Obudziłam się w środku nocy, nie bardzo wiedząc gdzie jestem I co tu w ogóle robię



Strona1/18
Data13.11.2017
Rozmiar2 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18

1. Nocny intruz

Obudziłam się w środku nocy, nie bardzo wiedząc gdzie jestem i co tu w ogóle robię. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że leżę we własnym łóżku, we własnym pokoju, a na łóżku obok smacznie pochrapuje moja własna, starsza siostra.

Przetarłam oczy, włączyłam boczną lampkę, spojrzałam na zegarek – 4.30.

-Rety...-mruknęłam pod nosem i z powrotem zagrzebałam się w pościeli. Przerzuciłam się na bok, zamknęłam oczy i już miałam zasnąć, kiedy rozległ się jakiś łoskot. W tempie natychmiastowym znalazłam się w pozycji siedzącej. Porwałam ze stolika różdżkę i powoli podeszłam do okna. – To nie wygląda dobrze, może lepiej obudzić Louise? – szeptałam sama do siebie. Uchyliłam lekko zasłonkę i wyjrzałam. –Lumos. – szepnęłam, a z różdżki wydobył się wąski strumień światła, oświetlając intruza - do okna dobijała się sowa płomykówka. – Czego ona tu u licha szuka po nocy? – zazgrzytałam.

Otworzyłam okno. Sowa wleciała, rzuciła list w dużej, beżowej kopercie, na moje łóżko i wyleciała z powrotem. Rzuciłam różdżkę na biurko i podbiegłam do stolika. Zapaliłam lampkę, która oświetliła twarz smacznie śpiącej Louise. Wzięłam do ręki kopertę. Zielonym tuszem, starannie wykaligrafowane było na niej moje imię, nazwisko i adres. Odwróciłam ją na drugą stronę. Była zapieczętowana czerwonym lakiem, na którym widniało godło Hogwartu. Na początku nie wiedziałam, o co chodzi, ale po chwili dotarło do mnie.

Przenoszę się w tym roku do Hogwartu, w ramach wymiany uczniowskiej, a przy okazji jedzie ze mną moja siostra, która już siedem lat temu ukończyła szkołę i teraz jedzie na praktyki w dziedzinie obrony przed czarną magią.

Mnie się tam nie podoba pomysł zmieniania nagle szkoły, na dwa ostatnie lata nauki, bo mam tu mnóstwo przyjaciół, ulubionych nauczycieli, rodzinę, a poza tym, nie mam ochoty być na jednym roku z tym, Harrym Potterem. Jak mnie przydzielą do Gryffindoru, to się chyba zabiję na miejscu.

O.K. Zawdzięczamy chłopakowi uratowanie przed Czarnym Panem, ale to nie od razu powód, żebym go musiała wielbić, czy lubić. Poza tym, on wcale nie jest taki wielki i wspaniały... większość zdolności i mocy odziedziczył po Lordzie Voldemorcie, jak na ten przykład zdolność rozmowy z wężami. Ja tam, swoją drogą, nie miałabym żadnego powodu, żeby się cieszyć, z utraty mocy Mrocznego Pana, ale mój ojciec był aurorem i moja matka, wraz z siostrą żyły w ciągłym strachu o to, czy go przypadkiem nie załatwił właśnie jakiś Śmierciożerca, więc i ja się cieszę, że teraz spokojnie śpi w pokoju obok, że widzę go codziennie, jak siedzi w fotelu i delektuje się codzienną prasą.

No, to tyle, jeśli chodzi o wdzięczność dla „wspaniałego” Harrego Pottera i wcale nie mam zamiaru być dla niego miłą, czy coś w tym stylu, broń Panie Boże mnie od tego!

No dobrze, może otworzę już ten list.

Rozdarłam kopertę, wyjęłam ze środka kilka kartek.

Informujemy Panią” bla, bla, bla, bla, „Potrzebne będą” bal, bla, bla, bla, bla,” Z poważaniem zastępca dyrektora M. McGonagall.

No dobra i co ja się z tego dowiedziałam? Tylko tyle, że mam tylko dwa dni do rozpoczęcia roku szkolnego, że pociąg odjeżdża z peronu 9 i ¾ punktualnie o 11 i że jutro muszę się przetransportować do Anglii, na ulicę Pokątną, żeby kupić podręczniki. Hura...

Ale zaraz, co ja tutaj mam? Jakaś karteczka...A! „Wykaz” nauczycieli:


Zaklęcia: prof. Flitwick

Eliksiry: Severus Snape (pewnie Louise się z nim spiknie, jej pasja to eliksiry)

Zielarstwo: prof. Sprout

Latanie: prof. Hooch (Ach, Quidditch... mam nadzieję, że dostanę się do drużyny)

Historia magii: prof. Binns

Transmutacja: Minevra McGonagall

Wróżenie: prof. Trelawney

Numerologia: nie ważne

Astrologia: nie ważne

Mugoloznawstwo: nieważne

Obrona przed czarną magią: SYRIUSZ BLACK
-Louise! Louise! – zaczęłam nią szarpać

-Co...


-Obudź się! Przyszedł list ze szkoły!

-No i co z tego...? Która godzina...?- była nieprzytomna

- Nie ważne! Wiem, kto będzie uczył czarnej magii!

-Co?! – od razu się ożywiła –Kto?

-Syriusz Black...- obydwie zrobiłyśmy maślane oczy. Byłyśmy jego zagorzałymi fankami, po tym, jak rozwalił kupę mugoli śmiejąc się szaleńczo, a potem, jak uciekł z Azkabanu. Lubimy psychopatycznych morderców na wolności, szczególnie, jeśli chcą zabić Harrego Pottera, i nie snują się po naszym kraju.

-Ale skoro będzie uczył, to znaczy, że go uniewinnili...- westchnęła Louise. – Ale mam nadzieję, że nie stracił nic z więziennego uroku typu: brudne włosy, wychudły i z morderczym błyskiem w oku...-rozmarzyłyśmy się jeszcze bardziej, na samą myśl, że ktoś taki, będzie poruszał się między nami, po szkole i mierzył nas tym przeszywającym wzrokiem.

-Ach....- westchnęłyśmy obydwie.

Wpakowałam się już do wyrka.

-Myślisz, że nadal ma ochotę zabić Pottera?- spytałam z nadzieją.

-Nie, on jest jego ojcem chrzestnym...-mruknęła Louise spod przeciwległej ściany

-Co?! A już myślałam, że będzie jakiś rozlew krwi, a tu nic...

-Spokojnie, podobno ma w szkole jakiś dwóch zaciekłych wrogów. Jeden w jego wieku. Nazywa się Draco Malfoy.

-Malfoy? Nie mów, że syn TEGO Malfoya?

-Tak, syn najlepszego Śmierciożercy w całej Wielkiej Brytanii.

-O rety...musi być niesamowity...Drakon...- fajne imię

-E tam, lepszy ojczulek. Widziałam jego zdjęcie w gazecie. Oczywiście przy artykule, że on wcale nie był Śmierciożercą... ale my wiemy najlepiej, jak ojciec wracał do domu wkurzony, że znowu nie złapali Malfoya, albo jak go uniewinnili, to myślałam, że rozsadzi chałupę ze złości. A poza tym, ta jego nienawiść do szlam. On to dopiero ma charakterek...tylko schrupać...

Jaki ojciec taki syn...-pomyślałam i z szyderczym uśmiechem na ustach zasnęłam.
2. Niespodziewane spotkanie
Rano obudziłam się zlana potem. Cóż to był za koszmar!

Śniło mi się, że ta pokręcona tiara przydziału przydzieliła mnie do Gryffindoru i do tego musiałam siedzieć z tym parszywym Potterem w jednej ławce. Rety! Świat się wali! Myślałam, że normalnie się rozbeczę z nieszczęścia.

-Mela! Co ci się stało? – spytała Louise tuż nad moim uchem.

-Siostra! Jaki koszmar! Śniło mi się, że jestem w Gryffindorze i siedzę z Potterem!- rzuciłam jej się na szyję i rozbeczałam się jak dzieciak. – Jakie to było straszne i obrzydliwe! Ja nie chcę iść do tej szkoły! Nie chcę znać Pottera, nie chcę być głupią Gryfonką! NIE CHCĘ!!!- wyłam

-Spokojnie, spokojnie. Nie trafisz tam. Nie nadajesz się. Lepiej ci będzie w Slytherinie. Zobaczysz, na pewno będzie dobrze. – posadziła mnie na łóżku.

-Ale...!


-Mela! Masz 16 lat! Jesteś duża i nie boisz się głupiego Pottera i Tiary Przydziału! Bądź silna! Jesteś urodzoną Ślizgonką i nic tego nie zmieni! –Louise robiła mi poważny wykład, a ja tylko trąbiłam w chusteczkę. – Ubieraj się i lecimy na Pokątną.

-Już? A śniadanko?

-Zjemy w Kotle, podnoś tyłek i nie leń się! Już!

W podskokach poleciałam do szafy, szybko się przebrałam i poleciałam do salonu, gdzie Louise, właśnie pakowała się do kominka.

-Ulica Pokątna! – krzyknęła i zniknęła w zielonych płomieniach. Po chwili zrobiłam to samo. Przez chwilę wirowałam w ciepłej przestrzeni, aż w końcu wleciałam do księgarni Esy i Floresy.

-W czym mogę pomóc? – Zwrócił się do mnie ekspedient.

-Chciałabym kupić zestaw podręczników do 6 klasy.

-Już się robi. – Zniknął między stertami książek. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Jeszcze nigdy tu nie byłam. Normalnie zaopatrywałam się Magicznym Centrum Handlowym w Warszawie. Tu było zupełnie inaczej. Nie było ładu, błysku i czystości. Wszystko było zagracone, pokryte lekką warstwą kurzu i tworzyło całkiem miłą atmosferę. W sklepie byłam zupełnie sama, nie licząc ekspedienta, szperającego gdzieś w stertach książek, Louise przeglądającej książki o eliksirach i jakiegoś wysokiego, ulizanego blondynka, który ze skwaszoną miną przeglądał jakieś czasopismo. Wydał mi się godny mojej uwagi, ponieważ na szacie miał godło Slytherinu, a w oczach świeciły się iskierki samolubności, wyższości i ogólnego zniechęcenia do wszelkiego rodzaju istot żywych. Jakby go tu zagadnąć?- pomyślałam gorączkowo. – Aha, już wiem! Podeszłam pewnym krokiem do niego i natarczywie spojrzałam w jego lodowo zimne, niebieskie oczy.

-Hej, przepraszam, że ci przerwę, ale jak można trafić na ulicę Śmiertelnego Nokturnu?

-Jak wyjdziesz, to na prawo, koło Olivandera, jest tabliczka. Powinnaś trafić. – nie wynurzał nosa z gazety

-Dziękuję. Aha, jestem Mel Agedmight. – wyciągnęłam do niego rękę. Nawet nie raczył ruszyć palcem, a co dopiero podać mi dłoń.

-Malfoy. – poniósł dumnie głowę. - Draco Malfoy. – oczy prawie wylazły mi z orbit. Wyobrażałam go sobie na różne sposoby, ten odbiegał znacznie od moich fantazji, ale odbiegał w dobrą stronę. – Jesteś tu nowa? Nigdy cię nie widziałem. – powiedział bez większego zainteresowania i z powrotem wsadził nos w czasopismo.

-Tak, jestem z wymiany.

-A, tak. Mój ojciec mi coś wspominał. Z Polski, tak?- spojrzał na mnie z lekką wyższością i, jakby, odrazą. – Gdzie to w ogóle jest? – zamknął gazetę, włożył ją pod pachę czekał na wyjaśnienia, może myślał, że sama nie wiem.

-W Europie środkowej. Jakie to dziwne, że na takim zadupiu są czarodzieje, nie?

-Racja. Pewnie nic tam nie wiecie, o tym Potterze.

-Potter? To ścierwo? – uśmiechnął się lekko zaskoczony. – Tak, słyszałam o nim, ale kto to w ogóle jest? Takie nic. Za to mam każdy wycinek z Proroka Codziennego, na temat twojego ojca, Lucjusza Malfoya. Bardzo go cenię, razem z moją siostrą.- Draco był w ogólnym zdziwieniu, wręcz ledwo, a jednak, wyczuwalnym podziwie.

-A do którego domu chciałabyś się dostać?- spytał podstępnie, prawdopodobnie pewien, że powiem Gryffindor, albo coś innego.

-Do Slytherinu, rzecz jasna. Jak najdalej od Pottera i jak najbliżej normalnych ludzi. – to był odpowiedni sposób. Czekałam już tylko, jak padnie przede mną na kolana.

-Jakbyś czegoś potrzebowała, tam w Hogwarcie, to możesz na mnie liczyć. – Uśmiechnął się zimno, jakby z wysiłkiem. –Muszę iść, ojciec czeka. – leciusieńko skinął głową i odszedł, chowając czasopismo za pazuchę.

-Cześć, do zobaczenia jutro.

Odszedł majestatycznym krokiem i zniknął za drzwiami.

-Proszę, podręczniki dla panienki. – ekspedient podał mi stertę książek

-Dziękuję. Siostra już zapłaciła?

-Tak.

-To do widzenia. – obróciłam się na pięcie i podeszłam do Louise. – Jak? Idziemy?



-Tak. – wyszłyśmy na zatłoczoną uliczkę. – Co to był za gościu, z którym rozmawiałaś?

-Nie uwierzysz.

-Voldemort? – prychnęła

-Nie, ale blisko.

-Potter? – skrzywiła się.

-Nie, Malfoy.

-Nie...

-Jak najbardziej tak. Bardzo fajny jest. Zakasowałam go jego własnym ojcem.



-Ale wspomniałaś, że ja też go uwielbiam?

-Jasne. Powiedziałam, że nie cierpię Pottera i chcę dostać się Slytherinu, i on powiedział, że jakbym miała jakiś problem, to mogę na niego liczyć.

-O ja cie... Nieźle. Idziemy oblać. No...może nie. Choć na lody.

Poszłyśmy do Dziurawego Kotła, na lody. Dokończyłyśmy zakupy i wróciłyśmy do domu. Spakowałam już kufer i czuję, że nie będę mogła spać w nocy. Jutro jadę Hogwartu, do tej przeklętej Tiary, ale nawet jeśli przydzieli mnie do Gryffindoru, to dam sobie radę, bo w końcu wkupiłam się w łaski „samego” Dracona Malfoya...


3. Pierwszy dzień w...
-To jak my się dostaniemy na ten peron 9 i ¾? –spytałam rozglądając się wokoło.

-Spokojnie, musi być jakiś sposób. Poszukajmy kogoś, kto tam jedzie.

-Może ich?- Zapytałam pokazując na grupę młodzieży, z wielkimi kuframi. Czwórka z nich była ruda, wysoka i chuda, a między nimi pałętał się jakiś mały chłopak o czarnych włosach i z okularami na nosie, a koło niego dziewczyna z brązową szopą na głowie.

-No dobra. – westchnęła Louise niechętnie i pchnęła swój wózek w ich stronę. –Hej! Sorry! – obejrzeli się. – Jesteśmy nowe, i chciałyśmy się zapytać, jak się dostać na peron...

-A, tak, jasne. – odparł chłopak z wyjątkowo długim i spiczastym nosem.– Idziecie prosto na barierkę i bum! Jesteście po drugiej stronie. – demonstrował nam szczególnie to bum! Waląc pięścią w otwartą dłoń. – To może ja wam z Harrym pokażę?

-O.K. – odparłam i obojętnie patrzyłam, jak biegną na barierkę i po chwili w niej znikają. „Szkoda, że im się te barierki nie pomyliły” Pojawiła się myśl w mojej głowie i aż się uśmiechnęłam wyobrażając sobie, jak się roztrzaskują.

-Co to za jedni? – spytałam podsuwając wózek do brązowowłosej dziewczyny.

-To Ron Weasley i Harry P...- jej wypowiedź przerwał głośny jęk mojej kotki, która z zawziętością furczała na jej kota.

-Mysza, spokój! – rąbnęłam pięścią w klatkę.

-Krzywołapku, bądź grzeczny. – zwróciła się z czułością do swojego obrzydliwego kota z krzywą mordą i, rzecz jasna, łapami.

-Dobra, spadam. Już na mnie czas. – zawróciłam do Louise. – Jakaś dziwna ta dziewczyna. – stwierdziłam.

-No...-przyznała. – Mela, a która jest tak właściwie godzina? – spojrzałam na zegarek.

-O cholera! Za 5 11! Lecimy!!!

Z kopyta wyrwałyśmy w stronę barierki między 9 a 10 peronem. Już nawet nie zamykałam oczu, tylko z całej pary wleciałam w murek i nagle znalazłam się na peronie, pełnym młodych czarodziei.

Przy peronie stała wielka, czarno-czerwona lokomotywa, z której buchały bujne kłęby pary. Czym prędzej wyszłyśmy do pierwszych otwartych drzwi i rozpoczęłyśmy poszukiwania wolnego, choć po części, przedziału. Zajrzałyśmy już chyba do dziesięciu, kiedy natrafiłyśmy na jeden, z wolnymi miejscami. Niestety był on w połowie zajęty przez tego rudzielca, jago czarnowłosego kolegę i tą, z szopą na głowie.

-Czy są może wolne miejsca? – zapytałam modląc się w duchu, żeby nie było. Wolałam spędzić całą podróż na korytarzu, niż w towarzystwie tych nudziarzy.

-Tak, jasne, siadajcie. – zapiszczał ten z czarnymi włosami i w okularach. Najwyraźniej, biedaczek (ha, ha) przechodzi mutację. Uśmiechnęłam się kpiąco i usiadłam z samego brzeżku siedzenia, zostawiając Louise miejsce obok tej miłośniczki ohydnych kotów.

-Nie zawracajcie sobie nami głowy, udawajcie, że nas nie ma, poradzimy sobie same. –grzecznie poinformowała ich moja siostra.

-Mam tylko jedno małe pytanko. – odezwała się „szopa” dość natrętnie.

-Tak.

-Nie jesteś trochę za stara na Hogwart?- zwróciła się do Louise. Cała trójka wlepiła w nią oczy z wkurzającym zainteresowaniem.

-Przyjechałam na praktyki z czarnej magii, do Syriusza Blacka, i będę was nękać przez cały rok. – oznajmiła wyniośle, no bo, co ona się będzie użerać z takimi przygłupami? Trójka kumpli zaśmiała się, uznając to za świetny żart i tylko ja wiedziałam, że ona wcale nie żartuje. Tak samo jak i mnie nie przypadli jej do gustu.

Sztywniaki zajęli się swoimi sprawami, a ja z Louise cierpiałyśmy katusze, bo tak, czy inaczej, musiałyśmy ich słuchać. Takich pierdół, w życiu nie słyszałam. I najgorsze było to, że cały czas rozmawiali o Gryffindorze, jakimś tam Hagridzie, choć wydaje mi się, że tak samo, jak ja ma ciężkie zamiłowanie do magicznych zwierząt i (o zgrozo!) o mugolskich rozrywkach i sprzętach. I tu się właśnie zorientowałam, że ta Szopa, to chyba szlama. Powiedziałam o tym szybko Louise. Ta odsunęła się jeszcze bardziej od dziewczyny, wgniatając mnie w ścianę.

-Może coś z wózeczka? – spytała facetka sprzedająca słodycze.

-Ja poproszę trzy paczki fasolek wszystkich smaków i jedną żabę. – wydyszałam spod ściany. Zapłaciłam i zajęłyśmy się z Louise pochłanianiem zawartości, nie zważając na smak. Wszystko nam było jedno, co za różnica? Trójka mięczaków patrzyła na nas jak na nawiedzone.

-O! Pieprzowa! – Zachwyciła się Louise.

-Ja miałam wątróbkową. – pochwaliłam się, a rudzielec mało nie walnął pawia na siedzenie. Co za idiota.

Otworzyłam czekoladową żabę.

-O! Patrz! Harry Potter! – wrzasnęłam i pokazałam siostrze kartę.

-Co tam pisze? – zapytała

-A kogo to obchodzi? – prychnęłam i zanosząc się śmiechem wrzuciłam kartę do klatki Myszy, która rozdrapała ją i rozgryzła na drobniusieńkie kawałeczki. Trójka dziwaków patrzyła na nas jak na kosmitki. Wtedy właśnie okularnikowi rozczochrały się włosy i zobaczyłam bliznę w kształcie błyskawicy na jego czole. Gały wylazły mi z orbit. Szybko podzieliłam się swoją obserwacją z moją najukochańszą, najnormalniejszą w tym przedziale siostrą. Już zbierałyśmy się, żeby zwiać i nie zarazić się od nich jakąś głupotą, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły i ujrzałam w nich Draca, w obstawie dwóch wielkich chłopaków.

-Siemasz Potter, Weasley i ty, szlamo...-Patrzył na Szopę, a na twarzy miał niesmak, obrzydzenie i niekłamaną wyższość.

-Nikt cię tu Malfoy, nie zapraszał. – zapiszczał Potter.

-Zamknij się, mutancie. – zabił go wzrokiem. – O! Kogóż my tu mamy! Jakieś nowe wielbicielki, Potter? – spojrzał na mnie przelotnie, ale za chwilę zawiesił na mnie oko na dłużej. – A ja cię skądś znam... – zamyślił się patrząc na mnie badawczo. – Ach tak! Melania...- uśmiechnął się nieznacznie. – Co ty robisz tu z tymi wynaturzeńcami? – spytał z obrzydzeniem.

-Szukałam przedziału, i ten był jako pierwszy wolny, więc...

-Nic nie mów! Zapytałaś się, czy są wolne miejsca, i niestety były i nie wypadało ci odmówić, ponieważ jeszcze nie wiedziałaś, że Potter, to Potter, a Granger to szlama?- wyrecytował mi z myśli z cholernie zabawną powagą i współczuciem. Przez chwilę się zastanawiałam, czy on przypadkiem nie potrafi czytać w myślach, ale zaraz to zostawiłam. Pokiwałam nieznacznie głową. – No, to może zostawisz tę zgraję, i przejdziesz do naszego przedziału, razem ze swoją...- zawiesił głos, czekając, aż uzupełnię jego wypowiedź

-Siostrą.

-Siostrą, właśnie. Mamy jeszcze wolne miejsca. – wiem, że nie powinnam, i też nigdy dotąd mi się to nie zdarzyło, ale zarumieniłam się. Wstałam, wzięłam rączkę od wózka i wyszłam za nim na korytarz, a za mną, drogą przymusu, Louise.

-To Crabbe i Goyle. – wskazał głową na dwóch goryli.

-Mel. – Wyciągnęłam w ich stronę rękę. Popatrzyli nieprzytomnie i nawet nie ruszyli palcem, tak, jak ich szef wczoraj.

-Nie zwracaj na nich uwagi, oni są trochę nie...teges.... – przewrócił oczami i lekko potrząsnął głową. Chłopaki, jakby wcale nie usłyszeli jego słów. – No, to jesteśmy. – pchnął drzwi i wszedł do przedziału, nawet nie myśląc o tym, żeby nas puścić przodem, czy coś w tym stylu. Rozwalił się na pół siedzenia, kładąc jeszcze na nim wyciągnięte nogi.– Siadajcie, siadajcie.-Machnął na nas ręką. Wtaszczyłyśmy kufry i z ulgą rozsiadłyśmy się wygodnie. – Jak ci na imię i czego poszukujesz w tej spelunie, Hogwarcie? – spytał zwracając się do mojej siostry bardzo wyszukanym, oficjalnym tonem.

-Jestem Louise, i przyjechałam na praktyki, z obrony przed czarną magią, młody człowieku. – odparła równie oficjalnym tonem. Draco lekko się skrzywił, widać nie lubił, jak się do niego mówi per młody człowieku. Moja siora, niewiele się tym przejęła i pogrążyła się w lekturze jakiejś książki o czarnej magii, choć ja widziałam, że w środku miała wkładkę z niewielkiego zeszytu, z przepisami na eliksiry.

-Z pewnością spodoba ci się nasz nauczyciel od eliksirów, profesor Snape. Jest niesamowicie dobry z czarnej magii i jest opiekunem naszego domu. – powiedział z dumą patrząc niecierpliwie na Louise, która pokazowo go olewała. Mysza zaczęła drapać koszyk. – Co to takiego? – Dracon lekko się cyknął. Skąd wiem? Podskoczył jakby go ktoś w tyłek ukuł, zatrząsł się, wcisnął w kąt, podciągnął nogi pod brodę, co było naprawdę komiczne, i mówił dość trzęsącym się głosem.

-Mój kot. – odparłam najspokojniej w świecie. – Czy mogę ją wypuścić? Bardzo nie lubi być zamknięta.

-Tak, jasne. – zmieszał się lekko, że wystraszył się jakiegoś zwykłego kota. Otworzyłam drzwiczki i Mysza dumnie wymaszerowała ze środka.

-Całkiem ładna. – stwierdził powracając do poprzedniej pozycji i przyglądając się jej smukłej linii, lśniącemu futerku beżowego koloru w czarne paski, ze srebrnym połyskiem i żółtym, drapieżnym oczom. – Ja też mam kota. – olśniło go nagle. Wstał i otworzył jakąś klateczkę. Równie dumnie wymaszerował z niej smukły, czarny kocur z białymi uszami, skarpetkami, końcówką ogona i imponującą krawatką, i o równie niebieskich oczach, jak jego właściciel. Trochę to było dziwne zestawienie, ale mnie bardzo podobało się to zimno w jego wzroku, którym teraz mierzył moją koteczkę, która dzielnie znosiła jego wzrok i mężnie wyprostowana siedziała na moich kolanach.

-Jak się wabi? – zapytałam

-Riddle. – odparł. Tak, to odpowiednie imię- byłe nazwisko Mrocznego Pana. Mysza zeskoczyła z moich kolan i powoli podeszła do Riddlea. Usiedli naprzeciw siebie i długo się sobie przyglądali.

-Patrz, co moja kotka zrobiła ze zdjęciem Pottera. – wyjęłam poszarpaną kartę z klatki i pokazałam Draconowi. Ten po raz pierwszy, odkąd go znam uśmiechnął się szczerze. Podszedł do „domu” swego pupila i wyjął równie zdemolowaną tekturkę.

-Mój zrobił dokładnie to samo. – Podetknął mi pod nos rozdrapany wizerunek Pottera.

-Chyba się polubią. – stwierdziłam widząc, że razem spacerują po oparciu siedzenia naprzeciw mnie.

-Chyba tak...- przytaknął. Brakowało mi tylko, żeby powiedział, że my też się pewnie polubimy, bo nasze koty były wybitnie podobne do nas samych. Ale nie powiedział tego, tylko z powrotem rozłożył się na siedzeniu.

-Nie lubię tego Pottera, wkurza mnie i Weasley i ta szopo-szlama, też. – wyrwało mi się wreszcie.

-Dobrze mówisz. Potter- ten pupilek Dumbledora, Weasley i jego rodzina – zakała świata czarodziei, a Granger – zawsze obkuta na blachę szlama. Są potworni. Wszyscy z Gryffindoru i wszyscy równo głupi. – zakończył z cudownie skwaszoną miną. Słuchałam go jak zahipnotyzowana. – I do tego, Potter uważa, że umie grać w Quidditcha. Jaki z niego palant! To wszystko tylko dlatego, że Lord mu załatwił rodziców. Zapchlona sierota. – prychnął na koniec z tym wspaniałym zgorszeniem, obrzydzeniem, rety! Jak on cudownie umie wieszać na ludziach psy!

-A ty grasz w reprezentacji? – zapytałam

-Jasne, jestem szukającym. – powiedział, jakby od niechcenia, bo widocznie było to dla niego oczywiste.

-Serio? Jaką masz miotłę? – dopytywałam się

-Błyskawica 2003. – Opiszę to tak: Kopara do ziemi, oczy jak latające spodki, nawet Louise na chwilę przestała czytać i spojrzała na niego. Najszybsza, najlepsza, najnowsza miotła...raju! Ja się nie dziwię, jak ma szmalu, jak lodu...

-Mogę zobaczyć? – spytałam niepewnie.

-Jasne, tam gdzieś leży.- Machnął ręką w bliżej nieokreśloną stronę, ale myślę, że chodziło mu, o okolice kufra. Podniosłam się i z namaszczeniem zaczęłam przekładać jego rzeczy, aż wreszcie dokopałam się do pięknej, błyszczącej miotły o idealnie opływowych kształtach i cudownie równych witkach.

-Jest cudowna. – wyszeptałam.

-Eee, tam drobnostka. – mruknął stając obok i gładząc rączkę ze złotym napisem.

-Ja mam tylko Nimbusa 2001...-westchnęłam.

-A ty grałaś w reprezentacji?- przeskoczył na inny temat, co było wyjątkowo dziwne, bo szykowałam się na to, że zacznie się przechwalać.


  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna