Pierwsze promienie słońca delikatnie muskały zmarzniętą ziemię. Obdarte ze swych płaszczy drzewa, ospale kołysały się na jesiennym wietrze, nucąc cichą pieśń rozchodzącą się echem po wciąż zamglonych dolinach



Pobieranie 288,27 Kb.
Strona3/5
Data24.02.2019
Rozmiar288,27 Kb.
1   2   3   4   5

  • Zdaję sobię sprawę, że nie wszyscy znają cel ekspedycji - rozpoczął Justicar, kładąc obie dłonie na stole. – Pora więc na trochę wyjaśnień. Bawiący się do tej pory nożem czarnowłosy chłopak wstał.

  • Jak wiecie, ponad sto lat temu miejsce miała wielka wojna z demonami – kontynuował za swojego przyjaciela. – Zakończyła się wielkim zwycięstwej ludzkości, a przynajmniej tak myśleli nasi przodkowie. Nigdy nie udało im się zniszczyć wielkiego portalu przyzywającego armię plugawców do naszego świata, dlatego zawsze istniało potencjalne zagrożenie – dodał, obserwując twarze zgromadzonych w sali bohaterów.

  • Każdy może przeczytać o tym w książkach o historii królestwa – wtrącił Falcon. Jego głos był jak zwykle szorstki, ale mimo tego nie wydawał się nieodpowiedni do tej sytuacji. - Gdyby z wielkej wojny pozostały tylko niedobitki, nie ściągalibyście na ekspedycję użytkowników Spirytów ze wszystkich kontynentów.

  • Przez ostatni wiek, na ziemie demonów były regularnie wysyłane oddziały magów i wojowników, których zadaniem było reportowanie wszystkiego, co dotyczy ich populacji - odparł Justicar, podpierając jedną ręką podbródek. - Jednak niecały miesiąc temu, grupa złożona z czterdziestu osób nie powróciła w przewidzianym czasie. Zaniepokoiło nas to zdarzenie, dlatego natychmiast wysłaliśmy niemal tysięczną załogę z misją ratunkową - jego ton zniżył się, a wzrok powędrował w dół. – Statkiem widmo udało się wrócić tylko jednej osobie. Pomijając niezliczone ślady ugryzień na tym, co zostało z jego ciała, z jego ostatnich słów wnioskujemy, że liczba demonów która w tak krótkim czasie wyszła z portalu, przekroczyła już dziesiątki tysięcy - skończył. Mężczyzna polerujący niedawno swój kościany oręż zwrócił twarz w stronę osoby w purpurowym płaszczu.

  • I udało wam się znaleźć jedynie siedem osób, które byłyby w stanie pomóc? - jego głos był poważny i niski, było w nim coś niepokojącego.

  • Mieliśmy mało czasu – stwierdził czarnowłosy chłopak. – Poza tym, priorytetem w takich przypadkach jest poszukiwanie osób posiadających Spiryt - dodał po chwili.

Spiryt, czy jak zwykli to nazywać starożytni "Narzędzie Duszy" jest specialną bronią stworzoną z fragmentów duszy swojego posiadacza. Pozwala ono na drastyczne zwiększenie jego mocy, jednak jego używanie jest bardzo wyczerpujące a sam Spiryt posiada krótki czas działania. W obecnym świecie jest postrzegany jednak jako kamień milowy, wyznaczający poziom elity pośród wszystkich magów i wojowników. Spiryt zawsze w pewien sposób odzwierciedla charakter swojego właściciela, przez co zwykle przybiera formę jego ulubionej broni. Jest on także tego samego żywiołu, co posiadacz. Do jego przyzwania często potrzeba tak zwanej "bazy", czyli narzędzia, które zostanie zamieszkane przez fragment duszy. Osiągnięcie mocy potrzebnej do jego opanowania, zajmuje dziesiątki lat ciężkich treningów. Dlatego osoby, którym udało się to w o wiele krótszym czasie, są bardzo cenione przez wszelkie organizacje wojskowe. Takie właśnie myśli pojawiły się w głowie Gatlinga, gdy usłyszał słowa czarnowłosego. Wiedział, że powód, dla którego został ściągnięty na pokład statku, był nietuzinkowy, jednak na jego decyzję wpłynęła ogromna suma pieniędzy oferowana przez koronę. Nie wiedział jednak co może być powodem uczestnictwa w ekspedycji pozostałych osób, gdyż z nich wszystkich jedynie jemu potrzebne były ich ogromne sumy.

  • Gdy tylko dopłyniemy do czarnego kontynentu, podzielimy się na dwie grupy – kontynuował czrnowłosy, wyrywając Gatlinga z zamyślenia.

  • Za kilka godzin powinniśmy dotrzeć do brzegu - wtrącił Justicar. – Przygotujcie się dobrze, bo nie przewiduję postoju przez najbliższe kilka dni – dodał ,wstając ze swojego krzesła.

Wkrótce wszyscy zgromadzeni opuścili salę, by przygotować się do nadchodzącej walki lub po prostu przeanalizować swoją sytuację. Złotowłosy chłopak wyszedł na zewnątrz, by przyjrzeć się słynnemu krajobrazowi towarzyszącemu zbliżaniu się do czarnego kontynentu. Do niedawna błękine fale przybrały ciemnozielone kolory a niebo pokrywało się warstwami czarnych chmur. Z daleka widział już czerwony słup ognia, będący prawdopodobnie czubkiem wulkanu. Atmosfera zdawał się stawać coraz bardziej ponura, im bardziej statek zbliżał się do brzegu.
*******
Podpłynęli do brzegu nocą, nie zapalając nawet jednej pochodni. Zielona piana delikatnie muskała podstawę drabiny, po której schodzili na stały ląd. Światło księżyca ledwo przedostawało się przez gęste, ciemne chmury. Podczas gdy reszta zajęta była sprawdzaniem ekwipunku, Falcon odłączył się na chwilę od grupy. Przechadzając się po wybrzeżu, zwrócił uwagę na znajdujące się niewielką odległość od nich zgliszcza czegoś, co przed pojawieniem się demonów było ludzkim miastem. Nie wiedział ,co dokładnie stało się ponad sto lat temu, ale zielone ziemie i rozwijające się przed wiekiem kultury zostały w ciągu jednego dnia doszczętnie zniszczone. Będąc jeszcze w archiwach wśród murów Zakonu Feniksa, często zdarzało mu się czytać o tragedii, jaka spadła na objęte kataklizmem obszary. Przykucnął, zagarnął grudkę ziemi, zbliżył ją do twarzy i roztarł delikatnie między palcami swojej żelaznej rękawicy. Spostrzegł, że jest to gleba wulkaniczna, jedna z najżyźniejszych, o jakich kiedykolwiek słyszał. Mimo to, dookoła nie było nawet jednego źdźbła trawy. Nie myślał o tym jednak zbyt długo, bo pozostali członkowie załogi zbierali się do drogi. Justicar z założonym na głowę kapturem o kolorze podobnym do jego płaszcza, wyszedł naprzód, po czym odwrócił się w stronę statku.

  • Od tego momentu podzielimy się, w celu szybszego przeszukania okolicy - rozpoczął półszeptem. – Przypłynęliśmy tu od strony, która nie była jeszcze sprawdzana przez żaden patrol, więc nie mogę powiedzieć wam, czego możemy się tu spodziewać. W celu równego podzielenia sił, trzyosobowe grupy będą składać się z osoby walczącej w zwarciu, maga bojowego oraz kogoś, kto najlepiej sprawdza się w walce dystansowej - mówiąc to, przykucnął i zaczął rysować palcem na czarnej ziemi coś na kształt planu.- Kapitanem pierwszej grupy będzie Falcon, paladyn zakonu feniksa – rzekł, wskazując palcem na wyraźnie zaskoczonego jego słowami niebieskookiego rycerza. – Zaraz po mnie, ma on największe doświadczenie bitewne, a dzięki szkoleniu zakonnym zna także sztukę dowodzenia i opracowywania strategii. Pod jego dowództwo przydzielam Avalanche, maga lodu z Białej Pustyni oraz Gatlinga, mistrza magii błyskawic – dodał, wskazując po kolei na mężczyznę o bladobłękitnych włosach oraz siedzącego na ostatnim szczebli drabiny kruczowłosego chłopaka. – W drugiej grupie, to ja przejmę rolę przywódcy i wojownika, a najlepiej jako mag sprawdzi się Midas. Ponieważ Spiryt Claytona pozwala mu na dopasowanie się do każdego stylu walki, zajmie on stanowisko łucznika. Zapewne zdążyliście zauważyć już czarnowłosego chłopaka, który kręcił się na pokładzie od jakiegoś czasu. Nazywa się Feith, a ponieważ jako jedyny z naszej siódemki nie posiada Spirytu, jego zadaniem będzie ukrycie statku i ewentualne zastąpienie rannego członka jednej z drużyn. Naszym celem jest zlokalizowanie oraz zniszczenie portalu, przez który do naszego świata przedostają się demony. Jeśli nam się uda, każdy otrzyma od króla ustaloną wcześniej nagrodę. Jeśli nie, możemy uznać, że nie tylko kontynent ludzi, ale i większość znanego nam świata może zostać zniszczona tak, jak te ziemie podczas kataklizmu ponad wiek temu - wypowiadając ostatnie słowa, wstał podpierając się jedną ręką.

Obie grupy bez słowa rozeszły się w przeciwnych kierunkach, gestem uniesionej pięści sygnalizując "powodzenia". Rycerz jak zwykle z mieczem ułożonym na ramieniu, maszerował wraz z pozostałą dwójką na zachód, w stronę niedawno zauważonych ruin miasta. Nie minęło dużo czasu, aby wśród mroków nocy obie grupy odzdzieliły się od siebie tak, że nie były już w stanie wyczuć swojej obecności.
*******
Od podzielenia minęło już kilka godzin. Mimo porannej pory na ziemię wciąż nie padało zbyt wiele światła. Gęste chumry musiały więc wiecznie unosić się nad kontynentem, blokując skutecznie promienie słońca. Grupa Falcona mijała na swojej drodze liczne zgliszcza, które przez dziesiątki lat zdążyły pokryć się grubą warstwą obsydianu. Idący na końcu Gatling rozglądał się uważnie po okolicy. Znajdowali się teraz na rozległej równinie, nie było więc zbyt dużych szans na wejście w sidła przeciwnika. Nie minęło jednak wiele czasu, nim trójka bohaterów wyczuła wyraźne drgania powierzchni ziemi, o wiele większe niż kiedykolwiek zdarzało im się napotkać. Mogło to świadczyć jedynie o ogromnej liczbie przeciwników, szykujących się do ataku. Zaniepokojony kruczowłosy stanął w miejscu, uważnie rozglądając się na wszystkie strony. Nigdzie nie był jednak w stanie odnaleźć źródła zagrożenia. Wyjął z kabury oba pistolety, po czym wycelował ich lufy w ziemię zaraz pod swoimi stopami. Wyczuwający nagromadzenie magicznej energii za swoimi plecami Falcon i Avalanche instynktownie odskoczyli na różne strony. Nie chcieli przecież narażać się na ewentualne obrażenia.

  • Agri Vis! - wycedził, po czym z obu jego pistoletów wystrzeliły smugi błękinej energii, wwiercające się głęboko w ziemię. Cała okolica w mgnieniu oka pokryła się licznymi pęknięciami, z których wydobywały się rozrywające obsydianową powierzchnię niebieskie błyskawice.

Szczęśliwie, pozostali członkowie drużyny znaleźli się poza zasięgiem zaklęcia. Avalanche wyjął swój Estoc, pokrywając go lekkim dotknięciem drugiej ręki czymś w rodzaju szronu. Razem ze stojącym po przeciwnej stronie gruzowiska Falconem, obserwowali wypluwającą tony popiołu ziemię. Po kilku sekundach, gdy pył opadł już całkowicie, spod gruzu zaczęły wychodzić powykręcane, krwistoczerwone kończyny. Za nimi podążały przerośnięte korpusy, odziane w skórzane napierśniki oraz rogate, wydłużone gęby wypełnione rzędami ostrych zębów. Część z nich posiadała rozwidlone jęzory, inni z kolei eksponowali biesie ogony. Ci, którzy znajdowali się najbliżej Gatlinga, wyglądali jednak na poważnie poturbowanych. Ich karmazynowa skóra była pokryta ociekającymi krwią bomblami, a w niektórych miejscach była zwyczajnie rozerwana na kawałki. Wychodzili spod ziemi, błądząc żółtymi ślepiami wśród gruzowiska, szukając celu swojej zasadzki. Falcon szybko ocenił liczebność wrogich oddziałów, po czym ze znanego jedynie sobie powodu, schował za plecami żelazny miecz trzymany do tej pory na ramieniu. Obserwujący swojego kapitana Gatling i Avalanche, odebrali to jako przyzwolenie do ataku. Kruczowłosy, przedzierając się przez dziesiątki demonów, wydostał się z obszaru gruzowiska, nie dając im czasu na reakcję. Bez draśnięcia skoczył przed siebie, przy okazji oddając kilka strzałów w kierunku znajdująych się przed nim przeciwników. Jego broń nie korzystała jednak ze zwyczajnej amunicji. Tym, co wydobywało się z jego pistoletów były błyskawice z czystej magicznej energii. W tym samym czasie, Avalanche zwykłymi machnięciami swojego miecza wysyłał przd siebie fale tnącego powietrza, siekającego większość tego, co stanęło im na drodze na plasterki. Mimo dużej liczebności przeciwnika, nie stanowił dużego zagrożenia. Bez nikogo, przeznaczonego do dowodzenia, nie był on w stanie przeprowadzić zorganizowanej pułapki. Przyglądający się do tej pory widowisku Falcon, został otoczony przez kolejne oddziały demonów. Nie dobywając miecza, ze spokojem czekał na natarcie przeciwników. Jego rycerskie rękawice pokryły się karmazynowym światłem, z którego po chwili zaczęły wydobywać się swobodnie opadające iskry i popielne płatki. Nim którykolwiek z demonów zdołał dotrzeć do niego, by zadać cios, czerwona pięść z nieludzką szybkością przebijała jego cielsko na wylot, pokrywając czarne ziemie gęstymi strugami krwi. Spod powierzchni wciąż wychodziły nowe oddziały, nie dające wojownikom czasu na opracowanie jakiejkolwiek strategii. Niebieskowłosy mężczyzna przestał atakować oddziały wroga. Zauważył, że zajmowanie się każdym z osobna zajęłoby im bardzo dużo czasu. Podniósł swój miecz w górę. Po wyszeptaniu magicznej formuły, z czubka Estoca wystrzelił cienki snop bladoniebieskiego światła. Gdy tylko Falcon i Gatling zauważyli magiczną racę, bez słowa odwrócili się w kierunku przeciwnim do swojego kompana i ignorując zastępy demonów, zaczęli przedzierać się jak najdalej od niego. Taka raca sygnalizowała nakaz wycofania się z pola walki. Fakt, iż nie gasła nawet, gdy znajdowali się już niemal dwieście metrów od Avalanche oznaczał, że technika, której zamierza użyć, stanowi zagrożenie nawet dla nich samych. Oddajając się, Gatling uświadomił sobie, że tylko dzięki użyciu Spirytu udałoby się usunąć wszystkie przeszkody w krótkim czasie. Gdy razem z rycerzem dotarli na odległość czterystu metrów, raca zgasła. Gatling dotknął otwartą dłonią swojego prawego oka, jednocześnie poruszając wargami. Czerwone do tej pory linie w jego oku wydłużyły się i pogrubiły a sama źrenica rozszerzyła się zastępując większą część soczewki. Teraz widział wszystko w obrębie niemal połwy kilometra tak wyraźnie, jakby sam znajdował się w obserwowanym miejscu. Skupił swoją uwagę na okrążonym już nie przez dziesiątki, ale setki rogatych żołnierzy mężczyźnie dzierżącym miecz w jednej ręce. Bez wypowiadania żadnej formuły ów mężczyzna wyciągnął przed siebie pokrywający się coraz większą ilością szronu oręż. Ciemnoniebieskie światło formujące się w niezliczoną ilość malutkich gwiazdek, promieniowało bezpośrednio od rękojeści. W mgnieniu oka, wydobył się z niej ogarniający niewielką część ostrza kryształ lodu. Za nim z trzaskiem podążał kolejny, jeszcze jeden, następny. Odłamki zbitego kryształu nie tylko pokrywały już cały oręż, ale przechodziły także na skórzaną rękawicę wojownika a następnie spajały się z jego skórą, zatrzymując się dopiero na naramienniku. Na całej powierzchni pokrytej warstwą lodu uformowały się także kolce skierowane końcami w tył tak, że im dalej znajdowały się od ostrza miecza, tym stawały się większe się. Obserwowany z wyraźną ciekawością przez żółte ślepia, dotknął czubkiem swojej wypuszczającej kłęby pary bronią ziemi.

  • Glacier Nox - szepnął, a na samym końcu jego oręża na chwilę pojawiło coś na kształt białej, czteroramiennej gwiazdy. Gatlingowi zdawało się, że czas niemal zatrzymał się w miejscu.

Gwiazda dosłownie eksplodowała, wyrzucając z siebie na początku dziesiątki lodowych włóczni, przebijających wszystko ,co stanęło na ich drodze. Towarzyszyły im wykonane z lodu, półksiężycowe ostrza i tysiące niewielkich, kryształowych grotów strzał. Za całością szła niczym lawina fala mroźnego powietrza, wysysająca życie z pozostałych na polu bitwy osobników. Jednak kataklizmowi nie było końca. Avalanche w pełni odporny na własne zaklęcia, wbił swój miecz w ziemię razem z częścią swojej zamrożonej ręki. Czarna ziemia, na której stał, zaczęła w mgnieniu oka pokrywać się lodowym płaszczem. Kryształowa fala rozprzestrzeniała się, przykrywając po drodze wychodzące spod powierzchni demony, przy okazji uniemożliwiając innym wydostanie się. Cały obszar, który został w ten sposób skrystalizowany, kołysał się w okolicach czterystu metrów. Obserwujący z bezpiecznej odległości Gatling, szybko zrozumiał, dlaczego Justicar podzielił drużyny w ten sposób. Podczas gdy on sam i Falcon byli najbardziej efektywni w walce przeciwko jednemu silniejszemu przeciwnikowi, moc Spirytu Avalanche pozwalała mu na efektowne uporanie się z ich dużą liczbą. Stojący w samym środku niewelkiego kręgu, którry został ocalony przed zamrożeniem, niebieskowłosy mężczyzna wstał. Kryształy z jego ostrza i ręki nie odpadły, lecz stopniowo zmniejszyły się, po czym powróciły do rękojeści. Avalanche przykucnął, podpierając się przy tym drugą ręką. Oddychał głęboko. Każde użycie Spirytu kosztuje swojego użytkownika sporą część sił witalnych, więc jego chwilowa utrata sił była zrozumiała. Gatling z ciekawości dotknął skrystalizowanej równiny końcem buta. Tak jak przewidywał, szybko zaczął pokrywać się on szronem i mniejszymi kryształami lodu, pnącymi się w górę. Gdy tylko cofnął się o kilka kroków, skórzane obuwie powróciło do swojej pierwotnej postaci. Gdy skierował wzrok w stronę powstającego już kompana, zauważył podążającego w jego kierunku Falcona. Ten nie miał jednak problemów z poruszaniem się na obszarze zaklęcia. Co więcej, lód, po którym stąpał, wydawał się topić, lecz sekundę po przejściu rycerza krystalizował się na nowo. Paladyn zdjął jedną z rękawic, po czym nieuzbrojoną już ręką sięgnął w kierunku swojego pasa. Z jednej z przyczepionych do niego niewielkich toreb, wyjął zawiniętą w cienki bandaż fiolkę. Bez zastanowienia rzucił ją w kierunku niebieskookiego mężczyzny. Ten bez trudu złapał pakunek w locie.

  • To wyciąg z Yggdrasil, drzewa dusz – rozpoczął rycerz, rozglądając się po okolicy. Rzadkie promienie słońca odbijały się teraz od kryształowej ziemi i kilku zamienionych w skostniałe posągi rogatych postaci. - Może nie przywróci ci pełni sił, ale dzięki temu będzie ci łatwiej podróżować – dodał po chwili, uśmiechając się lekko.

  • Gdybyś użył swojego Spirytu, nie musiałbym zużyć aż tyle energii do walki swoim – odparł chłodno niebieskowłosy mężczyzna, otwierając fiolkę. - Twoim żywiołem jest ogień, czyż nie? Moje zaklęcie nie byłoby wtedy w stanie cię zranić – kontynuował, wypijając całą zawartość fiolki.

  • Wybacz, ale obecnie mam tylko jedną bazę - wtrącił Falcon. Jego głos stał się głębszy, bardziej poważny. - Mój Spiryt podobnie jak twój, potrzebuje do aktywacji odpowiedniego narzędzia. Gdybym w takiej potyczce postanowił walczyć mieczem lub użyć Spirytu, w kolejnych musiałbym zdać się na walkę wręcz - skończył. Nie doczekał się jednak odpowiedzi od odwróconego w innym kierunku kompana.

Wyszli z objętego zlodowaceniem obszaru, dołaczając do czekającego już na nich Gatlinga. On sam doskonale widział przebieg całej walki. Wiedział, że Avalanche może wyglądać teraz na w pełni zdolnego do walki, ale w rzeczywistości zużył już niemal połowę swojej energii. Jeśli zostaliby zmuszeni do ponownej potyczki w krótkim odstępie czasu, nie byłby w stanie po raz kolejny aktywować Spirytu. Jeszcze podczas pierwszego kontaktu z oddziałami wroga zrozumiał, że specjalna umiejętność Falcona jest jednorazowa, dlatego pozostawił walkę z demonami w rękach Avalanche. Ponieważ oboje byli w jakiś sposób ograniczani, doszedł do wniosku, że z całej trójki tylko on ma możliwość walki na sto procent. Uśmiechnął się lekko, poprawił gogle, schował pistolety z powrotem do kabur. Wyruszyli przed siebie, w stronę rozrzedzających się, czarnych chmur.
*******
Siedzący na obsydianowym kamieniu Midas, podpierał się jedną ręką wyciągniętą za plecy. W drugiej natomiast, trzymał niewiększy od jednego łokcia róg demona. Przyglądał się uważnie wgłębieniom oraz wyrytym rowkom okrążającym trofeum co kilka centymetrów. Z drugiej strony kamienia siedział noszący kościaną zbroję wojownik, opukujący czaszkę istoty, do której prawdopodobnie ów róg należał. Znajdowali się na szczycie sporego wzniesienia, które bez wątpienia było pozostałością po wygasłym jakiś czas temu wulkanie. Na jego krawędzi, stał badający okolicę wzrokiem mężczyzna ubrany w purpurę, o włosach szarych jak dym z ogniska. Jego uwagę przykuła krwawa łuna na horyzoncie, inna od tych, pozostawianych przez gejzery. Od wkroczenia na czarny kontynent minęły już całe dwa dni, więc nawet krótka przerwa była konieczna. Mimo kilku potyczek z rogatymi mieszkańcami, wojownicy nie byli jednak zmęczeni. Jedynym powodem postoju było więc zwykłe rozpoznanie terenu, a ponieważ wszystko tutaj malowało się w raczej czarnych barwach, nie trudno było zboczyć z obranego kursu. Midas wyraźnie znudzony oczekiwaniem, cisnął trzymany róg w dół zbocza. Zaraz za nim poszybowała czaszka, trzymana przez jego kompana.

  • To nie jest nawet warte tworzenia trofeum – syknął Clayton, wstając powoli z obsypanej popiołem ziemi.

  • Może wkrótce będziesz miał szansę na zmierzenie się z silniejszym przeciwnikiem – odparł złotowłosy, spoglądając na ogarnięte czarnymi kłębami niebo.

Było już około południa, jednak przewijające się po powierzchni rzadkie promienie słońca sprawiały, że większość lądu zawsze ogarnięta była którymś z odcieni szarości. Nie minęło dużo czasu, nim szarowłosy odwrócił się w ich kierunku.

  • Kilkanaście kilometrów na wschód stąd, znajduje się aktywny krater. Mimo to, nie wypluwa z siebie żadnego dymu, tak więc wątpię, aby wkrótce miał dokonać erupcji - rozpoczął, unosząc otwartą dłoń w kierunku dobrze widocznej, pomarańczowej łuny górującej nad horyzontem. - Zarówno ten, jak i powstałe przez ostatni wiek konstrukcje nie powinny pojawiać się w samym środku płyty kontynentalnej - kontynuował , nie spuszczając wzroku z krajobrazu.

  • Czyli, nie mógł on powstać w warunkach naturalnych– wtrącił Midas, zeskakując z obsydianowego kamienia. - Ktoś musiałby użyć potężnej magii lub siły wielu istnień, by stworzyć sztuczną górę, a co dopiero doprowadzić ją do plucia lawą.

Ignorując rozmowę pozostałych członków drużyny, Clayton podszedł do urwiska, pochylił się, po czym przyklęknął na jedno kolano. Trzymając miecz w jednej ręce tak, że większą jego częścią dotykał ziemi, obrócił się lekko w kierunku Justicara.

  • Ja zostanę tutaj – rzekł chłodno, po czym dotknął jedną dłonią czubka ostrza. Oręż zaczął pokrywać się pęknięciami, a gdy te doszły do rękojeści, podzielił się na dwie równe części. Wojownik chwycił w obie dłonie dwa nowe ostrza, po czym połączył je z rękojeściami. Całość wyglądała jak olbrzymia rama łowieckiego łuku, bez przymocowanej cięciwy.

Spiryt, w którego posiadaniu był odziany w kościany pancerz wojownik, należał do grupy najrzadszych. Mimo że jego moc w walce ograniczała się jedynie do wzmacniania każdego atrybutu posiadacza, miał pewną bardzo użyteczną cechę. Jego bazą wymaganą do aktywacji mogła być dowolna broń, której akurat dotykał Clayton. Wykorzystując możliwości, jakie daje mu transformujący się oręż, mógł jednocześnie podzielić swój Spiryt na trzy różne fazy. Pierwsza, w której narzędziem duszy jest miecz dwuręczny, monstrualnie zwiększa jego siłę fizyczną. Dzieląc go na dwa ostrza, siła zostaje zastąpiona przez nieludzką szybkość. Ostatnia, najbardziej użyteczna w tym przypadku faza broni, manifestowała się w formie olbrzymiego łuku. Zasięg zaklęć, których używał Clayton, mógł wtedy wynosić nawet dziesiątki kilometrów. Analizujący sytuację Justicar stwierdził, że w istocie jest to najlepsze rozwiązanie. Gdyby zostali zaatakowani w drodze do wulkanu, zwyczajna raca wystrzelona w górę ściągnęłaby na ich wrogów setki strzał.

  • Jeśli nie wrócimy w ciągu dwunastu godzin, będzie to oznaczało, że znaleźliśmy coś ciekawego. Postaraj się więc dołączyć do nas w miarę możliwości - odparł mężczyzna w purpurze, po czym spoglądając w dół zbocza, zaczął zsuwać się po jego krańcu.

Zaraz za nim podążył złotowłosy chłopak, otrzepujący materiałowe spodnie z resztek popiołu. Sunęli w dół zbocza, coraz bardziej oddalając się od wyczekującego na odpowiedni sygnał kompana. Znali swój aktualny cel podróży, tak więc po dotarciu do podnóża wzniesienia bez słowa udali się w kierunku podejrzanego krateru. Midas, będąc w połowie magiem ziemi, mógł z łatwością przewidzieć ewentualną zasadzkę demonów. Nie wyczuwał jednak niczego, co mogłoby świadczyć o nadchodzącym zagrożeniu. Jednak to właśnie sam jego brak, był w tej chwili powodem do niepokoju. Z raportu, który przedstawił im Justicar na statku wynikało, iż ogromne armie zbierają się na czarnym kontynencie, atakując ludzkie oddziały. Mimo to, do tej pory nie napotkali na grupy liczące więcej niż kilkuset żołnierzy. Podobne myśli rodziły się w głowie Justicara, który podczas pobytu w królestwie miał okazję badać przebieg wojny sprzed stu lat. Wiedział, że jak każda armia, nawet demony mają swoich generałów i przywódców, a to że do tej pory nie spotkali żadnego z nich, nie jest zwyczajnym przypadkiem. Ktoś lub coś musiało sprawnie kierować ruchami oddziałów tak, że nie doszło jeszcze do bezpośredniego starcia między nimi a liczebniejszymi zastępami. Ponieważ mało jaka armia mogłaby się równać z mocami Spirytów, zarówno Midas jak i Justicar doszli do prostego wniosku. Armia demonów nie wycofuje się ze strachu czy z powodu możliwości poniesienia zbyt dużych strat. Oni sami posiadają coś, co może równać się możliwościom Spirytu. Midas uśmiechnął się lekko, ze znanego jedynie sobie powodu. Jeśli będzie musiał stawić czoła równemu sobie przeciwnikowi, jego magia światła będzie praktycznie bezużyteczna z powodu ogarniających kontynent ciemności. Ta myśl nie zawracała mu jednak głowy zbyt długo, ponieważ sam doskonale znał swoje możliwości. Biegli tak prawie dwie godziny, nie zamieniając ze sobą nawet jednego słowa. Ich oczom ukazała się odległa o kilkaset metrów, okazała góra, z czubka której powoli sączyła się płynna magma. Z wnętrza wulkanu wydobywał się karmazynowy dym, który w postaci łuny górował nad horyzontem. Z daleka bohaterowie wypatrzyli wydrążoną w obsydianowej ścianie jaskinię, o wymiarach wystarczających do ukrycia słonia. Jej wnętrze było jednak tak ciemne, że niemożliwym było ocenienie jej prawdziwej długości. Uwagę Midasa przykuły lekkie drgania dobiegające z centrum góry. Przykucnął, dotykając otwartą dłonią obsydianowej posadzki. Nie wiedział, czy były one spowodowane aktywnością wulkanu, czy może świadectwem zastawionej na nich pułapki. Justicar również się zatrzymał, drążąc wzrokiem mroki jaskini. Wśród ciemności, zalśniły żółte ślepia, za którymi zaczęły pojawiać się dziesiątki kolejnych. Midas wstał, obie jego dłonie zalśniły srebrnym blaskiem. Justicar, ignorując wychodzących z jaskini przeciwników, odwrócił się w jego stronę.


1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna