Pierwsze promienie słońca delikatnie muskały zmarzniętą ziemię. Obdarte ze swych płaszczy drzewa, ospale kołysały się na jesiennym wietrze, nucąc cichą pieśń rozchodzącą się echem po wciąż zamglonych dolinach



Pobieranie 288,27 Kb.
Strona1/5
Data24.02.2019
Rozmiar288,27 Kb.
  1   2   3   4   5


Arena
Pierwsze promienie słońca delikatnie muskały zmarzniętą ziemię. Obdarte ze swych płaszczy drzewa, ospale kołysały się na jesiennym wietrze, nucąc cichą pieśń rozchodzącą się echem po wciąż zamglonych dolinach. Powoli kłębiące się gęste chmury, w letargu mknęły na jaśniejącym niebie, zostawiając w tyle zanikające, białe smugi. Pomiędzy srebrnymi od porannej rosy pagórkami, we wszystkie strony świata rozchodziły się brukowane, jednak nieco zabłocone dróżki. Niesamowita ilość śladów kupców i karawan, ciągnących za sobą tony towarów różnej maści świadczyły, iż jest to królewski trakt, najbardziej znaczący szlak handlowy na kontynencie. Przez wzgląd na otaczający podróżnych widnokrąg niekończących się, kamiennych ścieżek, często odnosili oni wrażenie, jakoby ów szlak nie ciągnął się jedynie przez kontynent, ale cały świat. Wyróżniająca się na tle innych odnoga, znacznie większa od innych, z pewnością prowadziła do sporej osady. Otaczające drogę drzewa, zdążyły już obdarować ją sporą ilością liści w odcieniach złota i krwistej czerwieni. Sześcienny bruk, otulony owym kolorowym, wilgotnym płaszczem, po ukończeniu swej męczącej wędrówki, wpadał między szeroko otwarte, drewniane wrota ludzkiego miasta. Gdy tylko przecisnął się przez wysokie na kilka metrów kamienne mury, jego prosty, liniowy tor zmieniał się diametralnie. Teraz wewnątrz miasta, najbardziej trafnym porównaniem byłaby wybuchająca beczka pełna prochu, której obszar rażenia ogarnia każdą ulicę, targowiska, skupiska domostw i ślepe zaułki. Jak niepowstrzymana fala, brukowany szlak przechodził przez całe miasto, pnąc się w górę, ignorując mijanych po drodze podróżnych, kupców, kowali, garncarzy, chłopów leniwie przeplatających kosze z wciąż mokrej wikliny, alchemików, rzeźników, czy dumnych członków gildii zrzeszających ze sobą określone klasy wojowników, magów, łotrów i wszelkiej innej chołoty. Dążył bowiem do ogarniętego wesołymi okrzykami mieszkańców miejsca, w którym stykały się ze sobą wszystkie jego odnogi. W najwyższym punkcie miasta, znajdował się okazałych rozmiarów owalny budynek, zbudowany z ociosanego na miarę kamienia. Mimo iż powstał z jednej, ogromnej skały, to jego budowniczowie podjęli się trudnego zadania nadania mu kształtu dającego obserwatorom poczucie wręcz perfekcyjnej symetrii. Do dziś niewiadomo, czy był to skutek użycia magicznego zaklęcia, czy efekt niezwykle ciężkiej pracy ludzkich rąk. Wnętrze budowli, odcięte od miasta kilkoma drewnianymi wrotami po każdej stronie, swym wyglądem przypominało teatr. Wewnętrzy okrąg stanowiło kilka poziomów trybun, po brzegi wypełnionych skandującym ludem, który już od wczorajszej nocy bacznie oglądał starcia gladiatorów. Sama arena, zajmowała jednak o wiele większą część wnętrza niż trybuny. Jej posadzka była wykonana z białego marmuru ciosanego na miarę, ułożonego w ciasno przylegające do siebie płyty. Nad całą konstrukcją wznosiło się drewniane zadaszenie, które nie wybiegało jednak poza obszar trybun. W ten sposób, pierwsze promienie słońca wpadające przez kolisty otwór oświetlały arenę i ostrym światłem odbijały się od marmurowej posadzki, oznajmiając koniec półfinałowych walk. Na jednej z trybun, mężczyzna ubrany w płaszcz koloru ciemnej purpury, którego długość sięgała mu zaledwie do kolan, nie ograniczając dzięki temu swobody ruchu, wstał ze swojej kamiennej loży. Rysy jego twarzy i brak zarostu nie wskazywały na podeszły wiek, mimo to sięgające do szyi włosy były całkowicie szare. Założył na głowę purpurowy kaptur, po czym zaczął przeciskać się przez tłumy widzów w stronę wyjścia. Minąłszy pulchnego sprzedawcę przekąsek i parę stojących przy bramie strażników, wszedł w wydrążony w budynku korytarz, prowadzący do wyższych pięter areny. Upewniwszy się, że nie jest przez nikogo śledzony, prostym ruchem ręki zgasił znajdujące się kilka metrów od niego dogorewające pochodnie. Teraz korytarz, na końcu którego znajdowały się kamienne schody, był niemal zupełnie ciemny. Szarowłosy mężczyzna sięgnął po coś do kieszeni płaszcza, lecz jego dłoń zatrzymała się w połowie drogi. Stał przez chwilę w bezruchu, bez wyraźnej przyczyny wpatrując się w otaczającą go ciemność. Powietrze w korytarzu stało się cięższe, co nie umknęło uwadze rozglądającego się w różnych kierunkach mężczyzny. Mimo to, wyglądał on wyjątkowo spokojnie, jakby właśnie ta lub podobna anomalia była przyczyną oderwania jego uwagi od walk gladiatorów. Wzdrygnął się, po czym raptownie odwrócił za siebie, chwytając w dłoń jedną z dogorewających pochodni, której żar niemal już zanikł. Przed jego oczami, jak z pod niewidzialnej peleryny wyłoniła się ludzka ręka, za nią część korpusu a następnie fragment głowy. Po chwili cała ludzka sylwetka stała w miejscu, gdzie nie powinno być nikogo. Ów człowiek nie mógł dostać się tu tym samym wejściem co szarowłosy mężczyzna. Co więcej, próba jakiegokolwiek wtargnięcia nie uszłaby jego uwadze. Było zbyt ciemno, by obie postaci były w stanie zobaczyć swoje twarze.

  • Clausa Spatio – wyszeptał przybysz. Powietrze rozrzedziło się, powracając do swej pierwotnej postaci. Owe tajemnicze słowa nie były niczym innym, jak magicznym zaklęciem.

  • Igneus Nebula – odparł mężczyzna w purpurowym płaszczu, czubkiem palca dotykając niedawno zgaszonej pochodni. Ta, sycząc zajaśniała mieszanką zielonego i żółtego blasku, po chwili zatrzymując się na odcieniach czerwieni. Wydawałoby się, że snop jasnego światła ponownie wypełni korytarz, lecz ten, odbiegając od pochodni rozchodził się w promieniu zaledwie jednego, może dwóch metrów. Teraz, wyraźnie widoczny był ciemny, skórzany płaszcz ,w który odziany był przybysz. Średniej długości czarne włosy, niedbale przerzucone w tył, łagodne, piwne oczy i szpiczasty podbródek zdradzały jego młody wiek. Prawdopodobnie nie przeżył jeszcze dwudziestu wiosen. Z lekkim uśmieszkiem na twarzy, zwrócił się do szarowłosego mężczyzny.

  • Moje zaklęcie wymazuje wszelkie ślady żywych stworzeń i magii na obszarze kilkunastometrowej sfery – zaczął chłopak. - Skoro nikt nie może nas teraz zobaczyć ani usłyszeć, nie musisz już używać tych szpiegowskich sztuczek – dodał melodyjnie. W jego głosie nie dało się odnaleźć momentu zawahania.

  • Wybacz, zbyt długo używałem starych metod – odparł mężczyzna w purpurowym płaszczu, wyciągając przed siebie prawą dłoń. Jego głos był poważny i głęboki. Ściskając sobie ręce w geście powitania, dodał – Nie sądzę byśmy się kiedykolwiek spotkali, jednak sporo już o tobie słyszałem... Jestem Justicar, dowódca królewkich sił specjalnych.

  • Mnie z kolei zwą Feith – odparł bez zastanowienia czarnowłosy chłopak. – Ja także słyszałem o panu kilka ciekawych rzeczy. Od niecałego tygodnia pełnię rolę królewskiego szpiega i najwyższego rangą informatora – kontynuował.

  • Widzę, że w końcu znaleźli kogoś pożytecznego na moje miejsce. Twoja umiejętność na pewno przysłuży się koronie – odparł szarowłosy, przyglądając się uważnie liniom światła na podłodze. Tak jak powiedział Feith, rozchodziły się one równomiernie po kilumetrowym okręgu, jednak poza nim światło pochłaniane było przez ciemność. – Jednak ktoś taki nie przychodziłby tu bez wyraźnego powodu – kontynuował ,spoglądając na wystającą zza pleców przybysza parę sztyletów.

  • W istocie, moim zadaniem jest dowiedzieć się czegoś o potencjalnych kandydatach na wyprawę – wtrącił mu czarnowłosy. – Skoro i tak jest już pan zaangażowany w tę sprawę, pańska wizyta na największej arenie po wschodniej części kontynetu nie mogła być przypadkiem – dokończył.

  • Możliwe, że udało mi się znaleźć jednego czy dwóch – ze stoickim spokojem rozpoczął Justicar. – Ale nawet jeśli spełniają oni wymagane przez ekspedycję warunki, nie jestem jeszcze w stanie ocenić ich prawdziwych możliwości – dodał po chwili.

  • W takim razie powinniśmy udać się na górę, i zobaczyć ich walkę – rozpoczął Feith. – W końcu po całej nocy zmagań, będą walczyć przeciwko sobie w finale – skończył, zdejmując ruchem ręki w powietrzu z siebie i swojego nowo poznanego przyjaciela magiczną barierę. Światło pochodni w mgnieniu oka rozszerzyło się, wypełniając całe pomieszczenie.

Po schodach udali się na najwyższe piętro trybun. Co prawda, nie było tam zbyt wielu widzów, gdyż odległość dzieląca ich od walczących gladiatorów była zbyt duża dla zwyklego człowieka, by widzieć cokoliwek poza czarnymi mrówkami. Mimo to, zarówno Justicar, jak i Feith, nie byli zwykłymi ludzmi. To, do czego byli zdolni, nie tylko przekraczało zdolności zwykłego człowieka, ale i większości znanych społeczności magów i wojowników. Ktoś taki jak oni, z łatwością mógłby dostrzec sokoła chwytającego w swoje szpony polną mysz z odległości nawet kilkudziesięciu metrów. Justicar zdjął kaptur, obaj usiedli na kamiennych trybunach, kierując swój wzrok na centrum areny. Na środku białej posadzki, na której rozrzucona była spora ilość mieczy różnej wielkości, włóczni, złamanych łuków, odłamków zbroi, tarcz i wszelkiego innego złomu, stała dwójka ludzi, lekceważąco rozglądająca się po trybunach. Jeden z nich, ubrany był w ciężką, stalową zbroję z czerwonymi zdobieniami w okolicach zakończeń naramienników i elementów ochronnych nóg oraz przyłbicy lśniącego hełmu z przyłbicą zajmującą jego większą część. Na plecach nosił okazałych rozmiarów miecz dwuręczny, jednak sądząc po jego wyglądzie, nie był to zwykły oręż. Lśniąca klinga była bowiem podzielona na dwie równe części, za pomocą pustej przestrzeni ciągnącej się od rękojeści aż do końca ostrza tak, że zakończenie miecza miało dwa ostrza. Rycerz bez wyraźnego wysiłku, dobył długiego na niemal dwa metry miecza, po czym za pomocą lewej ręki oparł go o swoje ramie, sygnalizując przeciwnikowi gotowość do pojedynku. Obserwujący walkę Feith, zauważył jednak pewną niezgodność w jego postawie.

  • Dlaczego ktoś, kto z łatwością włada ciężkim orężem jedną ręką, nie nosi przy sobie tarczy? – rozpoczął, odwracając się powoli w stronę siedzącego nieopodal Justicara.

  • Możliwe, że nigdy nie był tego uczony. - odparł spokojnie mężczyzna w purpurowym płaszczu. – Mnie jednak niepokoi kształt jego broni – kontynuował.

  • Z jednej rękojeści wystają dwa ostrza – wtrącił Feith. – Czy jego ostrze nie może więc podzielić się na dwie części? - dodał po chwili. Justicar wpatrywał się przez chwilę w trzymaną przez rycerza klingę. Jej kolor różnił się jednak od większości znanych mu metali, a jeśli byłaby w jakiś sposób nasączona magią, mógłby wyczuć to z tej odległości tak, jak zrobił to kilka minut temu w korytarzu.

  • Wygląda mi to na oręż z deterytu – rozpoczął. – Metalu tak wysoce odpornego na wysoką temperaturę, że nawet kąpiel w wulkanicznej magmie nie zostawiłaby na nim rysy – kontynuował. – Jednak mało kto robi z niego jakikolwiek oręż, gdyż mimo swoich specialnych właściowości, jest to metal wyjątkowo kruchy – skończył.

  • Jeśli jest to jego jedyne zastosowanie, bazowym żywiołem osoby w zbroi, jest bez wątpienia ogień – odparł czarnowłosy chłopak, którego oczy spoglądały teraz na drugiego gladiatora, stojącego niedaleko człowieka w zbroi.

Przeciwnikiem owego rycerza, okazał się meżczyzna prawdopodobnie niewiele starszy od samego Feitha. Krótkie, jasne włosy koloru pszenicy i żywe brązowe oczy, błądziły teraz po trybunach, nie zwracając uwagi na gotowego do walki oponenta. Chłopak nie miał na sobie zbroi, nie nosił także żadnej broni. Ubrany był w zwyczajne, skórzane buty, wtapiające się w nie materiałowe spodnie, czarną koszulę sięgającą do ramion, przepasaną kilkakrotnie ciemnym sznurem z metalowymi okowami. Uwadze obserwatorów z wyższych trybun nie umknął fakt, że ów chłopak miał czarne tatuaże na wewnętrznej stronie obu rąk, układające się w falujące kręgi. Zacisnąłwszy pięści, blondyn zwrócił się w stronę rycerza, oczekując na oznajmiający początek finałowej walki gong. Justicar przygryzł wargi w geście grymasu.

  • Nie jestem w stanie stwierdzić, co jest jego żywiołem – rozpoczął szybko. - Obserwowałem jego wcześniejsze potyczki, lecz żaden z przeciwników nie był w stanie zmusić go do walki na poważnie - dodał po chwili.

  • Nie wygląda zbyt groźnie – odparł czarnowłosy chłopak. – Mimo to, te znaki na rękach to bez wątpienia jakiś rodzaj długiego lub skomplikowanego zaklęcia, którego nie jest w stanie używać bez trudności w czasie walki – dokończył. Widział już kiedyś podobne tatuaże. Wiedział, że nawet najbardziej błahe ze wszystkich magicznych zaklęć, do działania potrzebuje czegoś w rodzaju formuły. Zwykle, rolę takiej formuły pełnią wypowiadane na głos słowa zaklęcia, jednak im potężniejszy czar, tym dłuższa musi być owa formuła. Używanie zbyt długich zaklęć w czasie walki przeciwko dzierżącemu prawdziwą broń przeciwnikowi nie jest zbyt dobrym pomysłem. Z tego właśnie powodu powstały podobne do tych tatuaże, zawierające w sobie część formuły potrzebnej do stworzenia zaklęcia.

  • Możliwe, że to mag bojowy – odparł Justicar, przerywając tym samym przemyślenia swojego niedawno poznanego przyjaciela. – Bez wątpienia, ta dwójka to potwory w ludzkich skórach. Walki turniejowe nie toczą się co prawda na śmierć i życie, ale w takim przypadku możliwe, że dojdzie do wypadku – dodał, opierając prawą dłoń o podbródek.

Ich rozmowę przerwał jednak dźwięk gongu, oznajmiający początek ostatniej walki. Oczekujący tego momentu już od wczorajszej nocy rządni rozrywki widzowie, wstali ze swoich miejsc, ogarniając całe koloseum okrzykami. Osobnik w zbroi bez wahania ruszył do ataku, wciąż trzymając swój ogromny oręż na ramieniu. Mimo obciążenia, poruszał się o wiele szybciej, niż można by się tego spodziewać. Chłopak z tatuażami na rękach odskoczył odruchowo w tył, na odległość kilku metrów. Gdy jego nogi dotknęły powierzchni marmurowej posadzki, pochylił się lekko przed siebie, oczekując na natarcie przeciwnika. Jego wzrok, błądzący niedawno po okolicy stał się ostrzejszy i koncentrował bezpośrednio na rywalu. Wyciągnął przed siebie otwartą prawą dłoń, środkiem zwróconą w stronę znajdującego się już zaledwie pół metra od niego oponenta. Bladożółte światło zatliło się przez chwilę w samym jej centrum, po czym ogarnęło resztę wytatułowanego na niej znaku. Usta chłopaka poruszyły się, jakby chciał coś wyszeptać. W tej samej chwili pusta przestrzeń między dwoma ostrzami oręża, które rycerz trzymał na ramieniu, wypełniła się kolorem jasnego karmazynu. Z wręcz nieludzką szybkością osobnik w zbroi zdjął miecz z ramienia, wciąż trzymając go w jednej ręce. Zarówno klinga, jak i całe lewe przedramię oraz bark rycerza w mgnieniu oka pokryły się przylegającymi do metalu licznymi, jaskrawymi iskrami. Rycerz wykonał jeden prosty, za to morderczy zamach z góry, którego zadaniem było doszczętne zniszczenie wszystkiego, co spotka na swej drodze. Nie dotarłwszy nawet do odbijającej promienie słoneczne marmurowej posadzki, fale uderzeniowe wywołane błyskawicznymi ruchami atakującego, wzbiły w górę chmurę gęstego pyłu pochłaniającą zarówno rycerza, jak i jego przeciwnika, którego kark znajdował się już zaledwie kilka centymetrów od spadającego ostrza. Huk uderzającego o kamienną posadzkę oręża z deterytu rozległ się po całym mieście, a spod pyłowego obłoku wyłoniła się szeroka na pół metra szczelina, która dotarła aż na jeden z końców areny, rozrywając przy okazji na kawałki resztki białej sceny. Zatykający uszy widzowie patrzyli z niedowierzaniem na opadające marmurowe odłamki i resztki obłoków. Gdy ostatni z nich rozrzedził się wystarczająco, by każdy mógł ocenić stan gladiatorów, oczom widzów ukazała się sylwetka rycerza trzymającego na ramieniu rozjarzony do czerwoności miecz. Nigdzie nie było jednak widać śladu złotowłosego chłopaka. Wpatrująca się w pustą przestrzeń przed sobą osoba w zbroi, odezwała się głębokim głosem, w którym wyraźnie wyczuwalna była nutka wyższości.

  • Zdecydowanie zbyt wolno. Gdy ostatnim razem walczyliśmy, wykazywałeś więcej entuzjazmu – rzekł, zdejmując swój hełm za pomocą wolnej ręki. Spod niego, wyłoniły się długie do ramion włosy koloru ciemnego blondu, równo przystrzyżone przy każdej stronie rozjaśnionej przez szyderczy uśmieszek twarzy. Jej rysy były bardziej wyraźne niż u jego przeciwnika, lecz lekki zarost i serdeczne, błękitne oczy wskazywały, że jest on niewiele starszy od swojego oponenta. Odgarnął włosy za głowę tak, by opadając na tył naramienników, nie przeszkadzały mu w trakcie walki. Przez kilka sekund stał tak w bezruchu, po czym łagodnie odwrócił się w stronę niedawno dokonanych zniszczeń.

Po chwili, z końca niedawno stworzonej szczeliny, wysunęła się wytatułowana ludzka dłoń, chwytająca krawędź osuwiska. Za nią ospale wynurzyła się kolejna, rozgarniająca gruzy białej posadzki. Za nimi, podążał korpus, i głowa młodego chłopaka. Z wciąż zamkniętymi oczami wstał, otrzepując z pyłu to, co zostało z jego koszuli, która teraz, wbogacona została o biegnącą od okolic karku, przez całą klatkę piersiową, aż do okolic skórzanego pasa smugę, dookoła której wciąż lekko zwisały resztki czarnego materiału. Mimo to miejsce w którym teraz powinna znajdować się krwawa łuna, było nietknięte. Zwykła, rumiana skóra odsłaniała jedynie części mięśni brzucha i kilka żeber. Feith przyglądał się całemu zdarzeniu z niedowierzaniem. Mimo swoich umiejętności, nawet on nie był w stanie śledzić uważnie przebiegu całej walki. Wyczuwający niepewność swojego przyjaciela mężczyzna w purpurze, odezwał się, rzucając przelotne spojrzenia obu gladiatorom.

  • Bez wątpienia go trafił – rozpoczął spokojnie, zatrzymując swój wzrok na kładącym na ziemi hełm rycerzu. – Spójrz na jego miecz – kontynuował, wyciągając palec wskazujący w kierunku osoby w zbroi. Feith spostrzegł, że ostrze rycerza mimo kilku pęknięć spowodowanych uderzeniem, a z jednej strony było pokryte krwią.

  • Dlaczego więc jego przeciwnik jest całkowicie zdrowy? - wtrącił, gdy tylko uświadomił sobie niezgodność faktów.

  • Tego nie wiem – odparł szybko Justicar. – Każdą poprzednią potyczkę wygrał przez walkę wręcz, a żaden przeciwnik do tej pory nie był w stanie go zranić – kontynuował, zmieniając cel swojej obserwacji na idącego bez pośpiechu przed siebie młodego chłopaka, o złotych włosach. – Leczenie takiej rany zajęłoby zdecydowanie więcej czasu, niż miał do dyspozycji, nawet jeśli jeden ze znaków na jego dłoni w istocie pomaga mu w używaniu tego typu zaklęć.

Chłopak zatrzymał się przed swoim przeciwnikiem w odległości około trzech, może czterech metrów. Otworzył brązowe oczy, uśmiechnął się lekko. W pochylonej pozycji, wyciągnął prawą rękę za siebie. Dłoń zwinięta w pięść ponownie zajaśniała bladym, żółtym światłem. Zanim jednak stało się ono wystarczająco jaskrawe, by zaklęcie było gotowe do użycia, rycerz uznał ten moment za dobry do ataku. Zdjął z ramienia monstrualny, żarzący się czerwienią miecz, po czym bez zastanowienia skoczył przed siebie. W połowie dzielącego ich dystansu, wykonał proste, poziome cięcie. Chłopak nawet nie drgnął, mimo przedzierającego się przez jego klatkę piersiową oręża. Rycerz miał w sobie widać o wiele więcej siły, niż można było przypuszczać, gdyż sus który wykonał przerzucił go przy okazji o kilka metrów za plecy oponenta. W czasie lotu, na chwilę odwrócił głowę w stronę rywala, spodziewając się ujrzeć przechodzącą przez jego ciało smugę, rozdzielającą korpus na dwie części. Jednak zamiast galonów krwi, z rany zaczęła wydostawać się delikatna, złota mgiełka. Dryfujący w powietrzu żółty pył, zaczął formować się w niewielkie, przeźroczyste kryształy o podobnym kolorze. W ułamku sekundy nie tylko okolice zadanego przez rycerza ciosu, ale także i ciało chłopaka, łącznie z noszonymi przez niego ubraniami, zaczęło pękać, pokrywając się większymi odłamkami żółtego kruszcu. Osoba w zbroi wylądowała kilka metrów za plecami swojego przeciwnika, zmarszczyła brwi w geście zakłopotania. W tej chwili, świetlista postać chłopaka, od której promienie słoneczne odbijały się jasnym blaskiem, niespodziewanie pękła na miliony kawałków. Rycerz w porę zasłonił się mieczem przed większymi z nich, odskakując przy tym instynktownie w tył. Justicar wstał ze swojego siedzenia, wpatrując się w centrum areny i zdezorientowanego rycerza. Wiedział, że istnieje co prawda magia pozwalająca na błyskawiczną teleportację, ale jak każde inne zaklęcie wymaga ono odpowiedniej formuły. Ów chłopak, przed swoim zagadkowym zniknięciem, nie wypowiedział jednak nawet jednego słowa. Wyczuł za to wyraźne oddziaływanie magii w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał. Siedzący obok mężczyzny w purpurowym płaszczu Feith, również nie znalazł żadnego logicznego wyjaśnienia tej sytuacji. Bezcelowo krążąc wzrokiem po całej arnie, niebieskooki rycerz wyciągnął swój miecz przed siebie, przygotowując się na ewentualny atak z zaskoczenia. Delikatna wibracja ziemi tuż za nim dała mu znać, że na kontraatak jest już jednak za późno. Zdążył jedynie odwrócić głowę i część opancerzonego korpusu, by ukradkiem zobaczyć materializującą się z czystego światła sylwetkę. Poczuł lekkie uderzenie wciąż pokrytej niewielkimi, żółtymi kryształami, świetlistej pięści w okolicy rdzenia kręgowego. Wyostrzając wzrok do granić możliwości, Justicar widział, jak w ułamku sekundy pięść otwiera się, a wytatułowany na jej wewnętrznej stronie znak dotyka powierzchni lśniącej zbroi rycerza. Nabierający rumianych kolorów podbródek chłopaka poruszył się lekko, a jego usta wydały niemy dzwięk szeptanego zaklęcia. Justicar miał wrażenie, że właśnie w tej chwili, upływ czasu zwolnił, pozwalając mu skoncentrować się jedynie na wypowiadanych przez świetlistą postać słowach.

  • Ictus Lux – w swojej głowie słyszał je niezwykle wyraźnie, lecz sam nie był w stanie odczytać ani tonacji głosu chłopaka ani sposobu inkantacji zaklęcia.

Centrum areny zalane zostało przez wydobywające się z magicznego znaku gęste smugi światła. Świetlista sfera zniknęła jednak równie szybko, jak się pojawiła, pozostawiając po sobie niosący się ponad chmury dźwięk podobny do strzału z armaty i liczne skarpy dookoła centrum areny. Ugodzony przez potężne zaklęcie rycerz, został w mgnieniu oka wyrzucony w górę, a przebywszy całkiem sporą odległość, bezwładnie spadł aż na drugim końcu areny, przy okazji roznosząc na kawałki pierwszy rząd dla widzów. Szczęśliwie, nie tylko pierwsze miejsca, ale i całe dwa piętra koloseum zostały ewakułowane na wyższe poziomy podczas pierwszej minuty walki. Władze miasta wiedziały, jakie konsekwencje niesie dopuszczanie do turnieju gladiatorów "takiej" rangi oraz jak zapewnić obywatelom miasta skuteczną ochronę, w przypadku takich właśnie wydarzeń. W końcu, podobne zmagania były organizowane na każdym kontynencie już od kilkuset lat. Wśród gruzów tego, co pozostało z miejsca lądowania rycerza, widoczne były także odłamki jego płytowej zbroi. Największa z nich, której zadaniem była ochrona pleców, zdobiona była teraz przez szeroką na niemal pół metra dziurę, otoczoną stopionym metalem układającym się w falujące kręgi. Spod gruzowiska wyłoniła się ludzka sylwetka. Rycerz pozbawiony teraz swojej zbroi, dumnie demonstrował swój muskularny tors. W lewej ręce wciąż trzymał miecz z deterytu, którego nie puścił nawet po przyjęciu uderzenia. Wolną dłonią odgarnął z siebie resztki rozszarpanej na kawałeczki kolczugi, ukrywanej pod napierśnikiem. Zdjął także poobijane naramienniki i nagolenniki, oraz rozerwane stalowe okowy, spajające do niedawna elementy zbroi w jednym kawałku. Uzbrojony jedynie w swój miecz, ciemne, materiałowe spodnie przepasane zamszowym pasem oraz ostatni nienaruszony element pancerza, którym okazały się być stalowe buty, zeskoczył z trybun z powrotem na arenę, dodając jej przy tym kilka nowych pęknięć. Co prawda był on zwrócony przodem w stronę swojego przeciwnika oraz widzów ostatniego poziomu koloseum, ale po ledwo widocznych śladach czarnego dymu Justicar poznał, że większość skóry na plecach rycerza musiała zostać spalona. Feith drgnął. Jego rola ograniczała się zwykle do zbierania informacji, więc z powodu braku doświadczenia na polu bitwy nie potrafił zrozumieć, w jaki sposób ktoś zbliżony do niego jednocześnie posturą i wiekiem, może być od niego o tak wiele silniejszy. Justicar ponownie zajął swoje miejsce na kamiennej lorzy, składając na krzyż obie ręce. Z jego postawy można było wnioskować, że stracił zainteresowanie walką. Gdy Feith zauważył jego brak zaangażowania, zdał sobie sprawę z prawdziwych umiejętności osoby w purpurowym płaszczu. Musiał już ocenić siłę i szanse na wygraną obu gladiatorów. Znał już także prawdopodobny wynik walki, a wszystko to dzięki temu, że w przeszłości sam wielokrotnie uczestniczył w podobnych starciach. Jego umiejętności były bardzo pomocne w akademii wojskowej, w której poznawał tajemnice wielkich strategów, sztukę wojenną, i co najważniejsze, nauczył się perfekcyjnie panować nad swoim żywiołem. Cała ta wiedza pozwoliła mu w krótkim czasie awansować na kolejne szczeble kariery w służbie ludzkiego króla, od prostego żołnierza, przez królewskiego szpiega aż do dowódcy sił specialnych – najwyższej możliwej rangi. Zdając sobie sprawę ze swoich słabości w czasie obserwacji przebiegu walki, Feith postanowił skorzystać z wiedzy swojego przyjaciela.



  1   2   3   4   5


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna