Mariusz Ferek Jesteśmy, my wszyscy, kształtowani I na nowo urabia­



Pobieranie 0,91 Mb.
Strona4/6
Data14.02.2018
Rozmiar0,91 Mb.
1   2   3   4   5   6


Niecierpliwiłam się coraz bardziej. Klucz do Pism nie pomagał. Aby po raz drugi doświadczyć ekstatycznego uniesienia, które na chwilą uczyniło mnie atrakcyjnym dzieckiem i które stało się moim udziałem po przeżyciu cierpienia, zaczęłam w sekrecie umartwiać swoje ciało. W warsztacie dziadka ścisnęłam palce w szczękach ima­dła. Kiedy babcia przyniosła do domu deser lodowy fir­my Baskin-Robbins i usunęła suchy lód, którym był obło­żony, posłużyłam się szczypcami do sałaty, aby wydobyć z kosza na śmieci małe, dymiące kawałki. W zamkniętej łazience na piętrze przyłożyłam język do powierzchni su­chego lodu i zostawiłam na nim trochę skóry. W lustrze ujrzałam krew płynącą z ust tą samą magiczną strużką, która kiedyś sprawiła, że moja matka wyłoniła się z ogrom­nego świata dorosłych i ulicznego ruchu, by się przy mnie znaleźć. Dzięki tego rodzaju transformacjom, możliwym poprzez wiarę, stałabym się warta jej miłości. Albo ina­czej: leżąc na kolanach uzdrowicielki, dzięki wierze nie cierpiałabym bardziej z powodu opuszczenia mnie przez matkę niż z powodu bólu szczęki.

Zatem spojrzałam na język w lustrze, poczułam smak krwi i poćwiczyłam trochę, żeby nie bolało.



Matka przeszła na katolicyzm, gdy miałam dziesięć lat, a ja poszłam za jej przykładem. Szukałam jej nawet wówczas, kiedy ona szukała czegoś, czego nie odnalazła u scjentystów. Do Pierwszej Komunii przygotowywał mnie ksiądz o nazwisku Gołąb. Mimo swego nazwiska, ojciec Gołąb bynajmniej nie był ucieleśnieniem Ducha Święte­go: palił jak smok, a jego twarz nad białą koloratką miała całkowicie ziemski, optymistyczny wyraz. Powtarzając sta-

re błędy, zresztą dość podobne do tych, które popełnia-

łam przy nauce francuskiego, frustrowałam księdza i zło- |



ściłam matkę, odpowiadając konsekwentnie źle na to samo ?

pytanie.


  • Co takiego staje się ciałem i krwią Chrystusa? - chciał
    wiedzieć ojciec Gołąb.

  • Chleb i woda - odpowiadałam za każdym razem, za­
    stępując święty pokarm dziękczynienia więzienną stra­
    wą. W końcu pozostaje to jedno pytanie spośród pięć­
    dziesięciu, z którymi nie mogłam sobie poradzić. Wów­
    czas daje mi spokój. Niemniej powiada: - Bardzo przykry

błąd. - Patrzy na mnie i na matkę przez welon papieroso- !

wego dymu. - Mam nadzieję, że to nic nie znaczy. *

Na Boże Narodzenie dostałam komplet Żywotówświę- •,



tych. Dwa tomy świętych mężczyzn. Przeczytałam je raz ! j

i odłożyłam do szuflady. Natomiast historie świętych ko- ' |
biet, także w dwóch tomach, starannie studiowałam i na- r)
wet z nimi spałam. W książkach zamieszczono kolorowe \ [

ryciny, zaadaptowane dzieła mistrzów. Oślepiona Lucy- \!
na. Okaleczona Agata. Małgorzata ściśnięta na śmierć pod ■ J
drzwiami ze stosem kamieni. Perpetua i Felicja poturbo- Ą
wane przez dzikie bestie. . j

I Dympna, patronka cierpiących na choroby psychicz- '} ne. Dympna była córką owdowiałego króla iryjskiego, któ­ry chciał ją poślubić. Uciekła, lecz ją ścigał. Nie chciała się zgodzić, więc obciął jej głowę.

Ojciec jest błyskotliwym teologiem. Tylko arogancja mogła go takim uczynić. Jego wiara składa się z odpowie­dzi, nie z wątpliwości. Spotkanie ze mną ojciec charakte­ryzuje jako pierwszy kryzys swej wiary: we mnie znalazł stworzenie bardziej godne wielbienia niż Stwórca. Prze-

raził się, gdy poczuł, że mnie kocha bardziej niż Boga. Herezja ta nie utrzymała się zbyt długo, bo Bóg oświad­czył ojcu, że mu się objawia za moim pośrednictwem.

- Bóg to uczynił? - pytam. - Skąd wiesz? - Kiedy mó­wię, zasłaniam twarz, nie patrzę na niego, nie mogę. Je­stem oszołomiona, bliska omdlenia. Gdyby powiedział coś o seksie, nie bałabym się do tego stopnia. Jak on może twierdzić, że ma takiego sprzymierzeńca? A jeśli może, to jak mam się bronić? Jego Bóg musi być inny, bardziej potężny od mojego, który umarł w Kanionie.

Kiedy tym razem wracamy do domu, on do swoje­go i ja do swojego, jest mi lekko na duszy. Dzięki telefonom, listom i taśmom stale się upewniam, że ojciec jest tak samo mój na odległość, jak i wówczas gdy zjawia się osobiście. Jednocześnie unikam komplika­cji. Nie muszę odpierać jego fizycznych awansów ani za­przeczać, że na nie reaguję.

W swoim mieszkaniu nie przyjmuję gości i rzadko je opuszczam. Przerwawszy naukę w szkole, straciłam kon­takt z przyjaciółmi: odsunęłam się od nich, więc oni od­sunęli się ode mnie. Chociaż mój związek z ojcem nie został skonsumowany, jest przecież zauważalnie niena­turalny. Kiedy przebywamy ze sobą, bledniemy, wystar­czy chwila, a już jesteśmy oblani rumieńcem, drżą nam dłonie i bez widocznego powodu płaczemy. Odkąd ojciec stopniowo opanowuje moją duszę i ciało, ukrywam się w moim podziemnym pokoju. Kiedy zdarza się, że przez okna dostrzegam nogi albo słyszę kroki w długim koryta­rzu prowadzącym do mieszkania, nie odpowiadam na dzwonek. Na czworakach wchodzę między łóżko a ścianę i czekam, póki intruz nie odejdzie. Czasem tam zasypiam, skulona, obejmując kolana rękoma.

Jak długo będę utrzymywała kontakt z ojcem, nieważ­ne, gdzie zamieszkam, zawsze będę w pokoju podobnym do tego - ciasnym, niewygodnym. Obojętnie, na którym



piętrze, podłoga będzie zalana przygaszonym, mętnym światłem.

Podejmuję kilka prób ucieczki z sutereny, lecz bez po­wodzenia. Symbolicznie spędzam jedną, czasem dwie noce z moim chłopcem, potem wracam, a telefon dzwoni znowu.

  • Gdzie byłaś?! - rzuca ojciec niemal histerycznie,
    gniewnie prycha.

  • Poza domem - odpowiadam.

  • U niego? ■■■ ■"■■ ,

- Tak, u niego. '-' ;
Kłótnie o mojego chłopaka nie są szczere, bo rozma- J

wiamy głównie o tym, czy jest mnie wart, nie o tym, czy
ojciec jest o niego zazdrosny. I chociaż nie mówię tego
ojcu - nie dam mu tej satysfakcji ani nie zrezygnuję z po- t

zorów niezależności - związek z moim chłopcem nie prze- <

trwał gwałtownego wtargnięcia ojca w moje życie. Za kil- j

ka miesięcy mój chłopak odejdzie. W zasadzie nie doj- 1

dzie do zerwania. Dopuścimy jedynie do tego, aby podjął
pracę w odległym mieście, i zostaniemy parą na odległość. !

Oddalenie w przestrzeni stanie się wygodnym wytłuma- '

czeniem wyobcowania, które w dalszym ciągu odczuwa­
my jako długotrwałą konsekwencję tamtego pocałunku.
i
Poza moim chłopcem spotykam się jedynie z najbliż- >
szą przyjaciółką; nie rozmawiam z nią o ojcu. Zmiany,
jakie we mnie zaszły w ciągu ostatnich miesięcy, są tak
głębokie - chyba żadna z nas nie chce przyznać jak bar­
dzo - tak niepokojące, że zwykle znajdujemy temat od­
mienny od tego, co mi się przydarzyło. Zaczynam się
dowiadywać, co znaczy słowo „niewypowiedziany".

Mimo wszystko póki żyjemy, poty wyrażamy siebie. Posługując się słowami bądź obywając się bez nich. Ist­nieją opowieści o szaleńcach, o ludziach nawiedzonych: pismo na powierzchni ich ciał zdaje się wskazywać na cierpienie, jakie tkwi wewnątrz. W którymś z minionych stuleci przypadek półpaśca bywał przyczyną egzorcyz-mów.

Skóra na mojej szyi pokrywa się pęcherzykami wiel­kości zapałczanych główek. Tworzą skupiska po dwadzie­ścia albo więcej i otwierają się, tworząc bolesne owrzo­dzenia. Nim mija tydzień, „wykwity" - jak to określa le­karz - rozprzestrzeniają się na ramiona, plecy, dekolt i pra­wą rękę aż po sam koniec kciuka. Infekcja postępuje wzdłuż szlaków nerwowych biegnących od siódmego krę­gu szyjnego, gdzie zagnieździł się i do tej pory czekał w uś­pieniu herpes zoster, wirus ospy wietrznej, którym się zaraziłam w wieku pięciu lat.

Ciało ma zdumiewającą pamięć, zdarzenia są zapisa­ne w naszych kościach, nerwach, krwi. Na ospę zachoro­wałam latem zaraz po wyjeździe ojca, który właśnie wte­dy złożył nam pierwszą wizytę.

  • Dlaczego to się uaktywniło akurat teraz? - pytam
    lekarza podczas drugiego spotkania. - Czemu teraz, po
    piętnastu latach?

  • Stres - rzuca. - Fizyczny i psychiczny stres. - Unosi
    znacząco brwi. - Co się wydarzyło w pani życiu? - pyta.

  • Och - odpowiadam - nic takiego. - Mówię, że wy­
    prowadzam się z mieszkania, latem zamierzam podróżo­
    wać, a jesienią wracam do college'u.


  • Ma pani niedowagę - oświadcza. - Czy prawidłowo
    się pani odżywia, przyjmuje witaminy?

  • O tak, naturalnie.

  • A co ze snem? Dobrze pani sypia? ,,s> ., ./; /

  • Nie narzekam.

Marszczy czoło. Wie na pewno, że kłamię. Nie mogę zgiąć szyi. Prawe ramię mam tak słabe, że nie nadaje się do użytku, a palców prawej dłoni, tej, którą piszę i jem -dłoni woli i celu - nie jestem w stanie zamknąć wokół ołówka, łyżki ani zacisnąć w pięść. Ból półpaśca jest gor­szy niż wszystko, czego kiedykolwiek doświadczyłam. Tak okropny, że ubieranie się zajmuje mi godzinę, co pewien czas płaczę z bólu.

Nie istnieje środek na półpasiec, nie w 1981 roku; ku­racji, która powstrzymuje rozwój wirusa, jeszcze nie opra­cowano. Mój przypadek z konieczności ma typowy prze­bieg. Lekarz aplikuje mi kolejny zastrzyk kortyzonu, prze­pisuje najnowsze leki i kompresy, które mają pomóc wy­suszyć nowe wypryski, nim popękają i staną się poten­cjalnym siedliskiem bakterii.

- Może powinnaś odłożyć podróż - powiada matka,
kiedy się spotykamy. Mam rękę na temblaku, wokół szyi
specjalny kołnierz. Ojciec i ja zaplanowaliśmy spotkanie
w mieście, w którym on się urodził. Bilet lotniczy kupi­
łam już dawno, zanim zachorowałam.

- Nie - mówię. - Muszę wyjechać. - I wyjeżdżam.


Bardzo się boję być z ojcem i zarazem nie mogę się

z nim nie zobaczyć. Potrzeba ujrzenia go jest silniejsza ode mnie. Mogę się jej opierać nie bardziej niż w sytu­acji, gdy zstąpiwszy z dachu w powietrze, przypomniała­bym sobie, oczywiście zbyt późno, o prawie ciążenia.

Ojciec obiecał, że podczas tej wizyty pokaże mi dom swoich dziadków, w którym mieszkał jako chłopiec, mi­sjonarski dom o murach grubych na trzy stopy. Zjemy obiad w miejscu, gdzie zamawiał whisky; będziemy prze-

jeżdżąc obok jego szkoły elementarnej i spacerować wo­kół kampusu przy uniwersytecie, na który uczęszczał już po rozwodzie z matką. Innymi słowy, odnajdziemy okru-chy życia, jakie wiódł w czasach, gdy był w moim wieku albo młodszy. Jego ojciec nadal mieszka w tym mieście, przy okazji więc poznam drugiego dziadka.

- Potem - powiedział ojciec - pojedziemy do mojej


matki. Poznasz dwoje dziadków. Zobaczysz, skąd pocho­
dzisz... skąd się wywodzi druga połowa ciebie.

Półpasiec nie przechodzi, kiedy wyjeżdżam, ale za to już od tygodnia nie pojawiają się żadne nowe pęcherzyki, a większość starych pozmieniała się w strupy. Mogę lek­ko odwrócić głowę. Chociaż prawą rękę mam zbyt słabą, aby dźwignąć plecak, to chwilami jestem w stanie posłu­giwać się palcami.

- Wystarczająco długo, aby zapisać widokówkę - za­


pewniam matkę, poruszając nimi.

Na lotnisku żegnamy się zwykłym, oficjalnym poca­łunkiem. Czuję dotyk suchych ust na czole, nikły zapach perfum Guerlaina.

- Czemu nie mielibyśmy się przejechać z tatą? - pyta mnie ojciec.

Zrobiliśmy wszystko, co do tej pory zapowiedział, a te­raz, po pracy, mieliśmy spotkać się z jego ojcem. Przypo­minam sobie, że na parkingu przed biurem dziadka oj­ciec powiedział mi trzy rzeczy na jego temat. Po pierw­sze, w czasach swojej młodości był bardzo przystojnym mężczyzną, posiadał taki seksualny urok, że nieznajome kobiety podążały za nim ulicą. Chodząc za nim i obserwu­jąc, jak kobiety wodzą oczami, mój ojciec wpadł kiedyś

na parkometr i runął jak długi. Po drugie, przed laty na własnym podwórzu dziadek zastrzelił człowieka - jakie­goś podglądacza, który gapił się na jego żonę. I po trze­cie, wolno umiera na raka prostaty, bo nie zgodził się na naświetlania, terapię hormonalną, chemioterapię i na ko­niec usunięcie jąder. W ten właśnie sposób ojciec patrzy na swojego ojca i identycznie pojmuje własną męskość, na któ­rą składają się mityczny urok, gwałtowna seksualna za­zdrość, śmiertelna seksualna próżność. Ale niestety ja tego nie rozumiem w taki sam sposób; owe historyjki wydają mi się nieco staroświeckie, najwyżej tak niebezpieczne jak wielki biały łowca, który już dawno temu ostatecznie pożegnał się ze swoją strzelbą. Nie odnoszę wrażenia, aby miały ze mną cokolwiek wspólnego.

W istocie dziadek wydaje się staruszkiem potulnym i dobrodusznym. Nie dostrzegam w nim tych groźnych cech, o których mówił ojciec. Nie podnosi głosu, nie prze­chwala się, ale w końcu jest już starszy, ma całkiem siwe włosy i sztywno się porusza. W samochodzie, kiedy oj­ciec nie może tego zauważyć, jego dłoń omija dźwignię zmiany biegów i zmierza do mojego uda.

- Ho, ho, ho - powiada. - Przy tobie zaczynam bar­dzo żałować, że nie jestem jakieś trzydzieści lat młodszy. Gdyby to było możliwe, znalazłabyś się w nie lada kłopo­tach.

Nie mam odwagi na niego spojrzeć ani wymownie się od niego odwrócić, więc po prostu patrzę na wprost przez szybę samochodu. Kiedy następnym razem musi zmie­nić biegi, zabiera dłoń z mojej nogi.

Dom dziadka jest niewielki. Chodnik przed bramą po­pękał. Korzenie starych drzew wypchnęły ku górze duże kawałki płyt. Wewnątrz jest jego była żona - czwarta albo

trzecia, nie jestem w stanie rozstrzygnąć. Wygląda na to, że dwa z czterech czy pięciu małżeństw zawarł z matką ojca. Eksżona dziadka jest dużą, rumianą kobietą po sześć­dziesiątce, typu „baranina przebrana za owieczkę", jakby ją określiła moja babka. Nosi wysoko upięte loki, a jej roz­łożyste biodra okrywa opięta, czarna spódnica. Nadal mieszka z dziadkiem w jednym domu; wynosi na zewnątrz tacę z mrożoną herbatą. Dziadek zabiera nas do szklarni, gdzie prowadzi uprawę orchidei. Mała szklana konstruk­cja jest wypełniona kolorami, jak gdyby wszystkie barwy tego nudnego, szarego miasta zostały zamknięte w pul­sującej barwami skrzyni. Dziadek jest czarodziejem, mi­strzem w tej dziedzinie, a jego uśmiech podpowiada mi, że doskonale o tym wie. Idę za nim i przyglądam się, jak jego dłonie delikatnie odwracają do mnie piękny kwiat. Czy wówczas pamiętam o lingwistycznym związku mię­dzy orchideami a męskimi genitaliami? Czy powtarzam w myślach słowo „orchidektomia" i definiuję je jako ter­min chirurgiczny oznaczający usunięcie jąder? Jestem przeświadczona, że tak.


  • Spodobał ci się? - pyta ojciec w samochodzie, kiedy
    wracamy do motelu.

  • Lubię kwiaty - odpowiadam.

- Pytam o niego, o twojego dziadka?
Odwracam się na siedzeniu i patrzę na ojca.

- Przystawiał się do mnie - mówię i opisuję okolicz­


ności. Ojciec nie zdradza ani zdziwienia, ani dezaproba­
ty. - Może to dziedziczne - sugeruję. - Nie sądzisz? -
Wzdraga się, a ja zaczynam się śmiać w przypływie czar­
nego humoru.

Jemy coś w barze kawowym. W motelu - nieforemnej zabudowie wokół zakurzonego podwórza - dzielimy bliź-



niacze łóżka, zestawione razem i przykryte tą samą na­rzutą. W półśnie pozwalam ojcu całować się tak, jak on tego chce, i w odpowiedzi sama go całuję.

Budzę się w spokojny poranek, jakby nagle poderwa­ły mnie głośne dźwięki alarmu. Serce tłucze mi w piersi, kiedy przypominam sobie żar tych pocałunków. Nie czu­ję się winna, jestem raczej zagubiona. W zmieszaniu roz­glądam się po ponurym pokoju. Przez moment nie bar­dzo wiem, gdzie jestem. W sąsiednim łóżku śpi ojciec. Kiedy oddycha, powietrze lekko świszczę mu w nosie.

Biorę prysznic. Siadam na podłodze w kabinie i przez godzinę albo dłużej pozwalam, by spływała na mnie go­rąca woda. Serce nadal bije mi szybciej. Przyglądam się wodzie, która toczy się do kratki ściekowej otoczonej żół­tą pianą.

W stanie Nowy Meksyk jest biała pustynia. Jej piękno
podlega ustawicznym zmianom. To ciągnące się bez koń- ■ |

ca koryta czegoś białego, co wygląda jak śnieg, ale parzy j

w palce. Noc w noc wiatr przesuwa tę biel, kształtuje z niej |

olbrzymie wydmy i zaspy, tak więc między zmierzchem '

a świtem zmienia się całe oblicze ziemi. Gdyby komuś ]

się zdarzyło tu zasnąć, obudziłby się w miejscu, którego , j

nigdy wcześniej nie widział. ' i



Jedziemy tam, bo ojciec chce mnie sfotografować na tle pustyni. Ustawia aparat, ja tymczasem klękam w pia­sku. Ciekawe, mimo silnego wiatru miejsce wydaje się bezwietrzne. Wzdycham i ziewam, jakby mi brakowało tlenu. Powierzchnia wokół moich kolan ściele się jak płót­no. Niczego bardziej nie pragnę, niż zamknąć oczy.

Po wywołaniu filmu zdjęcia przedstawiają tylko dziew-



czynę w okolicy pozbawionej horyzontu, nie sposób od­różnić ziemię od nieba, brakuje jakichkolwiek punktów orientacyjnych. Na jednym ze zdjęć widać samochód z opuszczonym dachem, długi, czerwony kabriolet moje­go ojca.

- Okropny jak dla kaznodziei - przyznaje, oglądając odbitki. - Taki samochód musi budzić złe skojarzenia.

Wyjmuję mu fotografie z dłoni. Uważnie przyglądam się dziewczynie. Ma odwrócony wzrok, długie blond wło­sy, które zasłaniają jej usta. W takim miejscu jak to, wol­na jest czy stracona? Zdjęcia nie sugerują odpowiedzi.

Od dziecka uczy się nas nazywać Kościół matką. Oj­ciec, wychowywany przez babkę misjonarkę, gdy tymcza­sem jego matka pracowała jako sekretarka, musiał sły­szeć o tej analogii, będąc jeszcze dzieckiem. Jego babka (która miała ponad sześć stóp wzrostu i której imponują­ca postura wpływała łagodząco na wszelkie spory, w któ­re bez opamiętania wdawał się jej drobny i kłótliwy mąż) oddała go Bogu. Ponieważ opiekowała się nim, z pewno­ścią sądziła, że ma prawo nim rozporządzać, i tak oto za­nim życie ojca zaczęło należeć do niego, wróciło do Ko­ścioła.

Babka ojca powiedziała mu, że kiedy dorośnie, zosta­nie kaznodzieją. Ta kobieta miała nad nim tak wielką władzę, że jej śmierć wcale nie uwolniła go od tych dą­żeń. W końcu babce zawdzięczał wszystko. Lecz nie może znieść braku swobody, poczucia kastracji z powodu su­tanny, którą zmuszony jest nosić (nazywa ją spódnicz­ką); za to buntuje się przeciwko matkom: mojej matce i matce mojej matki, która odebrała mu żonę i dziecko;

przeciwko samemu kościołowi, którego ścianę niegdyś przebił pięścią; i oczywiście przeciwko własnej matce, z którą, jak się zdaje, bez przerwy walczy o nawet najbar­dziej trywialne drobiazgi.

Ojciec i ja musimy pokonać wiele mil, poświęcić parę dni, abym mogła poznać jego matkę, czyli moją drugą babkę. Obecnie ma ona już trzeciego albo czwartego męża. (Kolejny raz gmatwa mi rachunki jej dwukrotne małżeń­stwo z ojcem mojego ojca.) Mieszkają poza miastem w nie­wielkim skupisku domów położonym na wzgórzu, gdzie wieje wiatr tak silny, że na moich oczach porywa wycie­raczkę sprzed frontowych drzwi i niesie ją na podwórze. Przez rozsuwane szklane drzwi widzę, jak upada, wzbija­jąc tumany kurzu.



Babka nie jest osobą o łagodnym usposobieniu, ale przecież ojciec wcale nie sugerował, że tego mam się spo­dziewać.

- Jak się ma twoja rodzina? - pyta ostrożnie, oddzie­


lając swoją krew od mojej. 1

Podczas obiadu jesteśmy skrępowani. Najczęściej od­zywa się ojciec. Kiedy przeżuwa i milknie, jego ojczym opowiada dowcipy, z których każdy następny jest bardziej obraźliwy od poprzedniego. Pochyla się nad talerzem.

  • Dlaczego Żydzi wędrowali czterdzieści lat przez pu­
    stynię? - pyta, trzymając widelec w jednej pięści, nóż
    w drugiej.

  • Nie wiem - odpowiadam. - Dlaczego?

  • Bo któryś zgubił miedziaka! - Wybucha śmiechem,
    a ja zastanawiam się, czy nie upatrzył sobie mnie i mojej
    rodziny na przedmiot ataku. W końcu jednak zahacza
    o wszystkie wyznania i rasy.

Po deserze siedzimy sztywno w salonie, każde z nas

na osobnym krześle, kanapa pozostaje pusta. Oglądamy w telewizji jakieś kryminalne widowisko, potem idziemy spać. Wiatr jęczy i gwiżdże w zakamarkach domu. Po­wstaje dziki, przenikliwy dźwięk. Kiedy ojciec wchodzi po cichu do pokoju gościnnego, nadal czuwam. Odchyla nakrycie. Robię mu miejsce, oczekując, że położy się i przytuli mnie, pragnąc przeprosić za słowa ojczyma, któ­re, jak wiem, wcale mu się nie podobały. Żal mi go, bo wyobrażam sobie, że jest mu wstyd. Ale ojciec nie kła­dzie się przy mnie.

Podnosi skraj mojej koszuli nocnej. Nie odzywa się i ja także się nie odzywam. Nie próbuję powstrzymać jego dłoni. Pod koszulą nie mam bielizny, on zaś rozchyla moje nogi i pomiędzy nie wsuwa rozedrgany język.

W domu swojej matki! W domu swojej matki! Wciąż od nowa powtarzam w myślach te słowa, pewna, że oko­liczności tego zbliżenia nie mogą być bez znaczenia, choć ja ich nie ogarniam.

To, co robi, nie wydaje się ani dobre, ani złe; powodu­je tak doskonały rozdział umysłu od ciała, że zupełnie nie wiem, co czuję. Po drugiej stronie głębokiej przepaści moje ciało reaguje niezależnie do umysłu. Serce, gdzieś pomiędzy jednym a drugim, bije jak szalone.

Nie odzywamy się nawet jednym słowem. Cała scena rozgrywa się w milczeniu, jak gdyby była elementem mrocznych majaków, skutkiem gorączki albo działania narkotyku.



W domu swojej matki.

Musiał to zrobić w domu swojej matki. Potrzebował siły, którą dawała mu jej obecność, i musiał tę siłę prze­zwyciężyć.

ZAlgeciras w Hiszpanii do Kopenhagi - trzydzie­ści siedem godzin. Z Kopenhagi do Mediolanu -dwadzieścia dziewięć. Z Mediolanu do Monako, dalej do Paryża i Monachium - pięćdziesiąt trzy. Mam bilet, który pozwala na jazdą pociągiem bez żadnych ogra­niczeń. Podróżowanie jest jak narkotyk, uciekanie nieod­parcie wciąga.

W Europie wydaję jeszcze więcej pieniędzy z sumy wyblaganej od dziadków, pragnących teraz pchnąć mnie jakąkolwiek drogą, byle tylko dalej od ojca, który, jak wy­czuwają, coraz wyraźniej jawi się w moim życiu i staje się coraz bardziej niebezpieczny.

Nieprawda, że tu czy tam, siedząc sobie bezpiecznie w przedziale pociągu, specjalnie analizuję moje życie w domu. Ono się zwyczajnie samo rozwija niczym kwiat na jednym ze wzgórz, które mijamy, niczym fabuła na kolejnych stronach książki albo na ekranie. Ojciec znaj­duje się dalej niż małe krowy i samochody, które szybko mijam. Pociąg jednostajnym dudnieniem kołysze mnie do snu lub grzechocze tak, że się budzę.

Nie korzystam ze schronisk młodzieżowych, jeśli nie muszę. Wymieniam tylko tyle pieniędzy, ile potrzebuję, aby zapłacić za prysznic w dworcowej łaźni i jakiś posiłek w barze. Ekonomiczność takiego postępowania wydaje mi się bezpieczna - jakże niewiele potrzebuję na utrzyma-

nie - a jaka ulga, jeśli znajduję pretekst, by uniknąć ruty­nowej szarpaniny po przybyciu na miejsce: wystawania w kolejce do informacji turystycznej, szukania noclegu, brnięcia na miejsce z ciężkim bagażem, męczących wy­praw do miejsc wartych obejrzenia i do muzeów.

W pociągach nigdy nie wydaję pieniędzy na opłatę do­datkową za kuszetkę. Zwyczajnie umieszczam bagaż na górnej półce i zwijam się w kłębek na siedzeniu przy oknie. W gorące dni podnoszę szybę i pozwalam, by wiało do środka; gwałtowny pęd suchego powietrza wyciska mi z oczu łzy. Nocą, kiedy przejeżdżamy przez miasta, za oknami przesuwają się oświetlone izby należące do nie­znajomych rodzin, prostokąty żółtego światła z ludźmi wokół stołów.

Czasami popełniam błąd. Albo źle odczytuję druko­wany drobnym pismem rozkład jazdy Thomasa Cooka, sam w sobie często niedokładny, i pociąg nagle kończy trasę w jakimś miasteczku, albo wsiadam do niewłaści­wego wagonu. Wówczas przednie wagony zmierzają do celu, a ja z przykrością odkrywam, że zostałam w tylnym, który już dalej nie pojedzie.

Kilka razy przyjeżdżam na miejsce za późno, aby zna­leźć nocleg, i muszę spać w poczekalni. Zdarza się, że kie­dy zamykają dworzec o drugiej w nocy, muszę spędzić resztę nocy pod gołym niebem. Na zakurzonym placu, w chłodzie, staję się przedmiotem zainteresowania miej­scowych włóczęgów. Jeśli narażam się na niebezpieczeń­stwo, to nic o tym nie wiem albo wcale mnie to nie obchodzi.

Wyobrażam sobie warianty życia odmienne od tego, które czeka mnie po powrocie. Przyjmuję założenie, że nie wracam. Ciągle słyszy się opowieści o młodych kobie­tach, które po prostu nigdy nie wracają do domu.

Z ojcem rozmawiam kilka razy. Dzwonię ze stacji na jego koszt, znacznie rzadziej niż obiecywałam. Za każdym razem, kiedy podnosi słuchawkę, jest podekscytowany, potem wściekły, w końcu zaś staje się płaczliwy.

  • Następnym razem zadzwoń prędzej - powiada. - Nie
    każ mi czekać tak długo.

  • W porządku - odpowiadam. - Nie będę. - Ale nie
    dotrzymuję słowa.

  • Nie pozwól, abym czul się samotny - mówi. - Nie
    zostawiaj mnie samego z moją miłością.

Czy dostrzegam, że tymi słowami wyraża historię mo­jego życia z matką: Nie pozostawiaj mnie samej z moją miłością? Czy na chwilę milknę? W każdym razie wiem, co czuje człowiek, którego się błaga.

Wracam do szkoły zgodnie z obietnicą złożoną dziad­kom. Na ostatnim roku college'u mieszkam poza kampu-sem, w domu, który dzielę z czterema koleżankami. Umo­wa najmu na okres od września do czerwca przewiduje, że mieszkania nie będą zajmowały więcej niż cztery oso­by; formalnie rzecz ujmując, jedna z nas nie istnieje. W umowie najmu nie ma mojego nazwiska; dom, otwar­ty na niespodziewane wizyty pośrednika w handlu nie­ruchomościami, ma tylko cztery sypialnie i cztery łóżka, z których żadne do mnie nie należy. Sypiam albo na ka­napie, albo na podłodze. Kilka razy w chłodny poranek weekendu zdarza się, że w samej tylko koszuli nocnej muszę wymknąć się bocznymi drzwiami na podwórze i czekać w zaroślach, póki podejrzliwy agent nie spraw­dzi domu lub nie pokaże go potencjalnym nabywcom. Mieszkamy w niezwykle milej okolicy, wśród liściastych

drzew, a sam dom może być symbolem komfortu i nor­malności charakterystycznej dla amerykańskiej klasy średniej. Pewnie dlatego nie mogę. znaleźć w nim miejsca dla siebie.

Wyjmuje z wewnętrznej kieszeni marynarki duże
wieczne pióro marki Mont Blanc. Ojciec najbardziej ceni
przedmioty w kształcie fallusa. Odsuwa na bok nietknię- :
I

te talerze z jedzeniem i kładzie na stole jedną ze swoich j

wizytówek. Wręcza mi pióro, które jest jeszcze nagrzane od jego ciała.

- Narysuj dwa przecinające się kręgi - powiada. - Je­den będzie reprezentował ciebie, drugi mnie. Obszar wspólny unaoczni nam, jak blisko siebie powinniśmy twoim zdaniem żyć. W jakim stopniu łączy nas porozu­mienie. - Prostuje się i krzyżuje ręce na piersi.

Sięgam po pióro. Powstaje ósemka podobna do tych, jakie kreśliłam, będąc dzieckiem, nim nauczyłam się je pisać bez odrywania ołówka od kartki: dwa zachodzące na siebie koła o niewielkiej części wspólnej. Ojciec pota­kuje, bierze pióro. W jego wykonaniu dwa kręgi wygląda­ją jak jeden, lecz narysowany dwa razy - linie niemal na siebie zachodzą.

Patrzę na te rysunki, a moje serce zaczyna nagle bić z jakąś szaleńczą natarczywością. Zatem prawdą jest to, co powiedziałam. Sądziłam, że dramatyzuję, ale on prag­nie wszystkiego, całego mojego życia. Chce mi zostawić zaledwie cienką jak bańka mydlana powierzchnię na gra­nicy. Może skórę na karku, zgrubienie na pięcie.

Obawiam się, że zaniepokoi cię to stwierdzenie- czy­tam w postscriptum jednego z listów - ale zmarnowałem całe pudełko kopert, zastępując twój adres moim, a mój twoim.

Nie jestem zaniepokojona tym tak, jak powinnam. Nie dostrzegam, że destrukcja jego wewnętrznych granic z pewnością zniszczy moje własne. Nie wzdragam się też, jak będę to robić po latach, gdy czytam epistoły adreso­wane do Beatrice - takie pieszczotliwe imię wymyślił dla mnie ojciec - którą błaga, by pokierowała nim podczas wędrówki przez mroczne kręgi jego duszy. Podobnie uko­chana Dantego w Boskiej Komedii odkrywała przed po­etą to, czego on sam długo nie był w stanie dostrzec. Oj­ciec - wynika z treści listów - znajduje w sobie „pustkę", „duchową pustynię" i „czarne dziury", które jedynie moja miłość może wypełnić.



Blisko czterdzieści lat- napisał- pracowałem, aby stworzyć człowieka, którym się stałem. Lecz nie wiem, kto albo co kryje się za wszystkimi moimi osiągnięciami. Jesteś nadzieją, że wreszcie odkryję siebie. Przebiegam wzrokiem po tych słowach, lecz ich nie pojmuję. Nie po­zwalam sobie uświadomić, że ojciec przyznaje się do bra­ku tożsamości.

Dzwoni trzy razy dziennie.



- Jak się mam? - pyta, kiedy podniosę słuchawkę. Mówi tak, bo podobno jego samopoczucie zależy przede wszystkim od tego, jak bardzo go kocham. Beze mnie jego życie pozbawione jest znaczenia, celu, przyjemności.

Czy jako dziecko przerażałam matkę w taki sam spo­sób, w jaki przeraża mnie teraz ojciec? Kiedy stałam przy jej łóżku, czekając, aż się obudzi i pozwoli mi się odna­leźć, miała tyle lat, ile ja mam teraz. Kiedy więc odbie-

ram jej ojca, dowiaduję się, co to znaczy być nią: być mło­dą i bezbronną, musieć chronić się przed drapieżną mi­łością, która mogłaby ją strawić, pozbawić siebie.

W samochodzie ojciec przemawia, używając próśb i gróźb. Przyznałam się, że nadal wymieniam korespon­dencję z dawnym chłopcem, którego dzieli teraz ode mnie dwa tysiące mil. Im większa ogarnia go złość, im głośniej krzyczy, tym głębiej zapadam w milczenie. Nie chodzi

0 strategię postępowania, raczej o impuls zakodowany już


dawno jako reakcja na gniew matki, na przykład podczas
ćwiczeń z francuskiego. Słyszę ostry ton i zapadam w odrę­
twienie. Jakbym się w środku kurczyła, a moja istota sta­
wała się niedostępnym rdzeniem, ukrytym głęboko pod
powierzchnią ciała. Układam w głowie odpowiedzi na
oskarżenia, ale nawet nie mogę poruszyć ustami. Migają
milowe słupki; poruszam się po nużącej trajektorii drogi

1 jego gniewu, nie widać końca ani jednego, ani drugiego.



- Czy to możliwe, że nie dostrzegasz, jak bardzo je­stem ci oddany? Mówisz, że przeszkadzam ci w studiach, ale nie widzisz, jakiego strasznego spustoszenia dokona­łaś w moim sercu! Tylko ty się dla mnie liczysz!

Ciągle wracamy do „przejawów miłości". Ojciec musi posiadać mnie fizycznie, bo tylko to zapewnia go o moim poświęceniu. Nic innego nie wystarczy. Czy bez takiego zapewnienia przestanie mnie kochać? Nie pytam.



Całe to spotkanie zdaje się ociekać łzami. Płaczemy oboje. Trudno mi znieść wyczerpanie nerwowe, które to­warzyszy opieraniu się jego pożądaniu.

Kiedy się poddaję, odczuwam prawie ulgę. Podobnie jak ktoś, kto trzyma się krawędzi przepaści resztkami sił i w końcu otwiera dłonie. Po udręce oporu, kiedy od daw­na było wiadomo, że upadek jest nieuchronny, runięcie jest rodzajem spełnienia. Skaczę, nie wiedząc, jak szybko spadnę, jak głęboko, jak mocno uderzę o dno.

Pięć, dziesięć, piętnaście lat później będę pamiętała to jedynie, że ojciec się rozbierał, i wstrząs, jaki przeży­łam, odkrywając, że nie jest obrzezany. Wychowana w ży­dowskim otoczeniu, nigdy czegoś podobnego nie widzia­łam. Chcę czy nie, to mi się wydaje obce, nieczyste.

Widzę go nagiego i w tej samej chwili zapadam w głę­boki sen. Osiągam stan, którego zapowiedzią był narko­tyczny pocałunek na lotnisku. W nadchodzących latach nie będę w stanie przypomnieć sobie ani jednej sytuacji, gdy byłam z ojcem w łóżku. Zachowam jakieś łączne, uogólnione wspomnienie. Będę wiedziała, że on zawsze był na górze i że ja zawsze leżałam spokojnie, tak spokoj­nie, jakbym rzeczywiście spadła z dużej wysokości. Zapa­miętam takie szczegóły, jak kolor dywanu w którymś z po­koi hotelowych albo gatunek drzewa rosnącego za oknem. Że ojciec zawsze miał na nogach skarpetki, a ja - co tylko mogłam. Zapamiętam każdy szczegół z nim związany. Wystarczy, że zamknę oczy, a zobaczę, jak układały się włosy na grzbietach jego dłoni, myszkę na policzku, linie zmarszczek - każdą z osobna - w kącikach oczu. Lecz nie będę w stanie przypomnieć sobie żadnych wrażeń. Nie­ważne, ile włożę wysiłku, by powrócić do przeszłości, bo i tak przy każdej próbie odepchnę od siebie to, co zawsze będzie mi się wydawało niemożliwe.



Zasypiam. Uciekam w puszystą ospałość dni. Korzy­
stam z selektywnego samoznieczulenia, które pozwala mi
się otwierać na niektóre sprawy, zamykać na inne. Poja­
wiają się narkotyki, pojawia się alkohol, jest jedzenie, zbyt J
dużo albo zbyt mało. Chcę tym pokonać zmysły. Wcze­
śniej czy później robię użytek z tego wszystkiego i może
jeszcze z czegoś, o czym nadal nie wiem.

Reakcją na nieznośne pożądanie jest sen. Nauczyłam się tego od matki. Trudno określić, kiedy śpię naprawdę. Dzwoni do mnie ojciec. Podnoszę słuchawkę, odpowia­dam i po kilku minutach rozmowy mimowolnie zasypiam. Nie panuję nad tym, lecz mimo wszystko doprowadzam go do wściekłości. Czy może być bardziej radykalny unik? Kiedy wracam do przytomności, często nawet po godzi­nie od chwili, gdy w złości odłożył słuchawkę, telefon nadal buczy mi prosto do ucha. Żadna strategia, aby to kontrolować, nie przynosi pożądanego skutku. Mówię sobie, że zdołam wytrzymać przez czas rozmowy. Przy pierwszej oznace zmęczenia przygryzam końce palców albo skórę na grzbiecie dłoni. Czarna kawa, No-Doz, am­fetamina - nic nie powstrzymuje snu. Jak zauroczona osu­wam się na podłogę. Dziewczyny, z którymi mieszkam, obchodzą mnie dookoła albo przechodzą nad moim cia­łem, skulonym wokół aparatu. Jeśli muszą zadzwonić, wyjmują mi słuchawkę z ręki.

Śpię nie dlatego, że przeżywam szok z powodu żądzy, jaką przejawia mój ojciec - w każdym razie nie szok w sen­sie czegoś nagłego i zaskakującego. Od samego początku wiedziałam, czego ode mnie chce. Mimo wszystko jestem tak samo wstrząśnięta jak wtedy, kiedy go zobaczyłam



po raz pierwszy. Odwrócił się wówczas od fontanny; miał wilgotne usta, kapała z nich woda. Zatem tak, śpię, bo jestem wstrząśnięta i boję się. Chcę uniknąć rozważań o niegodziwości tego, co robimy - czynu, który mnie okre­śla, który wyjaśnia, kim jestem, ponieważ zawiera się w nim cały mój ból, złość i pragnienia przeszłości; jest w nim także przyszłość.

Najbardziej przeraża mnie złość. Śpię, by uciec przed złością. Nie na ojca - na matkę. By uniknąć furii do tego stopnia niszczącej, że z ochotą odebrałabym matce krótko­trwałą miłość, której kiedyś zaznała, ponieważ tak nie­chętnie i tak długo nie chciała mnie kochać choć trochę.

Jestem wściekła także na siebie. Na dobrą dziewczy­nę, która zawiodła, na szczupłą, spokojną prymuskę, wol­ną od pragnień, dziewczynę, która będzie poprawiała wygląd i dokonywała na sobie alchemicznych ekspery­mentów, byle tylko zyskać miłość matki. Zawiodła, więc muszę ją zniszczyć. Zastąpić ją córką tak złą, by czyniła rzeczy nie do opisania.

Jednocześnie mogę rzecz jasna uczynić z siebie ofiarę miłosnych żądań ojca. Jednym czynem zniszczyć starego mistrza i zacząć służyć nowemu.

Tylko nie chcę o tym rozmyślać.

Wolę spać.

Nigdy wcześniej nie byłyśmy ze sobą bliżej, ja i matka. Zbliża mnie do niej poczucie winy. Odwie­dzam ją, kiedy tylko mogę. Dowiaduję się wówczas, że między zdrajcą a zdradzanym istnieje niemal intymna więź. Dzięki ojcu wreszcie zaczęłam przenikać matkę, zdzierać z niej maski, które nas dzielą. Zbliżam się do niej, by oszacować stopień jej podejrzliwości, ona pod­chodzi, żeby zbadać, czego się sama obawia.

Kiedy u niej jestem, tłucze mi serce, drżą dłonie. Wy­starczy zapach perfum, złociste pasemko włosów, otarcie się o siebie naszych ciał w jej maleńkiej kuchni, ciał od­dzielonych zaledwie grubością nocnych koszul - który­kolwiek z tych drobiazgów - by robiło mi się słabo.

Matka i ja jesteśmy delikatne, uprzejme, obchodzimy się ze sobą tak ostrożnie, jak ostrożnie powinni się trak­tować wrogowie. Nie rozmawiamy o nim, tylko obserwu­jemy się ponad stołem. Dziobię jedzenie, które mi przy­gotowała, jakbym się obawiała, że może mnie otruć. Co­kolwiek przełknę, zaraz wymiotuję.

W trakcie jednej z wizyt w domu spotykam się wresz­cie z tym, na co czekałam: oskarża mnie. Muszę z nią iść do gabinetu psychiatry, do małego, brązowego pokoju,



gdzie zwykle rozmawia o swojej matce. Chociaż nie infor­muje mnie o programie sesji - „tylko porozmawiamy" -z pewnością podejrzewam, w jakim kierunku rozwinie się ta rozmowa, bo ubrana jestem w coś tak nietypowego, że jeszcze teraz się dziwią. Chodzi o sukienkę, którą sobie kupiłam, a potem ukryłam w szafie u dziadków, nie wy­ciągając jej nawet z torby. Tak krótką, że nie mogę. się pochylić, nie odsłaniając majteczek. Ciało opina mi bla-dopurpurowy materiał z elastycznego weluru. Na spotka­nie z psychiatrą dodatkowo wkładam buty na wysokim obcasie.

Kiedy matka odbiera mnie od dziadków, nie mówi nic, tylko szeroko otwiera oczy; rumieni się, jakby ją ktoś ude­rzył. Po raz pierwszy widzi mnie w czymś, co nie jest dłu­gie, czarne i workowate.

Wystarcza, że wchodzę do gabinetu, siadam na kana­pie w kolorze kawy, a od razu wyczuwam, że los matki jest przesądzony. Dostrzegam to w przygaszonym brązie ścian, w spoconych dłoniach psychiatry, nawet w jego niezwykle wąskim, pstrym krawacie. Nigdy ostatecznie nie uwolni się od swojej matki; zawsze już będzie słyszała krzyki dobiegające zza drzwi sypialni. Babka trzyma ją w śmiertelnym uścisku. Czyżby dlatego, że moja matka nie jest tak bezlitosna jak ja?

Przechodzi do rzeczy bez żadnych wstępów.



- Moim zdaniem utrzymują stosunki seksualne -oświadcza.

Lekarz odwraca się do mnie, unosi brwi. Zaczynam kła­mać. Kłamię jak z nut, jak nigdy wcześniej tego nie robi­łam i nigdy później robić nie będę. Tak w ogóle jestem kiepskim kłamczuchem, lecz tego popołudnia, w stroju, który mam na sobie, wszystko udaje się znakomicie.

- Cóż, pozornie to rzeczywiście nie wygląda najlepiej -powiadam. - Wiem, dlaczego się martwi. Rzecz w tym... bo... - jąkam się. - Do tej pory nie znałam ojca. A teraz pewnie przechodzę etap typowy dla wszystkich małych dziewczynek, tylko że znacznie później niż większość z nich. - Robię przerwy w odpowiednich momentach. Daję tak dobre przedstawienie, że aż się boję sama siebie. Czyżby moja osobowość była taka bezkształtna, że wy­starczy włożyć jakąś sukienkę, aby nadać jej odpowiedni charakter? Czy ta dziewczyna, bezwstydna, bez żenady podkreślająca płeć, odziana w czerwień - której nie po­trafię sobie wyobrazić choćby jako przyjaciółki - jest czę­ścią mnie? - Ona ma rację - mówię, kiwając głową. - Ko­cham go, ale przecież... ten... ja nigdy... bym... bym tego nie zrobiła.

Lekarz patrzy na mnie i choć siedzę przed nim w wul­garnej sukience, wierzy mi. Wiem, że mi wierzy. Wierzy mi matka. Ojciec jest mój, nie jej. Zatem osiągnęłam to, na czym mi zależało, na czym myślałam, że mi zależy. Matka została sama. Odebrałam jej męża, a teraz jej jedy­nego sprzymierzeńca, jedyną osobę, z którą może dzielić się zmartwieniami i tajemnicami.



Co do mnie, cóż, zaczyna mnie przygniatać ciężar za­dawania ran osobie, którą kocham najbardziej. Gdy wi­dzę jej twarz, jak obserwuje moje wystąpienie, dostrze­gam agonię nadziei, której resztki skrywała, wówczas nie tylko moje serce, lecz całe ciało pulsuje współczuciem.

W domu szybko ściągam sukienkę. Biegnę podjazdem do posesji dziadków i wyrzucam strój do śmieci. Potem wychodzę na zewnątrz z nożyczkami. Staję w mroku i tnę materiał na drobne kawałki. Głowę mam pochyloną nad śmietnikiem. Wydaje mi się, że będę płakać, ale nie, po-

jękuję tylko. Gdybym nie wiedziała, że ten odgłos wydo­bywa się z moich ust - gdybym na przykład przebywała w budynku, a on dobiegał do mnie z mroku - pomyślała­bym, że to jakieś zwierzę zdycha na drodze.

Studencka poradnia zdrowia oferuje dziesięć godzin darmowej terapii. Psycholog, do którego zostałam przy­dzielona, jest młody i szczery. Ma krótko przystrzyżone włosy, jakby po to, by zaprezentować swoją łysą głowę możliwie najuczciwiej. Skóra przy jego oczach marszczy się w linie, które jednakowo kojarzą się z płaczem i śmie­chem.

- Taaa... - powiada w pewnym momencie podczas mo­


jej drugiej wizyty. Kładzie mi na kolanach opakowanie
jednorazowych chusteczek. - Rozumiem, że coś nie jest
w porządku. Ale naprawdę nie będę mógł ci pomóc, jeśli
nie zaczniesz mówić.

Kiwam głową, łzy kapią mi z twarzy na szyję.

- Cóż - dodaje - dobrze, że wróciłaś. Ale może chcia­
łabyś odczekać jeszcze kilka tygodni? Może będzie lepiej,
kiedy wrócisz w przeświadczeniu, że jednak możesz mó­
wić.

Kiwam głową. Nie wracam więcej.



Jakże mam powiedzieć to, co powinnam, temu przy­zwoitemu młodemu człowiekowi z przyzwoicie ostrzyżo­nymi włosami, z optymistyczną muszką, widzącemu świat w jasnych barwach przez rogowe okulary.

Spędzamy noce w motelach nie tyle obskurnych, ile przygnębiających. Obskurność ma swój styl i szyk, któ­rych tym miejscom brak, pokojom, gdzie wiszą zasłony

skrojone z tego samego pomarańczowego materiału co narzuta na łóżko; tynk sufitu ma fakturę niczym wiejski ser. Farba na ścianach przy otworach wentylacyjnych jest szara, układa się we wzór, który zdradza, w jakim kierun­ku porusza się powietrze zanieczyszczone dymem daw­no zgaszonych papierosów.

Jedziemy do Lakę Havasu blisko zachodniej granicy Arizony, dokąd przeniesiono prawdziwy londyński most i zrekonstruowano go nad sztucznym strumieniem pły­nącym przez pustynię. Od spodu widać, że na kamieniach wypisano liczby; wskazują porządek, w jakim budowlę zdemontowano, a potem na nowo złożono. Po obu stro­nach historycznego przejścia, które prowadzi teraz zni­kąd donikąd, stoi kopia maleńkiej osady z czasów Tudo-rów. Sprzedaje się tutaj przekąski i karty pocztowe z flagą Wielkiej Brytanii.

Spacerujemy tam i z powrotem po wybrukowanym moście. Pustynne słońce parzy nas w głowy.

- I nie ma mgły - powiada ojciec i wybucha śmiechem. To histeria, nie radość. Dla mnie, wychowanej w tradycji Anglii wiktoriańskiej, gdzie codziennie o czwartej zasia­dano do herbaty, rozebranie londyńskiego mostu, prze­niesienie i odbudowanie go na pustyni Mojave jest lo­gicznym końcem świata.

Później, przy obiedzie, kłócimy się. Znowu chodzi o to, że ojciec chce mną kierować. Spieramy się o każdy rodzaj swobody, jaką przejawiam w wyglądzie, w nastroju, w my­śleniu. Spieramy się o moje ubrania: czy może wyglądać spod nich skrawek nagiego ciała, który on uważa za swo­ją wyłączną własność. Czy Raj utracony)est najwybitniej­szym dziełem, jakie kiedykolwiek napisano, i czy aby mogło zostać ukończone, warto było pozbawić wolności

córki niewidomego poety. Spieramy się o niechęć do spo­ru, jaką przejawiam, czy moje milczenie oznacza wrogą strategię, czy może jest objawem zmęczenia i ciągłej kon­sternacji.

Ojciec pochyla się nad stolikiem. Ma twarz takiego sa­mego kształtu jak ja, tylko znacznie szerszą, na pierwszy rzut oka szerszą niż u innych mężczyzn. Z bliska wydaje się nieregularna.

- Jesteś - powiada, o wiele za głośno jak na restaura­cję - dziwką jak twoja matka.

Wszyscy, którzy to słyszą, podnoszą wzrok znad tale­rzy, aby przyjrzeć się mężczyźnie, który wyraża się z ta­kim przekonaniem. Ojciec trzyma w dłoni nóż. Odkłada go na stół. Czuję, że ze wstydu płoną mi policzki. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie wybiec na zewnątrz. Ale taki gest pozostałby jedynie gestem. Nie mam pieniędzy. Ojciec goniłby mnie po moście aż do zielonych brzegów martwego jeziora. Oczywiście zacząłby płakać, wtedy i ja bym się rozpłakała. Tego rodzaju sceny wzajemnych oskarżeń i przeprosin kosztują nas bardzo wiele energii i do niczego nie prowadzą.

Chowam twarz w dłonie; odgradzam ją od spojrzeń wszystkich ludzi, którzy sądzą, że patrzą na dziwkę. - ■

Łzy mojego ojca. Podobnie jak oczy, z których spływa­ją, zmieniają wszystko. Jego płacz przekonuje mnie, że nie panuje nad tym, co robi, i nad tym, czego się ode mnie domaga. Zdaje się postępować mimowolnie, tak samo jak moja matka, czego akurat w jej wypadku zupeł­nie nie dostrzegam. Zawsze, choć prawdopodobnie nie­słusznie, wyposażałam ją w silną wolę, której mnie i ojcu

teraz brakuje. Czyżby dlatego, że jest niezdolna do pła­czu? Matka zawsze potrafiła powstrzymać łzy, z suchymi oczami przeżyć wszelkie nieszczęścia.

Nie umiem sobie radzić z cierpieniem, dlatego łzy ojca wystarczają, by wszystko usprawiedliwić. Nie mieć mu za złe rekwizytów agresji - pistoletów, śrutówek, apara­tów fotograficznych, samochodów, wiecznych piór - i szlo­chu, gdy mierzy z nich w życie, we mnie, i sposobu, w ja­ki łzy spływają po jego policzkach, kiedy jest nade mną. Tak, te łzy zdobywają mu przebaczenie.

Niewolnicza uległość wobec ojca niweczy ostatnie lato, które matka, dziadkowie i ja spędzamy razem nad mo­rzem. Nie istnieje prywatność w naszym zaniedbanym domku, który wynajmowaliśmy na okres wakacji przez wszystkie lata mojego życia. Aby zadzwonić do ojca, mu­szę skorzystać z automatu telefonicznego w pobliskim parku. W zawilgoconej budce robię się mała, tak mała, że już mniejsza być nie potrafię. Przydeptuję papierową chu­steczkę, piasek na słuchawce trze o mój policzek, a połą­czenie jest kiepskie i ciągle słychać jakieś trzaski. Wszyst­ko zdaje się istnieć tylko po to, by mnie dręczyć, kiedy spoglądam nerwowo przez porysowaną, zatłuszczoną szy­bę, wypatrując, czy dziadek nie schodzi ze wzgórza albo czy matka nie wypatruje mnie przez okno domku.

- Nie mogę tego znieść - powiada ojciec. - Nie dam rady. Muszę cię zobaczyć.

Nic go nie satysfakcjonuje, ani telefon nocą, ani dwie rozmowy telefoniczne w dzień. Coraz trudniej wymykać się ukradkiem przy każdej okazji, każdego popołudnia. Nikt nic nie mówi, ale wszyscy dobrze wiedzą, dokąd idę.

Wiedzą, że gdybym dzwoniła do mojego chłopca, nie mu­siałabym się wymykać.

Za każdym razem, kiedy samotnie wracam po zała­twieniu swojej sprawy, wszyscy przyglądają mi się w ci­szy. Stare drewniane drzwi zamykają się za mną z wes­tchnieniem. Dziadek wyłącza pilotem fonię telewizora, przerywając odbiór wiadomości, stwarzając mi okazję do wypowiedzeniu kilku słów wyjaśnień. Babka odkłada magazyn ilustrowany, a matka przestaje zajmować się pa­znokciami i wsuwa mały pędzelek do buteleczki z lakie­rem.

Czasami rzucam jakąś uwagę, z reguły bardzo błahą.

- Zbliża się przypływ - mówię. Albo, wróciwszy do
domu dłuższą drogą, obok targu lub piekarni, przynoszę
torbę pieczywa na śniadanie. Przechodzę przez miniatu­
rę salonu, starannie odwracając głowę, by nie nawiązać
z nikim kontaktu wzrokowego. Dziadek przywraca tele­
wizji dźwięk, babcia sięga po magazyn, matka znowu bie­
rze się do paznokci. W kuchni spokojnie otwieram po­
jemnik na chleb i umieszczam w nim zakupy.

Miałam piętnaście lat, kiedy w tej samej żółtej kuchni wysadziłam stary piekarnik gazowy. Babcia, sprawdzając, czy pali się stały płomyk, odkręciła kurek i zajrzała do środka: brak. Jak zwykle ogień należało zapalić ręcznie. Zakręciła kurek, lecz nie do końca. Gaz wydostawał się przez dysze do wnętrza piekarnika, ale myśmy tego nie czuli.

- Podpal, dobrze? - powiedziała kilka minut później,
kierując wezwanie do którejś z nas, bo obie z matką wróci­
łyśmy właśnie z plaży i szperałyśmy w kredensie. Wzięłam
pudełko zapałek z miejsca pomiędzy solniczką a pieprz-
niczką na półce nad piekarnikiem.

Uwielbiałam używać dużych kuchennych zapałek. Otworzyłam nieco drzwiczki, pochyliłam się i niedbałym gestem nastolatki potarłam zapałkę o podeszwę sandała. Drzwiczki otworzyły się nagle na całą szerokość, uderza­jąc mnie w golenie, pokrywki palników solidarnie pod­skoczyły. Powstał potężny pęd powietrza. Mogło się zda­wać, że jęknął cały dom. Pomieszczenie wypełniło się pło­mieniami.

Nikt się nie odezwał. Babka, matka i ja odwróciłyśmy się do środka i zarazem do siebie, jakbyśmy brały udział w jakimś egzotycznym obrzędzie. Chwytałyśmy oddech, odpowiadając domowi echem. Między nami rozwinęła się ognista sieć. Języki ognia polizały wszystko: zasłony, na­sze ubrania, włosy. W soczewkach okularów babci zoba­czyłam płomienie. Potem zniknęły i już było po wszyst­kim. Padłyśmy sobie w ramiona, szlochając ze strachu, śmiejąc się z radości. Kiedy się rozdzieliłyśmy i przyjrza­łyśmy sobie, okazało się, że tylko ja - bo stałam najbliżej piekarnika - straciłam rzęsy, brwi, włosy na nogach i rę­kach, część włosów na głowie. Miałam na sobie cieniutką warstwę popiołu, która opadła ze mnie, kiedy się tylko poruszyłam.

- O Boże - powtarzałyśmy. - O Boże.
Do drzwi podszedł dziadek.

- Co się stało? - zapytał. - Na litość boską, co się tutaj


stało?

Nie odpowiedziałyśmy. Śmiałyśmy się, płakały, doty-' kały nawzajem swoich twarzy.

Matka i ja spacerujemy wzdłuż falochronu, który wy­chodzi w morze. Kształtem przypomina linię rzęs. Stara .

poręcz jest miejscami tak zardzewiała, że kruszy się pod naszymi dłońmi i pozostawia na nich zabrudzenia przy­pominające plamy krwi. Wpatrujemy się w wodę i pra­wie się do siebie nie odzywamy, całkowicie odosobnione w naszej udręce, zdrajczyni i zdradzona. Piasek trzeszczy i wzdycha pod podeszwami butów. Wieje silny wiatr, twa­rze mamy wilgotne od wodnego pyłu. Wolno poruszamy się wąską ścieżką. Nie podnosimy stóp, tylko przesuwa­my je niczym starsze kobiety. Wokoło biała piana przy­krywa spękaną powierzchnię.

- Spójrz, jaka silna jest woda - mówi w końcu mat­ka. - Któregoś dnia wymyje i strąci wszystkie te kamienie.

Boję się stać z matką na falochronie. Wyobrażam so­bie, że potykam się i spadam, ulegam bezwładności włas­nego ciała, pragnieniu ucieczki w nieświadomość, uwol­nienia się od uczuć. Bo zbyt wiele odczuwam - zawsze odczuwałam - a przecież nie mogę żyć ciągle ze złama­nym sercem, tak samo jak nie mogę bez przerwy żyć w znieczuleniu. Gdybym zginęła, runąwszy z falochro­nu, jako ostatni poczułabym zapach gnijących na plaży wodorostów. Jako ostatnią ujrzałabym twarz matki, bia­łą, płaską, gładką niczym tarcza zegarka ustawionego na godzinę mojej śmierci.

Przez całe lato nigdy nie jest mi dostatecznie ciepło; słońce nie ma do mnie w pełni dostępu. Wypływam dale­ko w morze, chodzę na niebezpieczne plaże, gdzie nie ma ratowników. Wypływam przy złej pogodzie, gdy deszcz skwierczy i syczy na piasku, wypływam o zmierzchu, gdy światło gaśnie i skrzy się na powierzchni morza. Płynę pod wodą z zamkniętymi oczami, wykonuję tyle uderzeń,

ile zdołam. Podczas odpływu wodorosty plączą się wokół moich nóg, muszle i kamyki poruszają się z napływem i odpływem wody. Hałasują tak, jakby schodziło się kil­kaset zębów, żując coś i miażdżąc.



Pewnego wieczoru płynę do jednej z boi, które wy­znaczają granice rezerwatu należącego do instytutu ocea­nograficznego, trzy czwarte mili od brzegu. Dotarłszy do celu, próbuję uchwycić się oblepionej algami dużej, roz­kołysanej metalowej piłki, lecz zupełnie nie mam się cze­go przytrzymać. Fale są wysokie, przysłaniają połyskują­ce na brzegu światła miasteczka.

Największe niebezpieczeństwo pływania w ciemności polega na tym, że przez pewien czas możesz sobie spo­kojnie płynąć, a potem zostać obróconym przez falę i kie­rować się w stronę otwartego morza, wcale o tym nie wie­dząc. Po powrocie na brzeg jestem przemarznięta. Ranie sobie nogę na skałach i rafie, ale w ogóle nie czuję bólu. Tak bardzo mi zimno, że nawet po godzinach spędzonych w gorącej kąpieli w dalszym ciągu szczękam zębami.

Nocą w moim pokoju odkręcam rączkę staromodnej maszynki do golenia należącej do dziadka. Spod pokryw­ki z nierdzewnej stali wyjmuję nożyk. Przesuwam ostrzem po ramieniu, gdzie ślady mogłyby pozostać nie zauważo­ne. Wcale nie pragnę się ukarać. Chodzi o ból, który moż­na opanować, krwawienie dające się zatamować.

Nie unikam żadnej okazji, aby mnie znowu oskarży­ła - jesteśmy same, ja i ona - lecz matka nie wykorzystu­je żadnej z nich. Wzajemnie się obserwujemy.

Nie wyjeżdżam na studia magisterskie. Przeno­szę się do Nowego Jorku. Naiwnie sobie wyob­rażam, że każdy pisarz musi odwiedzić to miasto.

Za mieszkanie płace, miesięcznie pięćset dolarów czyn­szu. Tyle wynosi moja część. Dzielę je z dwiema kobieta­mi. Jest położone na brooklińskich wzgórzach przy Hen­ry Street i byłoby ciasne nawet dla jednej z nas. W poko­ju z tyłu postanawiamy dobudować antresolę. Chcemy tam zmieścić nasze łóżka, aby w pokoju od frontu uzy­skać więcej przestrzeni użytkowej. Nie mam szczęścia, bo przypada mi miejsce na górze. Sufit jest tak nisko nad łóżkiem, że nie mogę usiąść, by poczytać, a inaczej nie potrafię zasnąć.

Powiedziałam rodzinie, że przenoszę się na wschód, aby zostać pisarką. Tylko od czego mam zacząć? Moje oszczędności i dwa tysiące dolarów, które dostałam od dziadków, wydają mi się sumą śmiesznie małą na podbój świata. Chodzę codziennie do biblioteki publicznej i ro­bię notatki albo sporządzam fiszki. Pracuję nad postmo­dernistyczną powieścią. Nie bardzo wiem, do czego dąży mój bohater, wyznawca egzystencjalizmu, ani czemu się przeciwstawia. Centralny problem powieści to osamot­nienie i dezorientacja. Towarzyszką bohatera jest małpa -

niewątpliwie dlatego, że spośród wszystkich stworzeń małpy najbardziej przypominają człowieka, choć nie po­trafią mówić. Ponieważ ojcu skutecznie udało się odgro­dzić mnie od reszty świata i już nie potrafię sobie wy­obrazić przyjaźni między ludźmi.

Długość poszczególnych dni wyznacza moja rozpacz. Zaczynam odbywać długie i wyczerpujące spacery do­nikąd. Po prostu mijam przecznicę za przecznicą w Brook-lynie albo przechodzę mostem na Manhattan. Obok ob­skurnego salonu piękności w Chinatown niski człowie­czek z długimi, czarnymi wąsami chce mi dać trzysta dolarów za moje włosy. Ujmuję je w dłonie.

  • Nie - mówię.

  • Okay - powiada - pięćset. ; ,
    Potrząsam głową. Nawet się nie zatrzymuję. Trzymam

grube pasmo włosów tak mocno, że pocą mi się dłonie.

Codziennie spędzam kilka godzin, siedząc na ławce przy alejce i patrząc na mosty łączące brzegi East River. Czasem odwracam się do domów z tyłu, zastanawiając się, w którym z nich mieszka Norman Mailer, jeśli miesz­ka w nim nadal, i czy to właśnie tutaj dźgnął nożem swo­ją żonę, jeśli była jego żoną. Albo może tylko machnął nożem w jej stronę, kimkolwiek była.

Tylko jedno wprowadza ład do każdej upływającej doby: telefony i listy od ojca. Wszystkie zawierają nie­zmiennie to samo. Kocha mnie, odosobnienie jest tortu­rą. Czasem czekam na nadejście listu, a kiedy go dostaję, uświadamiam sobie, że nie mogę otworzyć koperty, aby || odczytać treść.

Oddałem Ci ciało i krew, oddałem duszę. Bije w Tobie

moje serce. Mam do ciebie takie samo prawo jak każdy inny, takie samo jakie Ty masz...

Wcześnie rano, późno w nocy, w domu, w bibliotece: słowa mego ojca, słowa miłości - tego, co nazywa miło­ścią - podtrzymują efekt narkotyczny w każdym układzie, w każdych okolicznościach. Wiele lat później wrócę do tych listów, osiemset trzydzieści dziewięć stron przecho­wywanych w zamykanej komodzie. Zdecydowana naresz­cie się z nimi uporać zapakuję je do walizki i samolotem przewiozę do odległego miasta. W pokoju hotelowym za­mówię spory dzbanek kawy, połknę trzy tabletki No-Doz i porozkładam listy na łóżku, biurku i toaletce. Kiedy już je uporządkuję chronologicznie miesiącami, ze zdziwie­niem zauważę, że kiedyś wiele z nich odłożyłam podczas pierwszego czytania, wsunęłam z powrotem do koperty, dochodząc najdalej do drugiej z pięciu albo więcej stron.

Wypiję całą kawę, otworzę okno, by wpuścić do środ­ka chłodne, świeże powietrze, a potem skulę się na podło­dze i będę spała pięć godzin. Kiedy się obudzę, pokój bę­dzie wyziębiony, wiatr zdąży porozrzucać kartki, których nie mogę czytać. Wrócę do domu, wioząc je z powrotem, upchnięte byle jak w walizce. Po raz kolejny nie dotrą do mnie słowa: Jesteś całym moim życiem, ja muszę być dla ciebie tym samym... Zarzucasz mi, że jestem strażnikiem więziennym; warto, byś poznała definicję wolności... Pro­sisz mnie, abym był twoim ojcem. Cóż znaczy być ojcem?



Tracę apetyt. Mam kaszel. Codziennie towarzyszą mi obsesyjne myśli: czy zobaczyć się z ojcem, kiedy się z nim zobaczyć, kiedy nie. Jak bardziej prozaiczne uzależnie­nia - od alkoholu, od heroiny - moje uzależnienie od ojca

odebrało mi resztę życia. Nie czerpię żadnej przyjemno­ści z zaspokajania tej skłonności, lecz mimo wszystko nie potrafię dojrzeć niczego poza nią, poza nim, choćby na­wet siebie.

Spędzam wiele czasu w okolicznych butikach, przy­mierzam ubrania, których nie zamierzam kupić. Przyglą­dam się swojemu odbiciu w lustrach. Zawsze mnie ciąg­nęło do lustra, nie z próżności, ale dla nabrania otuchy. Chcę zobaczyć, czy tam jestem. Nie potrafię się oprzeć niczemu, co ma właściwości zwierciadła - kałużom, oknom sklepowym, powierzchniom czajnika.

Ten zwyczaj pozostał mi z dzieciństwa. Ma związek z maseczką, którą matka zakładała do snu. Aby uwierzyć w siebie, przechodziłam od jej łóżka do lustra w drzwiach szafy. Stałam tam długo przed swoim odbiciem, aby się tylko upewnić, że istnieję naprawdę, nie jestem żadnym złudzeniem optycznym, fantomem, który może się roz­proszyć niczym para wychodząca spod zasłonki, gdy mat­ka nareszcie wstała i brała prysznic.

Nawet teraz nie patrzę w sklepach na ubrania, tylko
nad nimi, na swą bladą twarz. Teraz już sama nie wiem,
kim albo czym jestem - jeśli w ogóle jestem - niezależnie
od ojca. >;.. .■••:.-

Zatrzymuje się w hotelu położonym w odległości nie­długiego spaceru od mojego mieszkania. Rezerwacji do­konuję przez telefon i nie wyciągam żadnych wniosków z tego, że pokoje są wynajmowane tylko na okresy tygo­dniowe. Po przybyciu na miejsce ojciec jest zaskoczony warunkami. Ja również się dziwię, ale jest między nami różnica: uważam to za okropnie zabawne, że znalazł się

w hotelu korzystającym z dotacji publicznych, że w tych warunkach mnie posiądzie. Odnoszę wrażenie, że we wła­snej opowieści znalazłam się wreszcie w nieprzyzwoitym miejscu, tu, gdzie jest moje miejsce. Kiedy zastanawiam się nad wrażliwością ojca, uderza mnie, że nie stać go na to, w każdym razie moralnie.

Na podłodze hotelowej recepcji leży czerwona wykła­dzina, jakby ktoś zawczasu pomyślał o możliwości zacho­wania w sekrecie ewentualnego rozlewu krwi. Ściany są białe (albo takie były), mężczyzna za kontuarem jest czar­ny i ma złote zęby. Na górze tętni życie wszelkiego auto­ramentu: opojów, robactwa, ćpunów. Siadam na łóżku ojca, sprawdziwszy wcześniej prześcieradła, które są w istocie czyste. Kiedy ściągam narzutę, unoszą się spod niej opary cloroksu.



Ojciec chce mi zrobić zdjęcia. Mam występować nago. Nie są to akty, jak je określa ojciec. Określenie „akt" koja­rzy się ze sztuką, a zdjęcia, które on mi robi, mają tę wła­ściwość co fotografie dokumentujące anomalie medyczne.

- Pokażę ci, kim jesteś - powiedział po zrobieniu pierwszych zdjęć. Na ostatnich fotografiach moja twarz wyraża brak chęci do życia, pustkę. Coś podobnego zoba­czę po latach na wystawie zdjęć przedstawiających żoł­nierzy rannych podczas wojny domowej. Obnażeni, sto­jący o kulach albo wsparci plecami o ścianę, weterani odsłaniają owe miejsca, którędy pociski wtargnęły do ich ciała i, czasem, którędy je opuściły.

Ojciec zawiesza drut między jedną ścianą a drugą, lin­kę do suszenia wilgotnych polaroidowych odbitek. Sie­dzę na łóżku i śmieję się. W dalszym ciągu bawi mnie jego reakcja na hotel. Nie potrafię się opanować. Chyba histeryzuję, bo jednocześnie płaczę.



- Chodzi o to, że... - próbuję z siebie wykrztusić, ale nic z tego. Może ojciec śmieje się tylko wtedy, gdy chce się zaadaptować do sytuacji, którą inni ludzie uważają za zabawną. Kiedy to robi, wydaje z siebie niezbyt adekwat­ne dźwięki. Nie brzmią właściwie, tak samo jak mowa osób głuchych nie brzmi nigdy jak mowa ludzi słyszących.

Kapituluję właśnie w tym pokoju, kilka dni później. W porządku, mówię sobie, spróbuję. Ojciec zapropono­wał, że przez rok będzie mnie utrzymywał, abym mogła pisać. Będę mieszkała w jego domu i korzystała z biura przy jego kościele. Przecież poza nim nie mam nikogo, do kogo mogłabym się udać. Ojciec staje między mną a resztą mego życia, rodziną, przyjaciółmi, których kie­dyś miałam.

Podobnie jak cały nasz romans, wszystko w tych pla­nach wydaje się złe i nieuchronne. Od samego początku musieliśmy się spotykać w pokojach takich jak ten, w po­kojach dla narkomanów i prostytutek, ludzi egzystujących poza marginesem społeczeństwa. Czy ojciec rzeczywiście wierzy, że może zabrać mnie do swojego domu i swoich dzieci, które widziałam zaledwie w paru dość niezręcz­nych sytuacjach? Że we dwoje jesteśmy w stanie miesz­kać pośród innych ludzi? Nie stawiam tych pytań. Nie mam życia i woli innej niż jego.

Jadę na zachód. Po drodze nie zatrzymuję się na nocleg. Na pewno się mylę, ale odnoszę wrażenie, że droga jest nie­ustannie wilgotna, słońce bez przerwy świeci mi w oczy, wiatr i inne siły natury sprzysięgły się przeciwko mnie.

O trzeciej nad ranem w pobliżu kompleksu uniwersy­tetu Orał Roberts w Tulsie wyrasta przede mną cztery-stustopowa figura z kartonu, Jezus w purpurowym płasz­czu i koronie, błyszczący nadprzyrodzonym światłem. Mijają mnie ciężarówki, rycząc w ciemną noc.

Ile czasu upływa, od kiedy jadłam i spałam? Chyba mam przywidzenia. Boję się bardziej, niż jestem w stanie się przed sobą przyznać.

Dziesięć mil za billboardem Jezusa pali się trawa i nikt nie próbuje jej gasić. Zjeżdżam na pobocze i wysiadam. Grunt dookoła mnie jest czarny. Pożar rozprzestrzenia się. Trzydzieści jardów od miejsca, w którym stoję, za­czyna się pas ognia. Opieram się na masce, aby obserwo­wać postępy żywiołu.

Trąbią na mnie kierowcy ciężarówek. Wykrzykują nie­przyzwoite uwagi.

Kiedy przestaję widzieć płomienie, wracam do samo­chodu, doganiam je, zatrzymuję się i znowu wysiadam. Powtarzam to kilkakrotnie aż do świtu, do chwili, gdy słoń­ce podnosi się znad horyzontu i sprawia, że wąski pas płomieni przestaje być widoczny.

Nowy dywan na podłodze przykrytej linoleum i reprodukcja jednego z moich ulubionych ob­razów nie mogą ukryć tego, że w domu ojca mam sypiać i ubierać się pozbawiona prywatności, w po­koju oddzielonym od kuchni jedynie ażurowymi drzwia­mi. Poza tym tylko tędy prowadzi droga na podwórze, gdzie bawią się dzieci.

Jak się okazuje, zajmuję tutaj pozycję kogoś w rodzaju młodej ciotki albo starszego dziecka, kogoś przygarnięte­go na pewien czas, aby zdobył orientację albo pieniądze, coś niezbędnego do podjęcia samodzielnego życia. W każ­dym razie ostatecznie ojciec w ten właśnie sposób wyja­śnia domownikom konieczność przyjęcia mnie pod swój dach. Dom duchownego wydaje się doskonałym archety­pem rodziny z klasy średniej, od samego początku zdaje się zapowiadać sytuacje komediowe. Żona ojca ma twarz typowej matki z ekranu telewizora, kobiety miłej, zapra­cowanej i nieco szalonej. A jednak jej uśmiech nie przy­słania faktu, że boi się tak samo jak ja. Toleruje mnie i moją obecność, ponieważ podobnie jak ja ulega ojcu. Chyba uważa, że znalazłam się w sytuacji, która pomoże mi zachować chrześcijańskie zasady i zapewni przyzwoite prowadzenie się. W pewnym momencie robi aluzję do rozwiązłego życia w college'u, które rzekomo wiodłam. Uświadamiam sobie, że ojciec przedstawił mnie jako

dziewczynę, która zeszła na złą drogę z powodu nadmier­nej pobłażliwości dziadków i matki.

W tym domu mogę się z bliska przyjrzeć rodzinie, za jaką zawsze tęskniłam: rodzice są małżeństwem, ojciec ma odpowiedzialną i godną szacunku pracę, matka wy­chowuje dzieci, robi zakupy, gotuje, sprząta i uczy w szkół­ce niedzielnej. W święta wszyscy chodzą do kościoła; dzieci biorą udział w rozgrywkach baseballowych Małej Ligi i na­leżą do drużyn skautowych, ze szkoły wracają do domu, odrabiają lekcje, wypełniają codzienne obowiązki i ćwi­czą grę na fortepianie. Doprawdy piękny obrazek. Ale jak mam nie kwestionować tego, co w innym wypadku uzna­łabym za szczęście, siedząc przy stole obok ojca i wie­dząc, co nas łączy?

Z początku wszystko - także moja nieoczekiwana wizyta w kościele - przebiega niejjbkojąco^adko. Potwier­dza absolutne panowanie ojca nad swoją rodziną i perso­nelem. Nawet młodsze dzieci, przecież zazwyczaj gadat­liwe, nie zdradzają ani jednym słowem, że jestem ich przyrodnią siostrą z rozwiązanego, całkowicie nieudane­go związku. Po nabożeństwie o jedenastej w nielicznym nieformalnym zgromadzeniu przy drzwiach ludzie po­wtarzają opinię, że żona ojca bardzo młodo wygląda. Czy to możliwe, że ma taką dorosłą córkę? Pod wpływej jed­nej z tych uwag żona ojca zerka na mnie, po czym obie uciekamy wzrokiem w bok.

- Naprawdę tak myślą? - pytam potem z wahaniem. Ojciec i ja jesteśmy w biurze kościoła; siedzę w dużym skórzanym fotelu, z którego dawniej ojciec do mnie dzwo­nił, kiedy wszyscy pracownicy rozeszli się do domów.

  • Sądzą, że jesteś naszą najstarszą córką - odpowiada.

  • Myślisz o sobie i swojej żonie? Córką z tego samego
    małżeństwa, z którego pochodzą pozostałe twoje dzieci?

  • Tak.

Kiwam głową i już nic nie mówię. Ale jestem zdziwio­na i czuję się dotknięta. Zbyt łatwo przeszłość poszła w za­pomnienie. Matka i dziadkowie, dwadzieścia minionych lat - całe moje życie do momentu, gdy znowu w nie wkro­czył. Jakby ktoś wyciął to wszystko ze zdjęć, pozostawia­jąc jeszcze mniej niż nożyczki do paznokci mojej babki.

  • Biskup i rada znają prawdę - mówi; chyba potrafi
    czytać w moich myślach. - Ale nikt nie sądzi, że istnieje
    powód, by to obwieszczać całej wspólnocie.

  • Rozumiem. - Spoglądam na blat biurka: nieskazi­
    telnie czysta suszka; uporządkowane stosy koresponden­
    cji, buteleczka z atramentem i wiązka wiecznych piór.
    Przeraża prostota i ład kłamstwa - jak w jego protekcjo­
    nalnym kazaniu, będącym wyrazem niezachwianej wia­
    ry, w żadnym razie wątpliwości czy cierpienia.


Fizyczne kontakty z ojcem sprawiają, że coraz inten­sywniej odczuwam, że za każdym razem odbiera mi cząst­kę życia; za każdym razem pozostaje mnie odrobinę mniej.

Jedziemy do kościoła, do miejsca, gdzie tak długo czekał, by móc to wreszcie zrobić. Otwiera małe biuro, w którym pozwolił mi teraz pracować, i bierze mnie w po­siadanie na podłodze przy biurku. Idąc za jego przykła­dem, narzucam temu aktowi religijny kontekst i koncen­truję się na umartwianiu ciała. Mówię sobie, że mu się oddaję, aby się zbrukać, potem zaś, dzięki pokrętnej i kar­kołomnej chrześcijańskiej logice, która wynosi poniżo-

nych, zostanę oczyszczona. Zostanę oczyszczona, wystar­czy, że uczynię to chętnie, wierząc w najwyższą dobroć Boga, który czasem realizuje swoje zamiary w sposób za­skakujący i nawet odstręczający, a to posługując się że­brakami i trędowatymi, a to ojcem świętej Dympny. Jak­żeby Dympna mogła zostać męczennicą, gdyby nie było jej ojca? Jakżeby inaczej mogła zasłużyć na uwielbienie?

Żar naszych pierwszych pocałunków wygasł już daw­no na autostradach; ciężar ojca zdusił namiętność, którą kiedyś odczuwałam; udręka codziennych kontaktów do­prowadziła mnie do takiego stanu, że jestem coraz bar­dziej bezwolna, coraz bardziej milcząca, pozbawiona ży­cia. Kłócimy się.

- Nie mogę ścierpieć, że mnie jedynie tolerujesz! -krzyczy ojciec, a ja chowam twarz w dłoniach, zasłaniam oczy. - Masz pojęcie, co przeżywam?! Jak sądzisz, co ja czuję?!

Jestem chora. Coraz bardziej dokucza mi kaszel. Któ­regoś ranka okazuje się, że dostałam wysokiej gorączki i nie mam dość siły, żeby samodzielnie usiąść na łóżku. Żona ojca musi mi pomóc się ubrać.

Zapalenie płuc. Wiadomość o chorobie przyjmuję z ul­gą i pewną dozą zainteresowania. Proszę, proszę, niechże to będzie choroba śmiertelna - modlę się w myślach. Lub przynajmniej na tyle poważna, aby mój los został przeka­zany w ręce kompetentnych, bezstronnych zawodowców.

- Jestem pewny, że wszystko będzie dobrze - powia­da lekarz. Prosi ojca, aby na chwilę opuścił pokój. Ojciec wszedł ze mną do gabinetu, przyglądał się, jak lekarz opu­kuje mi plecy, i stał między nami, kiedy zostałam popro-

szona o zdjęcie biustonosza. - Za chwilę

1   2   3   4   5   6


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna