Masakra w Gazie



Pobieranie 29,04 Kb.
Data14.02.2018
Rozmiar29,04 Kb.

Masakra w Gazie


Monika Rębała, Marek Rybarczyk

11 stycznia 2009 14:06, ostatnia aktualizacja 16:50






Wojna izraelsko-palestyńska to nie tylko wymiana ognia, ale też pojedynek na cierpienie i prawdę historyczną. Dlatego łatwiej było ją zacząć, niż zakończyć.

Zeitoun, wschodnie obrzeża miasta Gaza. Po dwunastu dniach bombardowań Izrael ogłasza trzygodzinne zawieszenie broni. Do miasta wkraczają pracownicy Czerwonego Krzyża.


W jednym z budynków znajdują czwórkę małych dzieci, które słaniają się z wyczerpania i przerażenia. Obok leży ich martwa matka. W sąsiednich budynkach są kolejni ranni i zabici. Kilkaset metrów dalej stacjonują izraelscy żołnierze. Nie reagują. Wbrew międzynarodowym porozumieniom nie interesują się cywilami.

Bombardowania Gazy są odwetem za ataki rakietowe Hamasu. Ale po dwóch tygodniach operacji "Płynny ołów" widać, że izraelskiej armii daleko do zapowiadanej chirurgicznej precyzji. Na apele o natychmiastowe wstrzymanie operacji w Strefie Gazy szefowa izraelskiej dyplomacji Cipi Liwni ma jedną odpowiedź: "Izrael działał, działa


i będzie działać tylko we własnym interesie, w imię prawa do samoobrony".

- Gaza wygląda jak miasto Drakuli - mówi "Newsweekowi" 23-letni Sameh Akram Habeeb, który z bombardowanej przez Izrael Strefy Gazy prowadzi swój internetowy dziennik "Gazatoday". - Nie ma wody, brakuje lekarstw i jedzenia, wciąż słychać strzały


i wybuchy. Idąc do domu, w ciągu zaledwie godziny naliczyłem pięćdziesiąt trupów leżących na ulicach.

Sameh mówi, że Palestyńczycy mają już dość wojny. Nie oznacza to jednak, że rezygnują z odwetu, nawet za cenę jeszcze większych strat. - Zemsta to teraz odpowiednie słowo - mówi "Newsweekowi" Haitham Sabbah, palestyński działacz emigracyjny. - Tysiące oburzonych Arabów i muzułmanów krzyczą na demonstracjach, że gotowi są umierać za Gazę i Palestynę. Izraelska agresja stworzyła nowego wroga: 300 mln Arabów i miliard muzułmanów na świecie.

Historycy przypominają, że konflikt bliskowschodni to ustawiczna zemsta ofiar wczorajszych prześladowań. Umierający dziś mieszkańcy Gazy to głównie uchodźcy, którzy w czasie wojen w 1948 i 1967 roku musieli opuścić swoje domy zajęte przez Izraelczyków. Do piątku w izraelskich nalotach zginęło ponad 257 dzieci.

- Palestyńczycy nie mają już nic więcej do stracenia, dlatego będą kontynuować walkę - zapowiada Sabbah. Dla Hamasu Palestyna to ziemie islamskie, a Izrael to okupant, którego należy zwalczać wszelkimi środkami, także zamachami samobójczymi i rakietami. Po izraelskiej stronie okalającego Gazę betonowego muru poczucie beznadziejności


i determinacja są równie silne.

- Ataki Hamasu uniemożliwiają nam normalne życie - mówi "Newsweekowi" 17-letnia Noa z kibucu przy granicy z Gazą (jako członkini izraelskiej orkiestry w zeszłym tygodniu przebywała w Polsce). - Codziennie spadają na nas rakiety, w czasie alarmu musisz jak najszybciej biec do schronu. Mój dom ma schron, ale nie wszyscy mają takie szczęście. Przez siedem lat na południe Izraela spadło ponad 8 tysięcy rakiet Hamasu. Zabiły 28 osób, raniły setki.

Nawet niezagrożone ostrzałem Hamasu żydowskie miasta sprawiają wrażenie oblężonej twierdzy. Wieczorami tylko niewielu ludzi kręci się po ulicach. Opustoszały kina
i kawiarnie. Nie ma turystów. Wszędzie widać patrole wojska. Mimo to głosów nawołujących do zaprzestania walk właściwie nie słychać. Według sondaży ponad połowa Izraelczyków chce kontynuacji wojny. - Ulice pełne są nienawiści i żądzy zemsty - mówi w rozmowie
z "Newsweekiem" Rami Elhanan, grafik mieszkający w Jerozolimie, członek Parents Circle, organizacji skupiającej żydowskich i arabskich rodziców, którzy stracili dzieci w konflikcie.

Wojna izraelsko-palestyńska to nie tylko wymiana ognia, ale też pojedynek na cierpienie i prawdę historyczną. Po jednej stronie znajdują się Palestyńczycy, którzy walczą o prawo do własnego państwa i żyją w obozach dla uchodźców, coraz bardziej otaczani murem budowanym przez Izrael. Po drugiej Żydzi, którzy od dziesięcioleci żyją w psychozie "zepchnięcia do morza przez Arabów" i "powtórzenia Holocaustu".

Obie strony są gotowe bronić własnych racji za wszelką cenę. Brutalność
i bezwzględność konfliktu pokazuje ostrzał szkoły ONZ w Dżabalii, gdzie zginęły 42 osoby. Hamas zmienia szkoły i meczety w składy amunicji, a izraelska armia, choć posiada namiary obiektów, na które ataki są zabronione przez prawo międzynarodowe, ostrzeliwuje je, ryzykując ofiary wśród ludności cywilnej. W związku z nieudzieleniem pomocy rannym cywilom oraz innym atakiem izraelskim na budynek w Gazie, gdzie na polecenie wojska schroniło się 110 Palestyńczyków, ONZ podejrzewa możliwość popełnienia zbrodni wojennej. Zginęły 33 osoby.

- Wzajemna nienawiść Żydów i Arabów nie rodzi się spontanicznie - tłumaczy Elhanan. - Dzieci są nią karmione w domach, szkołach, są nią przepełnione programy


w telewizji. Na obozach organizowanych przez Hamas młodzi ludzie ochoczo śpiewają tzw. piosenkę intifady, która zaczyna się od słów: "Chcemy zemsty! Hamas! Zabijaj syjonistów! Hamas! Gdziekolwiek są! Hamas! W imię Boga! Hamas!". Do młodszych dzieci organizacja dociera dzięki kreskówkom, gdzie Myszka Miki tłumaczy, dlaczego należy zabijać Żydów.

Izraelczykom również wiele można zarzucić. Żona Ramiego jest nauczycielem akademickim i twierdzi, że podręczniki, z których korzystają izraelskie dzieci, są nie mniej stronnicze od arabskich, bo powielają stereotypy dotyczące Palestyńczyków. - Wielu Izraelczyków widzi też w Palestyńczykach niemalże kontynuatorów nazistów - twierdzi Anton La Guardia, autor książki "Holy Land, Unholy War". - W 1982 r. po zniszczeniu bunkra Arafata w Bejrucie ówczesny premier Izraela Begin napisał w liście do Ronalda Reagana, że czuł się, jakby wysłał izraelską armię do szturmu na Berlin z rozkazem zniszczenia bunkra Hitlera.

Co więcej, władze w Tel Awiwie oficjalnie mówią o Arabach, obywatelach Izraela, którzy płacą im podatki, jako o "demograficznym zagrożeniu dla państwa". - Jaka tu równość i demokracja? - pyta Elhanan. Izraelczycy boją się nie tylko wojny, ale również tego, że wkrótce będą mniejszością we własnym kraju. Dla wielu z nich arabska wspólnota jest demograficzną bombą zegarową. Arabowie, którzy już dzisiaj stanowią około 20 proc. populacji Izraela, mają znacznie wyższy wskaźnik rozrodczości niż Żydzi. Analitycy, którzy śledzą rozrost palestyńskiej populacji na Zachodnim Brzegu i w Gazie, prognozują, że w 2010 r. na terenach na zachód od Jordanu Arabów będzie więcej niż Żydów. W dodatku wspólnota arabska w coraz większym stopniu identyfikuje się z Palestyńczykami z Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy. Arabscy posłowie do Knesetu zrzucili całą winę za wybuch konfliktu na Izrael.

Tymczasem zdecydowana większość Izraelczyków jest przekonana, że ich kraj tylko broni się przed terrorystami z dwóch organizacji - Hamasu na południu i Hezbollahu na północy. Tej ostatniej organizacji, dysponującej 30 tysiącami groźnych irańskich rakiet, Izraelowi nie udało się rozbić pomimo wielkiej ofensywy w Libanie w 2006 roku.

Obawa przed wymazaniem z mapy świata sprawia, że społeczeństwo izraelskie jest jednym z najbardziej zmilitaryzowanych na świecie. "Kontakty zawarte w wojsku trwają przez całe życie. Decyzja, w jakiej jednostce służyć, jest rozważana jak wybór kierunku studiów" - twierdzi Anton La Guardia. Służba ojczyźnie to nie tylko obowiązek, ale i źródło dumy. Izrael jest państwem usianym pomnikami upamiętniającymi poległych w wojnach. Według żydowskiego dziennika "Haaretz" na każdych 17 zabitych żołnierzy przypada
w Izraelu jeden pomnik (dla porównania: w Europie jeden pomnik przypada na 10 tysięcy poległych żołnierzy).

Potęga militarna ma skutecznie odstraszać wrogów. - Jednym z powodów grudniowego ataku na Gazę była chęć odzyskania przez Izrael utraconego w czasie wojny


z Hezbollahem wizerunku kraju silnego militarnie - mówi "Newsweekowi" Mohammad Yaghi, ekspert z Washington Institute for Near East Policy oraz publicysta palestyńskiego dziennika "Al-Ayyam".

Izraelczycy od dawna żartują, że dla Arabów najlepszym sposobem na zniszczenie ich kraju byłoby wstrzymanie ataków i zawarcie z nim pokoju. Wówczas napięcia w izraelskim społeczeństwie rozdarłyby państwo na kawałki od środka. Religijni i zeświecczeni Żydzi kłócą się ze sobą od powstania kraju. W ubiegłą środę przeszło ulicami Jerozolimy kilkudziesięciu ultraortodoksyjnych żydów z ugrupowania Neturei Karta manifestowało przeciwko izraelskiej ofensywie w Strefie Gazy. Neturei Karta odmawia państwu Izrael prawa do istnienia, bo zgodnie z Torą państwo żydowskie powstanie dopiero po przybyciu Mesjasza. Członkowie ugrupowania popierają radykalne ruchy palestyńskie.

Eksperci są też zgodni, że spirali nienawiści i przemocy nie zakończy interwencja społeczności międzynarodowej. Zawsze jedna ze stron będzie ją oskarżać o stronniczość. Tak jak przewodniczącego Papieskiej Rady Iustitia et Pax (Sprawiedliwość i Pokój) kardynała Renato Martino, który wywołał oburzenie Izraela, porównując Gazę do obozu koncentracyjnego. "Rakiety Hamasu to na pewno nie są cukierki. Ale co powiedzieć, kiedy zabija się tyle dzieci, kiedy bombarduje się szkoły ONZ, i to mimo posiadania technologii, które pozwalają zlokalizować nawet mrówkę?" - pytał kardynał Martino.

- Pokój między Izraelem i Palestyńczykami nie jest teraz możliwy - mówi "Newsweekowi" Giora Eiland, były doradca izraelskiego rządu ds. bezpieczeństwa narodowego. - Maksimum, jakie rząd izraelski może dziś zaoferować Palestyńczykom, to mniej niż to, na co mogą się oni zgodzić. - Przed wojną również trudno było mówić o pokoju: ustalenia premiera Olmerta z prezydentem Autonomii Abbasem tak naprawdę nie miały znaczenia, jeśli nie zaaprobował ich Hamas, który rządzi Strefą Gazy - mówi Yaghi. - Teraz będzie jeszcze trudniej, bo Abbas ze względu na wojnę traci poparcie nawet we własnej partii.

Nie wiadomo, jak skuteczne okażą się tym razem międzynarodowe naciski, tym bardziej że popierający Izrael Waszyngton zajęty jest właśnie zbliżającą się zmianą w Białym Domu. Rada Bezpieczeństwa ONZ pod koniec ubiegłego tygodnia przyjęła rezolucję
z żądaniem natychmiastowego zakończenia działań zbrojnych w Strefie Gazy i wycofania z rejonu sił izraelskich (USA wstrzymały się od głosu). Jak zawsze to dobry punkt wyjścia do zawarcia za kilka dni zawieszenia broni. Ale o trwałym pokoju na razie można zapomnieć. Zbyt szeroko rozlało się jezioro krwi i nienawiści.

Materiał pomocniczy nr 1

I. Dlaczego narody i państwa rozpoczynają wojny?

II. Jakie czynniki mają wpływ na kontynuowanie wojen?

III. Jakie obecnie stosuje się sposoby prowadzenia wojen?

IV. Jakie są konsekwencje wojen dla prowadzących je państw i narodów?

V. Kto i jakie działania mógłby współcześnie podjąć, aby zakończyć wojny?


Materiał pomocniczy nr 2 – Karta pracy

Przeczytaj tekst Moniki Rębały i Marka Rybarczyka Masakra w Gazie (Newsweek 3 / 2009,

s. 32- 35) oraz odpowiedz na pytania:

1. Jakie strony konfliktu są wskazane w tekście? Jakie są przyczyny tego konfliktu?

2. Jakie czynniki mające wpływ na kontynuowanie konfliktu wskazane są w tekście? O

czego zależy istnienie i trwałość tych czynników?

3. Jakie sposoby walki stosują strony konfliktu? Dlaczego takie?

4. Jakie są konsekwencje tego konfliktu dla obu stron wskazane są w tekście? Jakie



jeszcze konsekwencje można wskazać?

5. Komu (po za stronami konfliktu) zależy na jego zakończeniu? Jakie działania podejmuje? Jaka jest skuteczność tych działań? Dlaczego taka?



©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna