Na pozór spokojnie, ociężale, krok za krokiem, noga za nogą, metr po metrze, idę ze spuszczoną głową I tępo wpatruję się w czubki butów



Pobieranie 33,18 Kb.
Data15.03.2018
Rozmiar33,18 Kb.



Wampir

Na pozór spokojnie, ociężale, krok za krokiem, noga za nogą, metr po metrze, idę ze spuszczoną głową i tępo wpatruję się w czubki butów. Myśli moje nieruchome, zmrożone jak wszystko wkoło: szary chodnik, z którego wiatr usunął resztki lodu, brudny śnieg, ogołocone z liści drzewa. Wszystko to nieruchome. I tylko ja, człapiący między przypadkowymi przechodniami. Cały czas niespokojny - od chwili wyjazdu jak ścigany wyrzutami sumienia morderca. Najpełniej w szpitalu, tuż przed wejściem, kiedy kazali czekać na swoją kolej. Potem seledynowe drzwi, kilka suchych poleceń, kredowa papka w ustach i sekundy na wdechu. A w piersi tłucze głuchy dzwon, który być może już niedługo pęknie – rozsypie się na drobne kawałki, nie pozostawiając po sobie w ludzkiej pamięci żadnego dźwięku. Tak nagle, tak po prostu, tak bez ostrzeżenia.

A jeszcze tak niedawno - kilka tygodni. Jeszcze wczoraj... – wczoraj, to nie dziś; dziś, to nie jutro; jutra jeszcze nie ma... A wczoraj: wąski korytarzyk we wnęce głównego hollu, gazetki ścienne, krzesełka pod ścianą, migająca lampa jarzeniowa i dwoje drzwi: 5.PORADNIA ZDROWIA PSYCHICZNEGO, 6.LEKARZ INTERNISTA. Ja na prawo. Obok mnie dwie staruszki, na wprost jacyś chłopcy – śmieją się, rozmawiają o szkole, o muzyce. Czuję się przy nich jak spróchniałe drzewo wśród młodych dębów. Nie zwracają na mnie uwagi. Nie wiedzą jak bardzo zazdroszczę im siły, żywotności. Drzwi Poradni otwierają się. Wychodzi z nich szczupła kobieta w białym fartuchu. Jej wysuszona twarz przypomina zdziwionego kota. – Czy jest ktoś do mnie? – pyta. Korytarzyk mruczy. Kobieta zamyka drzwi na klucz i wychodzi na główny holl. Przypominam sobie. Kiedyś chciałem pójść do niej. Czułem się jak niechciana wesz i do tego te przeklęte topole: strzelające w niebo olbrzymy. Widziałem je wszędzie, przygniatały mnie, wyrokowały o mojej niemocy, mierności.

Od internisty wychodzi tęga kobieta. – Krótko pani była – rzuca w nią jeden z młodych dębów. Kobieta patrzy zdziwiona. – I co się tak gapi? – mówi dalej. – Bezczelność! – odpowiada kobieta. – Zobaczta ją! Bezczelność? Ona je bezczelna! – mówi do kolegów. – Miała siedzieć dwie minuty, a sami widzieliście! Gotuje się we mnie. Już widzę, jak wstaję i łapię go za gardziel, przygważdżam do ściany i walę w spiczasty nos – krew płynie, gnój jęczy. Moje ręce są jednak omdlałe, stawy wiotkie, oddech ciężki. Nie robię niczego. Powraca złudny spokój. Do korytarzyka zagląda jakiś mężczyzna. Wchodzi, robi kilka kroków i wychodzi. Za chwilę pojawia się ponownie. Jest niespokojny, rozedrgany. Ma wilgotne dłonie, zaczerwienione oczy. Rozgląda się błędnie. Dochodzi do drzwi, szarpie klamkę. – Gdzie ta kurwa polazła? – pyta. Głos ma zachrypnięty. Kilka rąk wskazuje główny holl. Kiwa głową, odwraca się i wpada prosto na nią. – Dzień dobry – mówi. Kobieta odpowiada. – Pani doktor, ja już nie wytrzymam. Patrzy na niego. – Skierowanie – mówi dalej mężczyzna. – Chcę skierowanie. Miesiąc. Tym razem miesiąc. Nie wytrzymam tego. Już nie mogę. Kobieta otwiera drzwi i zaprasza go do środka. Myślę o nim. Czas mija. Teraz moja kolej. Wchodzę. Przy małym biurku siedzi młoda kobieta. Też ma na sobie biały fartuch i też przypomina zdziwione zwierzę – żabę. Patrzę na jej płaską twarz i szerokie usta. W każdej chwili może wystrzelić z nich śliski język; może opleść się na mojej szyi, udusić mnie w kilka sekund... Witam się i mówię, co mnie boli. Pokazuję elektrokardiogram, a ona pyta, jak się nazywam. Patrzę na nią, czekam na wyrok. – Rok temu nie miał pan żadnego bloku. Są pewne zmiany, ale... Niech się pan rozbierze. Osłuchamy pana. Nachyla się nade mną, reguluje mi oddech, wzdycha. – Nie jest tak, jak być powinno. Ja nie jestem kardiologiem, więc mogę się mylić. Dam panu skierowanie na prześwietlenie z kontrastem i do szpitala. Boję się. Widzi to. – Znaczy się do przychodni przy szpitalu – uspokaja mnie. – Ale tam są długie terminy, więc niech pan idzie z prywatną wizytą. Co prawda jest pan przed trzydziestką, ale wiek nie odgrywa tu najmniejszego znaczenia. Najlepiej do doktora Szmajkowskiego. Dziękuję jej i wychodzę. Nie wiem, co się ze mną dzieje, świat wiruje, nogi wiotczeją.

Po godzinie docieram na dworzec autobusowy. Kupuję bilet i idę do małego, drewnianego baru przy zajezdni. Kilka metrów powierzchni obitych dechami, cztery stoliki i króciutki kontuar obok drzwi wejściowych. Jednak zawsze coś: można wypić i zjeść na gorąco, i cieplej niż w poczekalni.


  • Jedną kawę – mówię, kładąc pieniądze na ladzie.

Siadam w kącie, między drzwiami a sprzedawczynią; moczę usta w czarnym płynie. Czas zatrzymuje się na chwilę. Teraźniejszość zaczyna mieszać się z przeszłością, wiruje – a w środku ja: w drewnianym baraku, z plastikowym kubkiem pełnym gorącej kawy. Lekarka mówi: „Ja nie jestem kardiologiem, więc mogę się mylić...”. Nie wierzy sobie, swoim zmysłom, wiedzy. Pewnie coś słyszała, coś jest nie tak. Wysyła mnie na prześwietlenie, a potem proponuje prywatną wizytę u jakiegoś Szzz... Szzz... Szzz... – nieważne. Ona umywa ręce, nie bierze odpowiedzialności.

Drgam. Gorący płyn wylewa się na spodnie. Zanim przesiąknie, stygnie - zamiast gorąca czuję wilgotny chłód. Moje myśli łaskawie wracają na swoje miejsce: tu i teraz, i nigdzie indziej. I nagle znów: czas i jego najmniejsza, niepodzielna, autonomiczna cząstka. Odnaleźć ją i wyizolować, a potem przywłaszczyć sobie. Zaczaić się w niej, zamknąć i trwać na przekór wszystkim prawom. Żyć w niej, oddychać pełną piersią, nie tęsknić za bliskimi – tylko trwać. Czas jednak płynie. Nie ma żadnych cząsteczek, przerw, podziałów. Większość z tego co wymyślamy jest wielką, abstrakcyjną bzdurą. Każda, nawet ta sztuczna jednostka, przybliża mnie do śmierci. Ale czy to już? Czy to za chwilę? Może tydzień? Czuję paniczny lęk. Zaczynam się bać każdej następnej sekundy, minuty. Każda z nich niesie ze sobą chorobliwą niepewność. Boję się, że nie zdążę zrobić czegoś bardzo ważnego, że ominie mnie coś, co mi się należy. Przypominam sobie Małego Krzysia. Zginął mając lat szesnaście. Tydzień po pogrzebie spotkałem jego kuzyna. Rozmawialiśmy. Powiedział, że nie może pogodzić się z tą śmiercią, że to niesprawiedliwe, gdy umiera człowiek, który nigdy nie był z żadną kobietą. Czas: kilka wątłych uderzeń chorego mięśnia – głuchy dzwon. I jak kokon utkany z plastikowych nici oplata mnie samotność. Jestem zupełnie sam. Ludzie wchodzą i wychodzą, a ja siedzę w kącie opleciony samotnością i lękiem. Popijam lurowatą kawę, dręczę się, maltretuję. Jak nigdy potrzebuję teraz drugiego człowieka: kogoś, o kim mógłbym pomyśleć, że mnie rozumie.

Naprzeciw mnie, w drugim kącie siedzi nastoletnia dziewczyna. Wygląda na uczennicę jednego z tutejszych liceów. Rodzice posłali ją po nauki do miasta – jej wartość z dnia na dzień rośnie. Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględniamy! Lęk odczłowiecza mnie. Zaczepiam na niej wzrok. Ma tępy wyraz twarzy: pełne policzki, a nad nimi wąsko rozstawione oczy. Jest brzydka, ale jest w niej coś, co każe mi na nią patrzeć. Nie mogę oderwać oczu. Zauważa to. Pesząc się opuszcza głowę. Przez chwilę obserwuję ją kątem oka. Patrzy na mnie. Posyłam jej niewinny uśmiech – odwzajemnia go. Myślę o człowieku, który kiedyś zdecyduje się ją pocałować. Do ust przykładam pięść, chowam pod nią szyderczy uśmiech. Ostatni raz spoglądam na nią i daję jej spokój. Wpatruję się w okno. Szukam ukojenia w błękitnym skrawku nieba i kępie nagich badyli. Powoli oddalam się, odpływam. Nie zastanawiam się nad tym, czy mi dobrze czy źle, ciepło czy zimno, mokro czy sucho. Po prostu jestem – jak drzewo w parku, blok w mieście, dzień czy noc na Ziemi. Zastygam...

- Uuuu! Ogrzać sie troche – uderza w moje uszy, brutalnie wyrywa z transu. – Zimno dzisiaj, co?

Instynkt podpowiada mi, że słowa te kierowane są do mnie. Przekręcam głowę. Moja twarz drętwieje jak odlana z gipsu maska. Człowiek, który do mnie mówi, przypomina młodszego brata Nosferatu. Jego twarz jest poryta bruzdami, usiana stadami wągrów. Oczy ma niesymetryczne, rozmyte; nos haczykowaty, olbrzymie, płaskie czoło, do którego poprzyklejane są przetłuszczone włosy. Wampir!

- Tak – mruczę – zimno. Nie mam ochoty na niego patrzeć – co dopiero rozmawiać. Staram się o nim nie myśleć, uciec do skrawka nieba i kępy badyli, oddalić się.

Słyszę pukanie, a zaraz potem słowa: - W dwóch miejscach panie. Ino chrupło i zara w dwóch miejscach - Wampir mówi do mnie i puka kulą w gips na nodze. Kiwam głową. – I patrz pan! Dali zwolnienie. A ja przecie bezrobotny. Pewnie bedom płacić. Dobrze, że jestem ubezpieczony. Wisz pan, prywatnie, bo nie pracuje.

Ty skurwysynu!!! Jest mroźny, parszywy dzień, mam zszarpane nerwy, a ty chcesz mnie dobić. Powinieneś chyba spać w swojej trumience. – To zapłacą – odpowiadam cicho.



  • Ciekawe ile procent dadzom. Może ze dwadzieścia?

Nie odpowiadam.

  • A tera, to chyba sto trzydzieści za procent, to bym miał z tysiunc pińcet.

  • Sto dziewięćdziesiąt – mówię. Mimo narastającej odrazy – nienawiści prawie – nie mogę zdobyć się na powiedzenie mu, że nie chcę go widzieć obok siebie.

  • Łooo! – wrzeszczy. – To może nawet ze dwa i pół tysiunca dostane? Tera to piniondz potrzebny.

  • Potrzebny – przytakuję.

  • A wisz pan, że nawet szczynście miałem? Tydzień wcześniej zdonżyłem się ubezpieczyć.

  • Szczęście.

  • Ale una już nie bedzie, jak była – mówi i znów puka w gips. – Tera nie boli, ale co było wcześniej? Swyndzi troche, a tak to nic. Goi się chyba.

- Chyba.

Drzwi drewniaka otwierają się z hukiem. – Dzień dobry! – dźwięk wciska się do środka.



  • Dzień dobry – odpowiada sprzedawczyni. – Coś późno – dodaje po chwili.

  • Dziwnie wyszło – mówi człowiek w niebieskim uniformie. – Co bierzecie?

  • Trzy pepsi, trzy coca-coli i pięć naszych.

  • Dobra. Tu jest zleconko – rzuca na blat papier. – Niech pani wypełni, a ja zacznę przenosić – mówi i bierze się za skrzynki z pustymi butelkami. Przez otwarte drzwi wdziera się zimny wiatr. Ludzie, widząc, że potrwa to dłużej wychodzą – chyba do poczekalni. Wampir nie rusza się. Ja, on i staruszka, która wygląda jak jego babka, zostajemy na swoich miejscach. Człowiek w uniformie zaczyna wnosić nowe skrzynki. Ustawia je obok nas. Wampir przykuwa wzrok do butelek. Oblizuje się, pociąga nosem.

  • Nie masz pan pożyczyć na napój? – pyta.

  • Nie – mówię krótko.

  • Bo ja to panie nic ni mam.

  • Ja mam tylko na bilet – ucinam; przyglądam się mężczyźnie dźwigającemu skrzynki.

Drzwi trzaskają ponownie. Przestaje wiać, temperatura stabilizuje się.

  • Tu jest faktura – mówi kobieta.

  • Jak zwykle, przelewem.

  • Tak.

  • To dziękuję. Do widzenia.

  • Do widzenia – odpowiada kobieta i wychodzi na zaplecze.

Wampir patrzy za nią, uśmiecha się głupkowato, wyciąga z kieszeni brudną, płócienną torbę.

  • Może by tak? – zwraca się do mnie, kiwa głową w stronę skrzynek.

  • Nie chcę.

  • Ja tam wezme – mówi; patrząc w stronę lady, po omacku sięga butelkę. – Na pewno pan nie chcesz?

  • Nie – odpowiadam stanowczo. – I pan też to odstawi.

  • Przecie nie widzi.

  • Ale zobaczy, że brakuje.

Wampir, jak skarcone dziecko, wkłada butelkę do skrzynki i krzyżuje ręce na kolanach.

  • Pić sie chce – zaczyna po chwili – a ja panie nawet na bilet ni mam. Bezrobotny jestem.

  • Trudno – wzdycham.

  • A pan też z trzeciego odjeżdża?

  • Tak.

  • To fajnie. Pojedziemy razem. Jak wejdom kaczory, to chyba mnie nie wygoniom.

  • Kanary.

  • Racja, kanary. Zawsze mi sie myli. To ptak i to ptak.

  • A to kontroler.

  • Racja panie, świenta racja. Chyba, jak zobaczy noge – puka kulą w gips – to mnie nie wyrzuci?

Wzruszam ramionami. Nie mam już siły. Patrzę w okno, ale nie znajduję spokoju. Wampir przez cały czas mówi. I co za paradoks: każde jego słowo wybrzmiewa nieskończenie długą chwilę. Czuję się na niego skazany. Myślę tylko o tym, żeby wytrzymać i nie rzucić się na niego. Nie wytrzymuję – zapinam kurtkę i wychodzę bez słowa.

Zimne powietrze przenika przez ubranie, sprawia, że zapominam o krwiopijcy. Drżącymi dłońmi przypalam papierosa. Dym delikatnie drażni krtań, penetruje płuca. Przez chwilę jest mi dobrze. Nie mam zamiaru wracać do drewniaka – jeszcze tylko kilka minut, kilka chwil na mrozie.

Autobus podjeżdża; z hukiem otwiera pneumatyczne drzwi. Wyrzucam niedopałek, wskakuję do środka. Zajmuję miejsce przy oknie; napinając wszystkie mięśnie, przyciskam się do zimnego oparcia. Kierowca siedzi w kabinie i nie ma zamiaru zamykać drzwi. Do odjazdu jest jeszcze kilka minut. Pasażerowie mogą pojawić się w każdej chwili.

Na małym skrawku pokrytej szronem szyby wydrapuję kółeczko. Powiększam je rysując okręgi. Silnik starego autosana pracuje nieczysto. Kierowca nie oszczędza go, co chwilę przegazowuje. Chce rozgrzać maszynę. Nie myśli o tym, jak to stalowe serce musi być wyczerpane ciągłymi przyspieszeniami, zbędnymi obciążeniami.

Czekanie w barze zmęczyło mnie. Gdyby nie chłód, pewnie bym zasnął. Zasnąłbym może w trakcie jazdy, gdyby nie Wampir. Słyszę go już na schodkach. Tłucze gipsem o każdy stopień, demonstruje swoje kalectwo. Wchodzi do środka i rozgląda się. Wolnych miejsc jest dużo, ale on idzie prosto do mnie. Zwala cielsko na siedzenie obok.


  • Czemuś pan tak wyrwał? – pyta bezceremonialnie.

  • Wyszedłem zapalić.

  • Przecie ja tyż pole. Trza było powiedzieć, to bym razem poszli. A palić to sie chce, a tu ni ma co. Bida. Wisz pan, bezrobotny jestem.

  • Wim – rzucam, śmiejąc się do szyby; wyciągam z kieszeni paczkę papierosów, podtykam mu pod nos i mówię: - Proszę. Się pan częstuje.

  • Nie – odpowiada. – Już nie zdonże. Jak tu przypole, to zara mnie zobaczy – pokazuje kierowcę – i wyrzuci. A tak, to może dojade.

  • Może.

  • No, toś mi pan mówił, że tym samym jedziemy, bo z trzeciego, ale skund pan jesteś?

  • Z Żacholeckiego Lasu.

  • Przecie on nie jedzie przez take wieś.

Uśmiecham się.

- Żychlin – mówię. – To Żychlin.



  • Aleś mnie pan nabrał – zaczyna się śmiać. – A ja tyż z Żychlina i nie wiedziałem, że tak gadajom. To chyba z tej bajki?

  • Z tej.

  • O Rumcajsie?

  • O Rumcajsie.

  • A gdzie pan mieszkasz, bo ja pana nigdy nie widziałem?

  • W Żychlinie.

  • No, to sie rozumie, ale gdzie? Może na Browerach?

  • Na Browerach – odpowiadam oschle. Znów jestem zmęczony.

  • To dziwne, bo ja tyż. Ja z Parzynckich jestem.

  • Nie znam.

  • A pan jak się nazywasz?

Patrzę prosto w krzywe ślepia i cedzę przez zęby swoje nazwisko.

  • Jak? Paluszkiewicz?

  • „Rrrr”- warczę. – Jak rzeżączka.

  • Jaka rzeżączka? Parzuszkiewicz?

  • Przez „er”.

  • Paruszkiewicz?

  • Pa-ru-szew-ski – sylabizuję. - I dajmy już temu spokój. Zmęczony jestem.

  • Oj panie, ja tyż. Przejść tak przez to Kutno, to sam pan wisz. Z mojom nogom...

Odwracam głowę. Znów rysuję kółka. Chcę się odizolować, ale zachrypłe słowa nie dają za wygraną. Drgające cząsteczki powietrza penetrują uszy, przewodem słuchowym przedostają się do jamy bębenkowej i dalej do receptorów słuchowych. Potem trafiają do mózgu i już wiem, o czym on mówi, i już jestem wściekły.

- Jak miałem ten wypadek, to złamanie – znów wali kulą w gips – to poszedłem do somsiada, żeby mnie zawióz, bo on ma samochód. Mówie mu i pokazuje, a on, że trzy dychy. O kochany! To ja mu tak pokazałem – mówi i zgina w łokciu rękę. – Pinindzy ni ma, a ja mu bede płacić? Dobrze, że kolega się trafił. Dobry kolega – akcentuje. – Za pińć win to mnie do autobusu zaniósł, a potem na samo pogotowie. Panie! – wrzeszczy. – Pińć win to przecie troche wiencej niż dycha, ale nie trzy! No, a potem już pan wisz. Operacja...

Nie mogę się śmiać. Już nic nie mogę. Pragnę tylko spokoju – ukojenia w ciszy. Zamykam oczy, udaję, że śpię. Znów słyszę pukanie i słowa:

- W dwóch miejscach panie. Ino chrupło i zara w dwóch miejscach.

Odwracam się. Człowiek w futrzanej czapie wnikliwie przygląda się Wampirowi. Na znak rozumienia kiwa głową.

Udaję, że nic mnie to nie obchodzi. Jutro idę do Szzz... Szzz... Szzz... – nieważne. Przyjmuje we wtorki i w piątki...



Odzyskuję wewnętrzny spokój. Krwiopijca znalazł nową ofiarę.



©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna