Mariusz Ferek Jesteśmy, my wszyscy, kształtowani I na nowo urabia­



Pobieranie 0,91 Mb.
Strona6/6
Data14.02.2018
Rozmiar0,91 Mb.
1   2   3   4   5   6
wiarą, że można być
bezpiecznym wszędzie i z każdym. . \

Lek, który lekarz mi przepisuje, Desyrel, paradoksal­nie czyni życie możliwym, ale zarazem - w granicach mojej świadomości - nie do zniesienia.

  • Moje życie - oświadczam ojcu - jest do niczego. Mó­
    wię poważnie, do niczego.

  • Posłuchaj - powiada. Siedzimy przy stoliku na par­
    kingu niedaleko drogi, w miejscu, gdzie kierowcy cięża­
    rówek zatrzymują się na kilka godzin snu. - Jeśli chodzi
    o seks, to cóż, nie musimy tego robić. Dzięki niemu mo­
    żemy wyrazić, że oboje jesteśmy sobie oddani. Skoro to­
    bie to nie odpowiada, pewnie znajdziemy inny sposób.

Lecz cóż innego może tak dobrze odpowiadać naszym potrzebom jak to nałogowe, pozbawione radości połącze­nie, posługiwanie się zmysłami do uzewnętrzniania na­szych pragnień? Pod tym względem wcale się nie różni­my od innych ludzi. Moje ciało pod nim, wygłodzone, bez życia, jakże wymownie wyraża to, czego ja nie mogę: jestem głodna, jestem martwa. Martwa, bo lojalna wobec matki, i martwa dla niego. Martwa w reakcji na to, że posługuje się swym dużym ciałem, aby odgrodzić mnie od świata.

Jedna za drugą przejeżdżają ciężarówki. Podmuchy po­wietrza porywają pasma moich włosów, unoszą je mię­dzy nasze twarze.

Nie chcę abstynencji, chcę wyzwolenia.



- Posłuchaj - mówię. - A jeśli pewnego dnia zaprag­
nę mieć męża, dzieci, rodzinę jak inni ludzie? Być kocha­
na jak inni.

  • Jacy ludzie? - pyta.

  • Inni. Ludzie, którzy różnią się od ciebie i ode mnie. -
    Spoglądam na niego. - Po prostu normalni.

  • Kto jest normalny? Normalność jest matematyczną
    abstrakcją. Nie przystaje ani do ludzkiej osobowości, ani
    do więzi, które ludzi łączą.


  • Przecież dobrze wiesz, o co mi chodzi! I wiesz, że
    się starałam. Dałam ci wszystko, o co poprosiłeś. Czuję
    się taka samotna na tym świecie, chociaż nie twierdzę, że
    takie były twoje intencje. Nie pozwolisz mi nikogo mieć,
    nikogo oprócz ciebie. Ty jednak masz innych. Masz ro­
    dzinę.

  • Nie możesz się spodziewać, że opuszczę dzieci - po­
    wiada ojciec.

  • Nie, pewnie, że nie. Wcale tego nie chcę. Ale co ze
    mną? Ja też jestem twoim dzieckiem.

Ojciec patrzy na mnie. , , .

  • W twoim wypadku jest już za późno. .

  • O czym mówisz?

  • Mówię, że popełniłaś błąd. - Pochyla się. - Przecież
    rozmawialiśmy o tym. Że nasze błędy są trwałe. Że nie
    możemy odwołać naszych postępków.

  • Tak - odpowiadam. - Wiem.

  • Zatem - powiada, składając ręce. - Uczyniłaś, co
    uczyniłaś, a uczyniłaś to ze mną. Teraz już nie będziesz
    mogła mieć nikogo więcej, bo nie zdołasz dochować na­
    szej tajemnicy. Komuś o tym powiesz, nieważne komu,
    a on ledwie się dowie, od razu cię zostawi.

Widzę ojca. Słyszę słowa, które wypowiada. I jak bar­dzo w nie wierzę, tak bardzo go nienawidzę.

  • To niezgodne z zasadami - mówi siostra. f - v

  • Wiem - przyznaję.

  • Po prostu tego nie robimy. - Idzie szybko, porusza
    się energicznie w ruchomych płaszczyznach bieli: białej
    sukience, białym rozpinanym swetrze, białych nylono­
    wych rajstopach, białych butach.

  • Z kim powinnam rozmawiać, aby otrzymać zezwo­
    lenie?

  • Proszę poczekać - rzuca i zostawia mnie za drzwia­
    mi przeszklonego biura.

Po kilku beznamiętnych próbach przebłagania szpi­talnych administratorów, gdy odsyłano mnie od jednego parawanu do drugiego, w końcu udaje mi się dostać do kostnicy. Zgody udzielono, bo stosownie do treści doku­mentów, ciało dziadka zostanie zabrane ze szpitala pro­sto do krematorium, nie będę więc już miała innej okazji, aby je zobaczyć. „Ale - jak zaznacza mężczyzna, który zapisuje moje dane - robimy wyjątek, absolutny wyjątek".

Dziadek leży w lodówce, w osobnej szufladzie. Dłonie zaciśnięte w pięści trzyma pod brodą, jakby tak się ułożył dopiero wtedy, gdy się znalazł w tym bardzo chłodnym pomieszczeniu. Usta ma otwarte, jakby protestował prze­ciwko przejmującemu chłodowi.

Spodziewam się, że powinien mnie przerażać widok zwłok, do których z taką determinacją starałam się do­trzeć, ale gdzież tam. Twarz i dłonie pod prześcieradłem są takie znajome, że czuję przypływ wzruszenia. Siostra zostawia mnie z dziadkiem, stwierdzając, że wróci za ja­kiś czas. Klękam obok. Składam głowę na jego piersi jak kiedyś, gdy byłam mała. Dotykam brwi, policzka, siwej szczeciny.

Widzę te same co dawniej jasnoniebieskie oczy; źreni-



ce wydają się zamglone, jak gdyby znowu zaciągnięte ka­taraktą, którą usunięto przed laty. Długo wpatruję się w te oczy. Ich widok zdumiewa mnie i uczy, dlaczego zamyka je przedsiębiorca pogrzebowy.

Chociaż kokietowałam śmierć, kpiłam z niej, nieodpo­wiedzialnie igrałam z życiem, właściwie nie wierzyłam, że jestem śmiertelna, póki nie usiadłam obok zimnego ciała dziadka, nie dotknęłam, nie powąchałam i nie obję­łam go. Przez cały czas właśnie brak wiary sprawiał, że byłam lekkomyślna. Godzina spędzona z dziadkiem, na klęczkach przy długiej szufladzie, zmienia moje życie. Otrzeźwia mnie pocałunek, który składam na jego sztyw­nym policzku, pomaga mi wrócić do przytomności, ina­czej niż tamten usypiający pocałunek ojca na lotnisku. Przechodzę przemianę. Od człowieka, który sądzi, że może sobie pozwolić na trwonienie czasu, do osoby, która wie, że choćby miała żyć wiele, wiele lat, będzie to zawsze za krótko.

- Nic pani nie jest? - pyta siostra. Właśnie wróciła i wsu­


wa z powrotem szufladę.

Nowa wiedza sprawia, że drżą mi ręce. Wytrzeszczam oczy.



  • Zapytałam, czy nic pani nie jest - powtarza.

  • Och - odpowiadam - nie, dziękuję.

Na nabożeństwie poświęconym pamięci dziadka ra­bin wymienia kolejno wszystkich jego przodków. Każe zgromadzonym stać, gdy wzywa nas, byśmy wiedli god­ne życie. Przypomina o zapaleniu lampek, bo nabożeń­stwo odbywa się akurat tuż po święcie Chanuka. Mamy pielęgnować pamięć o moim dziadku, który zmarł pod-

czas Święta Świateł, iść naprzód promienni i sprawiać, aby nasze życie toczyło sią po jasnych drogach, nie mrocz­nych.

Sentymentalnie brzmią te słowa. Wypowiada je obcy człowiek, ale i tak mnie wzruszają. Jeśli żałobnicy widzą, że jestem wstrząśnięta, gdy rozmyślam, że moja obecność na pogrzebie jest hańbiąca, jeśli dostrzegają gorące łzy na moich policzkach, gdy pojmuję, jak mroczne stało się moje życie - cóż, pewnie tłumaczą te łzy jako wyraz smut­ku, uczucia znacznie prostszego niż to, które mnie ogarnia.

- Co robisz? - pyta babka, kiedy dzień później zastaje


mnie przy kuchennym stole. Wszędzie wokół mnie leżą
papiery. Przeglądam teczki, których nie otwierałam od
lat.

- Przygotowuję podania na studia - powiadam.


Patrzy na mnie.

- Naprawdę? - mówi. Siada na krześle po przeciwnej


stronie stołu. - Dokąd? - dodaje po chwili.

Wymieniam miasta, gdzie szkoły są zlokalizowane, wszystkie z dala od domu ojca. Kiwa głową.

- Zrobić ci herbaty? - proponuje.



Napełnia czajnik wodą. Żadna z nas nie ubiera w sło­wa tego, co się dzieje. Że podnoszę te kawałeczki mojego życia, które upuściłam przed laty. Nie możemy wyrazić tego, czego na razie nie wiemy: że śmierć dziadka rozpo­częła proces mojego wyzwolenia i że zakończy go śmierć matki.

- Słuchaj - powiedział ojciec w samochodzie, kiedy


odjechaliśmy z parkingu dla ciężarówek - istnieje tylko
jedna osoba, która mogłaby dać ci dość siły, byś mnie
opuściła.

I chociaż przejechaliśmy zaledwie około mili, znowu zjechał i zatrzymał samochód na poboczu. Zdjął okulary i oparł się czołem o kierownicę. Spojrzałam na niego.

  • Ty? - zapytałam w końcu.

  • Tak - odrzekł. ^

Kiedy byłam małym dzieckiem, matka siadała przy toaletce i szczotkowała mi włosy. Toaletka przy - każdym boku miała osobne lustro i kiedy od­wracałam głowę w prawo albo w lewo, widziałam nas obie zwielokrotnione bez końca. W tej przestrzennej nieskoń­czoności dostrzegałam przesłanie o nieskończoności w wy­miarze czasu: nieważne, czy patrzyłam w przeszłość czy w przyszłość, zawsze widziałam siebie stojącą tak posłusz­nie jak to tylko możliwe pod ruchliwymi dłońmi matki. Ja i ona, złączone wiązami, które zawsze nas określały, próbami uczynienia ze mnie dziecka zasługującego na jej podziw i miłość.

Wiele koszmarów, w których występuje matka, doty­czy włosów. Ona mi je obcina, farbuje na rudo albo czar­no, zamyka mnie w wieży wybudowanej z łazienkowych kafli, gdzie ściany są zbyt śliskie, aby się po nich wspiąć. Jak w wypadku Roszpunki moje włosy są tak długie, że to nie może być bez znaczenia. Zawsze bardzo mi zależało na tym, by mieć nadmiar włosów, dzięki czemu mogłam wskazać granicę, powiedzieć matce, że dla jej satysfakcji pozwolę zmienić tylko tyle siebie i ani odrobinę więcej. Przez lata włosy symbolizowały mnie, to, jak bardzo różnię się od matki: długie kontra krótkie, blondynka kontra brunetka. Pochłaniała mnie troska o nie, odcina-

nie nożyczkami do paznokci rozdwojonych końców. Im dłuższe rosły, tym więcej szczotkowania potrzebowały, zwłaszcza od czasu, gdy już nie chciałam ich splatać w war­kocz ani spinać.

- Są zbyt długie - narzeka matka, a wtedy muszę za­


puszczać je dalej i nigdy nie są odpowiedniej długości, by
mnie zadowolić.

Ojciec jest tak samo oddany moim włosom jak ja. Przez kilka ostatnich lat on mi je podcina. Nie ma zaufania do innych. Boi się, że ktoś nie poprzestanie na minimum, więc spędza całe godziny na kolanach i posługuje się no­życzkami w absolutnym skupieniu.

Lecz przez ostatnie miesiące życia matki jej pragnie­nia przedkładam ponad ojca i swoje. Jeśli życzy sobie ró­żowych chusteczek higienicznych, nie białych, posłusz­nie wychodzę i kupuję je. Przynoszę jedzenie z odległych restauracji, wazelinę w tubce, nie w słoiczku, francuskie czasopisma, szwajcarską czekoladę. Spełniam każdą jej zachciankę. Wymyślamy sprawy, których załatwienie pochłania sporo czasu, pozwala mi okazać chęć sprawie­nia jej przyjemności i zarazem oszczędza nam swojego towarzystwa.

Fryzjer ściąga mi włosy gumką i obcina je, tak jak go proszę, tuż powyżej. W szpitalu kładę na łóżko odcięty koński ogon, długi na dwadzieścia trzy całe. Matka doty­ka go.

- Tak - powiada - najwyższy czas.

Ścięcie włosów i wręczenie ich matce jest czynem dość złożonym i ma pokłady znaczeń. Są sprawy, o których mu­szę matce powiedzieć, nim umrze, nim mnie opuści; prze­mawiam więc ciałem, które mi dała, które nosiła w sobie.

Oczywiście jest w tym miłość i gniew: wroga kapituła-

cja. Swoje włosy poświęcam matczynej wizji córki, relik­towi dziewczyny, która żyła, aby ją zadowolić, i która już żyć nie będzie, bo bez matki żyć nie może. Jeśli nie cze­kam, aż matka będzie martwa, aby złożyć włosy w trum­nie, to dlatego, że nie chcę stracić ostatniej okazji zyska­nia jej aprobaty. Zaznaczenia, że nadal bardzo mi na tym zależy - wystarczająco, by w końcu oddać jej tę cząstkę siebie, którą zawsze starałam się zachować poza jej zasię­giem.

- Odwróć się - powiada, kiedy staję w nogach łóżka,


a ona wciska niewielki guzik, który sprawia, że unosi się
podgłówek. - No tak - mówi, gdy znowu jestem zwróco­
na do niej twarzą - Oto się zjawiłaś. Od lat nikt, kto na
ciebie patrzył, nie widział nic poza włosami. - Pokazuje
na koński ogon. - Zamierzasz go zachować? - pyta.

- Po co? - mówię, ona zaś wzrusza ramionami.


Kończy się na tym, że go wyrzucam. Połyskująca masa

ginie w jednym ze szpitalnych pojemników na śmieci.



Długie włosy są niezaprzeczalnym symbolem seksu­alności. Były ochroną mej kobiecości, kiedy zrezygnowa­łam z piersi i okresu. Ścinając włosy, chciałam zakomuni­kować matce, że to samo zrobiłam z życiem seksualnym. Pozbywając się ich, składam obietnicę, że kiedy umrze, związek łączący jej córkę i męża nie będzie już trwał.

Jakże jestem zdziwiona, kiedy po latach odwiedzam belgijskie Geel i tam w kościele Świętej Dympny oglą­dam fragment ołtarza. Rzeźba Jana van Wavre z począt­ku szesnastego wieku przedstawia ojca Dympny, który obcina córce włosy, długie pasmo w kolorze blond, takie same jak moje, jeśli tylko rzeźba choć trochę przystaje do rzeczywistości. Z tym że ja swojemu ojcu nie pozwalam mieć ani włosów, ani mojego życia.

- Och!-mówi ojciec, kiedy mnie widzi po postrzyży-


nach. - Mój Boże - dodaje. - Dobry Boże. - Bardziej ubo­
lewa nad tymi włosami niż nad wiadomością, że zosta­
łam przyjęta na studia, że za kilka miesięcy wyjeżdżam. -
Jak mogłaś mi je odebrać! - krzyczy.

Rak kości należy do najbardziej bolesnych spośród no­wotworów, lecz przynosi także osobliwe ukojenie. Kości matki w ciągu ostatnich tygodni jej życia ulegają tak da­leko posuniętej destrukcji, że miejscami niemal się roz­puszczają. Wówczas do krwiobiegu dostaje się wapń -dosyć wapnia, aby uśmierzyć ból i sprawić, że podawanie morfiny staje się zbędne. Procesy chemiczne śmierci uwalniają ją od fizycznego cierpienia i obaw. Każdego dnia śpi coraz dłużej i głębiej, aż w końcu zapada w śpiączkę. Ma zamknięte oczy i już nie reaguje na głosy wokół siebie.

Patrzę na nią i od razu sobie przypominam, że kiedy miałam pięć lat i ona spała, zdjęłam jej maskę. Delikat­nie, starając się jej nie obudzić, przesunęłam maskę na czoło, a potem, ponieważ nie mogłam znieść widoku zamkniętych oczu... tego, że matka ma ciągle zamknięte oczy i wcale na mnie nie patrzy - próbowałam zrobić to samo z jej powiekami. Bardzo delikatnie uniosłam jedną z nich.

Natychmiast się obudziła, zła.



  • Ja... ja... - szepnęłam, cofając się. - Chciałam do cie­
    bie.

  • Już nigdy więcej tego nie rób! - rzuca. - Nie dotykaj
    mnie!

Po tym zdarzeniu zamykała drzwi, ilekroć zamierzała się położyć. Przez wiele miesięcy o tym pamiętała, ale zdarzyło się pewnego dnia, że zapomniała. Rano, kiedy

poruszyłam gałką, drzwi się otworzyły. Wtedy wróciłam na swoje dawne miejsce przy łóżku. Stałam cichutko, nie dotykałam jej, tylko czekałam. Czekałam, czekałam.

- Proszę tu poczekać - powiada przedsiębiorca pogrze­bowy. - Za momencik ją wystawimy.



Kiedy wraca, ma na sobie marynarkę, jak gdyby moje spotkanie z ciałem matki wymagało pewnej oprawy. Idę za nim do głównego pomieszczenia, które przypomina bibliotekę. Stoi tu duży fotel, a na półkach, nie do wiary, encyklopedia Britannica, rząd tomów oprawionych w czerwoną imitację skóry, takich samych jak te, które ojciec sprzedał kiedyś moim dziadkom. Nad trumną wi­szą różowe żarówki. Takich zwykle używała matka, bo sądziła, że dodają jej urody.

Czekam przy drzwiach, póki przedsiębiorca nie wyj­dzie. By do niej podejść, czekam, aż będę sama. Jakże jest mała w trumnie, którą dla niej wybrałam. Leży głęboko wewnątrz. Aby pogładzić ją po włosach, szorstkich i na­gle posiwiałych, muszę daleko wyciągnąć rękę. Policzki ma zimne, suche, pokryte różem. Zamknięte oczy i usta. Kiedy się pochylam, czuję zapach płynu używanego do balsamowania.

Dotykam piersi, ramion, szyi; całuję czoło, koniuszki palców; przykładam ciepły policzek do chłodnej twarzy; a kiedy to robię, coś przede mną ustępuje: tamta ściana, śliska, niewidzialna, nie do sforsowania. Cokolwiek mnie dzieliło od życia, od życia, które wiodłam, zanim spotka­łam ojca - szczątki tego, co powstało w jednej chwili przez tamten pocałunek - naraz obraca się w ruinę. Spazma­tycznie wzdycham i ściskam palce matki.

- Och, Boże, przepraszam, przepraszam - mówię. -


Mój Boże, Boże, to koniec, po wszystkim.

Sięgam pod dolną część wieka trumny, szukam zasuw­ki, ale jej nie znajduję. Wsuwam rękę możliwie najdalej, nad kolanami, nad brzegiem białej sukienki. Pragnę do­tykiem poznać całą postać, pragnę wziąć w dłonie stopy.

Nie mogę matki objąć; jest zbyt ciężka, by ją podnieść, materiał sukienki zbyt śliski. Płaczę. Łzy kapią na jej twarz i włosy, dłonie rozplatają się, wypuszczają krucyfiks i pro­stują się wzdłuż boków.

Zostaję z ciałem matki przez godzinę, może dłużej. Stoję przy trumnie, póki się nie zmęczę, potem przysu­wam krzesło i siadam. Kiedy wychodzę na zewnątrz, jadę do domu babki po to tylko, by za chwilę z powrotem wsiąść do samochodu i wrócić do domu pogrzebowego. Pytam przedsiębiorcę, czy byłby tak uprzejmy i zechciał jeszcze raz wystawić ciało mojej matki w głównej sali.

- Znowu? - upewnia się, najwyraźniej zniecierpli­


wiony.

Kiwam głową.

- Proszę - mówię. Jeszcze raz, ostatni, muszę stanąć
przy niej, dotknąć jej włosów, policzka. Jeszcze tylko raz
muszę się upewnić, że to prawda: czar prysł, wyzwoliła
mnie jej śmierć.

Na pogrzebie ojciec pomaga dźwigać trumnę. On tak­że wie, że to koniec. Spogląda na mnie i widzi, że już do niego nie należę. Może wyczytać w moich oczach, któ­rych spojrzenie beznamiętnie wytrzymuje jego wzrok, że jego oczy już nie wydają mi się namiętne ani nawet ta­jemnicze, jedynie nabiegłe krwią, zmęczone. Przysłania-

ją je zmrużone powieki, kiedy na mnie patrzy, a ja patrzą na niego, i pojmuje,, że wie.

O dziwo, ta świadomość nie prowokuje łez ani jego, ani moich. Czy bez matki w charakterze świadka nie je­stem w stanie go oczarować? To jedno z wielu pytań, któ­rych nigdy ojcu nie stawiam, które się nasuwa po tym, jak ze sobą zrywamy, nagle i ostatecznie. Podczas rozmo­wy telefonicznej. A wówczas żadne z nas nie płacze, o nic nie prosi, nie wypowiada słowa „kocham".


  • Czyżby miałby to być wybór w rodzaju „wszystko
    albo nic"? - pytam. Dlaczego akurat ja miałabym wyra­
    zić to, co jak wiem, jest prawdą: nie możemy zacząć od
    początku, musimy się pożegnać. Nieporadnie staram się
    zmniejszyć nasze udręki, uciekając się do sarkazmu. - Nie
    miałbyś ochoty dla odmiany spróbować czegoś bardziej
    konwencjonalnego? Rozumiesz, od czasu do czasu tele­
    fon, kartka na urodziny?

  • Czyżbyś mnie jeszcze nie znała? - odpowiada ojciec
    głosem tak spokojnym i lodowatym, jakiego u niego jesz­
    cze nie słyszałam. - Nie znasz odpowiedzi?

  • Owszem - mówię - znam.

Czego innego nauczyły mnie ostatnie lata, jak nie tego, że ojciec nie bierze nawet odrobiny mniej niż całą mnie?

  • Co wybierasz? - odzywa się po długiej chwili mil­
    czenia.

  • Nic - brzmi moja odpowiedź. - Wiesz przecież, że
    muszę wybrać nic.

Jego żona pakuje rzeczy, które zostawiłam w jego domu, a babka płaci, by do mnie wróciły.

- Dzięki Bogu - mówi, kiedy proszę ją o pieniądze.


Użycza głosu słowom, które nadał dźwięczą mi w uszach:

„Dzięki Bogu, wreszcie jest po wszystkim".



Po długim okresie modlitw o uwolnienie - błagania losu o wybawienie, bo bez interwencji losu sama nie po­trafiłabym tego dokonać - nie spodziewam się, że nasze rozstanie będzie bolesne. Lecz utrata ojca będzie mnie martwić; będzie mnie ranić i już nigdy nie przestanie. Nie ucieknę od tego, jak nie ucieknę od miłości do matki i wyrzutów sumienia, że tak bardzo ją skrzywdziłam.

Utrata ojca prześladuje mnie tak samo jak w odległej przeszłości, kiedy widziałam mężczyznę bez twarzy, któ­ry chodzi po korytarzach naszego domu. Gdzieś w świe­cie jest ojciec, którego nie mogę poznać. Dawniej był obcy, bo nieobecny, a teraz, gdy go poznałam i on poznał mnie, reszta mojego życia zależy od tego, czy będziemy od sie­bie dość daleko.

Po modlitwie nad grobem ojciec i ja stoimy w milcze­niu przy trumnie wiszącej nad otwartym, mrocznym do­łem chwilę przed opuszczeniem. Kwatera ma podwójne dno. Babka wykupiła ją z myślą, że pewnego dnia na gó­rze spoczną jej szczątki.

Ale po latach, gdy babka umiera, lekceważę jej życze­nie, aby zostać pochowaną w tym samym grobie. Pole­cam poddać jej ciało kremacji i sama rozsypuję prochy. Nie pozwolę jej spocząć na wieki nad moją matką. Nie pozostawię matki na wieczność pod tym ciężarem.

Na płycie nagrobnej znajduje się tylko imię matki, jej nazwisko, data urodzenia oraz śmierci. Kiedy płyta jest gotowa, od razu robi mi się przykro, że nie dodałam sło­wa „Ukochana".

W dniu, kiedy zamówiłam tablicę, dzień po śmierci matki, usiadłam obok babki w biurze przedsiębiorstwa pogrzebowego i przejrzałam ciężką księgę ze zdjęciami rozmaitych wzorów. Wybrałam granit na brązie i staran­nie dobrałam typ liternictwa. Ale pozostawiłam puste miejsce pod datami, bo tamtego popołudnia wydało mi się, że nie zasłużyłam na użycie jedynego słowa, które mogło być tam wyryte. Słowa prawdziwego.

„Ukochana".



Nie prowadzę dziennika snów, ale 7 lutego 1995 roku przyśniło mi się coś tak niezwykłego, że tego dnia zaznaczam datę w kalendarzu, pisząc „Matka". Nie muszę zapisywać, co się w tym śnie dzieje. Wiem, że zawsze będę pamiętała wszystko bardzo dokład­nie.

Matka odnajduje mnie w kuchni. Jest jeden z zimo­wych poranków. Właśnie przygotowuję śniadanie dla mojej rodziny. Na górze wszyscy jeszcze śpią. Wzdrygam się, kiedy podnoszę wzrok znad stolnicy i widzę ją. Boję się. Wszystkie sny, w których występuje matka, są kosz­marami. Ale tym razem wydaje się przyjazna, niemal pełna entuzjazmu. Światło, które przenika przez szklane drzwi i pada na nią, jest doskonale czyste i białe - to od­bite od śniegu promienie słońca. Ma na sobie dopasowa­ny, granatowy kostium, starannie skrojony z materiału tak ładnego i lśniącego, że aż bije w oczy. Dziwię się, że przychodzi do mnie wiele lat po śmierci, i jednocześnie fascynuje mnie każdy szczegół jej obecności. Klapy ko­stiumu - jakże są doskonałe! Chcę ich dotknąć, dotknąć jej, ale nie chcę, żeby zniknęła. Pragnę pokazać jej moje dzieci, ale boję się ryzykować wyjście z kuchni albo spło­szenie jej głośnym wołaniem.

Mimo wszystko duch nie znika, świeci zupełnie real-



nie. Mam rozdwojoną świadomość, która czasem wystę­puje w snach, i w tym śnie dokonuję spostrzeżenia, że duch matki naprawdę jest ze mną, że nie byłabym w sta­nie sfabrykować ludzkiej obecności wyłącznie z tęsknoty.

- Och, mamo - mówię w końcu, ale nie ośmielam się jej dotknąć - jesteś taka piękna i masz na sobie najpięk­niejsze ubranie. - Wzrusza ramionami na ten komple­ment, jakby nie obchodził jej własny wygląd i jakby w ogó­le nie dbała o tego rodzaju sprawy. A ja wiem, że obie myślimy tylko o jednym: jak to było na końcu, gdy rak wykradł jej młodość, urodę, zakpił sobie z próżności.

Nie dzieje się nic szczególnego, ale i tak wszystko wy­chodzi na jaw. Matka i ja przyglądamy się sobie uważnie. Zaglądamy sobie w oczy głębiej niż kiedykolwiek w ży­ciu. Nie spieszymy się. Nasze twarze dzieli zaledwie kilka cali. Nie poruszamy się, nie mrugamy. Kiedy patrzymy, wyraża się wszystko, co kiedykolwiek czułyśmy, lecz cze­go nigdy żadna z nas nie wypowiedziała. Jej młodość, ego­izm i brak szczęścia; moja młodość, mój egoizm i brak szczęścia. Nasza samotność. Wzajemne zdrady.

W tym śnie czuję, że ona mnie wreszcie poznaje i ja odwzajemniam jej się tym samym. Czuję, że przestajemy mieć nadzieję na inną córkjjia inną matkę.

PODZIĘKOWANIA



Mam dług wdzięczności wobec Amandy Urban i Kate Me-diny za ich niezłomną wiarę i wsparcie, wobec Janet Gibbs za to, że zechciała słuchać, i Dawn Drzal, że zgodziła się czytać, wobec Jiłł Simonsen za jej przyjaźń i wobec Coli-na za wszystko.

1   2   3   4   5   6


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna