Mariusz Ferek Jesteśmy, my wszyscy, kształtowani I na nowo urabia­



Pobieranie 0,91 Mb.
Strona3/6
Data14.02.2018
Rozmiar0,91 Mb.
1   2   3   4   5   6
potrafią sprawić, że człowiek czuje się słaby

i bezbronny. .- ... ,...■...-.

Ojciec opowiada, że jego święcenia zostały przełożone ze względu na obowiązkowe badania psychoanalityczne. Nie jestem wystarczająco zainteresowana tymi zwierze­niami, powinnam być bardziej. Chcę, aby mój ojciec był doskonały. Podaje mi kilka szczegółów. W jednym z ma­łych miasteczek, gdzie służył jako wędrowny pastor -w czasach, które mi opisuje, miałam dziesięć lat i właśnie wtedy postanowiłam namalować dla niego stodołę - prze­bił pięścią ścianę kościoła.

Nawet jego własna inteligencja jest wrogiem, z któ­rym musi się borykać - w takim samym stopniu rujnują go liczne talenty, jak i niepowodzenia. Umysłem, który fascynuje swoją bystrością i elastycznością, mógł bez tru­du przechytrzyć większość psychiatrów. Z pewnością nie potrzebował wiele czasu, by zauważyć, jakie zachowania i które opinie powinien prezentować duchowny, które zaś lepiej zachować dla siebie. Jeśli w jego przypadku terapia okazała się skuteczna, to dlatego, że w jej trakcie nauczył się, jak kreować pożądany wizerunek pastora, nawet je­śli - jak mi wyznaje - ma z Kościołem wiele nie rozwiąza­nych problemów.

Mimo konfliktów mój ojciec tak bardzo potrzebował jakiegoś sukcesu mierzonego zwykłą miarą - by udowod­nić dziadkom, że źle postąpili, surowo go odprawiając -że ogromnym wysiłkiem woli i z nie słabnącym gniewem dokonał wszystkiego, co sobie zamierzył. Jego rana jest równie głęboka jak moja, nasz gniew - skierowany prze­ciwko tej samej osobie.

Oboje nie dostrzegamy jednego. Żadne z nas nie wie, jak bardzo jesteśmy rozgniewani. Może dlatego, że nie mogę się przyznać do tego gniewu, skoro nie dostrzegam, co ojciec skrywa przed sobą. A on, znakomicie wyćwiczo­ny w oszukiwaniu siebie, odwzajemnia się tym samym.

Wszystkie emocje, które nas dotyczą, nazywamy mi­łością.

Do domu matki przyjeżdżamy późno. Od razu odkry­wamy, że z trudem osiągnięta, niepewna równowaga na­szej trójki, naszej „małej rodzinki", już nie istnieje.

Ojciec nie robi już jednakowej liczby zdjęć mnie i mat­ce. Już go na to nie stać. W dodatku nie tylko obiektyw aparatu kieruje się w jedną stronę. W domu matki ojciec i ja, dwoje gości, porzucamy ją, jeszcze niedawno przed­miot naszego poświęcenia, i zwracamy się ku sobie. Wszystko, co podczas poprzedniej wizyty sprawiało nam mniejszą lub większą przyjemność - wycieczki do galerii, aby popatrzeć na sztukę; wycieczki do ogrodów, aby po­patrzeć na rośliny; do restauracji, aby popatrzeć na sie­bie - stało się krępujące, i to dosłownie. Potrącamy się, depczemy sobie po palcach, potykamy się o donice.

Obecność ojca zaburza harmonijny spokój w salonie matki, gdzie przedmioty są starannie dobrane, tak samo poustawiane, powierzchnie zaś nieskazitelnie równe i czy­ste, gdzie obowiązuje protokół, na mocy którego emocje pozostają zawoalowane, a pozycje przybiera się skrom­ne. Nawet kiedy się nie odzywa, zachowując powagę, jego ciężkie, białe ciało przekazuje jakiś zmysłowy smutek. Jakby ciężar był zjawiskiem bardziej duchowej niż fizycz­nej natury. Ojciec ma grube jak u chłopca ramiona, ale

tusza nie pozbawia go seksapilu, tylko czyni go typem bardziej androginicznym, przydając męskości elementu kobiecego. Jego kończyny są duże i mocne, ale mięśnie obrośnięte tłuszczem, który ukrywa ich siłę. Nie cierpi na znaczną nadwagę - w garniturze wydaje się raczej duży niż otyły - masywną, męską pierś widać pod cienkim ma­teriałem koszuli; ten widok niepokoi. Ma duże, piękne dłonie, jakich nie spotyka się często u mężczyzn, wszyst­kie palce proste, silne, wypielęgnowane. Mięsiste stopy także są wypieszczone, kształtnie uformowane paznok­cie gładko opiłowane. Żartujemy, że jego stopy są znacz­nie ładniejsze niż moje czy matki.

Dla kobiet pokroju matki albo mnie, wrażliwych na społeczne normy określające wzory piękna i płci, jego ciało i całkowicie beztroski sposób, w jaki je traktuje, są tak samo obrazoburcze i niepokojące jak jego skłonność do płaczu. Wszystko w jego wyglądzie wskazuje na zaspoko­jone pragnienia, zagojone rany. W przeciwieństwie do mojego ciała, zawsze wyciszonego, którego pragnienia i bóle nie miały żadnego znaczenia, jego - jakże białe, jak­że leniwe - jednocześnie fascynuje mnie i odstręcza. Ciąg­le powracam spojrzeniem do ciemnych punktów jego brodawek. Bardzo się różnią od wysuszonych monet moich kolegów, ich twardych torsów, chudych brzuchów.

Podczas posiłków, kiedy wgryza się w posmarowaną masłem kromkę chleba, je banana albo nawet coś tak mało opornego jak jogurt, słyszę odgłos stykających się zębów. Spotykają się z cichym szczękiem, a ja drżę na ten dźwięk, który zdradza siłę jego łaknienia i przypomina o moich pragnieniach. O życiu z ukrytą, tłumioną żądzą.



Kiedy tym razem wracam do domu matki po odwie­zieniu go na lotnisko - żadnych pocałunków, tylko gorącz­kowy, niezgrabny uścisk - zastaję ją spacerującą w salo­nie dookoła białej sofy.

- Coś niedobrego dzieje się z nami wszystkimi - po­


wiada. - Czuję to.

Siadam na sofie, wyczerpana, ze śladami łez na po­liczkach.

  • Niby co takiego? - pytam, zdradzając niecierpliwość,
    niechęć, by mnie zmuszono do obrony siebie albo jego.

  • Wiesz - mówi - on nie jest normalny. Twój ojciec
    nie jest normalnym człowiekiem.

  • Nie jest? - dziwię się. - Nie rozumiem.

Nie mam ochoty na tę rozmowę. Nie mam ochoty na rozmowę z nikim oprócz ojca, a matka jest wściekła, trud­no nie zauważyć. Wygląda tak, jakby szykowała się do skoku, panowała nad każdą cząstką siebie poza ciemny­mi, rozbieganymi oczami.

  • A tak w ogóle - dodaję - to kto jest normalny? - Znacz­
    nie później tą ripostą posłuży się wobec mnie ojciec.

  • Nie wiem. Po prostu jestem zaniepokojona. Jeste­
    ście... jesteście sobą zafascynowani... to coś w rodzaju fik-
    sacji. Rozumiem to w twoim wypadku, wychowywałaś się
    bez ojca. Nie dziwi mnie, że on ciebie hipnotyzuje. Zresz­
    tą, nikogo by nie dziwiło. Ale on... - Matka przerywa i od­
    wraca się. - Wiesz - mówi z naciskiem - to wcale nie do­
    tyczy ciebie. To dotyczy mnie.


„To", wiem od razu - nie istnieje nic bardziej zrozu­miałego niż owo zwykle niejasne słówko - oznacza mi­łość, którą wyrażają zachowanie ojca, drżące dłonie i go­rące spojrzenia. Wszystko, co dostrzegła i co ją zaniepo­koiło. Jakże niestosowne i pozbawione umiaru.

Nie może być normalne to, że kocha mnie tak bez resz­ty, oto co słyszę z jej ust. Dowiaduję się, że matka nie tylko mnie nie kocha ani nie podziwia, ale na dodatek tak zinterpretuje miłość mojego ojca, że uczyni ją swoją własną.

Krzyżuje ramiona i spogląda na mnie. Uciekam spoj­rzeniem w bok. Nie chcę jej podpowiadać, jakiego rodza­ju sprytnymi pociągnięciami może mnie pozbawić twar­dego gruntu pod nogami. Pragnąc zagarnąć dla siebie całe oddanie ojca, popycha mnie ku niemu, chce tego czy nie. Bo jeśli ona mnie nie kocha, to aby nie runąć w otchłań nie kochanych, muszę trwać przy nim.

- Nie dostrzegasz tego? - nalega. - Nie rozumiesz, że mam rację?

Nie odpowiadam. Nie, nie rozumiem. I nie zrozumiem.



Upłyną lata od śmierci matki, nim się przekonam, że miała rację. Przeczytam listy, które ojciec do niej wysy­łał, kiedy miała osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia lat - siedemdziesiąt sześć, przechowywanych w pudełku po butach Charlesa Jourdana. Ostatni z nich, napisany 22 października 1970, zawiera słowo „kochanie" w każ­dym zdaniu prócz jednego.

Przeczytałam je raz, potem jeszcze raz od początku. Jak wszystkie dzieci zawsze będę zainteresowana zalota­mi swoich rodziców. W korespondencji, którą ojciec pro­wadził z matką, najbardziej zafascynuje mnie nie staro­modna „inność", nie fakt, że należeli do świata, który różni się od mojego, lecz absolutna poufałość. Przeczytam te listy tak, jak oni je czytali: jakby zostały skierowane do mnie. Listy do mnie są pisane tym samym językiem, ję-

zykiem pożądania i posiadania. Zawierają identyczne frag­menty poematów i piosenek.

Będę płakała, czytając listy, które ojciec pisał do mat­ki, bo znalazłam w nich wszystko. Jest w nich wszystko, co - bardzo chciałam w to wierzyć - miało należeć do mnie i tylko do mnie, a w rzeczywistości, jak stwierdziła, było jej.



W suterenie wiodę życie niemrawe i wyczer­pujące. Projekty badań, które opisuję w za­rysach dziadkom, są czystym wymysłem. Chodzi o to, abym mogła mieszkać w kampusie i wyda­wać ich pieniądze na czynsz. Czas bez zajęć szkolnych wypełnia mi ojciec. Myślę tylko o nim, o nikim, o niczym więcej.

Jest kwiecień. Jest maj. Dni upływają, jeden podobny do drugiego. Są ważne tylko wówczas, gdy liczę, kiedy ostatnio byliśmy ze sobą albo ile czasu pozostało do po­nownego spotkania. I jego, i mnie satysfakcjonuje wyłącz­nie jedno: całkowite posiadanie tego drugiego. Ojciec zu­pełnie nie dba o to, czy nie przyczynił się do przerwania przeze mnie nauki, czy nie pozbawił mnie przyjaciół; cie­szy go każda oznaka niewolniczego przywiązania z mojej strony. Z kolei ja nigdy nie przejmuję się jego pracą, ro­dziną czy pieniędzmi, które wydaje na rachunki telefo­niczne i bilety lotnicze zamiast na ubrania dla swoich dzieci.

Rozpoczęłam osobliwy rozdział mojego życia. Czas nie jest w nim rzeczywisty, nie pasuje ani do życia, które wio­dłam jako dziecko, ani do tego, które kreuję jako kobieta, ale który niczym droga prowadzi mnie od jednego do drugiego.

Nosisz imię świętych i królowych - powiedziała pew­nego razu matka, kiedy byłam jeszcze taka mała, że nie odróżniałam aureoli od korony. Jeszcze nie byłyśmy ka­toliczkami. Należałyśmy do Pierwszego Kościoła Chrystu­sowego, wspólnoty scjentystów. Nad moim łóżkiem wi­siała tabliczka ze słowami Mary Baker Eddy: „Matko Oj­cze Boże, z oddaniem szukam cię. Po drodze świetlistej, która ku Tobie wiedzie, biegnę albo idę - wedle woli twej".

Krótka modlitwa, którą odmawiałam przed zaśnięciem, przerażała mnie. Nie chciałam szybko umierać. Za każ­dym razem, kiedy mi się zdawało, że atak astmy może mnie zabić, jeśli akurat nie myślałam o matce, to myśla­łam o śmierci i Bogu. Tak powstała moja pierwsza trójca: Matka, Śmierć, Bóg.

Do dnia moich narodzin wszystko, co ocalało z żydo-stwa moich dziadków, sprowadzało się do rozróżnienia, co jest „czyste", co „nieczyste", co „wybrane", a co „nie wybrane". Matka nigdy nie chodziła do świątyni. Wydaje mi się, że uznała wiarę swoich przodków za staroświecką i nudną, pozbawioną zwłaszcza blasku ukrzyżowania. Spuścizna judaizmu była stara i zwietrzała jak zakrzepła krew, podczas gdy krew Chrystusa płynęła żywo każdej niedzieli.

Może pozostałabym odporna na chwytliwe doktryny pani Eddy, gdybym jako sześciolatka nie uległa wypad­kowi, który sprawił, że znalazłam się u biegłej terapeutki scjentystycznej albo uzdrowicielki. Ponieważ wtedy mat­ka już się od nas wyprowadziła, rano dziadek zawoził mnie do szkoły. Pewnego dnia podróż do szkoły została drama­tycznie przerwana, gdy zawiodły hamulce starego lin-colna.

Przyciskając bezużyteczny pedał, dziadek skręcił z dro-



gi, pragnąc uniknąć zderzenia z tyłem samochodu jadą­cego przed nami. Zjechaliśmy z niskiego nasypu, nabra­liśmy prędkości, przecięliśmy rów i trafiliśmy w drzewo. Przy uderzeniu otworzyły się drzwiczki od schowka na rękawiczki. Nie byłam przypięta pasem, więc wyleciałam do przodu, skaleczyłam brodę o mechanizm zamka, a w dodatku pękła mi szczęka.

Dziadkowi nic się nie stało. Wyciągnął mnie ze znisz­czonego, dymiącego samochodu i przycisnął złożoną chu­steczkę do mojej twarzy. Krew płynęła mi z ust i brody. Zaczęłam płakać, ale bardziej ze strachu niż z bólu. Bory­kałam się z prowizorycznym opatrunkiem, kiedy cał­kowicie przypadkowo dostrzegła nas moja matka. Akurat jechała do kancelarii adwokackiej, gdzie pracowała jako sekretarka, i zjechała na pobocze. Zmaterializowała się tak nagle, wręcz magicznie, i tak zwinnie wyskoczyła z nie­bieskiego samochodu, jakby była aniołem. Wrażenie po­głębiała sukienka, którą nosiła tego ranka, z obcisłą górą i szerokim, purpurowym dołem z wyszytymi nutami. Ile­kroć miała ją na sobie, nie mogłam się powstrzymać przed dotknięciem materiału spódnicy. Nuty pobudzały moją wyobraźnię, wydawały się tajemnicze, a jeśli matka mi pozwoliła, wodziłam palcem po wypukłych kropkach, jak gdyby stanowiły kod całkowicie inny od muzycznego, na przykład alfabet Braille'a albo Morse'a, i oznaczały wia­domość, której nie potrafiłam na czas rozszyfrować.



Matka okazała się niezwykle cierpliwa i delikatna, kie­dy pomagała mi wsiąść do swojego samochodu. Zostawi­łyśmy dziadka, który miał poczekać na pomoc drogową, i pojechałyśmy do najbliższego centrum pomocy medycz­nej, gdzie prześwietlono mnie i przygotowano do założe­nia szwów. Jasne światło niemal zmuszało mnie do zamk-

nięcia oczu, tymczasem kawałek jednorazowego niebie­skiego płótna z otworem wyciętym na brodę otulał mnie niczym całun, zasłaniając widok matki. Trzymałam ją mocno za rękę, może nazbyt mocno, bo po chwili uwol­niła się i odłożyła moją dłoń na poręcz. Powiedziała, że musi zadzwonić i wyjaśnić, dlaczego nie pokazała się w pracy.

Starałam się być odważna, lecz kiedy usłyszałam, że odchodzi, stukając obcasami, opanował mnie zwierzęcy strach. Wierzgając i pomagając sobie paznokciami, pró­bowałam za nią pobiec. Rozumiałam tylko jedno: znowu mnie zostawia, tylko tym razem z obcymi ludźmi. Aby mnie powstrzymać, musieli się mną zająć równocześnie oboje - lekarz i pielęgniarka. W końcu im się udało. Do­stałam środek na uspokojenie, rana została zaszyta, a ja, pogrążona we śnie, zabrana wreszcie do domu. Tego sa­mego dnia po południu obudziłam się z krzykiem, ogar­nięta tą samą paniką, którą lek przerwał, ale od której mnie nie uwolnił. Matka, szybko wyczerpana moim nie­ustannym płaczem i obejmowaniem ją za szyję, czepia­niem się nóg, rąk - czego tylko pozwoliła dotknąć - za­brała mnie do terapeutki, której nazwisko wybrała na chy­bił trafił z listy zamieszczonej na ostatniej stronie czaso­pisma scjentystów „The Christian Science Journal".

Terapeutka była siwowłosą kobietą w wełnianym supełkowym swetrze, którego dotykałam, kiedy się nade mną modliła. Położyłam głowę na jej udach, ona zaś trzy­mała jedną dłoń na moim czole, drugą - nad sercem. Pod nimi - pamiętam je jako chłodne, opanowane, a nawet wstrzemięźliwe w gestach - poczułam, że strach mnie opuszcza. A potem poczułam się, jak gdyby nagle w czasz­kę trafił mnie potężny cios objawienia i wypełnił stru-

mień piekącego światła. Tamta obca kobieta tajemniczo i nieoczekiwanie pozwoliła mi zetknąć się z doświadcze­niem, którego nie mogę określić inaczej niż zachwyt. Czu­łam się odseparowana od swego ciała i ziemskich spraw. Wydawałam się sobie nie bardziej cielesna niż drżenie powietrza nad ogniskiem. Nie potrafiłam znaleźć słów na opisanie tego, co się wydarzyło - nigdy ich nie znajdę -i w zdumieniu przestałam płakać. Matka odetchnęła z ul­gą; ja natomiast, sześcioletnia dziewczynka, poznałam pewną niebezpieczną prawdę, niebezpieczną zwłaszcza dla kogoś tak młodego i spragnionego miłości. Zauważy­łam, że transcendencja jest możliwa: że duch może poko­nać materię i dlatego ja mogę pokonać wszelkie przeszko­dy, które nie pozwalają matce mnie kochać. Że potrafię pokonać siebie.

Codziennie za Wielkim Kanionem słońce wschodzi i zachodzi, za każdym razem wypełniając przestrzeń cie­niami w kolorze krwi. Na drodze jesteśmy wolni, a mimo wszystko jest to wolność zbyt wyczerpująca, aby ją pod­trzymywać. Nigdzie nie ma miejsca na rozpalenie ognia ani odpoczynek i chociaż na razie tego nie zauważamy, usuwamy ze świadomości, zawsze będzie nam towarzy­szyła wiedza, że prawdą jest to, co czuliśmy podczas pierw­szego tygodnia spędzonego razem: straciliśmy siebie. Stra­ciliśmy moje dzieciństwo, jego ojcostwo i dwadzieścia lat miłości, a tych strat nie da się już odrobić. Uciekamy przed tą prawdą, ale przecież nie możemy uciekać bez końca.

Po miesiącach wymiany listów i rozmów przez tele­fon - dokładnie po trzy razy dziennie - z których wszyst-

kie zawierały obietnice oddania i prośby o wzajemność, ojciec przygotował mnie na to, czego ode mnie żąda.

- Nie wiem, czy chcę - mówię. - Chyba nie mogę. -
Zęby mi dzwonią w nagrzanym samochodzie.

Kiedy wreszcie wydobywa to z siebie, zapada zmierzch. Kanion tonie w mroku. Kanion jest rzeką krwi, bo gdy ojciec wypowiada słowa, których się obawiałam - „Prag­nę się z tobą kochać" - Bogu pęka serce, łamie się. Przeze mnie.


  • Kocham cię - powiada ojciec. - Pragnę.

  • I ja ciebie pragnę - szepczę. Błagam, nie każ mi tym
    płacić - proszę bez słów.

  • Czego się boisz? - pyta.

Obawiam się, że dam mu wszystko, o co tylko mnie poprosi. Wcześniej czy później.

- Piekła - odpowiadam i wcale nie żartuję.



Śmieje się, aby dać mi do zrozumienia, że jestem dzie­cinna, naiwna. W tym śmiechu lata studiów teologicz­nych stanęły naprzeciw mojej ignorancji w kwestii, czym jest Bóg i Jego gniew.

  • Istnieją zasady, które mają zastosowanie do więk­
    szości ludzi - powiada ojciec - ale są ludzie, których owe
    zasady nie dotyczą. Ludzie...


  • Skąd możemy wiedzieć, że ty... że my jesteśmy wy­
    jątkami?

  • Po prostu wiem - stwierdza. - Będziesz musiała mi
    zaufać.

Ojciec i ja spieramy się o naturę miłości i formy, w ja­kich się ona wyraża. Nasze rozmowy niczym akademic­kie referaty rozpoczynają się od mdłych teorii, łacińskich

i greckich słów z teologicznych wykładów, od agape i ca-ritas, nie eros. Lecz nagle stają się osobiste. Jakże ma się dłużej opierać temu, co do mnie czuje? Przecież takim uczynił go Bóg.

- Bóg mi ciebie dał - powiada.



Kiedy dochodzi w nim do głosu kaznodzieja, tracę chęć do obrony. Słowa, które może innych poderwałyby do biegu, mnie zatrzymują jak w potrzasku.

„Bóg mi ciebie dał". Czy on w to wierzy? Przekonuje mnie, że tak, że należę do niego zgodnie ze świętym pra­wem, jestem jego, by mógł ze mną uczynić, co zechce. Nie przychodzi mi do głowy, że to wprowadzenie o woli Bożej jest najłagodniejszym, najmniej niepokojącym spo­sobem uwolnienia nas obojga od poczucia winy. Nigdy nie kwestionuję jego rozsądku, chociaż w pewnym mo­mencie, w przyszłości łatwiej przyjdzie mi uznać go za szaleńca niż dojść do wniosku, że okazał się przenikliwy w ocenie mojego charakteru i moich słabości, wiedząc, jakim językiem się posługiwać, jaką pętlę ze słów zaci­snąć mi wokół szyi. .



W latach, które nastąpiły po wypadku samochodo­wym, a jeszcze bardziej po klęsce na teście z francuskie­go, postanowiłam powrócić do tego, z czym zetknęłam się na kolanach uzdrowicielki. Przyszło mi do głowy, że odnajdę to w szkółce niedzielnej. Byłam jedynym dziec­kiem przy laminowanym stole, które wykonało zadanie z poprzedniego tygodnia, które specjalną niebieską kre­dą zaznaczyło swoją Biblię w białej winylowej okładce i przeczytało odpowiedni fragment z Klucza do Pism Mary Baker Eddy. Pozostałe dzieci, wystrojone w przypinane

krawaty i pastelowe szarfy, siadały niedbale, drzemały, podczas gdy ja siedziałam prosto. Ledwie nauczycielka kończyła zadawać pytanie, a moja dłoń w białej baweł­nianej rękawiczce, ciasno zapinanej w nadgarstku, szyb­ko wędrowała do góry. Czasem dostrzegałam, że nauczy­cielka patrzy na mnie z wyrazem czegoś, co nawet wów­czas wydawało mi się konsternacją. Ociężałość innych dzieci, niewłaściwe odpowiedzi płynące beztrosko z ust ubrudzonych jedzoną w pośpiechu zimną owsianką były najwidoczniej tym, czego się spodziewała. Natomiast nie­pokoiła ją żarliwość, z jaką recytowałam poszczególne wer­sety, czujna postawa na krawędzi czerwonego plastiko­wego krzesełka dla przedszkolaka.

Płaszczyzna wiary była jedyną, na której miałam szan­sę przyciągnąć uwagę matki. Ponieważ matka nie prze­bywała ze mną w ciągu tygodnia, dzięki czemu nie mu­siała reagować na moje co bardziej odrażające potrzeby, i ponieważ zawsze wolała lepsze kąski, dbałość o mój du­chowy rozwój należała do niej. W niedzielę po kościele chodziłyśmy na patio pewnej restauracji, gdzie siadały­śmy na giętych metalowych krzesłach i jedząc sandwicze poprzebijane wykałaczkami, przeglądałyśmy lekcję ze szkółki. Kelnerzy flirtowali z matką, mężczyźni z sąsied­nich stolików uśmiechali się do niej. Zerkali na jej lewą ■ rękę i nie widzieli obrączki. Tak samo jak ja zdawali się tęsknić za moją matką - która dla mnie już wtedy uciele­śniała piękno młodości, jej lśniące włosy i gładkie policz­ki świadczyły o witalności obcej moim dziadkom, potra­fiła zrobić mostek i gwiazdę, miała piętnaście par butów na wysokich obcasach, każdą w innym kolorze - która wydawała się jeszcze bardziej godna pożądania ze wzglę­du na swą niedostępność.



1   2   3   4   5   6


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna