Pierwsze promienie słońca delikatnie muskały zmarzniętą ziemię. Obdarte ze swych płaszczy drzewa, ospale kołysały się na jesiennym wietrze, nucąc cichą pieśń rozchodzącą się echem po wciąż zamglonych dolinach



Pobieranie 288,27 Kb.
Strona2/5
Data24.02.2019
Rozmiar288,27 Kb.
1   2   3   4   5

  • Masz już dość oglądania finałowej walki? – rozpoczął, zajmując wolne miejsce obok Justicara. – A może wiesz już wszystko o tej dwójce? - kontynuował spokojnie.

  • Wygląda na to, że oboje walczyli już kiedyś ze sobą i znają swoje mocne strony oraz słabości – przerwał mu szarowłosy mężczyzna. – Żaden z nich nie umarłby więc tak łatwo od byle zaklęcia, dlatego walczą ze sobą na poważnie – kontynuował z pewnością. – Ciekawi mnie jednak sztuczka, dzięki której złotowłosemu udało się uniknąć pierwszego natarcia rycerza – rzekł, spoglądając na jego rozszarpaną koszulę. Wyostrzył wzrok. Tym razem, jej ogolice były bogato zdobione karmazynowym łańcuchem zaschniętej już krwi, biegnącej pionowo po korpusie. Wydało mu się to dziwne, ponieważ gdy oceniał straty po poprzednim ataku, nie udało mu się znaleźć nawet draśnięcia. Uśmiechnął się szyderczo. Wiedział już dokładnie, co się stało.

  • To zaklęcie, którego użył bez poruszania ustami, tak? - wtrącił czarnowłosy, wyrywając Justicara z zamyślenia. - Wskazywałoby to, że jego żywiołem jest więc światło – dodał po chwili, nie odrywając wzroku od uśmiechu na twarzy przyjaciela.

  • To była zmyłka, zwyczajny miraż – stwierdził, wskazując dłonią centrum areny, w którym niedawno doszło do pierwszego starcia. – Gdy rycerzowi udało się ugodzić swojego przeciwnika, siła jego uderzenia była tak wielka, że utworzyła sporych rozmiarów szczelinę – kontynuował, poruszając palcem wskazującym wzdłuż dobrze widocznego z góry karbu.

  • Do tego momentu widziałem wszystko wyraźnie – przerwał mu Feith. – Otrzymał bezpośrednie trafienie w klatkę piersiową, a samo cięcie wbiło go także w powstałe w posadzce pęknięcie - kontynuował.

  • Sztuczka polega na tym, że on sam nie wydostał się z gruzowiska - odparł Justicar. – Jego żywiołem w istocie jest światło, co pozwala mu na tworzenie niezwykle realistycznych iluzji, wykorzystując do tego odbijające się promienie słoneczne – kontynuował. – Jeśli w jednym punkcie uda mu się zgromadzić wystarczająco dużo odbitego światła, mag o podobnych mocach jest w stanie formować z niego twarde kryształy, a nawet broń – dodał po chwili.

  • Więc ten, którego widzimy teraz, jest prawdziwy, czyż nie? - zaczął Feith, odwracając głowę w kierunku zbliżających się do siebie oponentów. – Specjalnie sprowokował przeciwnika do ataku, by następnie zwabić go w pułakę. Używał zaklęć, ukrywając się w szczelinie, kontrolując przy tym swoją iluzję- powiedział do siebie nieco słabszym głosem.

Stojący dotąd w centralnej części areny chłopak, bez głębszego zastanowienia ruszył w kierunku zbliżającego się przeciwnika. Maszerował powoli, ospale, lecz rytmicznie. Przyjęty niedawno atak wojownika widać wywarł na nim negatywney skutek. Podobnie poruszał się jego oponent, którego miecz zamiast zwisać na ramieniu jak zwykle, ciągnięty był bezwładnie po marmurowej posadzce, zostawiając na niej długą rysę. Obaj zatrzymali się jednak w tej samej chwili, mierząc się wzrokiem. Rycerz uniósł miecz, chwytając go oburącz. Klinga ponownie zalśniła czerwienią niezliczonych iskier, a pusta przestrzeń między dwoma ostrzami wypełniła się sadzą. Jednak owa sadza, z impetem została rozsadzona na wszystkie strony areny, przez buchający z rękojeści miecza jęzor ognia.

  • Twoja kolej – burknął niebieskooki mężczyzna, pochylając się lekko do przodu, obiema rękami trzymając miecz i dotykając jednym z ostrzy osmolonej posadzki.

Jego przeciwnik westchnął głęboko, po czym rozluźnił obie pięści tak, że magiczne znaki skierowane były teraz w stronę posadzki. Przykucnął, przyłożył jeden za znaków do marmuru. Jego usta poruszyły się lekko. Miejsce, którego dotknął, zalśniło lekko nie żółtym jak poprzednio, ale srebrnym światłem. Posadzka pod jego stopami, z nieznanej przyczyny zaczęła się zapadać, tworząc coś w rodzaju leja. Gdy wstawał, jego dłoń trzymała wychodzącą z zagłębienia rękojeść, której ostrze w magiczny sposób odłączane było od areny. Po kilku sekundach wyskoczył z zagłębienia, dzierżąc długi miecz jednoręczny, wykonany w całości z tego samego marmuru, co posadzka w koloseum. Prócz tego, wyglądał raczej zwyczajnie, nie miał także żadnego rodzaju zdobień.

  • Wygląda na to, że ten spryciarz posiada nie jeden, a dwa żywioły. - zaczął spokojnie Justicar. Mimo nowo zdobytej informacji, jego nastawienie nie zmieniło się nawet odrobinę.

  • Nie działa to przypadkiem na jego niekorzyść? - odparł szybko czarnowłosy chłopak, przyglądając się marmurowemu mieczowi. - Potrafi używać zarówno magii światła, jak i ziemi, ale wciąż pozostaje kwestia ich współpracy.

  • Słusznie. – wtrącił mężczyzna w purpurze, podtrzymując jedną dłonią swój podbródek. – Każdy człowiek rodzi się z góry ustalonym żywiołem. Jak wiesz, dzielą się one na cztery domeny główne, czyli ogień, wodę, powietrze lub ziemię, dwa żywioły wyższe, czyli światło oraz mrok oraz kilka żywiołów pośrednich - rozpoczął swój wywód, gładząc otwartą dłonią lekki zarost. – Żywioły pośrednie to domeny, które powstały w wyniku połączenia dwóch z sześciu żywiołów nabywanych naturalnie. Przykładowo, jeśli ktoś posiada jednocześnie żywioł wiatru i wody, jego zaklęcia bazować będą na magii lodu lub tak jak w moim przypadku, połączenie ognia i wody pozwala mi używać w walce pary wodnej do tworzenia gęstej mgły o różnych właściwościach.

  • Mgły? - przerwał mu zdziwiony wypowiedzią przyjaciela Feith.

  • Poprzez zwiększenie emisji dwutlenku węgla jestem w stanie stworzyć trującą mgłę a przez jej zmniejszenie, łatwopalny gaz. Potrafię także ruchem ręki przemienić ją w ukrop czy też stworzyć kwaśny deszcz rozpuszczający ciała przeciwników wystarczająco głupich, by się do mnie zbliżyć. - odparł z lekko wyczuwalną nutą dumy w głosie. – Lecz tak jak w moim przypadku, by używać domeny pośredniej, oba żywioły muszą ze sobą współpracować. Bardzo rzadko zdarza się, że osoba posiada domeny niełączące się w żaden sposób.

  • To oznacza, że magia tego blondyna nie łączy się w żywioł pośredni, ale on sam nie może także używać jej dwóch rodzajów w tym samym czasie, czyż nie? - dodał po chwili Feith. Odczuwał wewnętrzną potrzebę sprawdzenia tej teorii.

  • Owszem, jeśli zdecydowałby się teraz stworzyć kolejny miraż lub naładować cios magią światła, jego marmurowe ostrze prawdopodobnie rozpadłoby się na kawałki – odparł Justicar.

Na dole już od niemal pół minuty toczyła się zaciekła wymiana ciosów. Kamienne ostrze, przeciwko mieczowi z deterytu. Obie bronie po każdym zderzeniu odskakiwały od siebie, wydając z siebie krótkie szczęknięcia. Zarówno chłopak, jak i jego pozbawiony zbroi przeciwnik wiedzieli, że nie mogą pozwolić sobie na zbyt wyczerpującą walkę w zwarciu. Miecz wykonany z marmuru nie mógł być zbyt wytrzymały, lecz w tym przypadku nadawał się idealnie, z jednego prostego powodu. Deteryt, z którego wykonane było ostrze rycerza, był bardzo kruchym metalem. Niebieskooki zignorował ten fakt już na początku walki, próbując zadać bezpośrednie trafienie w przeciwnika i szybko zakończyć walkę. Dzięki przmyślanej strategii, chłopak o włosach koloru pszenicy sprowokował go do uderzenia w ziemię, które z kolei było tak silne, że pozostawiło w niej sporej wielkości wyrwę. Właśnie przez tamto wydarzenie, rycerz nie mógł teraz korzystać z pełni swoich możliwości, ponieważ po kolejnej próbie jego ostrze prawdopodobnie pękłoby na tysiące kawałków, pozbawiając go narzędzia służącego do używania magii. Mimo iż jego żywiołem był tylko ogień, to nie był on w żaden sposób bardziej odporny na oparzenia od zwykłego człowieka. Zrozumiawszy, że walka na bliskim dystansie jest bezsensowna, odskoczył do tyłu. Przestrzeń pomiędzy dwoma ostrzami jego miecza osiągnęła wreszcie kolor wulkanicznej magmy. Jęzor ognia wydobywający się z niej, który do tej pory zachowywał się w sposób kontrolowany, powiększył się kilkakrotnie. Chłopak także odskoczył w tył, nie chcąc narażać się płomieniom. Karmazynowa wstęga, niczym ognisty wąż owinęła się dookoła ostrzy, spajając je w jeden wielki, płonący oręż.

  • Wygląda na to, że rycerz także ma w rękawie kilka sztuczek – rozpoczął Feith, uśmiechając się lekko – Im dłużej walczy, tym większy płomień jest w stanie wygenerować – dodał po chwili.

  • Słowo "rozgrzewka" widać ma dla niego nieco inne znaczenie – odparł Justicar, wstając ze swojej kamiennej loży. - Obaj starają się dobrze bawić, ale walka za chwilę dobiegnie końca – dodał z przekonaniem, odwracając głowę w stronę czarnowłosego chłopaka. Z poważną miną, powoli, zaczął maszerować w stronę wyjścia z górnego poziomu koloseum.

Feith także wstał. Nie potrafił oceniać sił walczących, tak dobrze jak Justicar, lecz mimo to, był głęboko przekonany o jego racji. Po chwili obaj zniknęli w jednym z prowadzących w dolne partie budowli korytarzu. Tymczasem na arenie, chłopak o złotych włosach przeszedł do ataku. Biegł przed siebie, szepcząc słowa zaklęcia, jednocześnie wolną dłonią dotykając marmurowej posadzki. Smuga srebrnego światła, którą zostawiał na swojej drodze, zdawała się wyrywać z niej marmurowe odłamki różnej wielkości. Wszystko to, co udało mu się zebrać po drodze, formowało się właśnie w jego prawej ręce jako najeżona ostrymi jak brzytwy kamiennymi kolcami kula. Nim dotarł do swojego przeciwnika, z całej siły cisnął nią w jego kierunku. Rycerz instyktownie spróbował zasłonić się przed nią swoim płonącym ostrzem, używając go jak tarczy, tak jak poprzednio. To był błąd. Nie mógł przwidzieć, że owa kula nie była w istocie zwykłym pociskiem, a raczej czymś w rodzaju bomby zegarowej. Zanim marmurowa pułapka zdołała zetknąć się z mieczem rycerza, z ust jego przeciwnika dało się słyszeć słowa zaklęcia.

  • Lapidem Tor'q - głos chłopaka był niższy, niż wskazywałaby na to jego sylwetka. Na jego dzwięk, kamienna kula otworzyła się, z impetem wystrzeliwując w stronę rycerza dziesiątki kamiennych igieł.

Nie były one zbyt okazałych rozmiarów, ale było ich za to wystarczająco dużo, by przedrzeć się przez ochronę oponenta. Większość z nich stopiła się, gdy tylko dotarła do ognistego jęzora pokrywającego miecz, lecz kilka z nich zdołało wbić się dość głęboko w niechronione już przed zbroję kończyny. Dwie tkwiły w lewym ramieniu, cztery wwiercały się w prawe. Jednej udało się nawet przejść na wylot przez miękką część dłoni nad nadgarstkiem, po czym wbić się w przegub. Z każdej nowo otrzymanej rany toczyła się struga gęstej krwi. Mimo to, wola rycerza była ukuta z czystego żelaza, ponieważ nie zwracając uwagi na ból, zdołał skoczyć w kierunku przeciwnika, wyciągając swoje ostrze przed siebie. Jego odporność była godna pochwały, jednak to nie samo sprawienie bólu było celem kolczastej pułapki. Żaden z wyprowadzanych teraz ciosów rycerza, nie docierał do wciąż odskakującego w tył przeciwnika. Jego ruchy stały się wolniejsze, marmurowe kolce tkwiące w jego kończynach skutecznie ograniczały ich zasięg. Złotowłosy chłopak miał teraz przewagę, lecz wiedział, że wciąż nie może zbliżyć się do oponenta, by zadać decydujący cios. Blokując coraz bliższe uderzenia wroga swoim marmurowym mieczem, zauważył, że sam żar broni przeciwnika i powoduje topienie się jego własnej. Stworzenie nowej, nie było co prawda żadnym problemem, lecz niepowstrzymane natarcia nie dawały mu na to wystarczającej ilości czasu. Największym problemem był więc sam płonący oręż. Przykucnął, napiął wszystkie mięśnie swojego ciała, po czym wyskoczył jak z procy na kilka metrów w górę, ledwo unikając kolejnego ciosu rycerza. Znajdując się kilka metrów nad jego głową, z impetem rzucił w jego kierunku to, co zostało z jego marmurowego miecza. Dzięrżąc swoją broń oburącz, rycerz był w stanie z łatwością odbić pocisk, zasłaniając się nią. Wystarczyło to jednak, by odwrócić na chwilę jego uwagę. Wykonawszy susa w powietrzu, złotowłosy wylądował za swoim przeciwnikiem, wykonując przy okazji kilka chwiejnych kroków w tył. Wykorzystując moment, gdy broń oponenta była wciąż uniesiona, wyciągnął w jego kierunku obie otwarte dłonie. Tatuaże zalśniły złotym światłem, a wokół nich pojawiły się niewielkie łańcuchy z żółtych kryształów, oplatające ręce. Widać tym razem, przeciwnik rycerza postanowił użyć do ataku większej ilości energii. On sam nie był jednak w stanie zareagować wystarczająco szybko, by zasłonić się całkowicie przed nadchodzącym zaklęciem.

  • Tormento Lux! - wycedził a świetlista energia gromadząca się w centrach obu jego dłoni w ułamku sekundy i z ogromną prędkością wystrzeliła przed siebie.

Pociski z czystej energii formujące się w kule niewiele większe od ludzkich pięści, mknęły w stronę rycerza, pozostawiając za sobą jedynie smugi światła. Każda z nich, nim dotarła do swojego celu, zatrzymywała się na chwilę, po czym eksplodowała złocistym obłokiem. Rycerz wiedział, że na zablokowanie wszystkich jest już za późno, lecz w akcie desperacji próbował odbić część z nich mieczem. Jednak gdy tylko pierwsze kule dotknęły powierzchni jego broni, rozbryzgując dookoła żółty, przeźroczysty kruszec, zdał sobie sprawę z prawdziwego celu ataku. Niewielkie szczeliny, które powstały na niej niedługo po rozpoczęciu walki poszerzały się. Odpychany przez dziesiątki wybuchowych pocisków rycerz cofał się, wciąż trzymając oręż oburącz. Trzask. Płomienie do tej pory szczelnie okalające dwuręczny miecz, rozbiegły się w niekontrolowany sposób na wszystkie strony, zostawiając po sobie łuny popiołów i czerwonych iskier. Oba ostrza oręża pękły, odłączając się od rękojeści a ich liczne fragmenty wciąż pokryte karmazynowym żarem rozsypały się po marmurowej posadzce. Eksplozja towarzysząca temu wydarzeniu była tak silna, że jej podmuch odepchnął w tył zarówno rycerza, jak i złotowłosego chłopaka, zmuszając go do przerwania zaklęcia. Przez kilkanaście sekund centrum areny pokryło się gęstą chmurą popiołu, stopniowo opadającą na wszystko, co się pod nią znajdowało. Z niej wyłonił się wciąż trzymający popękaną rekojeść rycerz, pokryty sporą ilością ran spowodowanych zaklęciem przeciwnika. Na jego twarzy zamiast bólu, zdawał się jednak malować jedynie grymas niezadowolenia. Wyprostował się, po czym przeszedł kilkanaście kroków naprzód. Zatrzymując się w miejscu pokrytym pyłem, schylił się lekko, po czym wyciągnął prawą dłoń przed siebie. Trwał tak przez chwilę w bezruchu.

  • Załóżmy, że mamy remis – odezwał się rycerz, odrzucając za siebię zniszczoną rękojeść. Gdy ta dotknęła posadzki, podobnie jak dwa ostrza miecza rozsypała nię na niezliczoną ilość odłamków.

Po niecałej sekundzie spod popiołów wyłoniła się druga, pokryta tatuażami dłoń. Gdy uścisnęła prawicę rycerza, ten podpierając się o posadzkę, pociągnął ją w tył, pomagając tym samym wstać pokrytej pod pyłem postaci.

  • Może w przyszłym roku znajdziemy większą arenę – rozpoczęła otrzepująca się z czarnej sadzy postać. – Gdybyśmy próbowali użyć tu Spirytów, z pewnością roznieślibyśmy nie tylko koloseum, ale i sporą część miasta – dodał, wypluwając z ust resztki popiołów.

Rycerz uśmiechnął się seredecznie, po czym ruszył w stronę wciąż zamkniętych wrót oddzielających arenę od zabudowanych części koloseum. Rozglądając się po trybunach, widział niezadowolone wynikiem walki twarze widzów. Buczący tłum rzucał w stronę gladiatorów resztkami jedzenia i granitowymi fragmentami odłupanymi od ich kamiennych loży. Na ustach złotowłosego pojawił się szyderczy uśmiech. Uniósł prawą dłoń w górę, a gdy ta zalśniła srebrnymi barwami, ścisnął ją w pięść. Mruknął coś pod nosem, po czym z impetem wbił ją w to, co zostało z marmurowej posadzki. Siła uderzenia dosłownie rozerwała ją na kawałki, wyrzucając na kilka metrów w górę nawet największe odłamki. Fala wywołana uderzeniem rozeszła się po całym koloseum, a jej skutek podobny był do prawdziwego trzęsienia ziemi. Po kilku sekundach wszystko ustało, a martwa cisza zastąpiła niedawno skandujący tłum. Wszyscy stali teraz na wyższych trybunach, wpatrując się z przerażeniem na kierującą się w stronę wyjścia dwójkę. Rycerz prostym kopniakiem otworzył do tej pory zamknięte wrota areny wykonane z niemal półmetrowej warsty stali. Gdy oboje przeszli przez drzwi, chłopak machnął przed sobą obiema dłoniami, na których wciąż lśniły wytatuowane znaki. Kilkumetrowe wrota, zamknęły się za nimi z hukiem, manipulowane za pomocą zaklęcia. Podążający teraz oświetlanym przez gorejące światła pochodni korytarzem gladiatorzy otrzepywali się z resztek sadzy i pyłu, które pozostawiła na nich ich ostatnia konfrontacja. Rycerz wyjmował ze swojego ciała kolejne kolce, bez oznak boleści. Każda rana, którą oczyścił, natychmiast zasklepiała się, pozostawiając po sobie jedynie strupy z już zakrzepłej krwi. Podobnie szybko goiły się obrażenia spowodowane wybuchowymi kulami światła oraz wypalona skóra na jego plecach.

  • Za każdym razem gdy widzę tę technikę, zadziwia mnie jej szybkość – rozpoczął chłopak, spoglądając na wciąż krwawiącą ranę na swojej klatce piersiowej.

  • To nie technika, tylko cecha wrodzona – odparł rycerz bez zastanowienia. – Wykorzystując pozostałe pokłady energii, mogę bardzo przyspieszyć proces gojenia się ran. Powierzchowne obrażenia goją się od razu, a organy wewnętrzne i złamane kości w kilka godzin. Gdybym w przyszłości stracił rękę albo nogę, myślę, że sama odrosła by w ... - urwał nagle. Oboje zatrzymali się, wpatrzeni w otaczający ich teraz okrąg światła. Złotowłosy chłopak gwałtownie odwrócił się. Zauważył, że mijane przez nich po drodze pochodnie zostały zgaszone, a znad każdej unosiła się lekko smuga dymu. Podobnie wyglądały te, które wypełniały przestrzeń znajdującą się przed nimi.

  • Ta sztuczka ze światłem to twoja sprawka? - rozpoczął rycerz, wskazując palcem na oświetlony obszar na podłodze. Mimo iż żadna z pochodni nie paliła się, niewielka przestrzeń, w której się znajdowali wciąż była jasno oświetlona.

  • Nie sądzę... - odparł złotowłosy wyciągając prawą dłoń przed siebie. Ta zalśniła delikatnie złotym światłem, po czym na powrót wyblakła. - Nie rozumiem tego. Gdyby to było sztuczne źródło światła, nie byłbym w stanie używać swoich znaków - dodał po chwili.

Wibracja ziemi w najbardziej oświetlonym miejscu, zwróciła uwagę gladiatorów. Obaj ściskając pięści, przyjęli pozycję do walki. Po niecałej sekundzie, jak spod niewidzialnej peleryny wyłoniła się trzymająca zapaloną pochodnię ludzka dłoń. Za nią wyszła postać o szarych włosach, ubrana w purpurowy płaszcz sięgający do kolan oraz druga odziana w czarne szaty i przyczepioną do pasa parę sztyletów. Gdy druga osoba całkowicie ujawniła się, wibracje ziemi ustały. Ubrany w purpurę mężczyzna zwrócił się do swojego kompana.

  • Zapomniałeś zamaskować światło pochodni. Jeszcze daleko ci do profesjonalisty - jego głos był poważny i spokojny. Zdawał się nie zwracać uwagi na przygotowaną do walki dwójkę.

  • Im więcej osób znajduje się w zasięgu mojego zaklęcia, tym mniejszą powierzchnię jest w stanie objąć – odparł uśmiechając się szyderczo.

Nie wyczuwając zagrożenia ze strony przybyszów, rycerz odetchnął głeboko. Wyprostował się, po czym podszedł bliżej do nieznajomego.

  • Nazywam się Falcon, jestem paladynem z Zakonu Feniksa – rozpoczął, mierząc go wzrokiem. – A ten przyjemniaczek za mną to Midas – dodał po chwili, wskazując kciukiem na stojącą niedaleko postać.

  • Jesteśmy tylko prostymi gladiatorami walczącymi dla sławy i pieniędzy, nie chcemy sprawiać problemów – wtrącił złotowłosy, podchodząc bliżej do przybyszy. Ubrany w czarne szaty chłopak odkaszlnął, ukrywając tym samym uśmiech na swojej twarzy.

  • Widziałem wszystkie wasze walki od samego początku turnieju – odparł ubrany w purpurę mężczyzna. – Nie wyłgacie się tak łatwo – dodał po chwili. Podszedł bliżej do bohaterów, złożył ręce na krzyż. - Nie obchodzi mnie wasza przeszłość czy motywy, dla których walczycie na arenach. - przerwał na chwilę. - Zamierzam złożyć wam propozycję nie do odrzucenia...


*******
Niewielkie drewniane pomieszczenie kołysało się na falach, podobnie jak okazałych rozmiarów statek, którego było częścią. Szczelnie zbite ciemnobrązowe deski okalały całą kajutę. W kącie stało jedno niezaścielone łóżko, kilka rozłożonych na podłodze butelek oraz składane krzesło. Przez okrągłe okno do pomieszczenia wpadał szeroki snop światła, przechodzący przez pokryte artystycznymi żłobienaimi drzwi, przesuwający się następnie w stronę stojącego po przeciwnej stronie ściany biurka. Prócz kilku zgniecionych kulek wykonanych z papieru, znajdowała się na nim także para prymitywnie wyglądających pistoletów. Wynalazienie prochu miało miejsce co prawda już dawno temu, ale mimo skuteczności broni palnej nie była ona uważana za godną uwagi. Wszystko przez o wiele bardziej niszczycielską siłę, jaką były zaklęcie długiego zasięgu. Jedyne osoby, które nosiły przy sobie coś takiego, były zwykle prostymi ludzmi, którzy nie potrafili rozwinąć swoich umiejętności. Siedząca przy biurku osoba o długich, kruczoczarnych włosach przerzuconych za ramiona, wstała ospale, odgarniając przy okazji papierowe kule przykrywające rysunek leżący na biurku. Znajdowało się na nim coś w rodzaju zbroi, w której poszczególne elementy powkręcana była niezliczona ilość śrub. Od jej każdego fragmentu wychodziła prosta linia, zakończona strzałką i kilkoma wręcz niemożliwymi do przeczytania słowami. Osoba ubrana w zwyczajną, białą oraz lekko pogniecioną koszulę z rozpiętym kołnierzem, chwyciła powoli rysunek. Podniosła go w górę, zbliżyła do swojej twarzy, a po chwili zgniotła w kulę podobną do dziesiątek innych, walających się bezwiednie po podłodze. Podeszła do otwartego okna, po czym bez zastanowienia wyrzuciła go w błękitną toń morza. Wkładając ręce do kieszeni ciemnych, materiałowych spodni, mężczyzna ponownie zbliżył się do biurka. Wziął z krzesła skórzany pas, do którego przymocowane były dwie kabury a chwilę później włożył do obu swoje pistolety. Przełożył go sobie przez ramię, po czym rzucając przelotne spojrzenia w stronę otwartego okna, otworzył jedną z szuflad. Znajdowała się w niej jedynie para starych, oprawionych w czarną skórę, kwadratowych gogli. Jego piwne oczy odbijały się przez chwilę w ich wypolerowanych szkiełkach. Mężczyzna wyjął gogle z szuflady, po czym przełożył je przez głowę tak, że znajdowały się na jego szyi, pełniąc rolę naszyjnika. Na obwódce jednej z nich, znajdowała się niewielka, wyszywana brązową nicią dedykacja: "Dla Gatlinga". Tak ubrany wyszedł z kajuty, deliktanie zamykając za sobą drzwi. Idąc przez zdobiony kilkoma zakurzonymi obrazami korytarz, mijał pokoje podobne do swojego. Wszystkie były już puste, wyglądało na to, że wszyscy czekają już tylko na niego. Po kilkunastu sekunadch dotarł do największego pomieszeczenia na statku. Znajdowało się w nim kilka owalnych okien, schody prowadzące na zewnątrz, piękny dywan prawdopodobnie zamorskiego kunsztu oraz sporych rozmiarów okrągły stół. Przy nim siedziała już grupka osób szepcząca coś między sobą. Wśród nich Gatling zauważył znajomą twarz niebieskookiego rycerza. Jego zbroja oraz oręż wyglądały jednak innaczej, niż to zapamiętał. Czerwone zdobienia zniknęły, a owalne do tej pory naramienniki i nagolenniki miały kształt zbliżony do sześcianu. Brakowało także hełmu. Był to bez wątpienia inny model. Podobną uwagę zwócił miecz wojownika. Broń o dwóch ostrzach wykonana z deterytu, została zastąpiona przez podobnych rozmiarów wielki miecz dwuręczny, wykonany z żelaza. Kruczowłosy wiedział, że żywiołem rycerza jest ogień, więc broń z metalu nieodpornego na ciepło nie przyda mu się w walce. Obok niebieskookiego siedział z założonymi rękami chłopak o złotych włosach, ubrany w jasną, lnianą koszulę, co jakiś czas rozglądający się po pomieszczeniu w poszukiwaniu nowych osób. Gdy jego wzrok natknął się na Gatlinga, uśmiechnął się, kładąc obie wytatuowane dłonie na stół. Cała trójka spotkała się jakieś dwa tygodnie temu, przed rozpoczęciem igrzysk w koloseum. Gatling nigdy nie był zainteresowany walką o pieniądze, dlatego oddzielił się od grupy zaraz przed igrzyskami. Usiadł na wolnym miejscu na prawo od nich, po czym wciąż ospale rzucał okiem na pozostałe osoby siedzące przy okrągłym stole. Pierwszą z nich był mężczyzna o opadających do ramion, bladobłękitnych włosach oraz oczach koloru morskiej toni. Gatling słyszał, że daleko na północnych wyspach żyje lud, w którego żyłach płynie krew lodowych kolosów. Nie bardzo wierzył w tego typu historie, ale kolor włosów tej osoby wskazywał, że w istocie pochodzi z daleka. Prócz tego, ubrana była w cienki, stalowy napierśnik, jeden naramiennik po prawej stronie korpusu oraz materiałową koszulę owiniętą dookoła skórzanym paskiem, do którego przymocowana była pochwa. W pochwie spoczywał długi, cienki miecz jednoręczny o barwnie brzmiącej nazwie "Estoc", używany przez rycerstwo. Ów mężczyzna pisał coś gęsim piórem na leżącym na stole skrawku papieru, nie zwracając nawet uwagi na nowego przybysza. Obok niego siedział nieco starszy od niego samego mężczyzna z lekkim zarostem, o kasztanowych włosach i czarnych oczach. Pierwszym co przykuło uwagę Gatlinga, był wielki miecz polerowany właśnie przez owego człowieka zakurzoną szmatką. Oręż wielkości dwuręcznego miecza siedzącego nieopodal Falcona, był wykonany w całościu z białej kości a swoim wyglądem przypominał przerośnięty kieł dzikiego zwierzęcia. Jednak nie byl to koniec osobliwości. Mężczyzna, do którego należała broń, ubrany był w czarny kombinezon pokrywający całe jego ciało, aż do szyi. Na kombinezonie znajdowała się niezliczona ilość elementów wykonanych z kości. Były one starannie ze sobą łączone tak, że tworzyły łatwo zauważalny mostek, żebra, a także dodatkowe zestawy piszczeli i kości ramiennych na kończynach. Całość prezentowała się raczej odpychająco. Szóstą i ostatnią osobą siedzącą przy stole był znany już Gatlingowi czarnowłosy chłopak, przez którego znalazł się na pokładzie, o imieniu Feith. Bawił się właśnie swoją parą sztyletów, kiwając się lekko na krześle i nie przejmując się niczym, co go właśnie otaczało. Skrzypienie na schodach oznaczało przybycie nowego członka załogi. Po chwili oczom bohaterów ukazał się mężczyzna o szarych włosach ubrany w purpurowy płaszcz, lekko stąpający po drewnianych stopniach. Bez słowa okrążył stół, po czym zajął ostatnie, wolne miejsce. Po chwili ciszy, odezwał się do przewiercających go wzrokiem bohaterów.



1   2   3   4   5


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna