, dotknął opuszkiem palca podstawy swojego prawego oka. Źrenica rozszerzyła się, zajmując czarnym kolorem całą soczewkę a czerwone linie pogrubiły się i wydłużyły. Wyraźny obraz przedstawiał kilkaset zastępów maszerujących w szeregach, o dziwo nie w stronę nieproszonych gości. Wszyscy podążali do jedynego miejsca na horyzoncie, wolnego od jakichkolwiek wzniesień czy pagórków. Kruczowłosy wycentrował swoje przekształcone oko na tym właśnie miejscu. Była to przestrzeń o owalnej, wykonanej z obsydianu podstawie o średnicy kilku kilometrów. Na jej okręgu kolejno ustawiały się szeregi demonicznej armii, które zwrócone były twarzami do centrum placu. Na jego środku stała licząca sobie niemal sto metrów wysokości, konstrukcja złożona z dwóch stykających się ze sobą obsydianowych ramion wychodzących z podłoża. Szczeliny, które ją zdobiły, mieniły się kolorem jaskrawej czerwieni, co mogło świadczyć o tym, że została ona już aktywowana. Uwagę chłopaka przykuła jednak ludzka sylwetka stojąca przed bramą. Postać ubrana w długi, czarny płaszcz, trzymająca w lewej ręce coś swoim kształtem przypominającego kosę o dwóch ostrzach. Nie był w stanie zobaczyć twarzy postaci, ponieważ, podobnie jak demoniczna armia, zwrócona był twarzą w stronę portalu.

  • Jest brama, jakąś godzinę drogi stąd - stwierdził chłodno kruczowłosy, wciąż mierząc wzrokiem wrogie zastępy. - Została już aktywowana, więc niestety nie mamy aż tyle czasu, aby się tam dostać - dodał po chwili, odrywając dłoń od swojego oka, powracającego teraz do normalności.

  • Clayton nie jest w stanie poruszać się zbyt szybko, dlatego zostanie tutaj i będzie wspomagał nas w miarę możliwości - wtrącił Justicar, prostującc się. - Ja, Midas i Falcon spróbujemy przedrzeć się siłą na plac. Zadaniem Gatlinga i Avalanche będzie wywołanie paniki w oddziałach wroga, aby nie były w stanie nam przeszkodzić.

Gdy tylko szarowłosy skończył swoją wypowiedź, niebieskooki rycerz bez słowa zeskoczył z krawędzi wulkanu. Zaraz za nim, podążył złotowłosy chłopak próbujący dorównać kroku swojemu przyjacielowi. Avalanche i Gatling wybrali przeciwne stoki wulkanu, przy których znajdowały się uczęszczane przez wrogie oddziały drogi. Zsuwając się po zboczu, kruczowłosy wyjął swoje pistolety. Po wypowiedzeniu niezrozumiałej formuły, oba pokryły się błękitnym światłem, po czym zmieniły w bardziej futurystyczne wersje z dodatkowymi elementami w postaci ukrytych ostrzy czy dodatkowej lufy tak, że jedno pociągnięcie spustu powodowało wystrzelenie dwóch pocisków. Justicar podążył za rycerzem i magiem, tak jak zakładał jego plan. Clayton, który jako ostatni pozostał na górze, uklęknął na jedno kolano. Jego miecz podzielił się na dwie równe części, które następnie połączył rękojeściami, tworząc ramę ogromnego łuku. Wstał, wbił jedno z jego ramion w ziemię, przełożył przez nie cienką jak pajęcza nić cięciwę. Z jego dłoni dość szybko wydostało się kilka białych prętów, swoim wyglądem przypominającym odłamki kości. Gdy tylko ułożył je między wolnymi przestrzeniami w materiałowej rękawicy, każdy zalśnił bladym, białym swiatłem, po czym wydłużył się na dwa metry, kształtując jasny grot na swoim końcu. Chwycił wolną ręką rękojeść łuku, po czym drugą, wciąż trzymając stworzone z energii strzały, napiął ją do granic możliwości. Trwał tak w skupieniu, oczekując na sygnał od jednego z sojuszników.
*******
Wciąż trzymając swój miecz za plecami, Falcon wylądował na gładkiej obsydianowej drodze otaczającej większą część wulkanu. Ponieważ w jego uzbrojeniu brakowało jedynie hełmu, nacisk jaki wywołało jego zderzenie z powierzchnią, zostawiło w niej głębokie pęknięcia. Podpierając się jedną ręką, wstał, po czym spostrzegł, że rękawica pokryta jest strużkami pomarańczowej lawy. Za pomocą wolnej ręki szybko zdjął topiącą się osłonę i odrzucił na bok. Przyjrzał się uważnie swojej poparzonej dłoni, ale rana zasklepiła się równie szybko, jak się pojawiła. Do stóp wulkanu zsunął się właśnie złotowłosy, zdejmując jednocześnie ostatnie bandaże z czoła. Jego obrażenia nie wyglądały zbyt poważnie, mimo to wydawał się zaniepokojony. Zaraz za nim na obsydianową ścieżkę zeskoczył Justicar, lądując delikatnie i cicho na ugiętych kolanach. Bez słowa ruszył przed siebie, przchodząc szybko z marszu do biegu. Pozostali bohaterowie błyskawicznie zrozumieli przekaz kapitana i postąpili w podobny sposób. Mimo ważącej kilkadziesiąt kilogramów zbroi, ruchy Falcona nie tylko nie były wolniejsze od towarzyszy, ale poruszał się on niezywkle płynnie, co dla posiadaczy pełnych pancerzy było raczej nieosiągalne. Siła, jaką musiałby wkładać w samo wprawienie takiej kupy stali w ruch, wielokrotnie przerastała zwykłego człowieka. Nie minęło dużo czasu, aż natknęli się na pierwsze kolumny demonów podążających w stronę placu.

  • Falcon, do przodu! - krzyknął mężczyzna w purpurze, wciąż w biegu wyciągając prawą rękę w bok. W mgnieniu oka z jego otwartej dłoni wystrzeliły linie gęstej mgły, formujące się w rozprzestrzeniający się szybko biały płaszcz.

Rycerz skoczył przed siebie, wyprzedzając pozostałych towarzyszy. To jemu przypadł zaszczyt oczyszczenia drogi z pierwszych przeciwników. Zdjął z pleców swój dwuręczny miecz, wyciągnął ostrze przed siebie. Jego czubek błyskawicznie zaczął jarzyć się na czerwono, a klinga pokrywać iskrami i płatkami popiołu.

  • Phoenix Flam – szepnął, a jego broń owinięta została czymś na kształt ognistego jęzora, oplatającego ostrze jak wijący się wąż.

Gdy tylko naładowany zaklęciem oręż zetknął się z pierwszym demonem, jego cielsko zamiast zostać przecięte na wiele drobnych kawałków, zostało wyrzucone wysoko w górę. Każdy następny przeciwnik, którego dotknęło, został staranowany a następnie odrzucony w nieokreślonym kierunku. Szeregi wrogów do niedawna stanowiące zbitą całość, rozczłonkowywane były przez niepowstrzymaną siłę. Płomień bijący z końca miecza wydłużał się z każdą chwilą, pokrywając coraz większą jego część. Obracając się podczas szarży, swoim kształtem przypominał płonące wiertło. Minęła cała minuta, nim udało im się przedrzeć na drugą stronę. Rycerz zatrzymał się na chwilę, obejrzał pokryty zaklęciem miecz. Jego czubek oraz okolice ostrza zostały całkowicie stopione. Odwrócił się w stronę podążających za nim demonów. Justicar wciąż wypuszczający z dłoni kłęby pary stanął kilka metrów za nim.

  • Głupcze, dlaczego nie używasz broni z deterytu? - warknął szarowłosy, wyraźnie wyczerpany utrzymywaniem poruszającego się razem z nimi obłoku maskującej mgły. - Nie jest to może zbyt wytrzymały materiał, ale odporny nawet na temperatury panujące wewnątrz aktywnego wulkanu.

  • Uznałem zabieranie czegoś takiego na ekspedycję za bezcelowe - odparł rycerz, wolną ręką odpinając skórzane paski łączące napierśnik z naramiennikami. - Aktywowałem kiedyś swój Spiryt, używając podobnego narzędzia. Nawet ono nie było w stanei wytrzymać pełnej mocy narzędzia duszy. - dodał ,wykonując kilka kroków przed siebie, wyciągając jednocześnie trzymany w jednej ręce miecz w bok. - Znajdujemy się teraz kilkaset metrów od placu. Myślisz, że dałbyś radę sprowadzić tu resztę demonów? - zapytał, odwracając głowę w stronę szarowłosego.

  • Spróbuję - odparł Justicar, wpatrując się w stopione ostrze. – Avalanche i Gattling zadbają, by na plac nie dochodziły nowe oddziały. My w tym czasie zajmiemy się zgromadzoną na nim większością - kontynuował podnosząc prawą dłoń w górę. - Zadaniem Midasa jest więc zwykłe zamknięcie bramy - dodał po chwili, spoglądając na zapatrzonego w pusty punkt przed sobą złotowłosego.

  • Coś nie tak? - wtrącił Falcon, odrzucając na ziemię szczękające fragmeny zbroi tak, że jedynymi elementami jego pancerza były teraz nagolenniki i skórzany pas połączony ze stalowymi nabiornikami.

  • Odkąd przeszliśmy przez portal, wyraźnie wyczuwam czyjąś obecność - odparł mu Midas, przyklękając na jedno kolano. Dotknął obiema dłońmi obydianowej drogi tak, że popękała od ich nacisku. - Mimo to, nie jestem w stanie stwierdzić, gdzie dokładnie się znajduje, nawet za pomocą magii ziemi.

  • Za kilka sekund moja mgła się rozrzedzi, więc lepiej żebyś szybko podjął decyzję - przerwał mu Justicar, którego podniesiona ręka drgała z wysiłku.

Gdy tylko te słowa wyszły z jego ust, Midas błyskawicznie wstał, pochylił się lekko, po czym jak torpeda wystrzelił przed siebie, przebijając się przez płaszcz gęstej mgły. Mężczyzna w purpurze uśmiechnął się lekko, opuszczając rękę.

  • Ty lepiej też stąd znikaj - rozpoczął Falcon, chwytając swój miecz oburącz. - Nie chciałbyś się przecież poparzyć - dodał, a z rękojeści jego broni wystrzeliła karmazynowa linia, zatrzymując się dopiero na czubku ostrza.

Przez zanikającą mgłę, można już było dostrzec niezliczone ilości żółtych ślepi. Odgłosy szczękających części pancerzy i ciągnące się w nieskończoność warczenie sprawiały, że ziemia, na której stała dwójka bohaterów, zdawała się trząść.

  • Są ich dzięsiątki... Nie, całe setki tysiecy – rzekł Justicar starający się w miarę szybko ocenić siły wroga.

  • Liczba nie ma znaczenia – odparł rycerz, obserwując pierwsze oddziały, którym udało się wypatrzeć go wewnątrz zanikającej mgły.

Mężczyzna w purpurze bez słowa odskoczył w bok, po czym pobiegł w stronę placu, kumulując przy okazji resztki rozrzedzonej mgły w jednym miejscu. Stworzył w ten sposób mniejszy obłok, który pozwolił mu odwrócić od siebie uwagę większości przeciwników. Bardziej intelegentni, którzy nie dali się zwieść sztuczce, próbowali atakować ukrytą w obłoku osobę. Jednak gdy tylko znaleźli się w jego zasięgu, ich skóra wypalana była aż do białych kości przez żrący kwas. Justicar przedzierał się w ten sposób przez kolumny przeciwników, aż nie znalazł się na jednym z przedsionków wielkiego placu, na którym znajdowała się brama. Zdjął z siebie magiczną osłonę, po czym nie zwracając uwagi na szarżujących na niego wrogów, uniósł obie otwarte dłonie przed siebie. Linie gęstej mgły, które z nich wystrzeliły, skumulowały się w postaci wysokiej na kilkanaście metrów ściany złożonej z różnego rodzaju gazów i szkodliwych oparów, zagradzającą drogę między obsydianowym szlakiem a placem. Do utrzymania bariery takich rozmiarów były jednak potrzebne ogromne zapasy energii, tak więc używanie Spirytu nie wchodziło w grę. Ponieważ Justicar wiedział, że nie jest zbyt dobry w walce wręcz, postanowił wedle życzenia Falcona zaprowadzić do niego większość zgromadzonych przed placem demonów, używając siebie jako przynęty. Mimo iż z początku sprawnie przeskakiwał nad wymierzonymi w niego ciosami przerdzewiałych mieczy i włóczni, nie był w stanie uniknąć każdego z nich. Parł jednak do przodu, wykorzystując niewielkie obłoczki mgły do likwidowanie pojedynczych przeciwników, którzy ośmielili się podejść na wystarczającą odległość. Za każdym razem gdy na swojej drodze powrotnej spoglądał w górę, widział coś na kształt wirującego strumienia magmy przypominającego tornado karmazynowej barwy. Spiryt Falcona był typem czysto ofensywnym, ale jego działanie nie miało obszaru większego niż kilka metrów. Jednak im dłużej owa technika pozostaje aktywna, tym większa staje się jej moc oraz zasięg rażenia. Im dłużej walczył, tym silniejsze ciosy był w stanie wyprowadzać, a przynajmniej do czasu aż nie opadnie z sił. Ognisty wąż, którym owinięte było wcześniej ostrze rycerza, miał w tej chwili kilkanaście metrów długości. Każde machnięcie orężem wojownika powodowało poruszanie się karmazynowego jęzora, który spopielał wszystko, co spotkał na swojej drodze. Mimo iż demonów nie brakowało, żaden nie był w stanie podejść wystarczająco blisko do właściciela magicznej klingi, by zadać mu jakikolwiek cios. Żar, jaki bił od Spirytu, był niczym w porównaniu z temperaturą panującą wewnątrz czynnego wulkanu. Żaden materiał, nawet deteryt, nie wytrzymałby jego aktywacji. Gdy tylko Falconowi skończy się energia, i nie będzie już w stanie zapanować nad swoją mocą, jego iskrzące teraz krwiście ostrze natychmiast zmieni się w kupkę popiołu, dlatego nie może zmarnować ani chwili na odpoczynek. Takie właśnie myśli pojawiały się w głowie Justicara, gdy kolejne prowadzone przez niego oddziały spopielane były przez wijące się poziomo, ogniste tornado. Jemu samemu cudem udało się uniknąć kontaktu ze szkarłatnym ostrzem, mierzącym już niemal dwadzieścia metrów. Ukradkiem oka spojrzał na trzymającą oręż sylwetkę. Cała skóra wojownika na przemian wypalała się, po czym regenerowała, nie zostawiając nawet śladu po oparzeniach. On sam jednak zdawał się nie odczuwać bólu. Wymachiwał swoim mieczem w każdą stronę, z kamienną twarzą sygnalizującą skupienie. Szarowłosy uśmiechnął się lekko, po czym zawrócił w stronę stworzonej przez siebie ściany z trującej mgły, aby wywabić z jej okolic jeszcze większe oddziały demonicznej armii.
*******
Midas wypadł na początku jednej ze stron placu, wykonując przy okazji sprawny przewrót. Wstał szybko, wyciągając przed siebie obie lśniące na złoty kolor dłonie. Spodziewał się ujrzeć co najmniej kilkanaście tysięcy żołnierzy wroga, lecz ku swemu zdziwieniu na owalnej posadzce nie zobaczył nikogo. Nie potrafił wyjaśnić tego w żaden realny sposób, ale wciąż wyczuwał w tym miejscu czyjąś obecność. Nie obawiał się jednak, gdyż sączące się obficie rzeki magmy spływające po krawędziach wulkanu, okalające w tej chwili większą część placu, na którym się znajdował, oświetlały go z każdej strony. Ponieważ lepiej radził sobie z magią światła, takie warunki jak najbardziej mu odpowiadały. Kilkadziesiąt metrów od niego znajdowała się sporych rozmiarów brama. Chłopak nie miał żadnego pojęcia o działaniu magicznych mechanizmów czy międzywymiarowych wrót, tak więc jedynym rozsądnym działaniem wydało mu się zwyczajne wysadzenie całej konstrukcji. Wyprostował się, po czym stojąc bokiem do celu, wyciągnął przed siebie otwartą, prawą dłoń. Blade do tej pory światło bijące z tatuażu, nabrało żywszych kolorów, po czym rozszerzyło się na obszar niemal metrowej kuli.

  • Tormento Lux – szepnął, a z jego dłoni jak z lufy wielkiej armaty, z impetem wystrzeliło kilkadziesiąt niewielkich kul światła.

Każda sfera zderzając się z obsydianową powierzchnią bramy, powodowała niewielką eksplozję, po czym rozbryzgiwała się na wszystkie strony ,wypełniając przestrzeń białym światłem. Midas opuścił rękę, stał przez chwilę w ciszy z kamienną twarzą. Po niecałej sekundzie blade światło rozeszło się, ponownie wypełniając plac jaskrawą poświatą bijącą z rzek lawy. Konstrukcja nie tylko wydawała się być nienaruszona, ale jej fragmenty pokrywały się czymś w rodzaju ciemnofioletowych, niewielkich kryształów spajających się w coś na kształt tarczy. Owa osłona w szybkim tempie rozszerzała się, pokrywając w kilka sekund całą bramę. Midas odskoczył w tył, pochylając się w pozycji do przyjęcia ewentualnego ataku. Jego błyskawiczna ocena sytuacji była jak widać prawidłowa, ponieważ gdy tylko oderwał się stopami obsydianowej posadzki, zza bramy wystrzeliły skręcające w jego stronę energetyczne strzały purpurowego koloru. Każda z nich bezbłędnie trafiła w miejsce, w którym jeszcze sekundę temu stał bohater, rozrywając na kawałki fragmenty posadzki. Gdy tylko złotowłosemu udało się bezpiecznie wylądować, zza jednego z ramion konstrukcji wyłoniły się kolejne pociski. Midas w ostatniej chwili uchylił się przed pierwszym, który wzbił w górę chmurę złożoną z wulkanicznego pyłu i popiołu. Po chwili w to samo miejsce uderzyły jeszcze dwie magiczne strzały, które zostawiały na swojej drodze wychodzące zza ramion bramy fioletowe smugi. W ułamku sekundy po nich, z chmury wyskoczył złotowłosy chłopak, unikający cudem ostatniego pocisku. Z drugiej strony pobojowiska pojawiła się jednak kolejna ludzka sylwetka, która wyglądała identycznie jak sam Midas. Ataki ustały. Zza jednego z mierzącego kilkadziesiąt metrów ramiona bramy, wyłoniła się postać. Ubrana w długi, czarny płaszcz bez żadnych zdobień, trzymająca w jednej ręce większą od niej samej kosę. Broń posiadała dwa przerośnięte ostrza podobnej wielkości, ułożone jedno pod drugim po tej samej stronie. Były one połączone ze stalowym trzonem czymś w rodzaju sześciennej kostki, na środku której znajdowała się śruba złączona z kołem zębatym. Był to młody mężczyzna, szczupłej budowy, o szpiczastej twarzy i gęstych, czarnych włosach z czerwonymi końcówkami sięgającymi mu do ramion. Jego skóra była jednak zupełnie blada, a podkrążone oczy spoglądały przed siebie. Mierzył jedynie wzrokiem swojego przeciwnika, ale Midasowi wydawało się ,że nie widzi przed sobą niczego. Jego puste, czarne oczy zdawały się błądzić jedynie po placu boju, bezcelowo próbując odróżnić prawdziwego złotowłosego od jego iluzji. Po kilku sekundach ciszy, zarówno Midas jak i jego iluzja ruszyły w stronę nowego wroga, szybko przechodząc do biegu. Chłopak wiedział, że jego sztuczne odbicie nie może zadać przeciwnikowi żadnych fizycznych obrażeń, ale w zupełności wystarczy, by odwrócić jego uwagę. Pokierował swojego klona przed siebie, w nadziei, iż przejmie on na siebie pierwszy cios oponenta, pozostawiając go jednocześnie bez możliwości ochrony. Stojący kilkanaście metrów od nich mężczyna w czerni, chwycił swoję kosę oburącz, po czym dotknął jednym z jej końców obsydianowej posadzki znajdującej się za nim. Skrzypiący przeraźliwie dzwięk towarzyszący temu rozległ się na całym placu, sygnalizując nadchodzący atak. Czarnowłosy błyskawicznie wykonał zamach swoim orężem, a gdy tylko jedno z jego ostrzy oderwało się od ziemi, zębate koło usadowione na sześciennej skrzynce drgnęło. Obracając się z ogromną szybkością, rozerwało na kawałki kostkę spajającą chwilę temu obie części kosy. Mimo iż wszystko to działo się w ułamku sekundy, Midas widział wyraźnie cały proces. Górna część broni do której przymocowane były ostrza, odłączyła się od trzonu i z ogromną prędkością wybiła się przed siebie. Ukradkiem oka złotowłosy był w stanie zobaczyć cienki, metalowy łańcuch, dzięki któremu zasięg ataku zwiększał się kilkukrotnie. Na unik było już jednak za późno. Szybujący z ogromną prędkością kawał stali trafił najpierw klona, sprawiając, że ten roztrzaskał się na wszystkie strony w postaci niewielkich, żółtych kryształów z twardego światła. Następnie nie tracąc szybkości, zmierzał w stronę znajdującego się kilka metrów dalej Midasa. Ten zdążył jedynie wyciągnąć w stronę pocisku swoją lewą otwartą dłoń, pokrytą srebrnym blaskiem. Oba ostrza pędzące do tej pory z impetem wbiły się w kończynę. Udało im się zadać tylko powierzchowne rany, gdyż owa dłoń pewnie i z nieludzką siłą ściskała jedno z nich. Midas odetchnął głęboko, po czym wyjął czubek ostrza ze swojego lewego ramienia. Technika której teraz użył wymagała sporych pokładów energii, gdyż zmieniała właściwosci ciała swojego posiadacza. Złotowłosy diametralnie zwiększył wytrzymałość kości swojej dłoni, poprzez skumulowanie w niej całego żelaza ze swojej krwi. Dzięki temu był w stanie zablokować cios przeciwnika, ale przez czas, w którym cały minerał powraca na swoje miejsce, nie będzie w stanie używać magii światła. Jego żywioły nie łączyły się ze sobą w żaden sposób, więc podczas działania jednego zaklęcia, nie mógł używać technik innej szkoły magii. Odrzucił kosę na ziemię. Na obecną chwilę niewiele go to obchodziło, cieszył się w duchu, że udało mu się uniknąć śmiertelnego ciosu. Przeciwnik stał niewzruszony kilka metrów dalej, przyglądając się całemu wydarzeniu.

  • Nie słyszałem jeszcze o tak dziwnej mieszance - rozpoczął czarnowłosy. Jego głos był głęboki i poważny, nie pasował w żaden sposób do jego postaci. - Wasze działania są bezcelowe - kontynuował, dotykając jedną z dłoni zębatego koła. Cienki łańcuch sam zaczął zwijać się, ciągnąc po ziemi górną część kosy.

Midas nie zareagował w żaden sposób na wypowiedź przeciwnika. Stał w miejscu, oceniając jedynie jego możliwości. Wiedział już, że purpurowy kolor jego zaklęć wskazuje na połączenie magii światła i ciemności, tworzące razem chaos. Jego broń mimo swojego kształtu, służy raczej do trzymania oponentów na dystans niż do prawdziwej walki. Szybkość, z jaką podjął decyzję o zmianie taktyki gdy tylko Midas stworzył iluzję świadczy, że potrafi dobrze przystosować się do sytuacji i wyprowadzić przemyślany kontraatak. Złotowłosy był niemal pewny, że ktoś o takich zdolnościach bitewnych posiada własny Spiryt. Midas ponownie przyjął postawę do walki, przygotowując się do kolejnego ataku. Czarnowłosy wyciągnął w jego kierunku lewą dłoń, wystającą spod poszarpanego, długiego rękawu czarnego płaszcza. Fioletowa, pulsująca energia zbierająca się w jej wnętrzu oznaczała ładowanie kolejnego zaklęcia. Złotowłosy nie zamierzał jednak czekać na jego efekt. Pochylił się, po czym dotykając prawą otwartą dłonią obsydianowej posadzki, ruszył przed siebie. Gdy biegł, fragmenty skały zbierały się w centrum jego pokrytego srebrnym blaskiem tautażu, formując wypełnioną po brzegi kolcami kulę. Gdy dzieliła ich już połowa dystansu, Midas z impetem cisnął ową kulą w stronę przeciwnika.

  • Sagitta Chaos! – syknął mężczyzna w płaszczu, a kumulująca się purpurowa energia wystrzeliła przed siebie formując się w coś na kształt obracającej się z ogromną szybkością ząbkowanej strzały. Ponieważ ów magiczny pocisk rozdzierał i wyrzucał za siebie nawet powietrze, z którym się spotkał, jego działanie można by porównać ze sporych rozmiarów wiertłem.

Zanim obsydianowa kula zdążyła zetknąć się z odpowiedzią czarnowłosego, eksplodowała, wyrzucając w jego stronę niezliczone, ostre jak brzytwy odłamki skał. Jednak każdy z nich, pochłonięty został przez pokryty purpurowym światłem pocisk a następnie przerobiony na rozrzucaną na boki miazgę. Widząc, że jego atak nie może równać się z zaklęciem przeciwnika, Midas wyskoczył wysoko w górę, unikając rozpędzającej się strzały. Ta zaledwie sekundę później, wbiła się w jeden ze znajdujących się nieopodal wulkanów, po czym przeszyła go na wylot, powodując powstanie wielu nowych strumieni magmy. Midas wylądował delikatnie na jednym z odłamków oddzielonych od posadzki po pierwszym ataku wroga. Wiedział już, że walka wręcz bez możliwości używania magii światła, może zakończyć się dla niego tragicznie. Strużka krwi tocząca się teraz z jego lewego ramienia przypominała mu, że nie może także narażać się na kolejny atak z dystansu. Jego oponent był bez wątpienia o wiele silniejszy od spotkanego niedawno dowódcy demonów. Jedynym sposobem na zapewnienie sobie przewagi w tej sytuacji, było atakowanie z miejsca, którego nie może sięgnąć łańcuchowa kosa przeciwnika oraz gdzie nie trudno będzie unikać jego strzał chaosu. Jedyny problem polegał na tym, że tego typu zaklęć był w stanie używać, korzystając jedynie z magii światła. Odskoczył w tył, nie chcąc narażać się na kolejny cios. Lądując, wyciągnął przed siebie prawą rękę.

  • Nola Terrae – szepnął, wpatrując się w kroczącego powoli w jego kierunku przeciwnika. Z wnętrza dłoni Midasa zaczęły wychodzić niewielkie srebrne kryształy, które po chwili uformowały się w rękojeść jednoręcznego miecza. Z niej, wyłoniły się większe fragmenty kruszcu, które po kilku sekundach wygładziły się, tworząc prawdziwą, srebrną klingę. Kształt samej rękojeści przypominał sześcioramienną gwiazdę. Podobna, jedynie nieco mniejsza, znajdowała się na czubku narzędzia duszy.

Ponieważ złotowłsy nie był jeszcze w stanie używać magii śwaitła, zdecydował, że jego najlepszą szansą jest aktywacja Spirytu i próba utrzymania się na polu walki jeszcze przez kilka minut. Wstał, wyprostował się, po czym skierował koniec miecza w stronę przeciwnika. Ten trzymając swoją kosę oburącz, ponownie ustawił ją tak, aby jednym ostrzem dotykała ziemi za nim. Midas przeszedł do szarży wciąż wyciągając oręż przed siebie, wolną dłonią dotykając lśniącej na srebrny kolor klingi. Kosa przeciwnika jak sprężyna wystrzeliła przed siebie, ponownie oddzielając się od swojego trzonu. Ze świstem mknęła w stronę chłopaka, tylko po to, aby zostać zatrzymana przez srebrne ostrze. Jednak siła zderzenia się obu broni była tak wielka, że na chwilę wytrąciła złotowłosego z równowagi, spychając go niemal metr w bok. Dostrzegłszy okazję do ataku, mężczyzna w czerni ruszył przed siebie, obracając swoją rozdzieloną broń. Zwrócił ją końcem trzonu do góry, po czym wolną ręką dotknął szczękającego zębatego koła. Zakończenie dolnej części mechanicznej kosy pękło, po czym odpadło, odsłaniając kolejne, ukryte ostrze. Długi na niemal pół metra szpic zmierzał teraz w stronę klatki piersiowej chłopaka. Jeśli czarnowłosemu udałoby się przebić serce, walka dobiegłaby końca. Midas, który zbyt późno zdał sobie sprawę z powagi sytuacji w której się znajdował, spróbował zasłonić się przed atakiem swoim srebrnym mieczem. Szpic z impetem odbił się od lśniącej klingi, po czym ze szczękiem zjechał na lewo, godząc chłopaka między żebra, przebijając płuco. Złotowłosy odkaszlnął krwią, a następnie ściskając zęby, przekrzywił swoją głowę w tył. Zebrał w sobie resztki siły, po czym z nieludzką szybkością uderzył swoim czołem o twarz znajdującego się niecałe pół metra od niego przeciwnika. Siła uderzenia odepchnęła go o kilka metrów w tył, zmuszając przy okazji do wyciągnięcia szpikulca. Midas oddychał głęboko, trzymając się kurczowo wolną ręką za ranę. Drugą natomiast ściskał rękojeść miecza, dotykającego czubkiem ziemi. Odłamki kruszcu, które chwilę temu zbite były w jedną, gładką klingę, teraz widoczne były gołym okiem. Stan, w jakim snajdował się Spiryt, był uzależniony od kondycji swojego posiadacza, tak więc kolejne rany mogły doprowadzić do jego całkowitego rozpadu. Odepchnięty przeciwnik zatrzymał się po kilku metrach, wbijając w obsydianową posadzkę szpikulec, który teraz zastępował zakończenie trzonu w jego mechanicznej broni. Z jego nosa sączyła się gęsta struga krwi, mimo tego nie zdradzał żadnych oznak bólu. Dotknął jedynie wolną ręką zębatego koła, a to obracając się, zacząło zwijać przytwierdzony do niego łańcuch. Wyprostował się, wyciągnął jedną odwartą dłoń w stronę znajdującego się niedaleko złotowłosego chłopaka. W jej centrum, po raz kolejny zaczęła kumulować się purpurowa energia oznaczająca atak kolejną strzałą chaosu. Midas nie był już zdolny do unikania kolejnych tego typu ataków. Stał jedynie w miejscu, oddychając głęboko, wciąż ściskając swój miecz w jednej dłoni. Usta mężczyzny w czerni poruszyły się, a energia nagromadzona w jego dłoni przybrała kształt zbliżony do ząbkowanej strzały. Nim jednak udało mu się ją wystrzelić, by zadać swojemu rywalowi śmiertelny cios, zamarł w bezruchu. Dobrze znany Midasowi dźwięk wbijania metalowego narzędzia w ludzkie ciało, rozległ się po okolicy. Cała purpurowa masa utraciła swój kształt, po czym w ułamku sekundy rozpłynęła się w powietrzu. Jego przeciwnik wzdrygnął się, ścisnął zęby tak mocno, że z jego ust wyszły kolejne strużki krwi, mieszające się z tą wypływającą ze złamanego nosa. Obrócił delikatnie głowę za siebie. W jego boku tkwiła para wbitych na niemal pół metra stalowych sztyletów. Odskoczył w tył, trzymając w jednej ręce swoją mechaniczną kosę. W trakcie lądowania wbił jej szpikulec w ziemię tak mocno, że popękana posadzka wyrzuciła w górę chmurę popiołu. Kilka metrów od siebie, zauważył obszar całkowicie wolny od opadających, czarnych płatków. Była to niewielka sfera, o średnicy około dwóch metrów. Każdy fragment wulkanicznego pyłu, który w nią wpadał, natychmiast rozpływał się w powietrzu. Nim jednak zdążył cisnąć w jego kierunku swoją broń, z wnętrza sfery wydobyło się coś na kształt błękitnej błyskawicy. Jednak jej celem nie była sama postać w czarnym płaszczu, a zębate koło będące podstawą działania jego broni. Gdy tylko piorun z trzaskiem trafił swoj cel, ów element dosłownie implodował, a jego fragmenty wbiły się głęboko w prawe ramię czarnowłosego. Gdy ten zauważył, że stał się ofiarą podstępu, kilkakrotnie odskoczył w tył, aby utrzymać dystans między nowym przeciwnikiem. Gdy popioły opadały, ze sfery jak spod niewidocznego płaszcza wyłoniły się dwie ludzkie sylwetki. Midas od razu rozpoznał w jednej z nich swojego przyjaciela, celującego właśnie w stronę przeciwnika z lśniącego, dwulufowego pistoletu. Druga sylwetka należała do widzianego ostatnio na statku Feitha, podopiecznego Justicara, którego specializacją była magia niewidzialności. Długi, czarny płaszcz, który nosił, zastąpiony został teraz przez bardziej odpowiednią do walki ciemną koszulę, przez którą owinięty był zamszowy pas pełen zwisających z niego noży. Przymocowane zdo niego dwie puste pochwy świadczyły, że to on jest odpowiedzialny za atak z zaskoczenia. Podszedł do oddychającego ciężko Midasa, trzymającego się za krwawiącą obficie ranę. Wyjął z kieszeni niewielką zawiniętą w bandaże fiolkę, po czym delikatnie rzucił nią w jego kierunku. Ten złapał ją w locie, puszczając przy tym miejsce w którym gromadził się czerwony płyn.

  • Podwędziłem to Falconowi, gdy nie patrzył - rozpoczął spokojnie, z szyderczym uśmieszkiem na twarzy. - Powinno uśmierzyć ból.

  • Jak się tu właściwie znalazłeś? - syknął Midas, wypijając całą zawartość fiolki.

  • Ukrywałem się w ten sposób od początku ekspedycji. Nikt z was nie zauważył nawet, gdy przechodziłem przez portal - odparł Feith, zdejmując ze swojego pasa kilka noży. - Nic dziwnego, że też wyczułem tę dziwną energię. - dodał ,dotykając każdego czubka swoich ostrzy opuszkiem palców. W mgnieniu oka zaczęły jarzyć się nienaturalnym, ciemnym światłem. - Nie potrafię jeszcze używać Spirytu, więc zabrałem po drodze najbliższego sojusznika.

  • Chaos to połączenie światła i ciemności - wtrącił Midas, wyprostowując się. Widać działanie specyfiku było natychmiastowe. - To właśnie one będą najbardziej efektywne, jeśli mamy zamiar go pokonać. Razem z Gatlingiem zajmijcie go na chwilę, ja postaram się jakoś zatkać tę dziurę – dodał, pokazując wypluwającą strumień krwi ranę po lewej stronie klatki piersiowej.

Dzięki pojawieniu się wsparcia, złotowłosy miał szansę na odzyskanie możliwości używania magii światła. Jednak to nie paląca rana była powodem, dla którego ich potrzebował. Jego prawdziwa siła objawiała się tylko przez chwilę, ale aby do tego doszło, musiały zostać spełnione odpowiednie warunki. Po pierwsze jego Spiryt musi być aktywny oraz znajdować się w nienagannym stanie. Zwyczajna rysa może prowadzić do załamania zaklęcia, a doprowadzenie go do perfekcyjnej formy wymaga sporego skupienia. Następnie, Midas musi mieć możliwość używania magii światła. Jeśli jednak jakiekolwiek zaklęcie z owej szkoły zostałoby użyte, jego Spiryt bez wątpienia na powrót złączyłby się z jego duszą. Stałoby się tak, ponieważ Spiryt w postaci srebrnego miecza czerpie swoją moc z żywiołu ziemi, którego używa jego właściciel. Nie wymaga żadnej bazy aktywacyjnej, więc jego przywołanie jest nadzwyczaj ładwe. Jednak Midas nie jest jedynie magiem ziemi. Przez bardzo rzadkie zestawienie dwóch żywiołów, które nie łączą się ze sobą w żaden sposób, nie może używać zaklęć obu dróg jednocześnie. Jest za to w stanie dokonać czegoś, co nie jest możliwe z logicznego punktu widzenia. W odpowiednich warunkach, jest w stanie aktywować nie jeden, a dwa Spiryty czerpiące moc z różnych żywiołów, w postaci jednego narzędzia. Ostatnim warunkiem potrzebnym do przebudzenia prawdziwej mocy, jest użycie aktywnego Spirytu jako bazy dla drugiego. Tak się składa, że narzędziem duszy potrzebnym do stworzenia Spirytu światła jest miecz jednoręczny. Ten właśnie srebrny miecz, którego Midas nie puścił nawet na chwilę przez czas całej swojej walki z panem chaosu. Stojąc teraz spokojnie, zamknął oczy. Nie widział walczących z przeciwnikiem sojuszników, nie słyszał też odgłosów walki. Skupił się na doprowadzeniu swojego ostrza do perfekcyjnego kształtu. Na drugiej stronie placu Gatling i Feith na przemian atakowali wroga pociskami. Z przekształconych mocą Spirytu pistoletów, miotały błękitne smugi błyskawic rozrywające skały, na których stał przeciwnik. Z drugiej strony, nieustannie nadlatywały nasączone mroczną energią noże, które przy zetknięciu z ziemią eksplodowały, wypuszczając z siebie chmurę ciemnego gazu, prawdopodobnie jakiegoś rodzaju toksyny. Żaden z pocisków nie był jednak w stanie bezpośrednio zranić wciąż odskakującego w tył przeciwnika. Zatrzymał się on dopiero przed okalającą plac rzeką magmy. Ku zaskoczeniu bohaterów, wyskoczył wysoko w górę bez uginania nóg. Będąc wciąż w powietrzu, wolną ręką wyjął ze swojego boku dwa sztylety, wciąż mocno ściskając zęby, po czym z impetem cisnął po jednym w ich stronę. Obaj oczywiście odskoczyli w porę przed nadlatującymi pociskami, lecz w miejscach, w które trafiły, powstały głębokie na niemal metr kratery. Świadczyło to o niezwykłej sile ich przeciwnika, napędzanej przez złość i frustrację spowodowaną ich wtargnięciem. Spróbował rozdzielić swoją kosę, by jej ostrza wykonały atak z dystansu, lecz bez koniecznego do tej czynności pokrętła, mężczyzna w czerni zdany był jedynie na swoje własne umiejętności. Wylądował pomiędzy dwoma przeciwnikami. Wyprostował się szybko, po czym chwycił kosę oburącz.

  • Tacet Mortem – jego słowa odbiły się echem od otaczających plac wulkanów. Głos stał się bardziej metaliczny i szorstki, niż wcześniej.

Z obu jego dłoni, zaczęła wydobywać się purpurowa poświata powoli obejmująca trzon, miejsce, w którym do niedawna znajdowała się zębatka oraz dwa sporej wielkości ostrza. Różniła się ona jednak od kryształowej tarczy, która nie pozwalała bohaterom uszkodzić bramy. Ta przypominała raczej powierzchnię bańki mydlanej, mieniącej się odcieniami jaskrawego fioletu. Całemu zdarzeniu towarzyszyło niewielkie trzęsienie ziemi, i powstawanie wielu nowych szczelin na obszarze, na którym stał mężczyzna. Zaniepokojony zmianą wyglądu broni Gatling, skoncentrował się na jak najszybszym jej uszkodzeniu. Wystrzelił kilka razy, używając swojej piorunującej amunicji, jednak każdy jego atak został z łatwością odbity przez kilka wymachów nowym orężem. Nikt z bohaterów nie znał mocy Spirytu, z jakim przyszło im się mierzyć, nie wiedzieli więc, czego mogą się spodziewać. Feith wykorzystał okazję, gdy oponent zwrócony był w stronę Gatlinga. Cisnął jednym ze swych naładowanych mroczną masą noży tak mocno i precyzyjnie, że nawet ktoś taki jak ich przeciwnik nie mógłby uniknąć obrażeń spowodowanych jego wybuchem. Jednak ich wróg, nie musiał już uchylać się przed ciosami. Nóż zatrzymał się w powietrzu, niecały metr od swojego celu, po czym bezwładnie opadł na ziemię. Feith lekko zdziwiony owym zjawiskiem, rzucił w kierunku wroga jeszcze kilka ostrzy. Każde z nich zachowywało się jednak równie nienaturalnie, co pierwsze. Mężczyzna w czerni odwrócił się w stronę właściciela noży. Uniósł lekko rękę, uśmiechnął się szkaradnie, odsłaniając pokryte krwią zęby. Na opuszkach jego palców pojawiło się kilka niewielkich, purpurowych sfer. Ich kolor był jednak o wiele głębszy niż wcześniejsze ataki. Bez wymawiania jakiejkolwiek formuły, z końca każdej ze sfer wystrzeliły cienkie promienie fioletowego światła. Feith odskoczył instynktownie w tył, ale mknące z laserową szybkością smugi były od niego o wiele szybsze. Każda z nich trafiła go w locie, po czym przejechała w losowym kierunku w okolicach jego klatki piersiowej. Zostawiały one głębokie, wypalone ślady. Tak szybki atak nie mógł być jednak zabójczy. Jego jedynym celem było ograniczenie zasięgu poruszania się przeciwnika. Feith wyjądował na dwóch nogach, prawą dłonią trzymając się podłoża. Jego czarna koszula była niemal rozerwana na strzępki, a zamszowy pas z nożami rozpadł się niemal na początku ataku. Prócz tego, ślady o głębokości kilku centymetrów przypominające laserowe cięcia, biegły wzdłuż jego korpusu, przecinając się w okolicach lewego ramienia. Jednemu z nich udało się nawet przejechać po twarzy, uszkadzając pokryte sporą ilością krzepnącej krwi oko. Feith odskoczył w tył, odrywając kawałek materiału od tego, co zostało z jego koszuli. Szybko obwiązał go dookoła głowy w formie opaski, zakrywającej ranne oko. Obserwujący atak Gatling, doszedł do prostego wniosku. Narzędziem, które daje im przeciwnikowi tego typu możliwości, jest jego Spiryt. Jeśli uda im się go zniszczyć, oponent nie będzie w stanie przywołać drugiego z powodu braku odpowiedniej bazy. Ponadto, Spiryt jest stworzony z części duszy swojego posiadacza, tak więc jego uszkodzenie na pewno będzie przez niego dość boleśnie odebrane. Kruczowlosy wycelował jednym ze swych pistoletów w górę, po czym wystrzelił coś na kształt błękitnej racy. Ta jednak gdy była już wysoko nad nimi rozbiła się na wiele mniejszych, przypominając bardziej wybuchający fajerwerk. Zaraz po tym, kruczowłosy odskoczył w tył, obracając się jednocześnie w locie. Dzięki racy sygnałowej, oddalony od nich o kilka kilometrów Clayton wie, gdzie ma celować, jednak nie może zobaczyć swojego celu. Zawsze więc stara się trafiać w miejsce, z którego został wystrzalony sygnał. Eksplozja owej racy w powietrzu oznaczała, że w kolejny atak musi włożyć wszystkie swoje siły. Po kilku sekundach na szczycie jednej z gór, pojawiły się niewielkie, blade światła. Wyglądały one podobnie do pierwszych, których Clayton użył niedawo w celu pokonania demonicznego dowódcy. Po chwili jednak, ich liczba zaczęła zwiększać się diametralnie. Zamiast kilku magicznych strzał, w stronę placu zmierzało kilkadziesiąt białych smug nasyconych mocą Spirytu. Mężczyzna w czerni ukradkiem oka zauważyl nadciągające pociski. Domyślił się, że jest to jakiś rodzaj ataku obszarowego o sporym zasięgu rażenia, wymierzony specjalnie dla niego tak, by nie był w stanie go uniknąć. Był za daleko, by schować się za pokrytą kryształową tarczą bramą, a rzeka z magmy była stanowczo zbyt duża, aby mógł ją przeskoczyć. Obie opcje nie gwarantowały mu także, że znajdzie się poza zasięgiem pocisków. Postanowił więc zwalczyć ogień ogniem a przynajmniej zredukować obrażenia zaklęcia. Uniósł w górę swoją kosę. Na końcu górnego ostrza w mgnieniu oka nagromadziła się purpurowa energia, która formowała się w kilka ząbkowanych strzał, wychodzących z jednego punktu. Gatling, Feith i wciąż pogrążony w skupieniu Midas znajdowali się na przeciwnym końcu placu, więc szansa że zostaliby trafieni przez pociski była raczej minimalna. Z chwilą w której dziesiątki pocisków zetknęły się z powierzchnią placu, cały obsydian, z którego była zbudowana, rozerwał się na kawałki i wyrzucony został wysoko w górę, razem ze strumieniami znajdującej się pod nim magmy. Całość przypominała nieco erupcję wulkanu. Po kilkudziesięciu sekundach, gdy ostatnie fragmenty posadzki topiły się już w rzece lawy, oczom Gatlinga ukazało się wiele kilkumetrowych odłamków dryfujących swobodnie. Wśród nich, jedynym nietkniętym przez kataklizm był jeden, wielki, na którym znajdowała się wciąż pokryta tarczą brama. Jak widać zaklęcie chroniło nie tylko ją, ale i najbliższą okolicę, na której się znajdowała. Feith próbował wypatrzeć na pokrytym pomarańczowymi łunami horyzoncie sylwetkę przeciwnika. Ponieważ przez kilkanaście sekund obserwacji nie zauważył niczego nienaturalego, stwierdził, iż zagrożenie minęło. Usiadł na dryfującym pośród rzeki magmy odłamku obsydianowej posadzki, podpierając się dwiema rękami za plecami. Na drugim końcu zniszczonego placu zobaczył wciąż skupionego, nie zwracającego uwagi na nic Midasa oraz stojącego kilka metrów obok niego Gatlinga. Natychmiast zauważył, że ten wciąż trzyma uniesiony pistolet. Jego usta poruszały się, jakby coś krzyczał, ale Feith nie był w stanie usłyszeć go z takiej odległości. Przetarł zatarte zakrzepłą krwią zdrowe oko, aby lepiej przyjrzeć się nieprawidłowości. Po chwili zauważył, że broń zwrócona jest bezpośrednio w jego kierunku. Szybko poderwał się na nogi tak, że znalazł się w pozycji kucającej. Obrócił się delikatnie, przeczuwając, co znajduje się za jego plecami. Ukradkiem oka ujrzał osobę w częściowo spalonym, poszarpanym czarnym jak węgiel płaszczu. Jej twarz należała do dobrze znanego już bohaterom przeciwnika, lecz różniła się od niej lekko. Cała dolna część twarzy oraz fragment biegnącej w górę szczęki, były doszczętnie wypalone tak, że widać było jedynie białe fragmenty kości. Prócz tego w niektórych częściach płaszcza brakowało materiału. Mimo to, postać wciąż ściskała w jednej dłoni emitującą fioletowe światło kosę. Oczy postaci świdrowały go teraz czystą nienawiścią. Wydawałoby się, że jest w stanie zatrzymać bicie serca samym spojrzeniem. Feith nie zdążył zareagować na pojawienie się przeciwnika. Kopniak wymierzony w splot słoneczny, z wielką siłą wyrzucił kasłającego krwią chłopaka. Wylądował kilkanaście metrów dalej, na sąsiednim odłamku oddzielonym od wroga strumieniem lawy. Nie mógł się jednak podnieść, a jedynie bezwładnie obserwować przeskakującego nad przepaścią oponenta. Jednak gdy tylko jego stopa zetknęła się z twardym podłożem, zaczęło ono nienaturalnie wibrować, oznajmiając gromadzenie się magicznej energii. Ignorując leżącą przed nim ofiarę, zaczął rozglądać się na wszystkie strony w poszukiwaniu przeciwnika. Jego wzrok zatrzymał się dopiero na postaci Gatlinga, który stał na drugim końcu placu. Oba jego pistolety uneisione byly wysoko w górę. Ukradkiem oka mężczyzna w czerni był w stanie dostrzec ruch warg, co oznaczało, że to właśnie on jest źródłem anomalii. Stali tak przez chwilę w bezruchu, mierząc się wzrokiem. Gatling uśmiechnął się lekko, po czym schował swoje bronie do przymocowanych u pasa kabur. Oba narzędzia powróciły do swojego dawnego, prymitywnego stanu ,gdy tylko oderwał od nich dłonie. Ospale uniósł ręce w górę, założyl zwisające do tej pory na jego szyi gogle. Widząc skołowanego sytuacją przeciwnika, podniósł w górę palec jednej ręki, wskazując na sklepienie przestrzeni, w której się znajdowali. Oczy mężczyzny w czerni rozszerzyły się, podniósł delikatnie głowę w górę. Zbyt późno zorientował się, że stał się celem dystansowego ataku. Wielki, błękitny piorun z hukiem rozlegającym się po całym placu, uderzył w trzymaną przez niego kosę. Ogarnięty przez symfonię elektrycznych ładunków wędrujących po jego ciele, zdążył jedynie rozewrzeć swoje ledwo trzymające się w jednym miejscu usta w geście niewyobrażalnego bólu. Błękitne ogarki pozostałe po tym wydarzeniu, przez chwilę jeszcze odbijały się w szkiełkach noszonych przez Gatlinga gogli. Do przeprowadzenia tak potężnego ataku, wykorzystał całą swoją energię. Razem z Feithem nie byli więc już w stanie kontynuować walki. Jego leżący do tej pory przy rażonym prądem przeciwniku przyjaciel, wykorzystał okazję do ucieczki. Wstał najszybciej jak potrafił, po czym przeskoczył na sąsiedni fragment obsydianu do połowy zatopiony w rzece magmy. Powtarzał tę czynność jeszcze kilka razy, aż w końcu znalazł się na bezpiecznej od wroga odleglości. Przyklęknął na jedno kolano, podpierając się jedną ręką o czarną ziemię. Obserwował ciemny kształt, który znajdował się spory kawałek od niego samego. Gatling również mierzył ich przeciwnika wzrokiem, aby upewnić się że nie stanowi już zagrożenia. Jednak ku jego zaskoczeniu, skurczona do tej pory postać wstała. Kruczowłosy zdjął swoje gogle, dotknął jedną ręką swojego oka. Obraz, który udało mu się dzięki temu otrzymać, nie był co prawda tak ostry jak zwykle, ale wciąż pomagał w ocenie sytuacji. Skóra postaci, którą zobaczył, wydobywała z siebie smugi rzadkiego, czarnego dymu, ale jej spojrzenie wciąż sygnalizowało mordercze intencje.

  • Czy on jest nieśmiertelny? - syknął na głos Gatling, przywracając swoje oko do normalnego stanu.

Stojący nieopodal Midas otworzył oczy. Wolną ręką dotknął pokrytej strugami zakrzepłej krwi rany. Złote światło, którym się wypełniła, uformowało się w postaci niewielkiego kryształu. Odzyskawszy swoją moc światła, mógł bez problemu zatykać wszelkiego rodzaju rany oraz powstrzymywać krwawienie.

  • Zabierz stamtąd Feitha, raczej nie będzie w stanie sam się wydostać – rozpoczął, wskazując palcem skuloną sylwetkę znajdującego się kilkadziesiąt metrów od nich przyjaciela.

Gatling bez słowa ruszył w kierunku kompana. Wiedział, że ich dwójka w tej chwili będzie jedynie przeszkadzać. Przyglądający się do tej pory cierpliwie mężczyzna w czerni, skupił swoją uwagę na Midasie. Przeskoczył jednocześnie nad kilkoma mniejszymi fragmentami obsydianu, ciężko lądując na jednym z nich. Mierzący go wzrokiem złotowłosy, wyciągnął przed siebie swój srebrny miecz. Dotknął wolną ręką lśniącej klingi. Była ona tak perfekcyjnie gładka, że samo patrzenie na nią wywoływało w głowie Midasa wysoki, metaliczny dzwięk.

  • Nola Caleu. – wyszeptał, a z jego drugiej ręki zaczęły wydobywać się różnej wielkości żółte kryształy.

Przechodziły one na srebrną klingę, pokrywając ją aż do rękojeści. Gdy cały oręż zespoił się całkowicie z kruszcem, emanujący z broni srebrny blask zmienił swój kolor na jaskrawy odcień złota. Powietrze dookoła stało się ciężkie, a ziemia drgała nieprzerwanie w każdej części placu. Miecz przekształcony w nowy rodzaj Spirytu był nieco większy od swojego poprzednika. Złote gwiazdy emitowały z siebie tak wielkie ilości światła, że ich fragmenty i obusieczne ostrze pokryte zostały cienką warstwą twardego światła, które gotowe było z laserową precyzją przeciąć wszystko na swojej drodze. Ponieważ Midasowi udało się połączyć elementy dwóch nie współpracujących żywiołów, nowa broń zmieniała diametralnie swoje możliwości. Złotowłosy nie czekał na natarcie przeciwnika. Ruszył przed siebie, wiedząc, że ten nie jest już w stanie używać mechanizmu umieszczonego w swojej kosie. Jednak jego oponent widać spodziewał się tego typu ataku. Podniósł częściowo spaloną rękę w jego kierunku, a na opuszkach jego palców zebrały się niewielkie purpurowe sfery. Błyskawicznie ze wszystkich z nich wystrzeliły jaskrawe linie światła fioletowego koloru. Były one tak szybkie, że chłopak nie był w stanie ich uniknąć. Nie zamierzał nawet próbować. Uniósł lekko w górę swój miecz, po czym jednym prostym cięciem przeciął wszystkie linie na pół, zmieniając całkowicie ich tor lotu. Wszystkie minęły swój cel, przecinając na części znajdujące się za nim obsydianowe fragmenty do połowy zatopione w lawie. Widząc, że atak dystansowy nie przyniósł efektu, mężczyzna w czerni przeszedł do szarży. Z diabelską szybkością parł na przód, bez zastanowienia przeskakując na kolejne fragmenty placu. Wyskoczył przed siebie, a będąc wciąż w powietrzu, chwycił swoją kosę oburącz, przygotowując się do zamachu. Midasowi wydało się to podejrzane, gdyż jego przeciwnik wciąż znajdował się kilkanaście metrów od niego. Instynktownie odskoczył w górę, nie chcąc narażać się na ewentualny atak. Jego ocena była jak widać prawidłowa, ponieważ gdy tylko mężczyzna w płaszczu wylądował na twardym gruncie, jego zamach wysłał przed siebie wypełnioną purpurpurowym dymem falę zbitego powietrza. W ułamku sekundy przybrała ona formę sierpu a następnie rozpędzając się przeszła do półksiężyca. Zrównała ona z ziemią wszystko co znalazło się na jej drodze, omijając znajdującego się bezpośrednio nad nią Midasa. Jego oponent nie zakończył jednak swojego ataku. Błyskawicznie podniósł jedną rękę w kierunku wciąż znajdującego się w powietrzu złotowłosego, po czym zwinął ją w pięść. W tej samej chwili, Midas z ogromną szybkością poszybował w dół, po czym z impetem wbił się w powierzchnię ściętej niedawno przez fioletowy sierp posadzkę. Leżał twarzą zwróconą do dołu, wciąż trzymając w jednej ręce swój miecz. Nie wiedział, czym jest siła, która wgniata go właśnie w obsydianowe podłoże, ale przez chwilę nie był w stanie nawet się podnieść. Zdążył jedynie unieść głowę w górę, by zobaczyć, że jego przeciwnik wciąż ściska jedną dłoń w formę pięści. Nie potrafił on wcześniej używać tego typu umiejętności, więc Midas miał pewność że pochodzi ona ze Spirytu. W końcu nieznana siła ustąpiła. Złotowłosy w ułamku sekundy podniósł się z ziemi, wykonał precyzyjne cięcie swoim złotym mieczem. Ku jego zdziwieniu, ostrze zamarło w powietrzu, nie zraniwszy nawet stojącego metr dalej oponenta. Chłopak próbował odzyskać kontrolę nad bronią, ale ta ustąpiła dopiero po kilku sekundach. Ponieważ nie chciał narażać się na podobne sytuacje, odskoczył w tył, lądując na sąsiednim, nieco większym fragmencie obsydianu. W swojej głowie usłyszał głos ciężki głos przeciwnika.

  • Nie możesz wiecznie sprzeciwiać się mocy chaosu. Dźwięki rozlegały się bezpośrednio w głowie Midasa. Cała dolna część twarzy jego przeciwnika była zupełnie spalona, prawdopodobnie oblana została przez strumień wydobywającej się spod posadzki magmy, podczas ataku Claytona. Nic dziwnego więc, że musiał posługiwać się telepatią.

  • W skrócie, Spiryt który ignoruje prawa fizyki - odparł Midas, uśmiechając się szyderczo.

Domyślił się, że moc jego przeciwnika działa tylko na określonym, dość małym obszarze, a jego efekt utrzymuje się przez kilka sekund. Mimo to, gdyby po raz kolejny znalazł się w zasięgu jego rażenia, przeciwnik mógłby ponownie go unieruchomić, a następnie spróbować zadać śmiertelny cios. Z tego co widział do tej pory, Midas wywnioskował, że jego oponent jest w stanie kontrolować otaczającą go grawitację a także sterować ruchem niektórych przedmiotów. Prawdopodobnie może także zwiększać bądź zmniejszać ich szybkość. Dzięki temu jego ataki są niesamowicie szybkie, a cięcia przeciwników zdają się zastygać w powietrzu. Złotowłosy uniósł miecz przed siebie, na jego końcu w mgnieniu oka pojawiła się światlista kula. Dookoła niej, pojawiło się kilka jaskrawych pierścieni obracających się dookoła osi owej sfery. Posiadając ulepszony Spiryt, Midas był w stanie koncentrować moc magiczną o wiele szybciej niż zazwyczaj, pozwalając mu dorównać pod tym względem przeciwnikowi.

  • Gran Tormento Lux! – wycedził, a świetlista sfera otworzyła się, wyrzucając z siebie dziesiątki, o ile nie setki błyszczących, żółtych kul wielkości pięści. Każda z nich zmierzała w stronę przeciwnika, lecz eksplodowała, gdy tylko zetknęła się z jego ciałem.

Była to silniejsza wersja używanego już wcześniej zaklęcia, które swoim działaniem przypominało armatę. Tym razem, pocisków było jednak o wiele więcej, a każdy wybuch pociągał za sobą ostre jak brzytwy odłamki złotego kruszcu, które powstały w wyniku skumulowania w jednym miejscu twardego światła. Wbijały się głęboko w ciało oponenta, tworząc pod nim kałużę gęstej krwi. Przetrwał on już tak wiele ataków, że dawno temu powinien pożegnać się z tym światem. Mimo to nawet w tej chwili, oddychając głęboko dumnie opierał się śmierci, podpierając się o wbitą w ziemię kosę. Nie zwracając uwagi na liczbę złotych ostrzy tkwiących w jego kończynach, chwycił swój oręż oburącz, po czym po raz kolejny przeszedł do ataku. Midas jednak rytmicznie odskakiwał w tył, starając się zachować bezpieczną odległość. W tym właśnie momencie złotowłosy zrozumiał prawdziwą siłę Spirytu swojego przeciwnika. Skoro jego moc pozwala łamać każde prawo fizyki występujące na świecie, bariera między życiem a śmiercią staje się w istocie niezwykle cienka. Z wielu istniejących, wystarczy wybrać jedynie to, które tworzy więź między ludzką duszą a ciałem, po czym utrwalić je w ten sposób, że śmierć staje się po prostu niemożliwa. Przeciwnik złotowłosego naprawdę był więc nieśmiertelny. Trwale związał swoją duszę z ciałem, przez co nawet jego zniszczenie nie może prowadzić do jego zguby. W głowie Midasa pojawiło się proste pytanie, na które jednak nie potrafił odnaleźć odpowiedzi. Jak można zabić kogoś, kto jest nieśmiertelny. Ponieważ jest to jego własne ciało, wciąż odczuwa ból, ktory jest mu zadawany, jednak nie może prowadzić on do jego śmierci. Midas wyskoczył wysoko w górę, nie chcąc znaleźć się wewnątrz obszaru oddziaływania umiejętności oponenta. Wtedy właśnie zauważył, że cała okolica powoli zatapiana zostaje przez strumienie gorącej magmy, tworzące coraz większe rzeki. To właśnie jest odpowiedź, której szukał. Skoro nie może zabić swojego przeciwnika w tradycyjny sposób, musi zniszczyć jego ciało, by dusza nie miała do czego wracać. Uśmiechnął się szyderczo. Nie znalazł na świecie niczego bardziej przyjemnego niż wysadzanie rzeczy w powietrze, więc zmienienie całego kilkudziesięciometrowego obszaru w pokryte magmowym jeziorem dzieło zniszczenia, wydawalo mu się szczególnie rozrywkowym zadaniem. Będąc wciąż w powietrzu, skoncentrował większość pozostałej mocy w czubku miecza, którego rękojeść skierował w dół. Chwyciwszy ją oburącz, zaczął opadać w dół, szeptając coś pod nosem. W ułamku sekundy klinga pokryła się jaskrawym, złotym światłem wypełniającym całkowicie przestrzeń kilkunastu metrów, pozostawiając za sobą gęste smugi poświaty podobnego koloru. Myśląc, że cios jest przeznaczony dla niego, mężczyzna w czerni odskoczył w bok, starając się go uniknąć. Zrozumiał swój błąd dopiero w momence, w którym ostrze całkowicie wbiło się we fragment obsydianowej posadzki. Nie docenił on ukrytych zasobów energii, drzemiących w nowym Spirycie złotowlosego. Ziemia zatrzęsła się, a w miejscu, w które wbity został miecz, utworzyły się głębokie szczeliny. Każda ze szczelin rozszerzała się w błyskawicznym tępie, rozrywając obsydian na kawałki, przenosząc się na sąsiednie fragmenty posadzki, skąd przechodziły na kolejne. Każda ze skarp była tak głęboka, że wyrwy, które powstały w ziemi, powodowały tworzenie się gejzerów magmy i wydostawanie się ukrytych pod ziemią pokładów gazów. W kilka sekund cała okolica pokryła się strumieniami wrzącej lawy, pod którą spoczywały niemal wszystkie fragmenty posadzki. Jedynym nietkniętym elementem znajdującym się teraz na powierzchni jeziora magmy, była chroniona przez zaklęcie brama. Na jej szczycie, w miejscu, w którym krzyżowały się obsydianowe ramiona, siedział dyszący ciężko Midas. Jego broń na powrót zmieniła się w złote i srebrne kryształy, które po kilku sekundach pochłonięte zostały przez wewnętrzne części jego dłoni. Zeskoczył w dół, lądując delikatnie na resztkach magmowej skały, podpierając się prawą dłonią. Obrócił się, oglądając uważnie fioletowy kryształ, którym tak trudnym przeciwnikiem. Tak długo jak stąpa on po tej ziemi, zaklęcie ochronne nie przestanie działać. Midas wzdrygnął się. Znaczyłoby to, że jego oponent nie tylko przetrwał jego najpotężniejszy atak, ale i wciąż ma siłę by utrzymać tak skomplikowane zaklęcie jak kryształowa tarcza. Nie zdążył jednak w porę uświadomić sobie tego faktu, ponieważ dwa ostrza kosy przebiły właśnie na wylot jego klatkę piersiową. Złotowłosy obrócił się w miarę swoich możliwości. Jego przeciwnik co prawda wyglądał na poturbowanego, a zapach palonej skóry wypełniał jego nozdrza, ale mimo to wciąż był w stanie utrzymać się na nogach. Krzycząc z bólu, Midas chwycił swojego oponenta za kosmyk gęstych, czarnych włosów, po czym z impetem pociągnął w dół, wbijając jego twarz w ziemię. Szedł tak przed siebie z kosą wbitą głęboko w ciało, wylewając strumienie krwi, ciągnąc po ziemi ruinę która została z przywódcy demonicznych armii. Gdy tylko znalał się nad brzegiem magmowego jeziora, cisnął wijącego się oponenta prosto w jego odmenty. Ten zdążył jedynie podnieść skostniałą dłoń w górę, nim i ta pogrążyła się w pomarańczowej łunie. Przyklękając na jedno kolano, wyjął oba ostrza kosy z pomiędzy swoich żeber, natychmiastowo zamykając rany kryształami twardego światła. Szczęśliwie żadne z nich, nie trafiło w serce. Wszystkie uszkodzone organy prócz niego, mogły być z łatwością odtworzone jako iluzja z twardego światła. Takie rozwiązanie, mimo swojej chwilowości, w obecnych warunkach wydawało się być bardzo pomocne. Położył się na ziemi, z twarzą skierowaną ku górze. Nie mógł zobaczyć jednak niczego poza sklepieniem przestrzeni, w której się znajdował. Przekrzywił lekko głowę w bok. Ukradkiem oka ujrzał rozpadającą się na kawałki kryształową barierę, ostateczny znak zwycięstwa nad jej twórcą. Na walkę z nim wyczerpał jednak całą energię, więc próba zniszczenia jej nie była w obecnej chwili realna. Był co prawda bardzo wyczerpany i ciężko ranny, ale starał się nie tracić przytomności. Wstał z czarnej ziemi, skulony podszedł do jednego z ramion bramy, po czym usiadł, opierając się o nie. Czekał.
*******
Niewiele pamiętał, co się działo tego dnia. Strzępki pamięci wydawały się rozmyte i nie układały się w żadną logiczną całość. Nie wiedział, czy zemdlał ze zmęczenia, czy może znajduje się w trakcie jakiegoś rodzaju letargu. Pełną świadomość odzyskał dopiero na pokładzie statku, delikatnie miotanego przez morskie fale. Musiał leżeć w łóżku już kilka dni, gdyż jego szczelnie owinięte bandażami rany zaczęły się już zasklepiać w prawidłowy sposób. Odrzucił na bok pościel, wstał opierając się o jedną z drewnianych półek, stojących pod ścianą kabiny. Przez okrągłe okno, do pomieszczenia wpadały jasne promienie słońca, oświetlające drobinki delikatnie unoszącego się kurzu. Chwiejnym krokiem podszedł do drzwi wejściowych, prześlizgnął się cicho. Zauważył, że jest to ten sam statek, którym przypłynęli na czarny kontynent jakiś tydzień temu. Szedł przed siebie, dobrze oświetlonym korytarzem łączącym kajuty z salą obrad. Kierował się dźwiękiem rozmów, które z każdą chwilą stawały się coraz głośniejsze. W końcu znalazł się w zdobionym obrazami pomieszczeniu, na środku którego znajdował się bogato zdobiony dywan i okrągły stół. Przy nim siedziało już kilka osób, w których rozpoznał kilku swoich przyjaciół. Gatling i Falcon dyskutowali w tylniej części stołu, nie zwracając z początku uwagi na przybysza. Naprzeciwko nich siedział Avalanche, polerujący swój miecz białą szmatką. Obok niego, miejsce zajmował piszący coś na pożółkłym pergaminie Justicar. Nigdzie nie widział jednak pozostałych członków załogi. Bez słowa usiadł obok pogrążonego w tworzeniu raportu mężczyzny w purpurze. Ten uniósł lekko głowę, uśmiechnął się.

  • Spałeś całe cztery dni - rozpoczął spokojnie, odkładając na bok gęsie pióro zamoczone w atramencie. - Znaleźliśmy cię na wpół martwego, miałeś wiele szczęścia – dodał, odsuwając od siebie kartkę papieru.

  • Nie tak łatwo mnie zabić - wtrącił Midas, uśmiechając się szyderczo. Wciąż czuł bolesne pulsowanie w miejscach odniesionych ran. - Co się działo potem? - dodał poprawiając bandarz na lewej ręce.

  • Nic ciekawego, Falcon zajął się wysadzeniem bramy a reszta ewakuacją - odparł mu szarowłosy, podnosząc lekko ton. - Dzięki pomocy Gatlinga udało nam się wydostać przez portal podobny do tego, który znaleźliśmy na kontynencie.

  • Gdzie w takim razie jest reszta? - wtrącił złotowłosy.

  • Feith wciąż wypoczywa w swojej kajucie. Po powrocie czeka go magiczna transplantacja oka, więc dla niego to jeszcze nie koniec boleści - odparł Justicar, wyprostowując się na krześle. - Clayton postanowił zostać na czarnych ziemiach, by szukać okazałych trofeów do swoich zbiorów. A ty, co zamierzasz robić? W stolicy przydałby się ktoś od zadań specialnych.

  • Pewnie dalej będę włóczył się po swojej arenie - odparł tajemniczo Midas. Wstał od stołu, bez słowa wyszedł po schodach na górny pokład.

Świeże powietrze zderzyło się z nim jak orzeźwiająca fala. Usiadł pod masztem, spojrzał w górę. Jasne, błękitne niebo malowało się nad całym widnokręgiem. Zamknął oczy, wziął głęboki oddech. Zasnął.
M.M



1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna