Mariusz Ferek Jesteśmy, my wszyscy, kształtowani I na nowo urabia­



Pobieranie 0,91 Mb.
Strona5/6
Data14.02.2018
Rozmiar0,91 Mb.
1   2   3   4   5   6
znowu będziecie
razem - dodaje medyk. <

  • Czy muszę iść do szpitala? - pytam.

  • Nie - odpowiada. Patrzy na mnie. Łzy mi kapią na
    papierowe kimono.

Zdjęcia rentgenowskie płuc wiszą za jego głową. Błysz­czą moje wąskie kości, otoczone przejrzystą cielesną po­włoką, serce jest trójkątnym cieniem między wypuszcza­jącymi korzenie oskrzelami.

- Czy istnieje coś, o czym chciałabyś mi powiedzieć? -


pyta lekarz.

Potrząsam głową. Mężczyzna wzdycha.

- W porządku - powiada. - W takim razie może na­
stępnym razem odwiedziłabyś mnie sama - sugeruje. -
Może czułabyś się znacznie lepiej, gdyby ojciec nie mu­
siał cię przywozić.

Na nic się zdają moje długie modlitwy o pogorszenie stanu zdrowia. Zdecydowanie odmawiam jedzenia i zwra­cam antybiotyki, ale mimo wszystko dochodzę do siebie. Dwa razy dziennie muszę położyć się na brzuchu i trzy­mać głowę możliwie blisko podłogi. Żona ojca oklepuje mi plecy, a ja krztuszę się i wypluwam flegmę do miski. Ten zdawałoby się anachroniczny element procesu re­konwalescencji kojarzy mi się gruźlicą i z Dickensowski-mi slumsami. Jednocześnie może uchodzić za rodzaj kary, zwłaszcza że pochodzi z rąk żony ojca. Podczas zabiegu fantazjuję niczym małe dziecko. Wyobrażam sobie wła­sny pogrzeb, na którym ojciec i matka rozdzierająco szlo­chają. v

< Zachorowała też moja matka. Tylko że jej kuracja jest najnowocześniejsza z możliwych, tak nowoczesna, że wy­daje się wręcz futurystyczna. Pewnego razu czyta gazetę, bezwiednie trzymając dłoń poniżej szyi. Pochyla się nad stołem w kuchni, przeglądając stronę poświęconą sztuce. Wtedy w lewej piersi odkrywa guz, niewielki, wyraźnie wyczuwalny i twardy. Guz zostaje usunięty i określony jako złośliwy. Jednocześnie lekarze pobierają tkankę z bez­pośredniego sąsiedztwa, w sumie wycinek wielkości ku­rzego jaja.

Nie mówi mi o tym, póki sprawa nie jest załatwiona. Póki nie polecę do niej w odwiedziny. Akurat znowu prze­bywa w szpitalu, przechodząc terapię pooperacyjną. Od­chyla koszulę, aby mi pokazać pierś. Ułożenie jej dłoni wokół zszytego cięcia kojarzy mi się ze znajomym wize­runkiem Chrystusa ukazującego swe krwawiące serce.

Sina blizna ma związek z radioaktywnym implantem, którego zadanie polega na unieszkodliwianiu pojedyn­czych komórek rakowych. Implanty nazywamy „sputni­kami", bo wyglądają jak sondy kosmiczne. Dwie długie i grube igły z nierdzewnej stali giną pod białą skórą wo­kół sutka, a ich końce wyposażone są w maleńkie, bardzo złożone urządzenia.

Wszyscy boją się dotykać sputników. Nie tylko ja i mat­ka, ale także personel szpitalny. Specjalnie zamykany po­jemnik na zewnątrz łazienki przy jej pokoju oznaczono napisem: NIEBEZPIECZNE ODPADY. ODDZIAŁ MEDY­CYNY JĄDROWEJ, a młodsze pielęgniarki nie będą chciały wchodzić do środka, obawiając się, że radioaktywne za­nieczyszczenia pozbawią je płodności. Obchodzą szero­kim łukiem drzwi do tego pokoju.

- Czy to boli? - pytam.



- Nie bardzo - odpowiada, przechylając zagadkowo głowę na jedną stronę. Patrzy mi w oczy, jakby mnie py­tała, jak dalece martwię się jej cierpieniem.

Nie potrafię się doliczyć dni ani tygodni, ani nawet miesięcy. Nie różnią się od siebie, a wszystkie są straco­ne, więc wcale nie zapomniane, bo ich po prostu nie prze­żywam.

Czytam dużo książek, mijam wiele przecznic, piszę kilka opowiadań, następnie je przerabiam. Codziennie tonę. Nie czuję nic poza krótkimi spazmami płaczu, po których twarz mam wilgotną, jakbym rzeczywiście tylko na jedną chwilę wynurzyła się spod powierzchni chłod­nego i ciemnego jeziora.

Samoznieczulenie odbywa się może bezwolnie, ale nie jest ani łatwe, ani nie przebiega leniwie. Po raz pierwszy w życiu dostaję ciężkiej bulimii, przyjmuję i zwracam po­karm, którego jedzenie pomaga mi zabić czas. Nie jestem w stanie pojąć natury tego zjawiska, bolesnej parodii gło­du i jego zaspokajania czymś, co wywołuje uczucie mdło­ści, tajemniczego rytuału apetytu i uzależnienia. Nigdy nie smakuję tego, co jem. Czasem nawet nie wiem, co przełykam, póki tego nie zwrócę.

Myślę o odwiedzeniu biskupa, ale obawiam się, że mogę pozbawić ojca pracy. Czy nie dosyć zła wyrządzi­łam jego rodzinie? 0 żonę ojca się nie martwię. Ona mimo wszystko dobrze wie, co się dzieje. Pozwala mu na to. Według słów ojca prosi jedynie o to, ażeby wykazał dość rozsądku, oszczędzając jej wszelkich świadectw romansu

z własną córką. Obie jesteśmy siebie warte. Obie nie mamy dość siły, aby odmówić jego nieprawdopodobnym żąda­niom. Lecz co z ich dziećmi? Pokochałam ich najstarszą córkę, która zdaje się kochać mnie zupełnie szczerze, choć moja obecność w jej domu kosztuje ją bardzo wiele. Po­zbawiona pozycji najstarszego dziecka zaczyna spędzać coraz więcej czasu w szkole. Waży więcej ode mnie i ma dość duże muskuły.

  • Mogłabym cię zbić - powiada, napinając bicepsy tuż
    pod moim nosem, abym mogła im się dokładnie przyj­
    rzeć. - Wierz mi, bez problemu dałabym radę przerobić
    twój wygląd.

  • Bezwzględnie - przyznaję. Wolałabym, żeby podbi­
    ła mi oczy i rozbiła nos, ale w końcu po tym pokazie bra­
    wury słyszę salwę śmiechu i na policzku czuję pocału­
    nek. Czy ona wie, dlaczego zaczynam płakać, gdy mnie
    obejmuje? Jak bardzo pragnę być na jej miejscu, żeby to
    przeciwko mnie grzeszono, abym ja nie grzeszyła? Jed­
    nocześnie zazdrosna i zbulwersowana, dostrzega moje
    ciężkie położenie, chociaż go nie identyfikuje. Jest kilka
    lat młodsza, ale to ona trzyma mnie w ramionach. Może
    myśli, że oszczędziłam jej swojego losu.

Kiedy moja przyrodnia siostra i ja spotykamy się po­nownie, jesteśmy w środku innego miasta, wiele mil od tamtego miejsca, wiele lat od tamtych czasów. Wysyła list za listem do mojego wydawcy, aż w końcu decyduję się odpowiedzieć. Mam wobec niej pewien dług, którego nie jestem w stanie spłacić. Wiem jednak, że byłoby nie­grzecznie i tchórzliwie unikać spotkania z nią.

Umawiamy się przez telefon, co niezbyt gładko nam



wychodzi. W końcu spotykamy się na stacji kolejowej w pewnym miasteczku, które leży gdzieś pomiędzy na­szymi domami. Idziemy do restauracji w pobliskim cen­trum handlowym. Mamy zaledwie dwie godziny, aby nadrobić dziesięć lat.

  • Przykro mi - mówię. - Istnieje coś, czego ci nigdy
    osobiście nie powiedziałam.

  • W porządku - odpowiada. - Tak jak ja.

Jest w ciąży z drugim mężem. Przyniosłam jej torbę ubrań, które przestały mi być potrzebne, a mogą się przy­dać kobiecie w okresie macierzyństwa. Dowiaduję się, że odeszła z domu rodziców, gdy miała osiemnaście lat, tak jak zapowiedziała. Jej pierwszy mąż był żołnierzem wy­szkolonym do walki wręcz, niestety wykorzystywał swoje szczególne umiejętności przeciwko niej. Uciekła od nie­go i z konieczności wróciła na krótko do domu rodziców. Zabrała ze sobą kota, z którym sypiała, jeśli zdołała zamk­nąć się przed mężem w sypialni.

Tymczasem ojciec opuścił Kościół; część czasu poświę­cał na hodowlę psów obronnych. Te psy zagryzły kota jego córki.

  • Biedne maleństwo przedostało się do klatki, a wte­
    dy one go tam rozszarpały - opowiada mi przyrodnia sio­
    stra. Nie roni łez, tylko lekko drwiąco się uśmiecha.

  • Och, Boże - mówię. Ale tylko tyle. Ironia przecho­
    dzi nie zauważona, jeśli to jest właśnie ironia.

Podobne restauracje można znaleźć w każdym cen­trum handlowym, w każdym mieście. Okna wychodzą do wewnątrz, nie na zewnątrz, na podłodze kafle, pośrodku misa z roślinami i fontanna otoczona ławami, pod świet­likami ludzie w swobodnych pozach. Po drugiej stronie przejścia Sunglass Hut, Foot Locker, sklep z biżuterią -

miejsca tak typowe, że w ogóle nie kojarzą się ze specy­ficznym miejscem i czasem. Na ich widok można odnieść wrażenie, że nagle ulotnił się cały kontekst życia; wydaje mi się, że mogłabym znajdować się gdziekolwiek, w do­wolnym momencie ostatnich dwudziestu lat, że mogła­bym przebywać w miejscu, z którego uciekłam. Pocę się ze strachu. Czuję, że pot występuje mi pod koszulą i tuż przy cebulkach włosów.

- Musimy iść - rzucam niespodziewanie, wstaję,


chwytam za torebkę. - Spóźnimy się na pociąg.

Podnosi się moja przyrodnia siostra.

- Okay - mówi. Najwidoczniej uważa, że ta nagła de­
cyzja o wyjściu jest wynikiem mojej nerwowej natury.

Jadąc z powrotem, dochodzę do przekonania, że proś­ba o spotkanie i wszystkie jej beznamiętne pytania są czę­ścią pewnego spisku. Że bardzo się starała być miła i wy­rozumiała, bo weszła w porozumienie z ojcem, a kiedy jadłam sandwicza z indykiem, którego zwróciłam w po­ciągu, on mordował mojego męża i porywał dzieci.

Czyż mogło go satysfakcjonować coś innego poza znisz­czeniem całego mojego życia, które zbudowałam nieza­leżnie do niego, poza pozbawieniem mnie potomstwa? Czy kiedykolwiek godził się na mniej niż wszystko?

Z pociągu dzwonię pod swój numer. Nikt nie podnosi słuchawki. Zaczynam płakać, skulona na siedzeniu przed telefonem, z twarzą opartą na kolanach.

- O co chodzi? - pyta jakaś kobieta. - W czym mogła­


bym pomóc?

Potrząsam głową. Nie jestem w stanie na nią spojrzeć. W jaki sposób powiedzieć komuś obcemu, że dawno temu znalazłam się w niełasce? Że zabrnęłam w ciemny las i bar­dzo się boję, że już nigdy nie będę bezpieczna?



Kiedy wreszcie docieram do domu, okazuje się, że nic się nie stało. Ani mężowi, ani dzieciom. Oddycham z ulgą, płaczę. Muszę ich wszystkich dotknąć, nie mogę się po­wstrzymać. Choć dzieci nigdy nie widziały swojego dziadka, a on też ich nie widział, one także czymś płacą, ponieważ ostatecznie ich matka nosi w sobie skazę. Nawet z daleka mój ojciec egzekwuje należność.

  • Co się dzieje? - pyta mąż. - Co się stało?

  • Nic - odpowiadam. - Próbowałam się dodzwonić.
    Nikt nie podnosił słuchawki.

  • Och - powiada. - Chyba wybraliśmy się na spacer.

Patrzymy na siebie, mój mąż i ja, wymieniamy zna­czące spojrzenia, ale nie wspominamy słowem o tym, że płakałam. W naszym związku stworzyliśmy miejsce dla mojego ojca i na to, co się wydarzyło między nim a mną. To zamknięte miejsce, psychiczny odpowiednik wysokiej półki w kredensie, której prawie nie sposób dosięgnąć.

Dzieci dotykają mojej twarzy, włosów. Całują mnie. Dla nich jestem doskonała i piękna.

Uczymy się oczekiwać od rodziców bezwarunkowej mi­
łości, myślę jednak, że jest to raczej dar, który otrzymuje­
my od dzieci. One kochają nas bezwarunkowo, nieważne,
kim i jacy jesteśmy.
.

Jakby dom mojego ojca był czymś w rodzaju popraw­czaka - na pewno w jakimś stopniu nim jest; zapa­miętam okres spędzony z ojcem jako wypełniony bolesnymi lekcjami - podczas wakacji spędzanych z matką i jej rodzicami wszyscy są dla mnie uprzejmi i bez­przykładnie delikatni. Jakbyśmy się umówili, nie wspo­minamy o ojcu ani słowem; udajemy, że nie istnieje. Lecz użalamy się nade mną, nad straconym dzieckiem, dziec­kiem porwanym przez straconego ojca. Przy każdej oka­zji ekstrawagancko szlochamy: kiedy na ekranie telewi­zyjnym ktoś na niby umiera, kiedy czytamy w gazecie o jakimś odległym wypadku. Płaczemy nad drobiazgami: rozlanym mlekiem, przebitą oponą, rozbitym radiem.

Po Bożym Narodzeniu matka i ja bez żadnego entu­zjazmu robimy zakupy. Idziemy na przyjęcie sylwestro­we, którego gospodarzem ma być jej przyjaciel. Na tę okazję matka kupuje mi sukienkę; wybieram ją w drogim butiku Laury Ashley. Stojąc w sklepie i czując na sobie jej spojrzenie, jestem jak dziecko: rozkazuję swojemu ciału poddać się temu procesowi z możliwie największą god­nością, tymczasem sama skrywam się pod powierzchnią, kurczę do rozmiarów odpornej na atak drobiny, której

już się nie da ekshumować. Tak samo toleruję mojego ojca. Co tam ciało, wmawiam sobie, ciało nic nie znaczy. Ty nie jesteś ciałem, tylko sercem, duszą. One są twoje i nikt nie może ci ich odebrać.

Sukienka kosztuje majątek i drugi raz jej nie włożę. Powstała z pięknego materiału, połyskującej, lekko nie­bieskiej kraty, lecz nie podoba mi się płytki dekolt, dopa­sowany stan, długie rękawy, szeroka szarfa i biała baweł­niana haleczka, która powinna wystawać kilka cali poni­żej brzegu. W czarnych lakierkach i białych koronkowych rajstopach, z włosami blond sięgającymi całą stopę poni­żej przyczepionej z tyłu kokardy wyglądam tak, jak sobie tego życzy matka, niczym skromna, śliczna laleczka, nie­zdolna do grzechów, jakie mam na sumieniu.

Dla siebie matka kupuje czarną aksamitną sukienkę z głębokim dekoltem, po czym ruchomymi schodami zjeżdżamy do garażu.

- Pozwól, że poniosę także twoje rzeczy - mówię, wy­


ciągając wolną rękę.

Nikłe promienie zimowego słońca padają na jej bladą twarz. Matka nie wygląda najlepiej.

  • Nic ci nie jest? - pytam.

  • Czuję się zmęczona - powiada. - Po prostu zmęczo­
    na. - Tylko tak jakoś kuli ramiona i pochyla głowę, że
    mnie to niepokoi. Nie myślę o guzie wyciętym przed ro­
    kiem. Nie myślę o raku, ale wewnątrz czuję skurcz. Serce
    trzepocze mi w piersi. Kiedy w przyszłości będę wspomi­
    nać matkę, ten moment na ruchomych schodach zakwa­
    lifikuję jako chwilę, w której zaczęłam pojmować, że ją
    stracę. Bladość, upiorna przezroczystość jej twarzy zapo­
    wiada, że dokona się to, czego się zawsze bałam; szepcze,

że zniknie kobieta, którą tropiłam przez całe swoje życie. 1

Kiedy się przygotowujemy na przyjęcie, matka pod­powiada, jaki makijaż mam sobie zrobić, a ja jestem jej posłuszna.

  • Użyj trochę różu - mówi. - Obiecaj, że kiedy nie bę­
    dziesz opalona, zawsze sięgniesz po róż.

  • W porządku - zgadzam się.

Na przyjęciu bawią się ludzie, których nigdy wcześniej nie widziałam. Zebraliśmy się w pięknym szklanym domu z widokiem na miasto. Towarzysz matki jest z nami. Zbyt dużo pije, natomiast my wcale nie pijemy, jak zwykle zresztą, kiedy jesteśmy we troje. Siedzimy nad dziwnie spóźnionym posiłkiem złożonym z ziemniaków, wieprzowej kiełbasy i rozmaitych pates, nad plastrami egzotycznego mięsa krwawiącego na białą porcelanę. Nasza gospodyni, rodem z Austrii, zwraca na siebie uwagę, stukając łyżeczką w kieliszek do szampana. Obwieszcza, że w jej rodzinnym miasteczku uważa się za złowróżbne zjedzenie w sylwe­stra czegoś, co ma skrzydła bądź płetwy. Chodzi o to, by w nadchodzącym roku szczęście nie uleciało ani nie od­płynęło.

Matka podnosi na widelcu krążek kiełbasy, jakby chcia­ła spełnić toast.

- Zatem - powiada - chyba jesteśmy bezpieczne.


Zegar wskazuje północ. Uroczyście się całujemy.

Następnym razem widzę matkę w szpitalu; są tam oboje: ona i dziadek.

  • Co się stało? - pytam znad herbaty, siedząc przy ku­
    chennym stoliku dziadków.

  • Och - powiada babka - twoja matka przechodzi ba-

dania, a dziadek złamał nogę, zaczepiwszy o ten przeklęty wąż ogrodowy. - Pokazuje przez okno w stronę sadzawki.

Na zewnątrz, na podłodze werandy, przy zwiniętym wężu dostrzegam żółtawą plamę. Tam dziadek zwymio­tował w szoku spowodowanym wypadkiem. Przyglądam się śladowi blisko minutę, może dłużej, potem idę po szczotkę, aby usunąć to, czego nie spłukali sanitariusze.

Dziadek dobrze znosi operację kości udowej. Jego dzie-więćdziesięciotrzyletnią kość lekarze łączą za pomocą czte­rech długich, nierdzewnych gwoździ. Tylko że potem wdaje się gangrena od odleżyny na stopie i w rezultacie staran­nie złożoną nogę trzeba amputować. Tę operację również znosi względnie dobrze. Silne serce skazuje go na kilku­miesięczny pobyt w szpitalu i domach opieki, gdzie naj­pierw przestaje dobrze funkcjonować jego żołądek, następ­nie woreczek żółciowy, a potem chyba już wszystko.

Badanie tomograficzne tłumaczy, dlaczego moją mat­kę boli krzyż. Jest pęknięty. Kręgi zaczynają się kruszyć, zaatakowane przez komórki rakowe po przerzutach z cho­rej piersi. Promienie rentgenowskie ujawniły, że uporczy­wy kaszel nie ustąpi, bo płuca są przerośnięte rakiem, tak samo wątroba. Badanie gazometryczne krwi wyjaśnia, dlaczego matka bez przerwy czuła się zmęczona: we krwi brakowało tlenu.

Oboje powoli umierają, a kiedy do tego dochodzi, wra­cam do nich i do babki.

Spędzam teraz dwa tygodnie w domu ojca, następne dwa tygodnie w domu matki, na przemian - tyle czasu jestem w stanie wytrzymać w każdym z tych miejsc i znieść cierpienie, które się z tym wiąże. W domu dziad-

ków babka i ja śpimy w tym samym pokoju. Zajmuje, bliź­niacze łóżko dziadka przysunięte do jej łóżka. Między poduszkami trzymamy telefon, na wypadek gdyby w no­cy ktoś zadzwonił z jednego albo drugiego szpitala; leżąc w mroku, uświadamiam sobie, że od lat wobec nikogo nie czułam takiej bliskości.

Codziennie w porze podwieczorku odwiedzamy dziad­ka. Zanosimy mu herbatę w termosie i dwa ciastka w pla­stikowej torebce. Przez ponad czterdzieści lat o tej samej porze babka z dziadkiem zasiadali do herbaty. I oczywi­ście ona zamierza to robić do ostatniego dnia jego życia.

Wieczorem spotykamy się z matką. Oglądamy telewi­zję. Odbiornik stoi na przykręconej do ściany półce po­wyżej naszych głów. Siedzimy losy bohaterów oper my­dlanych, takich jak Dallas albo Dynastia, widowisk, w któ­rych ludzie często krzyczą lub szlochają, a moja matka i ja płaczemy wraz z nimi. Babka nie płacze na jawie, ale pewnej nocy słyszę, że płacze przez sen. To dziwny dźwięk, cichutkie „aaa-aaa-aaa", jakie wydają z siebie szczeniaki albo niemowlęta, gdy szukają piersi matki. W każdym razie to jest płacz. Jej twarz jest wilgotna, łzy wypływają spod przymkniętych powiek. Czasem nawet przerywa, aby coś powiedzieć.



- Och, nie, nie, nie - przez sen wypowiada słowa, któ­re interpretuję jako modlitwę, bo przypominają mi re­fren, który ciągle rozbrzmiewa w mych myślach.

- Jeśli fantazjuję na temat własnej śmierci, jeśli ją so­bie wyobrażam, czy to oznacza, że mam skłonności samo­bójcze?

  • Jak często?

  • No cóż, na pewno kilka razy w ciągu godziny.

Lekarz krzywi się, przeciera oczy. Kiedy mu tłuma­cze., że ojca i mnie łączy „ten, tego, mmm, związek nie bardzo, mmm, platoniczny", nie zdradza obrzydzenia, wyłącznie znużenie.

  • Mhm - powiada, biorąc głęboki oddech. - Rozu­
    miem - dodaje. Jego westchnienie sugeruje, że domyślał
    się tego już wcześniej.

  • Czy to nie okropne? - pytam po chwili milczenia.

  • Nie jest pan wstrząśnięty? - chcę wiedzieć przy in­
    nej okazji.

Lecz on nie odpowiada. Nie wypytuje o moralność, jedynie o odczucia i funkcje organizmu.

Trafiłam do niego, ponieważ obawiam się o swoje ży­cie. Bo ojciec przechowuje w domu rewolwer i nauczył mnie, jak się nim posługiwać. Na razie nie odważyłam się na nic więcej, tylko go załadowałam; powsuwałam naboje do odpowiednich komór i zatrzasnęłam bębenek. Zważyłam broń w dłoni, ale potem ostatecznie odłoży­łam do osobnych szuflad i broń, i naboje.

- Chcesz umrzeć? - pyta lekarz.

Nie potrafię sobie wyobrazić dalszego życia. Nie je­stem w stanie myśleć o życiu bez matki. Wiem, że śmierć dziadka wywoła we mnie żal, ale odejście matki jest czymś nazbyt ważkim, nazbyt nieprawdopodobnym, bym w ogó­le brała je pod uwagę.

- To przez was! - wyje któregoś razu; jeżyk jej się roz­


wiązał po przyjęciu morfiny. - Odbieracie mi życie, ty
i twój ojciec!

Nie! - myślę. Nie tylko tobie. Nam! Nam wszystkim! Nigdy wyłącznie tobie.



Czasami jest przekonana, że umrze właśnie tej nocy. Wtedy zostaje, w szpitalu. Siadam na krześle przy łóżku albo stają obok. Przyglądam się jej i małej butli, z której zieloną, poskręcaną rurką płynie do nosa tlen. Pewnego razu matka chwyta mnie za rękę. Ma zamknięte oczy, szuka jej po omacku, wypowiada moje imię.

  • Jesteś tu? - pyta.

  • Tak - odpowiadam.

  • Zawsze tu jesteś, prawda?

Jej głos brzmi ciszej od szeptu. Powstał z tchnienia niczym głos ducha.

  • Tak - potwierdzam. Nawet kiedy jestem z nim, stoję
    tu przy twoim łóżku. Zwłaszcza wtedy.

  • Wiesz co? - mówi. - Kiedy umrę, będziesz na mnie
    bardzo zła. - Potem nie mówi już nic więcej.

Ściskam jej palce, lekko nimi potrząsam. W tych sło­wach jest prawda, którą dostrzegam, lecz nie rozumiem ich istoty. Chyba masz rację, myślę. Ale upłynie sporo czasu, zanim do nich wrócę. Wiele lat po jej śmierci mój gniew ostygnie na tyle, że będę w stanie go dotknąć.

Lekarz przepisuje mi lek antydepresyjny, który mam zażywać codziennie przed zaśnięciem. Powiedziałam mu, że jestem przerażona własną lekkomyślnością, skłonnością do samodestrukcji. W domu babki, w biurku, z którego korzystałam, gdy chodziłam do szkoły, jest dwanaście kapsułek seconalu. Wszystkie są stare, a ich czerwone żelatynowe osłonki kleją się do siebie. Zaczęłam je zbie­rać, kiedy miałam czternaście lat. Podkradałam je z ap­teczki po jednej albo po dwie. Jednakże tuzin kapsułek nie na wiele się zda. Dawniej miałam ich czterdzieści,

potem jedną zgubiłam. Pewnego razu o północy podję­łam próbę, przyjmując w sumie dwadzieścia siedem sztuk, które popiłam szklaneczką whisky, lecz to było wszystko, co zdołałam przełknąć, zanim zaczęłam wymiotować. Nawet nie zemdlałam.

  • Jesteś trochę zbyt blada - zauważyła babka następ­
    nego ranka.

  • Chyba coś mnie bierze - oświadczyłam.

  • Co się stało z twoim okiem?

  • Nie mam pojęcia. Musiałam na nim spać. - Moje
    prawe oko było czerwone w prawym kąciku, bo kiedy
    miałam torsje, pękła w nim jakaś żyłka. Obserwując bab­
    kę, jak mi się przygląda, doszłam do wniosku, że nie po­
    dejrzewa, co się wydarzyło w mojej łazience przed kilko­
    ma godzinami.

Kiedy lekarz pyta, czy chcę umrzeć, odpowiadam, że martwię się o siebie, ale nie wspominam o pigułkach na­sennych, ponieważ za bardzo jest mi wstyd. Nie zrozu­miem tego uczucia, póki nie upłyną lata, póki nie uświa­domię sobie, że bardziej przeklęta od samodestrukcji jest moja skłonność do dyskrecji, doskonała umiejętność ukry­wania niemal wszystkiego, co mam w sercu - realna groź­ba, że ja też mogę skończyć jako kobieta zamknięta we własnym potrzasku jak matka. Połknęłam tabletki, ponie­waż z każdej strony szczelnie otaczała mnie mgła rozpa­czy. Nie widziałam niczego, co było na zewnątrz. Chociaż wówczas minął rok od naszej wizyty u ginekologa, który założył mi kapturek, łączę te dwa wydarzenia. Wydaje mi się, że połknęłam seconal, aby moje ciało umarło wraz z całą resztą, którą uśmiercono tamtego dnia: dziewczę-

cą niewinnością, nadzieją, wreszcie z

1   2   3   4   5   6


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna