Mariusz Ferek Jesteśmy, my wszyscy, kształtowani I na nowo urabia­



Pobieranie 0,91 Mb.
Strona2/6
Data14.02.2018
Rozmiar0,91 Mb.
1   2   3   4   5   6
dodatkowe zajęcia pła*
styczne. : ■■■•

- W porządku - zgadzam się.



Na zajęciach uczę się tradycyjnej techniki malowania farbami olejnymi. Kopiuję istniejące obrazy, często za­mieszczone w kalendarzach albo wydarte z kart okolicz­nościowych. Dla ojca wybieram reprodukcję przedstawia­jącą czerwoną stodołę, żółte pola i stogi siana. Kiedy sie­dzieliśmy po przeciwnych stronach stolika na targu wa­rzywnym, ojciec opowiadał, że jeżdżąc między dwoma kościołami, w których służy, mija zagrody farmerów.

Drzwi do stodoły są otwarte, ale nie widać, co jest we­wnątrz, jedynie czarne cienie. Ołówkiem szkicuję na płót­nie zarysy obrazu i przez kolejne kilka tygodni maluję żółte siano, czerwony dach stodoły i ściany. Rozwiana na wietrze grzywa kłusującego konia, która z początku wy­daje mi się trudna do namalowania, udaje się znakomi­cie, a właśnie pozornie łatwa część zadania sprawia mi największą trudność. Nie potrafię namalować czarnego, prostokątnego cienia w obrębie otwartych drzwi. Wyglą­da na równy, tymczasem jest rozchwiany po obu stro­nach.

Muszę dokonać poprawek. Miesiącami pracuję nad drzwiami, starając się osiągnąć doskonałość. W pewnym momencie nauczycielka próbuje odebrać mi płótno, ale jej nie pozwalam. Z każdym tygodniem cień jest coraz większy i większy, a jego zarysy wcale nie stają się bar­dziej równe. Nic nie pomaga taśma maskująca ani równa krawędź. Kiedy się wreszcie poddaję, dostrzegam, że usi­łując nadać cieniowi doskonały kształt, powiększyłam go do tego stopnia, że otwór drzwiowy wypełnia niemal całą

stodołę. Siadając przed sztalugą, od razu wpadałam w mroczny kwadrat niepewności, którego granice usiło­wałam określić ciągle od nowa, nigdy nie ustanowiwszy ich właściwie.

  • Nie, tego nie możesz mu wysłać! - powiada moja
    matka na widok dzieła. - Do licha, co się z tym stało?

  • Nie wiem - mówię. - Nie wiem.

Nie jest w stanie powstrzymać się od śmiechu, bo ob­raz wygląda bardzo zabawnie. Ja nie potrafię powstrzy­mać się od płaczu.

Przynosi ze swojego mieszkania magnetofon i usta­wia go na moim łóżku. Jestem już dość dorosła, aby sama pisać. Skończyłam może dwanaście lat, lecz aby przesłać wiadomość mojemu ojcu, zamiast z papieru i ołówka mam skorzystać z taśmy magnetofonowej. Obiecała mu, że to zrobię. Poucza mnie, że jeśli będę gotowa, mogę nadusić kwadratowy przycisk.

W końcu nudzi ją mój brak zdecydowania. Wychodzi z pokoju. Ruszam za nią. Nie chcę zostać zupełnie sama przy ciężkim, czarnym pudle ze srebrnymi gałkami. Pa­trząc na nie, widzę czarny kufer z błyszczącymi stalowy­mi okuciami z rodzaju tych, w których cyrkowy magik zamyka dziewczynę, nim przepiłuje ją na pół.

Chwytam matkę za rękaw, czym wzbudzam jej gniew. Obie bez końca próbujemy skłonić mnie do powiedzenia czegoś w stronę mikrofonu na końcu czarnego przewo­du. Nic nie pomaga. Ani groźby, ani obietnice.

Moje usta, jakże są niechętne do współpracy. Podczas nauki pływania same otwierają się pod powierzchnią wody i wtedy się dławię. Przy magnetofonie zamykają się, unie-



ruchamiają mi język, nie dopuszczają, by wydobyło się z nich choćby jedno słowo.

Pewnego dnia usłyszę zdanie, zdanie magiczne, które sprawi, że zginą przeszkody i wszystko stanie się łatwe. Ale nim do tego dojdzie, nie powiem nic.

Mam dwadzieścia lat, kiedy to się zaczyna, a za­czyna się od wizyty. Potem matka i ja spiera­my się, która z nas wpadła na pomysł, aby go zaprosić. Ona mówi, że ja. Ja myślę jednak, że ona.

Minęło dziesięć lat, odkąd go widziałam. Jeśli matka ma rację - jeśli pomysł zaproszenia ojca do nas był mój -można to wytłumaczyć ogromną ciekawością poznania niemal obcego rodzica, mojej drugiej części, pragnieniem wystarczająco silnym, aby przełamać niechęć wywołaną jego listami. Może podejrzewam albo mam nadzieję, że za tą ideologiczną górnolotnością kryje się namiętność. Że owa zasłona jest czasem wręcz niezbędna; niektóre fascynujące stwory należy przechowywać wewnątrz klatki ze słów.

Rodzice spotykali się potajemnie przez lata. W odleg­łych miastach rozmawiali o tym, że nowa żona, inne dzieci nie przeszkodzą im uciec, pobrać się, spróbować od po­czątku. Lecz ich plany zawsze pozostały tylko planami. Matka i ojciec byli ze sobą nie dłużej niż dwa lata, w mał­żeństwie zaś niespełna rok. Rozwiedli się przed pierw­szą rocznicą moich urodzin. Jeśli podejrzewam, że zbli­żająca się wizyta jest jednak pomysłem matki, to dlatego, że po pierwsze nie pamiętam, bym ją sugerowała, a po drugie, ona już nazbyt długo go nie widziała - zbyt wiele

czasu upłynęło od chwili, gdy ostatni raz samotnie wyru­szyła na tajemnicze wakacje.

Może prawdziwa jest moja późniejsza konkluzja: mat­ka wykorzystuje jego zainteresowanie mną i moje nim, aby usprawiedliwić własne plany nawiązania ponowne­go kontaktu. Jeśli rzeczywiście o to chodzi, jakże gorzko przyjdzie jej pożałować tego podstępu.



Spotkanie ma się odbyć podczas wiosennej przerwy w zajęciach na pierwszym roku college'u, akurat dwa ty­godnie po moich dwudziestych urodzinach, przypadają­cych w czasie sesji egzaminacyjnej.

  • Nie ma co - powiada mój chłopak, żegnając się ze
    mną na parkingu przed domem akademickim. - Nie bę­
    dzie łatwo.

  • Tak sądzisz? - pytam. Do tej pory świadomie nie za­
    stanawiałam się nad tym. Nad perspektywą spotkania ojca
    po raz pierwszy od dziesięciu lat, zaledwie po raz trzeci
    w całym moim życiu. Jak zawsze miałam dużo materiału
    do opanowania i w ciągu ostatnich tygodni do późna prze­
    siadywałam w bibliotece.

  • Żartujesz sobie? - mówi, na co wzruszam ramiona­
    mi i uciekam wzrokiem w bok, czyli wykonuję jeden z wie­
    lu moich wymijających gestów.

Akurat ten chłopak jest ode mnie starszy, kończy w tym roku studia. Uważam, że jest bardzo miły, a cecha ta pozwala mu zająć wyjątkową pozycję w krótkiej histo­rii moich chłopców. Był jeszcze dzieckiem, kiedy zmarł mu ojciec; nie ma ojczyma. Pozbawiony ojcowskiej opie­ki przez całe swoje życie wie coś, do czego ja nie jestem w stanie się przyznać: że pewna tęsknota w moim życiu

musi się koncentrować na owym braku w kolekcji rodzin­nych portretów. Przecież nie mogą poświęcić wszystkie­go mojej matce.

Jazda do domu trwa siedem godzin. Po drodze ciągle od nowa słucham tego samego albumu Rolling Stonesów. Mechanizm odtwarzacza automatycznie przewija taśmę., tworząc dźwiękową pętlę. Uporczywe rytmy wypełniają milę za milą szarej autostrady i nie pozwalają na dłużej zatopić się w myślach, które przemykają się, ślizgają, ula­tują niczym wyrzucone plastikowe kubeczki i papierki po cukierkach na wietrznych nabrzeżach.

Sypialnia mojej babki: siedzimy we dwie w nogach wiel­kiego łoża dziadków. Mam sześć, może siedem lat. Babka przed chwilą wzięła kąpiel. Ma na sobie halkę i właśnie wciąga jedną ze swych staromodnych pończoch powyżej kolana i przypina ją do podwiązki. Jak na kobietę po sześć­dziesiątce ma nadal wcale zgrabne nogi, świeżą oliwkową skórę - gładką i błyszczącą, rzepki małe i ponętne jak wło­skie orzechy, aż chce się ich dotknąć. Na co dzień używa perfum Chanel N° 5 i wkłada sznur pereł, który dostała w prezencie od swojego ojca na siedemnaste urodziny.

  • Połaskocz mnie po karku - mówi, a ja posłusznie mu­
    skam ją lekko palcami w miejscu, gdzie kończą się jej ufar-
    bowane na czarno włosy.

  • Wiesz - mówię - kocham cię najbardziej na świe­
    cie. Kocham cię bardziej niż mamę.

Babka zdejmuje moją dłoń ze swego karku.

- Nieprawda - odpowiada. - Mylisz się.



Milczę, bo zawstydziła mnie odmową przyjęcia tego, co jej ofiarowałam.

- Najbardziej kochasz swoją mamę. Tak to już jest uło­żone na tym świecie, a ty nie powinnaś być wyjątkiem.

Stwierdzenie babki nie odpowiada prawdzie, wynika raczej z nakazu rozsądku. Z pewnością szczerze pragnie, abym ją kochała najbardziej - pragnie być pierwszą mi­łością każdego - ale akurat w tym okresie wiele jej sprze­czek z moją matką dotyczy kwestii, czy jedna albo druga swym zachowaniem nie uraża moich uczuć. Ponieważ matka wyprowadziła się niedawno, być może inspirując ów przypływ uwielbienia, babka wystrzega się wypowie­dzenia jakiejkolwiek wywrotowej uwagi, którą mogłabym powtórzyć.

Przyglądam się, jak wciąga i zapina drugą pończochę. Tego popołudnia zaczynam się uczyć mądrości zacho­wywania uczuć dla siebie, dostaję lekcję, którą w okresie mojego dzieciństwa wielokrotnie wzmacniają wrogie, skomplikowane i zmienne kobiece alianse, tak częste, że w końcu mój talent stosowania uników dorównuje umie­jętnościom mojej matki. Ona może śpi w masce, ale ja, kiedy już jestem nastolatką, mam wewnątrz własną ma­skę, skrywam w niej swoje serce.

Upomniana przez babkę, siedząc w milczeniu przy jej boku, zaczynam naukę definiowania tego, co naprawdę czuję wobec matki - złość pełną rozpaczy i obaw za to, że mnie opuściła, złość, która dotknęła mnie astmą i wysyp­ką - jako miłość.

A co z matką, jakże skłonną do posługiwania się tym słowem w jakimś liściku do mnie, nie zawierającym nic poza całusami i pustymi „ochami"? Jej wściekłość na mnie jest dzika i niepohamowana, wybucha z siłą, która dziwi ją tak samo jak mnie. Pewnego razu, jeszcze zanim się wyprowadzi, wchodzę jej w drogę. Akurat wybiera się na

randkę. Już jest spóźniona, a ja ją drażnię. Stojąc razem z nią przed lustrem, sięgam po jedną z jej szminek, wów­czas ona odwraca się do mnie ze szczotką. Ciosy spadają na mnie wszędzie. Ściga mnie na dół po schodach, ude­rza, gdzie tylko zdoła sięgnąć... w plecy, nogi, głowę. U pod­nóża schodów wybucham płaczem, z początku dlatego, że jestem wstrząśnięta i przestraszona, ale potem, kiedy zaalarmowani moim krzykiem nadbiegają dziadkowie, płaczę, aby wpędzić moją matkę w kłopoty, płaczę głoś­niej i dłużej, uczę się potęgi zemsty.

Naszyjniki. Pierścionki. Ubrania. Książki. Przenośne radio stereofoniczne i obiektywy do aparatu fotograficz­nego. Wieczne pióro, którym pisał w college'u. Brzytwa jego dziadka i rzemień do jej ostrzenia w oryginalnym cynowym pojemniku z ornamentami na brzegach. Dia­ment, który do kogoś należał, ale nie mogę sobie przypo­mnieć do kogo.

Niektóre spośród tych prezentów po prostu porozda-ję, inne zastawię w lombardzie i zaraz po wyjściu na ze­wnątrz podrę wszystkie pokwitowania. Pamiątki rodowe zwrócę, zapakowane starannie w pudełka. Wyślę je pocz­tą jako paczki wartościowe, nie dodając do adresu ani jed­nej litery. Należą do jego dzieci. Nie do mnie, tylko do dzieci, które wychował. Do córek, które nadal będą jego, kiedy my już nie będziemy ze sobą rozmawiać.

Prezenty bożonarodzeniowe. Prezenty urodzinowe. Prezenty na Wielkanoc, na walentynki, na Halloween. Wszystkie zapakowane w bardzo ładny papier. Uważam,

aby go nie porozdzierać. Wstążek nie przecinam, rozwią­zuję je. Z pojemników na śmieci wyciągam kolorowe pa­piery i kokardy. Wygładzam je i z powrotem owijam w nie pudełka. W taki sposób zachowuję świadectwa miłości mojej matki albo, trafniej, tego, co ona nazywa miłością. Podarunki od niej zwykle dostarczają mi wskazówek, w jaki sposób mogłabym wkraść się w jej łaski. Jeżeli na przykład daje mi sukienkę w rozmiarze sześć, wiem, że powinnam się dostosować, zmienić figurę i pożegnać się z rozmiarem dziesięć. Potrafię uczynić z siebie istotę, któ­rą, jak sobie wyobraża, mogłaby pokochać, przynajmniej kiedy stoi w sklepie i kupuje sukienkę.



Miną lata, nim sobie uświadomię, że zachowując tego rodzaju świadectwa, jednocześnie dokumentuję inny uczuciowy proces, nie miłość, tylko wściekłość, bo zawsze otrzymuję wskazówki pod postacią prezentów i osta­tecznie je odrzucam. Pod bożonarodzeniowym drzewkiem wydaję stosowne odgłosy radości, ale później w samotno­ści, gdy w domu panuje już mrok, odwracam swoją reak­cję, odrzucam podarunki, pakując je z powrotem, jakbym ich nigdy nie otwierała.

Można tę dwoistą wizję dostrzec w innych obszarach mojego życia. Niechętny stosunek do jedzenia jest typo­wym przykładem w sferze moich związków z matką. Czy mając piętnaście lat, przestaję jeść dlatego, że chodzi mi o zapewnienie sobie jej szczerego, acz niechętnego po­dziwu? Czy może po prostu chcę stawać się coraz mniej­sza i mniejsza, póki nie zniknę, stając się prawdziwą cór­ką mojej matki - tą, której nie widzi? Albo czy jestem na nią tak wściekła za ciągłe uwagi pod moim adresem na temat wagi, że postanawiam nie dać jej w przyszłości żad­nego pretekstu do wypowiedzenia choćby jednego słowa

na temat mojej wagi i rozmiaru ubrań. „Chcesz mieć szczupłą córkę?" - pamiętam, że tak myślałam. „To bę­dziesz ją miała. Ja zdecyduję, co to znaczy, nie ty". Nie interesuje mnie sugerowane sto dwadzieścia funtów, ale dziewięćdziesiąt pięć. I nie rozmiar sześć, tylko dwa.

Szkoda, że nie rozumiałam, na czym polega triumf nie-jedzenia; gdybym była w stanie rozpoznać swoją ekscyta-cję jako wynikającą z zemsty, próby odcięcia się od mat­ki, ze sposobu, w jaki się mnie wypiera, kiedy godzinami stoję przy jej łóżku, a ona leży z zamkniętymi oczami i twa­rzą przysłoniętą maską.

Być może początek anoreksji jest odpowiedzią na dą­żenie do spełnienia matczynego ideału; choroba trwa, bo chcę wymazać siebie samą. Kieruje mną też głębsza, bar­dziej zdradziecka i trwała pokusa pozbycia się matki. Wymaganiom anoreksji da się sprostać, wymaganiom matki - nie; zatem zamieniam matkę na chorobę wraz z całym systemem pokuty i wyrzeczeń, w którym jest przewidziana osobna nagroda. I matki są w nim całkowi­cie zbyteczne.

Przyjęcie nad basenem w domu z dziedzińcem i czer­wonymi dachówkami. Dom należy do architekta, z któ­rym matka się spotyka. Jest w nim siedem sypialni, z cze­go sześć nie używanych. Przebieramy się w tej, która zo­stała nazwana „pokojem błękitnym". W bladoniebieskiej, kobiecej przestrzeni stoi wielkie łoże z baldachimem.

Niczym bokserzy matka i ja wycofujemy się w prze­ciwległe kąty sypialni. Matka jak zwykle nie znosi poka­zywać się nago. Jeśli może, przebiera się w ciemności. Przyglądam się, jak wciąga pod sukienką kostium kąpie-

Iowy. Pragnę, by spojrzała na mnie, na moje ciało. Nic nie sprawia mi większej przyjemności niż rozbieranie się, właśnie teraz, kiedy jestem chuda. Codziennie wiele razy zdejmuję ubranie i staję na wadze. W publicznych toale­tach czekam, póki nie zostanę sama. Podciągam bluzkę i podziwiam w lustrze sterczące żebra. Wystarcza mi wi­dok samej siebie, bym się zachwyciła, by z podniecenia zadrżały mi ręce. Zdumiewa mnie ciało, które stworzy­łam. Choć nikt inny go nie podziwia, nie uważam tego za nadmiar krytycyzmu, tylko za wyraz prostego faktu, że moje kryteria oceny są zbyt osobliwe, aby brali je pod uwagę zwykli ludzie. Ponieważ nie mam chłopca, nie ma kto narzekać, że nie pozostawiłam nic miękkiego, czym mógłby ucieszyć wzrok i dłonie. Sama jestem swoim ko­chankiem. Wieczorami kładę się naga do łóżka i doty­kam się w ciemności, aż w końcu znam na pamięć mapę swego niedosytu.

Poznaję oszałamiający zachwyt morzenia się głodem. Moc rezygnacji ze wszystkiego. Siłą woli staję się elfem, który żyje powietrzem, wodą, niewinnością.

Właściwie to nie tylko jedzenia się wyrzekam, nie tyl­ko wszelkich chęci, wszelkich żądz. Przede wszystkim płci. Głodzę się, aby matce odebrać moją seksualność - nie ot, tak po prostu sprawiając, aby zniknęły mi piersi i biodra, lecz żeby wyschła krew. Jednego na pewno nie może ścier-, piec w związku z tym, że jestem chuda: nie krwawię. Nie mogę zajść w ciążę, nie mogę zatem znaleźć się w niebez­pieczeństwie, w jakim znalazła się kiedyś moja matka, tra­cąc nagle cześć.

W dodatku jest wściekła. Musiała przecież choć raz

usłyszeć przesłanie mojego dzieciństwa i okresu dorasta­nia, słowa, które powtarzała mi babka: „Nie popełnij błę­du matki". Jakże ona musi mnie nienawidzić. W szkole mam dobre oceny i ostentacyjnie unikam chłopców. Na pewno sama siebie przekonuje, że to, iż wejdę na drogę występku i ona przyłapie mnie na gorącym uczynku, jest przynajmniej możliwe. Kiedy odkrywa, że straciłam okres, zaczyna mnie ciągać po lekarzach. Jest przy mnie w po­koju porad, a nawet w sali badań. Ginekolog przepisuje hormony, specjalista od akupunktury wkręca mi w uda

igły-


Przed rozpoczęciem nauki w college'u raz jeszcze ra­zem odwiedzamy gabinet ginekologa. Matka chce mnie wyposażyć w kapturek, ów ciągle zawodny środek anty­koncepcyjny. Tylko że żadnego nie można dla mnie do­brać.

- To niemożliwe bez przerwania hymenu - powiada


lekarz po wstępnym badaniu. - Przecież pani nie chce
tego robić, prawda?

Matka stoi pod oknem. Waha się. Ja podpieram się na łokciach.

- Chcę - mówi.

Mężczyzna posługuje się wieloma zielonymi plastiko­wymi penisami o coraz większych rozmiarach. Kiedy wyjmuje cały ich komplet spod pokrywy chirurgicznej tacy z nierdzewnej stali, nie dowierzam własnym oczom. Ta zieleń nie przypomina żadnej barwy, która występo­wałaby w naturze. W takim kolorze są pojemniki na od­pady chirurgiczne, wymiociny i rozmaite groźne instru­menty, które kojarzą mi się z chorobą i śmiercią. Wsuwa je kolejno, zacząwszy od najmniejszego, który nie jest

większy od jego małego palca. Wszystkie od drugiego po ostatni wyjmuje ubrudzone krwią. Dokonuje defloracji na oczach mojej matki. Jest położnikiem, człowiekiem, który był przy moim porodzie. Czy właśnie dlatego sądzi, że nie ma sprawy, że wszystko jest w porządku?



Leżę na stole, na kolanach mam papierowe przeście­radło, dłonie na oczach.

Naprawa autostrady i objazdy sprawiają, że po­dróż z college'u do domu trwa jeszcze dłużej niż zwykle. U matki jestem akurat w porze obia­dowej. Zasiadamy do czegoś francuskiego i bardzo am­bitnego, czemu musiała poświęcić całe popołudnie pra­cy. Ale i tak podczas posiłku zostawiamy telewizor włą­czony, raczej próbujemy niż jemy to, co przygotowała.

  • Odbierz - mówi matka za każdym razem, kiedy
    dzwoni telefon. Trochę, mnie to dziwi - zwykle zachowu­
    je dyskrecję, gdy w grę wchodzi jej prywatne życie - kie­
    dy jednak o wpół do dziewiątej telefon odzywa się zno­
    wu, nareszcie pojmuję. To on, ojciec, chce nam podać
    numer swojego lotu. Jego głos, którego nie słyszałam od
    dziesięciu lat, wydaje się dziwnie wysoki. Później, z cza­
    sem, uświadomię sobie, że nie zawsze brzmi w taki spo­
    sób, ale wznosi się i opada w harmonii z emocjami. Jed­
    nakże tej nocy rozmawiamy tylko tyle, ile potrzeba, żeby
    uzgodnić niezbędne szczegóły.


  • Będę miał na sobie brązowy garnitur - mówi.

  • Okay - odpowiadam.

  • Do zobaczenia - dodaje, posługując się słowami, któ­
    re wydają się zwyczajne, lecz zarazem niezwykłe z tego
    względu, że nigdy nie słyszałam ich z jego ust, z ust czło­
    wieka, którego w innych okolicznościach widywałabym
    codziennie przez wszystkie lata mojego życia.

- Okay - rzucam na koniec. - Dobrze. - Ma przylecieć nazajutrz o drugiej po południu.

Ta wizyta burzy cały dotychczasowy porządek. Znika gdzieś wieloletni towarzysz mojej matki; nie wiem, do­kąd wybywa. Może wraca do żony, z którą był w separa­cji, a z którą nie potrafił się rozwieść. Dziadkowie tylko raz przyjmą nas na obiedzie i raz przyjdą do matki na herbatę. W planach na resztę weekendu w ogóle nie są uwzględnieni. Nie bardzo wiem, czy uważać to za afront, wyraz litości, czy tylko wynik praktycznej oceny, na co stać wspólnie nas wszystkich.

Matka i ja idziemy do łóżek, w których spędzamy osob­
no bezsenną noc. Ponieważ nasze sypialnie dzieli zaled­
wie wąski korytarz, słyszymy, jak każda z nas wzdycha
i porusza się pod prześcieradłami. W pewnym momen­
cie matka wstaje. Słyszę, jak otwiera i zamyka szufladę
w swojej łazience. \ •/

Moja sypialnia u matki jest pierwszą, jaką urządziła specjalnie dla mnie. Umeblowała ją latem tego roku, w którym skończyłam szkołę średnią. Ponieważ przepro­wadzałam się z domu dziadków do college'u, nie była mi już potrzebna. Pokój jest nowoczesny. Jasne barwy po­krycia japońskiego materaca wydają się ostrym dźwię­kiem na tle stonowanych wariacji beżu w pozostałych po­kojach. Kołdrę zdobi kwiecisty wzór w niespokojne, jas­krawe goździki, które odbijają się niczym echo w żalu­zjach okiennych. Do środka wpadają pasma porannego światła i układają się w ciepłe plamy na kremowym dy-

wanie. Róż i krem stapiają się w kolor, który kojarzy mi się z podrażnionymi powiekami, z morzem wylanych łez.

Na ścianie wisi reprodukcja akwareli Jeana-Michela Folona, malowidła przedstawiającego pojedyncze krzesło, które stoi na wzniesieniu w zagajniku bezlistnych drzew. Krzesło dorównuje wielkością drzewom i ulega przemia­nie; z drewnianego oparcia wyrastają konary i gałęzie. Albo staje się w pełni krzesłem, albo powraca do kształtu drzewa. Sama wybrałam tę reprodukcję. Z pewnością dla­tego, że w tym obrazie znajduję odbicie istoty mojego pragnienia przemiany w coś, czym nie jestem, i że owo dążenie, ucieleśnione w krześle - niemym i nierucho­mym - jakże jest przy tym znajome. Mimo jego piękna, patrzę na nie bez przyjemności. Różowa poświata za wzgó­rzem jest zbyt nikła, by sugerować nadzieję: nie sposób odgadnąć, czy to wschód słońca, zachód czy odblask zbli­żającego się pożaru.

Reprodukcja dwakroć odbija się w dużych lustrach wi­
szących na drzwiach garderoby, a cały pokój lśni optymiz­
mem, który ma się nijak do uczuć, jakie żywimy z matką
względem siebie. Ponieważ większą część wakacji szkol­
nych spędzam u dziadków, tutaj przebywam jedynie
w trakcie krótkich wizyt. . ,; .

Zgadzamy się, że na lotnisko musimy wyjechać o pierwszej, ale ja jestem gotowa do drogi na długo przed południem. Nie ma w tym absolutnie nic niezwykłego, że przygotowałam się tak wcześnie. Z zasady jestem zbyt wcześnie. Na obiad do restauracji docieram zwykle do­brą godzinę przed umówionym terminem i muszę space­rować po sąsiednich ulicach albo czekać w sąsiednich

sklepach, póki nie okażę się punktualna niemal do bólu. Nic na to nie mogę poradzić. Jest to zapewne reakcja na ustawiczne spóźnialstwo mojej matki, na to, że byłam ostatnim dzieckiem, które odbierano ze szkoły, obozu, kościoła, przyjęć urodzinowych, wizyt u dentysty, lekcji tańca.

Zawsze zapłakana, zawsze przekonana, że tym razem w ogóle nie przyjdzie, zostawi mnie na wieki z dentystą albo rosyjską nauczycielką baletu, która metrowym kij­kiem biła mnie pod kolanami. Kiedy matka wyprowadzi­ła się od dziadków, zobowiązała się, że przynajmniej w po­łowie koniecznych przypadków będzie mnie zawozić i przywozić; tak oto zdarzało się, że w holach i foyer, na wilgotnych kamiennych ławach albo winylowych kana­pach poczekalni powtarzałam w myślach numer telefo­nu dziadków i adres, pod jaki policja powinna mnie od­stawić.

Spóźnialstwo jest u mojej matki skłonnością tak moc­no zaawansowaną, że wykracza poza granice wszelkiej przyzwoitości. Staje się przyczyną utraty pracy, miłości, niepotrzebnych sesji u psychoterapeuty, poza tym suge­ruje, że matka żyje we własnym, osobliwym wymiarze czasu. Spóźniając się - nieważne, jak to tam zwal - matka jest niezawodna, dlatego na rodzinne spotkania babka z przyzwyczajenia każe jej przychodzić przynajmniej dwie godziny wcześniej, a mimo to matka wpada na ostatnią chwilę, niemal się spóźnia. Nie jestem tak praktyczna jak babka; nigdy nie mogę się do tego przyzwyczaić.



O 12.45 pukam do drzwi sypialni. Matka wyszła już z wanny, układa włosy, ale jeszcze nie zrobiła sobie maki-

jazu. Nie ma na sobie nic prócz biustonosza i majteczek. Porozrzucane bluzki i spódnice zakrywają wszystkie po­wierzchnie zwykle idealnie wysprzątanego pokoju.

Buty wypadają z szafy, jakby je zatrzymano podczas próby ucieczki. Siedzę, w fotelu na biegunach i obserwuję rozwój wypadków.

  • Dobrze ci w tym - uspokajam matkę po każdej zmia­
    nie kreacji, ale ona przegląda się w lustrze i kolejny raz
    wszystko z siebie zdziera. - Proszę - mówię. - Jest pierw­
    sza. - Potem, po kilku następnych przymiarkach rzucam: -
    Pierwsza piętnaście.

  • Jedź - odpowiada. - Ja nie mogę. Nie jestem gotowa. -
    Siada na łóżku, nadal rozebrana. Chowa twarz w dłoniach.

  • Sama? - pytam. - Nie chcę.

  • Będziesz musiała. Albo też się spóźnisz.

  • Po prostu wrzuć coś na siebie - błagam. - Proszę.
    Poprowadzę, a ty możesz dokończyć makijaż w samocho­
    dzie.

  • Nie. Jedź już.

Wyruszam o pierwszej trzydzieści. Drętwieję ze stra­chu, ale nie wiem, czy z powodu spotkania sam na sam z ojcem, czy dlatego, że się spóźnię. Mknę autostradą. W moich żyłach płynie szeroki strumień adrenaliny. De­nerwuję się tak bardzo, aż bolą mnie plecy.

Zatrzymuję samochód i biegnę przez terminal od par­kingu do wyjścia. Ciężko dyszę. Mężczyzna w jasnobrą-zowym garniturze - nie w brązowym - prostuje się po­woli przy fontannie, odwraca i zatrzymuje na mnie wzrok. Rozpoznajemy się natychmiast. Niedawno wymieniliśmy aktualne fotografie, ale chodzi jeszcze o coś innego: jeste­śmy do siebie podobni.

Zbliżając się do mnie, ojciec ociera mokre usta wierz-

chem wolnej dłoni. W drugiej trzyma czarny, z wyglądu ciężki futerał - aparat fotograficzny, wyjaśnia.


  • Spóźniłaś się - powiada. Chociaż samolot również
    przyleciał po czasie, na ziemi jest już od kilku minut.

  • Wiem - mówię. - Przepraszam. Ale na drodze...

Kłamię, aby usprawiedliwić matkę, jeszcze nagą w biu­stonoszu i wałkach na głowie. Mogłabym ją zdradzić, wy­jaśnić, ile ta wizyta dla niej znaczy. Choćby tyle, że miała szaleńczy ranek przed lustrem. Nie czynię tego. Chronię ją. Nauczyła mnie tego na własnym przykładzie, na przy­kładzie maski, zastrzeżonego numeru telefonu. Nie mogę sobie przypomnieć chwili, kiedy nie byłam świadoma kru­chości matki. To przecież część mojego przekonania o jej nadzwyczajnej wartości. Tak samo wiem, że tylko najlep­sze filiżanki łatwo pękają.

W terminalu wyprowadza mnie z tłumu pasażerów witających członków swoich rodzin i przyjaciół. Znajduje wolne miejsce przy jednym z ogromnych okien, które wychodzą na płytę lotniska.

- Nie ruszaj się - prosi. - Pozwól mi na siebie popa­


trzeć.

Ojciec przygląda mi się tak, jak do tej pory jeszcze nikt mi się nie przyglądał. Pożera mnie oczami - oczami, któ­re, jak się w przyszłości zorientuję, zwykle są podbiegnię­te krwią w taki właśnie sposób. Prawie czuję ich dotyk. Ojciec chwyta mnie za ręce. Ujmuje każdą z osobna, od­wraca, wpatruje się w dłonie. W rzeczywistości wcale ich nie całuje, tylko to jego spojrzenie urzeka.

- Ojej! - mówi. - Obróć się! - Czuję jego wzrok, czu­


ję, jak przesuwa się po moim karku, plecach, aż do stóp. -

Boże - wzdycha, kiedy znowu jestem zwrócona do niego twarzą. - O Boże. - Oczy, szkliste od łez, utkwił w moich oczach. - Twoje włosy... - odzywa się znowu. - Są... są dłuższe niż sobie wyobrażałem. Niż mógłbym sobie wy­obrazić Na zdjęciu, które przysłałaś, sięgają ramion.

Kiwam głową. Nie odzywam się. Jego oczy pozbawiają mnie słów, zdają się wysysać powietrze z moich ust, tak że z trudem oddycham.

Mój ojciec widzi dziewczynę o włosach blond, które sięgają nie tylko do pasa, nie tylko do bioder; sięgają do miejsca, w którym opuszkami palców dotykałaby swoich ud, gdyby nie krzyżowała rąk na piersiach. Nie jestem już bardzo chuda - w szkole nauczyłam się jeść - ale - jak gdyby peszyło mnie to, że dałam się przyłapać na posia­daniu ciała - ukrywam tyle, ile się tylko da.

W milczeniu idziemy odebrać bagaż i czekamy tam, gdzie metalowe płyty taśmociągu kolejno znikają jedna pod drugą, a tymczasem strumień walizek mija zakręt. Ojciec sięga po swoje rzeczy i w milczeniu opuszczamy terminal.

Na zewnątrz chwyta mnie za rękę. Czuję, że drżą mu palce.

  • Masz coś przeciwko temu? - pyta.

  • Ależ skąd - odpowiadam. Nie cofam dłoni.

  • Nie jest brązowy - stwierdzam, gdy wsiadamy do
    samochodu. Mam na myśli jego garnitur. >

  • Ależ jest - mówi. '

  • A nie ma żółtawego odcienia albo khaki?

  • Jest brązowy.

Podróż z lotniska do domu przebiega przeważnie w ci­szy. Nie potrafię zaproponować tematu do rozmowy i jed­nocześnie nie mam odwagi zrobić tego, na co mam naj-

większą ochotą, to znaczy uciec w muzykę. Ojciec obser­wuje mnie, odwrócony bokiem na siedzeniu. Jego spoj­rzenie powstrzymuje mnie przed sięgnięciem do pokrę­tła odtwarzacza stereo. W czasie jazdy popełniam błędy, jakie nie zdarzają mi się w normalnych okolicznościach. Moje dłonie, zwilgotniałe ze zdenerwowania, ślizgają się na kole kierownicy. Przecinamy skrzyżowanie, kiedy sprzęgło ucieka mi spod stopy, silnik gaśnie i wstrzymuję ruch w rzędzie samochodów.



Matka jest w ubraniu, które przygotowała sobie ostat­
niego wieczoru, w czarnych spodniach i swetrze z kre­
mowego kaszmiru, uwydatniającego ciemne, błyszczące
włosy. Jest rozradowana, może aż za bardzo - jak na mój
gust śmieje się nieco zbyt przenikliwie. Na piersi ma mały,
cudowny medal - promienie światła wychodzące z otwar­
tych dłoni Świętej Dziewicy. Rodzice obejmują się na krót­
ką chwilę, niemal wstydliwie. Całują się w zamknięte usta.
Ich nienaturalnie wysunięte wargi układają się w małpi
grymas. v! v.

Bardzo się staramy, aby nam się to udało, to, czyli nas troje razem. Siedzimy w salonie i pijemy mrożoną her­batę.



- Nareszcie - stwierdza ktoś - rodzina. - W odniesie­niu do nas określenie to - kto je wypowiada? moja mat­ka? ojciec? ja? - z zamierzenia ma ironiczny wydźwięk, ale ból, jaki sprawia, bo oznacza przyznanie się do niepo­wodzenia, jest tak intensywny, że potem długo nikt się nie odzywa. Matka ucieka do kuchni. Wraca z półmiskiem pełnym serów, warzyw i małych sandwiczy. Słowa ukła­da równie uważnie jak jedzenie.

Gapimy się na siebie zafascynowani. W ciągu paru chwil lata obserwacji rozpadają się na minuty. Katalogu­jemy podobieństwa, różnice. Kim jestem? Od szyi w dół repliką matki, ale głowa przypomina głowę ojca. Kształt szczęki jest echem zarysu jego szczęki, podobnie kości policzkowe, uszy, brwi. Niebywałe, ojciec i ja, kiedy mó­wimy, robimy dokładnie to samo z rękoma. A przecież nigdy nie obserwowałam jego gestów ani nie miałam oka­zji się ich nauczyć.

Przyglądam się i przysłuchuję, jak rodzice rozpoczy­nają kłótnię. Nie są w stanie zrekonstruować roku, pory roku ani nawet tygodnia, nie wdając się przy tym w spór. Nieważne, o czym rozmawiają - o dniu ślubu, moich narodzinach - zawsze sprawiają wrażenie, jakby żyli w dwóch różnych, odizolowanych, nie powiązanych rze-czywistościach, nie dopuszczając żadnych kompromisów, bez próby znalezienia płaszczyzny porozumienia. Kiedy usiłuję stworzyć w wyobraźni obraz ich zalotów, muszę składać go po kawałku; choć bardzo się staram, aby po­szczególne fragmenty do siebie pasowały, i tak zawsze otrzymuję coś w rodzaju niekompletnego kolażu - nie­które elementy są zbyt duże, inne zbyt małe, a wielu w ogóle brakuje.

Ojciec fotografuje matkę i mnie. Jako znakomity foto­graf amator posiada kilka wielkoobrazkowych aparatów i osobiście wywołuje swoje prace w ciemni, którą urzą­dził u siebie na terenie parafii. Przyglądam się, jak aran­żuje poszczególne ujęcia i robi zdjęcia matce, ona zaś przy­gląda się identycznemu procesowi z moim udziałem. Chociaż nikt na głos nie liczy, mam wrażenie, że bardzo

się stara wykonać każdej z nas jednakową liczbę fotogra­fii.

- A może teraz obie razem? - pyta nagle, więc matka i ja siadamy obok siebie przed kominkiem.

To nasze ostatnie wspólne fotografie. Później okaże
się, że zostały prześwietlone; ojciec nigdy nie zrobi wła­
ściwych odbitek, dlatego mam jedynie próbne egzempla­
rze. Mamy na nich pochylone głowy i nie dotykamy się.
Z tyłu, nad sztucznymi polanami, między naszymi ramio­
nami widać gazowe płomienie. Na jednym z ujęć wydaje
się, że płoną nasze ubrania, a wyraz cierpienia na twa­
rzach wcale nie jest uśmiechem, jak byśmy pragnęły, tyl­
ko pierwszym grymasem bólu. Jak gdyby ojciec uchwycił
moment, kiedy nagle uświadomiłyśmy sobie, że zaczął
nas trawić ogień. ..',-,...

Przez większą część tygodnia zwiedzamy muzea, ogrody botaniczne i inne turystyczne atrakcje. Ciąg­nie nas do tych miejsc cichego wypatrywania i wy­czerpujących, bezładnych wędrówek, ponieważ gapiąc się na siebie w niemym zdumieniu, mniej wydajemy się i czu­jemy dziwolągami. Jak się okazuje, czas spędzony z dziad­kami zamiast wzmagać napięcie, jest momentem wytchnie­nia, rozproszeniem uwagi. Kilka godzin trwa miła, ostrożna rozmowa o polityce, uprawianiu ogrodu i książkach, które wszyscy przeczytaliśmy.

W domu matki opóźniamy udanie się na spoczynek możliwie najdłużej. Próbujemy czerpać wrażenia z każ­dej chwili. Ojca fascynuje wszystko, co robię - obieram pomarańczę, sznuruję buty, wylewam wodę z konewki na suchą ziemię w domowych roślinach. Rano wstaję, aby wyszorować zęby, on podąża za mną do łazienki. Opiera się o framugę drzwi i przygląda się, jak z tuby wyciskam pastę. Jego badanie ekscytuje mnie i zarazem wyczerpu­je. Jak wytłumaczyć, że wszyscy uważają mnie za osobę tak interesującą?

- Zawsze używasz tej marki? - pyta. - Cresta?


Potakuję. Zauważamy głośno, że moje zęby w kształ­
cie i kolorze są takie same jak jego.

- Zawsze nosisz bransoletki? - pyta.



- Nie - odpowiadam.
Teraz on potakuje.

Też mnie urzeka. Właściwie nie wiedziałam wcześniej, jaki jest mój ojciec, a objawienie okazuje się z natury ku­szące. Zjawia się także fascynacja podobieństwem, tym, że przypominamy siebie w sposób, który wykracza poza fizyczne analogie.

  • Chodzisz jak twój ojciec - mawiała do mnie matka,
    kiedy byłam młodsza. - Spostrzegłam to, jak tylko stanę­
    łaś i postawiłaś jedną nogę przed drugą.

  • Nie rozumiem - odpowiadałam. - W jaki sposób?

  • Nie potrafię tego wyjaśnić - mawiała.

I nawet nie próbowała. Czasem mówiła tęsknie, ale zwykle nie był to komplement. Wiele z cech tego rodzaju babka i matka zdają się traktować jako obcy element we mnie - na przykład zamiłowanie do książek albo bezna­dziejny brak zainteresowania modą i tym, co one uważa­ją za przyjemności: robienie manikiuru, pielęgnowanie twarzy, wychodzenie na podwieczorek do herbaciarni. Czyniły za to odpowiedzialną drugą, rogatą połowę mo­ich genów. Zdumiewa mnie odkrycie, że osąd, który po­przednio wydawał mi się powierzchowny, okazuje się bardzo trafny. Ojciec nie tylko jest ze mną spokrewnio­ny, on wydaje mi się znajomy jak ja sama sobie. Teraz skłonność do uporu, marszowy chód i sposób, w jaki marszczę brwi - wszystkie tego rodzaju szczegóły - nie są świadectwem mojego oddalenia, lecz przynależności.

„Piękny jest ten, kto czyni pięknie". Dziadek powta­rzał te słowa przez całe moje życie, kiedy więc robiłam coś złego, od razu wiedziałam, że jestem paskudna.

W dniu moich narodzin dziadek miał siedemdziesiąt jeden łat. Jako małe dziecko często znajdowałam się pod jego opieką. Wysoki, niezwykłe energiczny mężczyzna, uprawiał ogród, pływał, odwoził mnie do szkoły i poma­gał w odrabianiu lekcji.

To właśnie dziadek nauczył mnie jeździć na rowerze. W kieszeni koszuli trzymał karteczki i na niby wypisywał mandaty, kiedy zbyt szybko wjechałam na podjazd albo wpadłam na rabatę. Aby z powrotem wkraść się w jego łaski, za karę musiałam wykonać jakieś zadanie. Tej gry w niby-przestępstwa i niby-kary nigdy nie miałam dosyć.

Byłam chłopczycą; dziadka nie odstępowałam, pląta­łam mu się pod nogami tak często, że moje pierwsze prze­zwisko brzmiało „Cień" jak w tytule Ja i mój... Gwizdał fragmenty z wodewilów, ilekroć słyszał, że nadchodzę. Ponieważ w domu nikt nie miał więcej cierpliwości niż on, w porze zasypiania matka i babka oddawały mnie pod jego opiekę i czasem musiał śpiewać nawet kilka godzin, póki nie zasnęłam.

Przyjaźń ta trwała ku naszej obopólnej radości...



  • Och, dzięki tobie zachowuje młodość! Zachowuje
    młodość! - powiadali jego pomarszczeni przyjaciele,
    szczypiąc mnie lekko w ucho albo policzek. Ale nagle
    wszystko się zmieniło, kiedy weszłam w okres dojrzewa­
    nia.

  • Teraz jesteś już na to zbyt duża - mawiał dziadek
    i spychał mnie z kolan. Gdy mnie obejmował, nie dopusz­
    czał, aby nasze ciała się dotykały. Dotyczyło to zwłaszcza
    moich piersi i bioder. Domyślam się, że coś podobnego
    musiało się przydarzyć mojej matce, gdy skończyła dwa­
    naście albo trzynaście lat; jej ciało zaczęło wysyłać sygna­
    ły świadczące o nabywaniu seksualności i dlatego stało

się niedotykalne. I że to odrzucenie na granicy dzielącej dzieciństwo i kobiecość musiało jej sprawić przykrość tak samo jak mnie.

Urodzony w 1890 roku dziadek wyznawał iście wikto­riańskie zasady. Dorastał w domach, w których nawet za­okrąglone stołowe nogi nie wyglądały nigdy spod obru­su. Z pewnością był przewrażliwiony, gdy w grę wchodzi­ło to, co nazwałby naszą zwierzęcą naturą. Babka potrafi drwić z jego pruderii, bo wiktoriański mores jest dla niej niczym język, którym umie się posługiwać, lecz woli tego nie robić. Wypowiada lekceważące aluzje odnoszące się do konsekwentnych objawów niewinności dziadka, a kie­dy on wyłącza telewizor, ponieważ reklama środków hi­gieny intymnej dla kobiet przerwała mu oglądanie wia­domości, ze wstrętem odrzuca czasopismo, które do tej pory przeglądała.

- Dobry Boże! - wola. - Zamierzasz odejść z tego świa­ta w przekonaniu, że sprowadził cię nań bocian!

Cokolwiek pociąga mnie w ojcu, musi choć częściowo znajdować wyjaśnienie w ogromnej różnicy, z jaką on i dziadek odnoszą się do mojej kobiecości. Jako pięciolet­nie albo dziesięcioletnie dziecko, najszczęśliwsze przy boku dziadka, który na przykład szczepił drzewko owo­cowe albo przybijał poprzeczkę do karmnika, nie byłam w stanie ściągnąć na siebie uwagi ojca. W czasie dwóch poprzednich krótkich wizyt spoglądał na mnie tylko prze­lotnie, gdy podążał wzrokiem za moją matką. Za to teraz, kiedy jestem dorosła - moje paznokcie nie są już nierów­ne i czarne od ogrodowej ziemi, włosy nie są krótko przy­strzyżone, tylko długie, i zaokrągliły się dawniej płaskie piersi - oczy ojca nieruchomieją na mnie. Kiedy odrywa wzrok, robi to najwyraźniej niechętnie. Taki rodzaj zaśle-

pienia musi otumaniać, zwłaszcza dziewczyną wyćwiczo­ną w skromności, nauczoną, że cnota skłania bardziej do przypisywania sobie brzydoty niż urody.

Pewnego popołudnia po powrocie z galerii głęboko za­sypiam, siedząc obok ojca na kanapie. Mija godzina, dwie, sama nie wiem, moja głowa niczym główka niemowlęcia spoczywa w krzywiźnie jego stawu łokciowego. Podrywam się przestraszona.

  • Przepraszam! - rzucam. - Byłam bardzo zmęczona.

  • Och, nie! - powiada ojciec. - Proszę, nie usprawie­
    dliwiaj się! Ja wcale tego nie żałuję. - Patrzy na mnie swo­
    imi wygłodniałymi oczyma. - Ramię mi zdrętwiało - ciąg­
    nie. - Musiałem iść do toalety, ale nie śmiałem się poru­
    szyć. Gdyby to zależało ode mnie, siedziałbym i trzymał
    cię bez przerwy, nigdy bym cię nie obudził. Nie wolno mi
    było ciebie trzymać - dodaje. - Wcale. Nie pamiętam, aby
    kiedykolwiek było inaczej. Postępowali ściśle według pla­
    nu, który był święty i absolutny. Nie tolerowali żadnych
    wyjątków. Karmili cię, zmieniali pieluchy, odkładali do
    łóżeczka. Jeśli płakałaś, nikt nie miał prawa cię podnieść. -
    Chodziło mu o niańkę, matkę i babkę. - Nie pozwolili mi
    nawet się z tobą pożegnać. - Ujmuje mnie pod brodę i od­
    wraca twarzą do siebie.

Matka go obserwuje. W pewnym momencie otwiera usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz je zamyka. Kiedy ojciec mówi, łzy wypełniają żłobienia kurzych ła­pek w kącikach jego oczu. Nie tyle spływają, ile wpadają w błyszczącą sieć linii pokrywających jego twarz, wyżło­bionych przez słońce, śmiech i smutek. Dotychczas jesz­cze nigdy nie widziałam, aby mężczyzna płakał.

Oczy mojego ojca: jakie są? Doskonale znam ich bar­wę - jest taka sama jak u mnie albo u matki. Tylko płoną inaczej niż wszystkie inne oczy, które widziałam i wcze­śniej, i później. Płoną jak oczy proroka, szaleńca, kochan­ka. Zawsze błyszczące, nabiegłe krwią, zawsze w abso­lutnym skupieniu zwrócone w moją stronę. Inteligentne, radosne, połyskujące, nawiedzone, roziskrzone, urze­kające.

Tego jeszcze nie wiem, nie dopuszczam tej myśli, ale czuje, to: ojciec, jakże spokojny, jakże intensywnie we mnie wpatrzony, zaczyna powoływać mnie do istnienia. Ofia­rowuje mi mnie samą. W jego oczach odbija się życie, którego nie mogłam dojrzeć w uparcie zamkniętych oczach matki. Patrzę na niego, podczas gdy on patrzy na mnie, i w jednej chwili zakochuję się rozpaczliwie i bez pamięci. Tej miłości nie sposób oddzielić od przejmują­cego poczucia straty. Gdziekolwiek jestem sama - w sy­pialni, w łazience - płaczę, czasem osuwam się nawet na kolana. Jak sobie poradzić z tą nową rozpaczą? Jakże tak może być, że mam dwadzieścia lat, dorosłam bez ojca, a teraz nagle spotykam go, gdy jest za późno, gdy dzie­ciństwo bezpowrotnie przeminęło?

Ostatniej nocy, którą spędza z nami ojciec, budzę się po dwóch godzinach snu. Siadam na łóżku i sięgam po zegarek leżący na nocnym stoliku. Za dziesięć trzecia. W gardle coś mnie drapie, jakby zaczynało się przezię­bienie. Schodzę po szklankę soku pomarańczowego. Po­ruszam się ostrożnie, aby nie zakłócić ojcu snu w jego pokoju. Gruby dywan na schodach tłumi odgłos moich kroków. Kiedy mijam otwarte drzwi gabinetu, widzę, że

rozkładana sofa jest pusta, ojca na niej nie ma. Zapalam światło w salonie, aby się upewnić, czy nie śpi na kana­pie, ale teraz już wiem, gdzie jest: w łóżku mojej matki.

Wracam do schodów i siadam na stopniu, aby wszyst­ko spokojnie rozważyć - ich niewierność wobec jego obec­nej żony i ufnego partnera matki. Czy rodzice uważają łączące ich więzi za absolutnie pierwotne, nie podlegają­ce dyktatowi zasad, którymi kieruje się większość prze­ciętnych ludzi? Może są przekonani, że dopóki sypiają tylko z sobą, to zachowują wierność, a dopiero inne ro­manse oznaczają zdradę. Sama i samotna po drugiej stro­nie drzwi do sypialni mojej matki odczuwam zazdrość. Odkrywam, że na myśl o rodzicach odbywających stosu­nek seksualny reaguję z nadmierną wrażliwością. Fascy­nuje mnie to i zarazem odpycha.

Kiedy zapalam światło w kuchni, na blacie dostrze­gam karalucha. Nie zabijam go. Delikatnie, nie zbliżając się zanadto, umieszczam nad nim odwróconą szklankę i pozostawiam problem do rozwiązania matce. Nie cier­pię insektów, a karaluchów zawsze bałam się szczegól­nie.

Kiedy piję sok, widzę, że owad krąży pod szkłem, uno­sząc się od czasu do czasu na tylnych odnóżach, aby do­tknąć czystej i gładkiej powierzchni zapory przednimi nóż­kami i długimi czułkami. Przyglądam się, jak niespokoj­nie szuka przerwy, maleńkiej rysy, zagłębienia w szkle, słowem nadziei na wspinaczkę, wydostanie się, ucieczkę. Ale w szkle nie ma niczego, co mogłoby spełnić tę rolę.

Następnego dnia, kiedy matka bierze prysznic, ojciec opowiada o wydarzeniach ostatniej nocy.

- Słyszałem cię - powiada. - Słyszałem, jak schodzi­łaś po schodach. - Pochyla się dyskretnie nad kuchen-

nym stołem. - Zrobiłem to, bo musiałem - mówi. - Po­prosiła mnie.

Nic nie odpowiadam, ale oboje wiemy, o czym mowa.

Nie opisuje ich aktu miłosnego jako czegoś świętego, co byłoby zgodne z moimi wyobrażeniami, lecz jako nio­sący pociechę uczynek. Odpowiada na pytanie, którego w ogóle nie wypowiadam.

- Nie zrobiłem tego dlatego, że chciałem - dodaje.


Upokorzona ze względu na matkę i wstrząśnięta, -że

zdradził ją właśnie w taki sposób, nie patrzę na niego, tylko na talerz.

Kiedy nadchodzi czas odwiezienia ojca na lotnisko, matka znowu nie może się ruszyć. Boli ją głowa.

Jest przybita i zniechęcona. Ta wizyta, jak wszystkie poprzednie, przekonała ją, że straciła lata na nieodpo-wiednich mężczyzn, na nieodpowiednie życie.

- Odwieź go - mówi. - Zdaje się, że i tak bardziej za­


leży mu na twoim towarzystwie.

Jak podczas poprzedniej rozmowy o wyjeździe na lot-nisko w odpowiednim czasie, kołyszę się w tym samym fotelu na biegunach, ona zaś siedzi na łóżku z twarzą ukrytą w dłoniach. Patrzę na nią i nie jestem w stanie wymyślić słów, które mogłabym przerzucić nad przepa-ścią pomiędzy nami.

- W porządku - rzucam w końcu i całuję ją w poli-
czek pod przymkniętymi powiekami. - Pojadę sama.
Możesz zostać.

Kiedy oświadczam ojcu, że matka nie jedzie, uśmie-cha się.

- Och, znakomicie - mówi. - Cieszę się, że będę cię


miał dla siebie odrobinę dłużej. - Podnosi bagaże.

- Może powinieneś pójść na górę i pożegnać się - od­powiadam, zdumiona jego bezdusznością, sposobem, w ja­ki zdaje się traktować jej uczucia, skoro wystarczyło tak niewiele jak jedno jego spojrzenie, aby śmiertelnie ją ura­zić.

Na lotnisku odkłada aparat fotograficzny, bo chce mnie objąć oburącz.

- Kocham cię - oświadcza. - Boże, kocham. Raz cię


straciłem, lecz teraz mam cię z powrotem i już nigdy nie
pozwolę ci odejść. - Wypowiada te słowa i mocno mnie
trzyma, bardzo mocno.


Jakże on jest prawdziwy i rzeczywisty. Ojciec. Mój oj­ciec. Słowo stało się ciałem.

- Nie wiesz, jak bardzo cierpiałem, kiedy kazali mi


odejść. Nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, co czułem,
tracąc ciebie. - Ujmuje moją twarz w dłonie i całuje mnie
w czoło, w oczy. - Jak to się stało, że moja córka jest tak
piękna? - mruczy. - Kiedy na ciebie patrzę, zastanawiam
się, czy ja przypadkiem również nie jestem przystojny.

Ojciec wie, że dobrze wygląda. Ma nadwagę, muszę się wysilać, żeby go otoczyć ramionami, ale jego rysy -mocno zarysowana szczęka, wysoko położone kości po­liczkowe i długi nos - wyglądają wystarczająco dobrze, aby zrekompensować ów naddatek. Uśmiecham się, ale nie odwzajemniam komplementu, do czego próbuje mnie sprowokować. Patrzymy na siebie. Każde z nas w twarzy drugiego szuka siebie.

- Co się teraz zdarzy? - pytam i wymieniamy obiet­


nice, że wkrótce znowu będziemy razem. - Może latem -
sugeruję.

- Nie - odpowiada. - Wcześniej. Znacznie wcześniej.



Trzymając mnie pod brodę, przyciąga moją twarz do swojej. Dotyka ustami moich ust. Sztywnieję.

Widziałam to już wcześniej: ojców całujących swoje córki w usta. Przyjaciel mojego ojca przez lata całował córkę w ten sposób, a ja się temu przyglądałam, nie mogąc oderwać oczu, poruszona tym widokiem. W mojej rodzinie takie pocałunki uważane są za tak samo wulgarne jak publiczne spluwanie albo nieumycie rąk po skorzystaniu z toalety. Takie zachowanie moja babka uznałaby za świadectwo bra­ku odpowiedniego wychowania. Potrafiłaby usprawiedli­wić tego rodzaju pocałunki, gdyby chodziło o osobę wy­chowaną w jakiejś egzotycznej, zacofanej kulturze, nigdy zaś o przyzwoitego Amerykanina.

Przez system nagłaśniający obsługa lotniska po raz ostatni wzywa pasażerów do zajęcia miejsc w samolocie. Kiedy próbuję się odsunąć, czując opór dłoni z tyłu mojej głowy - jakże mocno ojciec trzyma mnie przy sobie - po­całunek się zmienia. Już nie jest niewinny, już nie stykają się zamknięte wargi.

Ojciec wsuwa język głęboko w moje usta: wilgotny, na- ;

trętny, badawczy, następnie wstrzemięźliwy. Podnosi fu- ]

terał z aparatem i uśmiechając się pogodnie, dołącza do j

ostatnich pasażerów znikających w samolocie.



Jak długo stoję z dłonią przy ustach, gdy tymczasem ocierają się o mnie obcy ludzie? Samolot zaczyna koło­wać, zanim się poruszam. Przez grubą taflę szkła przy­glądam się, jak startuje, potężną siłą ciągu unosi prosto w chmury swój ciężki, lśniący brzuch.

Przeraża mnie ten pocałunek. Jest czymś złym, a jego
niestosowność przesądza o tym, że musi pozostać tajem- ,

nicą. I

W przyszłości będę myślała o tym pocałunku jako o czymś w rodzaju przeobrażającego mnie ukłucia, na przykład skorpiona, po któ­rym jad zaczyna się przemieszczać z ust do mózgu. Poca­łunek stanowi moment, w którym zaczynam, powoli, lecz nieuchronnie, zapadać w sen, stopniowo tracić wolę, drę­twieć. Ojciec zaaplikował mi narkotyk, aby mógł się mną sycić. Abym może sama tego pragnęła.

Trasa z domu mojej matki do szkoły bynajmniej nie obfituje w wizualne atrakcje. Wygląda jak prosta ścieżka przecinająca płaską, jałową krainę. Autostrada jest tak stara, że asfalt przybrał odcień wyblakłej szarości. Pęk­nięcia giną pod czarnymi nitkami smoły. To droga, na której nie widzę „znikającego punktu" - nawet kiedy nie jest gorąco, miraż wody mieni się na jej końcu.

W samochodzie rozbrzmiewa muzyka z albumu Rol-ling Stonesów, ciągle od początku i tak samo głośno jak poprzednio. Poza tym wszystko jest teraz inne za sprawą pocałunku. Moje myśli obsesyjnie do niego wracają, lecz nigdy się na nim nie zatrzymują.

Jeden pocałunek. Krótki, pozornie dyskretny, izolowa­ny w czasie moment. A mimo to, paradoksalnie, pocału­nek stał się olbrzymi. Jest jak potężna, błyszcząca ściana

pomiędzy mną i wszystkim wokoło, powierzchnia bez żadnej rysy, bez żadnej wskazówki, która by ułatwiła zro­zumienie. Na wskroś i za nią widzę życie, które dawniej wiodłam, ale w jakiś niepojęty sposób pocałunek mnie od niego odseparował.

Nie potrafię się pozbyć wizji karalucha, którego uwię­ziłam pod szklanką. Widzę, jak krąży dookoła najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej.



- W szkole o oznaczonej godzinie studenci, których na­zwisko rozpoczyna się na tę samą literę co moje, mają się zapisywać na zajęcia. Nie robię tego. Potem przypada do­datkowy termin, na koniec zaś termin ostateczny, z któ­rym jest już związana konieczność wniesienia specjalnej opłaty karnej. Opuszczam oba.

Trzy młode kobiety, z którymi mieszkam, nieustan­nie wchodzą i wychodzą, kręcą się w kółko, zapisują na wykłady, kupują książki, nawiązują kontakty z dawnymi przyjaciółmi, poprawiają oceny z egzaminów i prac se­mestralnych.

Siedzę w saloniku na krześle z zielonym winylowym obiciem i nie robię nic, czym powinnam się zajmować jako studentka.

  • Co się z tobą dzieje? - pytają mnie koleżanki z aka­
    demika. - Stało się coś złego? - Bywało, że już wcześniej
    zachowywałam się dość osobliwie, z całą pewnością, ale
    nie zdarzyło się, bym po prostu siedziała bezczynnie. Moje
    ekscesy, historycznie rzecz ujmując, można określić jako
    różnorodne formy wydatkowania energii.

  • Nic mi nie jest - zapewniam je. - Wszystko jest w jak
    najlepszym porządku.

W końcu przestają zadawać pytania. Zielone krzesło przy ścianie jest miejscem, gdzie spędzam większą część dwóch tygodni, noce i dnie. Śpię wyprostowana, trzyma­jąc się za podkurczone kolana. W ciągu dnia na udach mam rozłożoną książkę. Jeśli ktoś tędy przechodzi - te­raz, kiedy urządziłam sobie bliżej nieokreślone, nierucho­me czuwanie, nikt nie jest skłonny zawitać tu na dłużej -udaję, choć nie zawsze, że czytam.

Kiedy mija tydzień od terminu ostatniej rejestracji, otrzymuję list z biura nadzoru studiów. Mam się stawić na spotkanie. Zostanie omówiona moja sytuacja.

- Co się dzieje? - ciągle pyta mój chłopak, wyrażający


swój niepokój bardziej stanowczo niż koleżanki, z który­
mi mieszkam. - Co się wydarzyło podczas wakacji?

Opowiadam o zewnętrznej stronie wizyty. Rekonstru­uję ją aż do pamiętnego pocałunku. Mówię o tym, jaka się czuję skrzywdzona, bo utraciłam coś, czego nie spo­sób odzyskać: dwadzieścia lat bez ojca, którego, jak się okazało, kocham i który zdaje się tę miłość odwzajem­niać.

Mój chłopak stracił ojca, dlatego okazuje się więcej niż współczującym słuchaczem; nie tylko rozumie, ale cierpi wspólnie ze mną, a to mnie zachęca, aby powiedzieć mu to, czego nie powiedziałam nikomu innemu.

  • Coś dziwnego wydarzyło się na lotnisku - mówię.
    Siedzimy w jego samochodzie, zaparkowanym na pod­
    jeździe małego domku, który wynajmuje poza kampu-
    sem. - Przynajmniej tak sobie myślę. A może to wcale
    nie było dziwne - kończę z nadzieją.

  • Co? - pyta.

  • Hm, to było tak: ojciec żegnał się ze mną. Oboje się
    żegnaliśmy na lotnisku. I wtedy... wiesz... Kiedy mnie ca­
    łował, coś jakby, no, wsunął mi język do ust. Uważasz, że
    to dziwne?

  • Do jasnej cholery, chyba żartujesz! - krzyczy. - Nie,
    nie wierzę! Tak, oczywiście: to jest dziwne! Jest! Jest złe!
    Powiedziałaś matce?

Potrząsam głową. Chowam twarz w dłoniach.

Oburzenie mojego chłopaka zachęca mnie do zacho­
wywania jeszcze większej tajemnicy. Uświadamiam sobie, i \
że prawdą jest to, co czułam w samochodzie, wracając do \
szkoły - że ten pocałunek odseparował mnie od wszystkie­
go. To nie zarozumiałość ani żadna tam dramatyczna nad-
interpretacja. Jeśli zaś chodzi o matkę, akurat ona jest ostat­
nią osobą, której powiedziałabym o pocałunku. Najpraw­
dopodobniej zareagowałaby histerycznie albo wręcz gwał­
townie. Pewnie zadbałaby o to, abym go już nigdy więcej
nie zobaczyła. A ja przecież nie mogę się z nim nie spoty­
kać. Gdy wtedy odwrócił się i odszedł, moje obawy zwią­
zane z pocałunkiem rozwiały się w momencie, w którym
przyszła mi do głowy pierwsza myśl: kiedy? Kiedy go zno­
wu zobaczę? Kiedy będziemy razem? Dzwoni codziennie -
dzwonek telefonu natychmiast podrywa mnie z zielonego
krzesła, choć nie są w stanie tego uczynić ani zapisy, ani
wykłady, ani też moje przyjaciółki - i ciągle od nowa sta­
wiamy sobie identyczne pytanie: kiedy?

Odsłaniam twarz.



- Pomyliłam się - mówię mojemu chłopcu. - Za bar­
dzo wszystko wyolbrzymiłam. Źle opisałam. Właściwie to
tak nie było. Może zrobił to przez przypadek. - Po tro-
szeczku, odrobinka po odrobince pracuję nad zatarciem
prawdy.

Zaniepokojony bardzo mi w tym pomaga. Razem za­pominamy o moim zwierzeniu, chociaż ściśle rzecz uj­mując, ja pracuję nad zapomnieniem tego, co ojciec zro­bił. To tak samo łatwe, jak łatwe może być wyparcie się. Nie myśl o tym, mówię sobie, i nie myślę, ale to zdaje się wymagać ogromnej siły woli.

Brakuje mi zapału do wszystkiego. Jestem w jakimś szoku; świadczy o tym zimne, nieprzyjemne odrętwie­nie - odczucie, które poznałam przed kilku laty, gdy je­chałam na rowerze i potrącił mnie samochód. Ułożenie ciała na zielonym krześle, kolana przyciągnięte do piersi; odpowiadanie na pytania innych tylko w myślach, bo nie jestem w stanie nadać brzmienia słowom, które słyszę w głowie - takie symptomy miałam także wtedy, gdy le­żałam na ulicy i nawet do sanitariusza nie mogłam się odezwać. Tylko że teraz przyczyna wstrząsu jest inna; za­czynam się jej dopatrywać w jednoczesnym odnalezie­niu i utracie ojca; jestem rozżalona, ponieważ zaprzepa­ściliśmy wszystkie tamte lata, ponieważ to niesprawie­dliwe, że wraca do mnie, gdy jest za późno, bo już całko­wicie dojrzałam. Nie pozwalam sobie sądzić, że choćby część moich uczuć jest reakcją na pocałunek. W ciągu tych dwóch tygodni, skulona na zielonym krześle i przykryta starym, niebieskim pledem, sama staję się jedną z osób, którym za nic nie opowiedziałabym o ojcu wsuwającym mi język do ust.

. Istniej e pewne rozwiązanie proponowane studentom, którzy nagle odkrywają, że nie chcą być studentami. Nie mówi się o porzuceniu studiów, lecz o ich przerwaniu. Jeśli zdążę się zapisać na zajęcia przed upływem pełnego roku akademickiego, mogę dokonać immatrykulacji bez potrzeby ponownego starania się o przyjęcie.

  • Dlaczego chcesz to zrobić? - pyta mnie prawnik
    z biura nadzoru studiów. Rozmawialiśmy już wcześniej,
    kiedy pod koniec pierwszego semestru na pierwszym roku
    w wyniku błędu komputera zaginęły wszystkie moje oce­
    ny. Jako studentka z zewnątrz nie miałam pojęcia, że ra­
    zem ze zwykłą korespondencją nie otrzymuję różowej
    kartki ze stopniami - nie mogło mi brakować czegoś,
    o czym w ogóle nie wiedziałam - i byłam wstrząśnięta,
    kiedy mój przypadek został określony jako „bardzo nie­
    pokojący". Przecież nie dlatego, że opuściłam zaledwie
    jeden albo dwa wykłady. Chodziło o to, że podczas całego
    pierwszego semestru w ogóle nie odnotowano ani jednej
    mojej oceny. Jako prymuska w szkole średniej, dziecko,
    które regularnie dostawało torsji ze zdenerwowania przed
    egzaminem z łaciny, ambitna studentka, która w pierw­
    szym tygodniu po przybyciu do college'u specjalnie zwró­
    ciła się do dziekana, aby zgodził się na niezwykle duże
    obciążenie zajęciami, musiałam się rozpłakać. Spędziłam
    godzinę w tym samym biurze, nim błąd komputerowy
    został wychwycony i poproszono wykładowców o poda­
    nie moich ocen.

  • Mam pewne problemy rodzinne - powiadam. - Mu­
    szę wszystko przemyśleć. Potrzebuję trochę czasu. - Za­
    pewne sobie przypomniał, jak trudno było zatamować
    tamte pierwsze łzy, bo szybko zakończył wywiad.

- Tak, tak, naturalnie - rzuca pospiesznie. - Wypeł­nię tylko papiery.

Uniwersytet zwraca mi czesne oraz opłaty za utrzy­manie po potrąceniu sumy należnej za dwa stracone ty­godnie. Już nie jestem w szeregach studentów i nie mogę zostać w akademiku. I choć jestem bliska paraliżu, mu­szę się wyprowadzić.

Odzyskane pieniądze przeznaczam na wynajęcie po­koju w suterenie, izby z małym oknem, umieszczonym jakby na siłę pod niskim sufitem, i rurami kanalizacyjny­mi, splątanymi niczym wnętrzności nad moją głową. Rury pocą się i ociekają wodą, wypełniając ciemną przestrzeń macicznym ciepłem. Suterena, labirynt zawilgoconych, wyłożonych linoleum pomieszczeń, jest częścią starego majątku, zajętego obecnie na kampus. Znajduje się w po­bliżu budynków, w których mieszczą się instytucje służące wszystkim studentom: księgarń, banku, poczty. Za okna­mi stopy poruszają się to żywo, to wolno.

Z mojego pokoju w ogóle nie widać nieba. Niczego nie mogę dostrzec przez drzewa rosnące na tylnym dziedziń­cu. Właśnie na wiosnę insekty atakują dęby w kampusie; a jajeczka ciem wypełniają srebrzyste, połyskujące miesz­ki, które zwisają z gałęzi za moimi oknami. Zabłąkane pasma jedwabiu skręcają się na wietrze. Przyglądam się im, siedząc na brzegu łóżka.

Ojciec w dalszym ciągu dzwoni do mnie każdego dnia. Dzwoni z biura, odczekawszy, aż reszta personelu rozej­dzie się do domów. Za każdym razem rozmawiamy po

kilka godzin: tym zalotom sprzyja paradoksalna intym­ność telefonicznego kontaktu, zachęta, by powiedzieć cokolwiek, by zdobyć się na odwagę, na większą namięt­ność, beztroskę. Chyba nie byłoby nas na to stać, gdyby­śmy się spotykali twarzą w twarz. Rozmawiamy o miło­ści, posługując się słowami, jakimi zazwyczaj posługuje się większość ludzi; ale ojciec i ja mamy coś bardziej ab­sorbującego niż samą miłość: Ją. Przedmiot miłości. Moją matkę. Jego żonę.

Zamykamy się w granicach wzajemnego współczucia, które mogą odczuwać jedynie dwie osoby odtrącone przez tę samą kobietę. Trzymamy się razem dzięki niej, przez nasze niewolnicze oddanie i przez złośliwość - dzięki oso­bie, której nie zdołaliśmy ani poznać, ani posiąść. Jest bardziej fascynująca niż my oboje, bo zawsze się nam wymyka. Jest tajemnicza, podczas gdy my - jedynie zbyt chętni, by się obnażyć.

Za pomocą słów ojciec i ja otwieramy organy miłości. Orientujemy się, skąd płynie nasza krew, jak szybko, jak bardzo jest gęsta i czerwona. Fascynuje nas umiejętność przyjmowania bólu. To także kochamy: nasze cierpienie, udrękę ludzi o nie odwzajemnionych uczuciach. Gdyby­śmy nie lubili cierpieć, nie wiedzielibyśmy, kim albo czym jesteśmy. On przez całe swoje życie i ja przez połowę mojego myśleliśmy o sobie jako o tych, którzy kochają kobietę niezdolną do odpłacenia miłością za naszą miłość.

Ojciec szkaluje matkę i jej rodziców. Bronię ich, choć mnie także przysporzyli cierpień. Czuję ulgę, gdy słyszę,

że moja młoda, piękna matka, którą z zazdrością podzi­wia grupa moich przyjaciół, jest narcyzem. Że jest samo­lubna i okrutna, jak okrutni i samolubni mogą być tylko ludzie słabi - bo okrucieństwo to wszystko, co posiada, by zachować poczucie bezpieczeństwa.

Ojciec demaskuje zgubny trójkąt składający się z bab­ki, matki i mnie. Powiada, że bronię matki przed babką; że z kolei ona biernie mnie chroni, oferując dystans w wy­miarze jednego pokolenia; i że babka manipuluje nami dwiema, rozgrywając niepewność córki przeciwko niepew­ności wnuczki.



Rozbraja mnie, identyfikując ów trójkąt, chociaż sam weń wkracza, niszczy go i tworzy nowy, złożony z matki, ojca i mnie. Ojciec zajmuje miejsce babki - jeden despo­ta wkracza na miejsce drugiego.

Zdumiona jego szczerością, wnikliwością ocen, nie do-, strzegam tego, czego nie chcę widzieć - że ojciec sam jest egoistą i narcyzem, że jest niebezpieczny.

Kiedy mówi, siedzi w swoim nie oświetlonym biurze i trzyma stopy na biurku. Opisuje mi tę sytuację. Ja leżę skulona na łóżku, także w ciemnościach. W trakcie tych wielogodzinnych rozmów w mroku odtwarzamy dwudzie­stoletnią historię, nawzajem wpadamy sobie w słowo, aby potwierdzać ciągle jedno i to samo: nasze rozstanie jest nie do zniesienia. Przyznajemy, że moc naszych uczuć zdumiewa nas, a nawet przeraża - jakże mimo wszystko możemy wytrzymać z dala od siebie przez tak długi okres?

Jego głos rozbrzmiewa w ciemności. Pierwszy raz do­świadcza czegoś takiego, wyznaje mi. Kościołowi, żonie, dzieciom nie poświęca więcej uwagi niż ja pozostałej czę­ści mojego życia. Odpycha to wszystko od siebie dokład­nie w tym samym momencie, w którym ja odsuwam się



od rodziny, przyjaciół, chłopaka; nie chodzę na randki, nie odpowiadam na telefony ani na pukanie do drzwi. Rozumie, dlaczego przerwałam studia. A nawet odnosi się do tego z aprobatą. Obawia się tylko, że z tego powo­du dziadkowie będą przeciwko niemu, przeciwko nam; że będą się starali, aby nie zeszły się nasze drogi.

- Ale stawimy temu czoło - mówi. - Wszyscy będą


musieli wreszcie zrozumieć, że teraz ja jestem twoją szko­
łą. Mnie musisz się nauczyć.

Pragnienie mojego ojca, abym dowiedziała się o nim wszystkiego, bardzo mnie ekscytuje. Nie może być ina­czej, skoro jestem dzieckiem ojca, który zniknął, i matki tak zimnej, tak skrytej, że opuszczając mnie, nie dała mi żadnej szansy nawiązania ze sobą kontaktu.

- Muszę się z tobą zobaczyć - mówi co wieczór przez


telefon. - Muszę wymyślić jakiś sposób. Nie mogę dłużej
czekać.

Potem, pewnej nocy, dzwoni i informuje mnie, że ma już bilet na samolot. Wspólnota kościelna pokryje koszt jego wyprawy na uniwersytet. Ojciec spotka się tam z ja­kimś profesorem. Pieniądze na podróż pochodzą z fun­duszu na ustawiczne kształcenie pastora. Będzie ze mną już za dwa tygodnie.

Przed jego przyjazdem jadę do domu, aby wytłuma­czyć się, dlaczego zrezygnowałam ze szkoły. Dziadkowie domyślają się: od chwili gdy na horyzoncie pojawił się ojciec, zaczynam niewłaściwie kierować swoim życiem.

- Porzuciłaś szkołę! - protestują. - Jak mogłaś?! Dla­czego?

"' - Nie porzuciłam szkoły, tylko przerwałam naukę -poprawiam ich, ale oni nie dostrzegają różnicy.

Czyżby dziadkowie nie akceptowali powtórnych od­wiedzin ojca, bo podejrzewają, że okaże się mściwy? Boją się, że w końcu stał się na tyle silny, by osiągnąć cel? Od­zyskać albo zniszczyć wszystko, co do niego należało?

  • Nawet go nie znasz! - wrzeszczy babka, rozwście­
    czona wiadomością, że znowu chcę się z nim spotkać. -
    Właściwie nigdy nie był dla ciebie ojcem! - rzuca.

  • Właśnie dlatego przeżyłam wstrząs. Dlatego muszę
    z nim pobyć. Dlatego potrzebuję przerwy. Powinnam go
    lepiej poznać, dowiedzieć się, kim jest.

Nie mogę odpowiedzieć na pytania dziadków dotyczą­ce nagłych oznak mojego przywiązania do ojca, gotowo­ści pokochania osoby, której nawet nie znam. Na to pyta­nie sobie samej nie potrafię odpowiedzieć.

- Przysięgam, wrócę do szkoły we wrześniu - mówię


i zapewniam babkę, że jeśli wrócę na uniwersytet z do­
skonałymi ocenami i zapiszę się na maksymalną liczbę
zajęć, mimo wszystko mam szansę skończyć studia w pier­
wotnie planowanym terminie. - Czy ja kiedykolwiek nie
dotrzymałam obietnicy?

Dziadek kręci głową z takim samym brakiem przeko­nania, jaki rezerwuje dla finansowych operacji mojej matki. Przygląda się papierowi, na którym spisałam roz­kład obowiązkowych zajęć, jakby oglądał jeden z jej bez­wartościowych weksli.

  • Zdaje się - powiada - że już to zrobiłaś, prawda?
    Wcale mnie nie pytasz o zdanie, a już na pewno nie
    o pozwolenie.

  • Przykro mi - odpowiadam. - Bardzo mi przykro. Ale
    wrócę. Obiecuję.

Zaciska usta w wyrazie dezaprobaty, kiwa głową, nic więcej nie mówi. Powiększa się dystans, który dzieli jego ciało od mojego.

  • Dlaczego nie wyrzucisz tej okropnej rzeczy? - pyta
    mnie matka, mając na myśli mój ulubiony czarny swe­
    ter. Haft strzępi się i gagatowe paciorki spadają na ku­
    chenny blat. Gawędzimy sobie, parząc herbatę na kuchen­
    ce. Kiwa głową, kiedy jej oświadczam, że kocham ojca
    z niepojętą siłą, której nie jestem w stanie się oprzeć. Przy­
    bita po jego wizycie naprawdę lepiej od dziadków rozu­
    mie moje pragnienie ponownego spotkania się z nim;
    przynajmniej na razie.

  • Ależ tak! Tak! - powiada, kiedy ją informuję o jego
    przyjeździe.

Dochodzimy do porozumienia, że ona jeszcze raz we­źmie we wszystkim udział, że ojciec i ja przyjedziemy ze szkoły do jej domu.

Matka patrzy na mnie.

- Twój ojciec jest jedynym mężczyzną, na którym mi
naprawdę zależało - mówi.

Oczywiście już to słyszałam, ale następne wyznanie jest dla mnie nowością.

- Wiesz, tak naprawdę nigdy nie sprawiało mi przy­


jemności przebywanie z żadnym innym mężczyzną -
oświadcza. - To znaczy w łóżku. - Kładzie mi dłoń na ra­
mieniu; tak ją zaciska, że czuję napór każdego palca z osob­
na. - Mam na myśli uprawianie seksu - dodaje, potem
zabiera dłoń i krzyżuje ręce na piersiach.

Nie odzywam się. Jestem zażenowana, odwracam wzrok.

Stoję tak blisko, że czuję ciepło bijące od jej ciała, od­dech, który porusza lekko meszek na moim ramieniu. Jesz­cze nie wiem, co oznaczają dla mnie te rewelacje. Prze­biega po mnie zimny dreszcz, co przypisuję zdumieniu. Nigdy równie chętnie nie dzieliła się ze mną tak osobi­stymi przeżyciami.



Dlaczego mi o tym mówisz? - myślę, dziwiąc się w mil­czeniu. Dlaczego?

Jeszcze nie wiem, że my, ja i ojciec, zaczniemy to wy­korzystywać.



Przygotowując się do odwiedzin ojca, sprzątam swój pokój w suterenie i pożyczam od przyjaciółki śpiwór. Jeżeli się obawiam, że nie spodoba mu się miejsce, w którym mieszkam, to niepotrzebnie. Kiedy tutaj dociera, nie widzi niczego. Nie widzi niczego prócz mnie.

- Jesteś moja - powiada, trzymając mnie drżącymi, go­


rącymi dłońmi. - Należysz do mnie.

Nie może się pohamować, by mnie nie dotykać, by się we mnie nie wpatrywać, nie sięgać po moją dłoń, rękaw, włosy. W restauracjach stygnie mu jedzenie, kiedy pa­trzy na mnie natarczywie, a jego dłoń mocno ściska moją. Łzy zbierają się za soczewkami jego okularów i spływają cicho po policzkach. Przekonują mnie, że prawdą jest to, w co chcę wierzyć: jego miłość jest szczera.

Wieczorem oddaję mu swoje łóżko. Sama układam się w śpiworze rozłożonym obok na podłodze.

- Nie może ci być wygodnie - mówi, ale nie sugeruje,


byśmy się zamienili miejscami. - Chodź tu - proponuje
w zamian, uderzając lekko w powierzchnię koca. - Star­
czy miejsca dla nas obojga. - Pamiętam o pocałunku, dla­
tego się waham. Nie jestem jeszcze gotowa, by znowu
walczyć o usunięcie czegoś z pamięci.

Czyżby nie wspominał o naszym rozstaniu na lotni­sku, bo zdaje sobie sprawę z mojego zakłopotania tym, co się zdarzyło? Nie myślę o pocałunku jako o czymś, co on

zrobił, lecz jako o czymś, co „się zdarzyło". Udało mi się odseparować go od czynu; sprowadziłam pocałunek do fizycznej przypadłości, może odruchu, czegoś w rodzaju napadu kaszlu. Jeśli pocałunek był nie poddającym się ludzkiej kontroli przypadkiem, to miłość, którą ma dla mnie ojciec, nie jest skażona. I nie muszę odwracać się od tego, czego pragnę.



Mimo wszystko nie jestem spokojna. O pocałunku myślę bez ustanku. Ilekroć mam ochotę porozmawiać

0 nim z ojcem, okazuje się, że nie jestem w stanie otwo­


rzyć ust. Nie obawiam się, że powie coś, czego nie chcę
usłyszeć. Rzecz w tym, że zwodzę samą siebie i czasem
już nie wiem, czy w ogóle do czegoś doszło. Zadaję sobie
pytanie, czy wszystkiego nie wymyśliłam, tworząc nasy­
coną emocjami fantazję, inspirowaną nazbyt wielkim prag­
nieniem bycia podziwianą i kochaną.

- Chodź tu - powtarza.



Zostaję na poprzednim miejscu, na podłodze przy jego stopach, zamknięta na suwak w śpiworze, złapana w po­trzask strachu i zarazem tęsknoty.

- Proszę - mówi. - Pragnę cię objąć. Nie chcesz, abym


to zrobił? Pomyśl, ile już lat straciliśmy, pozbawieni swo­
jego towarzystwa. Po co tracić więcej?

Chcę, by mnie obejmował. Chcę zbyt mocno, by trzy­mać się na dystans. Ale kiedy wreszcie znajduję się obok niego, zasypiam, nim otaczają mnie jego ramiona. Śpię na pościeli i w śpiworze, a rano, nim się budzi, wstaję

1 biorę kąpiel.

Ojciec zaczyna robić zdjęcia. Powiada, że musi sobie zrekompensować to, co nazywa brakiem wyobraźni. Za-

wsze podróżuje z aparatem fotograficznym, ponieważ bez jego pomocy nie umiałby potem odtworzyć widoku miejsc, w których przebywał. Utrzymuje, że nie potrafi zrekonstruować w głowie obrazów, że myśli tylko słowa­mi, tekstem nie ożywionym żadnym zmysłowym dozna­niem, to znaczy jego wspomnieniem. Próbując zrozumieć, o co mu chodzi, przypominam sobie, że kiedyś chciałam sprawdzić coś w encyklopedii Britannica. Pamiętam spo­strzeżenie, że jej strony są bardzo klaustrofobiczne, wie­le z nich nie zawiera żadnych ilustracji, od krawędzi do krawędzi wypełniają je czarne litery, a wąskość margine­sów nie zachęca czytelnika do przeniesienia się w świat wyobraźni. Czy to możliwe, aby coś podobnego działo się w głowie mojego ojca? Aby odbywał się tam nieustanny pochód artykulacji? I nie było choćby twarzy, kwiatu, izby, w której niegdyś spał, nie było zapachu potu ani deszczu, smaku pomarańczy, wina i krwi, jedynie słowa, słowa, słowa?

Droga między uniwersytetem a domem matki obfitu­je w malownicze widoki: punkty obserwacyjne, rozpad­liny, formacje skalne, wyżłobione rzecznymi prądami parowy, sękate, wiekowe korzenie, które trzymają się mocno wielkich skał, i klify nad odległą, niespokojną wodą. Nie spieszymy się, poznajemy każdy zakątek, two­rząc wzorzec, który będziemy powtarzać w ciągu następ­nych lat: ojciec i ja przy skraju drogi niby podziwiamy jakiś widok wart trudów podróży, lecz w rzeczywistości jesteśmy całkowicie zaabsorbowani sobą.

- Siadaj tutaj - powiada, ustawiając mnie do obiek­tywu.


  • Chcesz, abym się uśmiechnęła? - pytam.
    Patrzy znad aparatu.

  • Po prostu bądź sobą - powiada.

Nic nie mówię, wtedy wyciąga dłoń, dotyka mojego policzka.

- Czy wiesz, jaka naprawdę jesteś? - pyta. - Skądże zno­


wu, przecież masz dopiero dwadzieścia lat. - Cofa się i pod­
nosi aparat. - Będę musiał pokazać ci, jaka jesteś - oświad­
cza - za pomocą tego. - Migawka trzaska bez ustanku.

Ojciec robi setki zdjęć. Powiada, że są mu potrzebne, bo kiedy nie ma mnie przed oczami, to wówczas dzieje się tak, jakbym w ogóle nie istniała. Nie może wyobrazić sobie mojej twarzy.

Od matki, która nie chce mnie widzieć, do ojca, który twierdzi, że istnieję tylko wtedy, gdy mnie widzi. Zdaje się, że uważam to za rodzaj awansu egzystencjalnego. Z pewnością, skoro już teraz mam wrażenie, że moje ży­cie zależy od tego, czy ojciec mnie widzi.

Miałam jedenaście lat, kiedy perska kotka babki wy­dała na świat kocięta. Było ich pięć, wszystkie płci żeń­skiej, białe, doskonałe. Babka obiecała podarować mi jed­no, to, które sobie wybiorę.

- Tylko ich nie dotykaj - przestrzegła mnie. - Pocze­kaj, niech trochę podrosną. Niech przejrzą na oczy.

Codziennie klękałam przy skrzynce, gdzie leżały ze swoją matką. Podnosiłam je kolejno, ujmowałam w dło­nie każde ciałko niczym mleko i trzymałam tak blisko, że pod swoimi ustami czułam ciepły oddech maleństwa, bi­cie serca. Kocia główka ze sklejonymi powiekami kiwała się bezradnie, uderzała w mój policzek, w brodę.

Zrobiłam to pewnego dnia po szkole. Nie wiem dla­czego. Wiem tylko, że nie potrafiłam się powstrzymać. Nie mogłam znieść widoku wiecznie zaspanych pyszcz­ków, maleńkich oczu, które nigdy się na mnie nie otwie­rały. Przez tydzień, może nawet dłużej, miałam w rękach pulsujące, ślepe życie. Czułam, że coś mnie chwyta za serce. Czułam się tak, jakbym umierała.

Wzięłam jednego kotka na kolana i kciukami ostroż­nie odsunęłam powieki, rozdzielając jedną delikatną membranę od drugiej. Serce tłukło mi w piersi, pociłam się ze strachu, ale spokojnie dokończyłam gwałtu. Kociak nie wydał z siebie żadnego dźwięku, nie walczył. Można by pomyśleć, że w ogóle nie zadałam mu bólu.

Uniosłam go, aby przyjrzeć się jego oczom, które oka­zały się zaczerwienione, wodniste, znowu zamknięte przed światłem. Główka kiwała mu się bezradnie tak samo jak poprzednio.



Choć raz mi się nie powiodło, to i tak nie oszczędzi­łam pozostałych czterech kociąt. Nie potrafiłam się po­wstrzymać. Skończyłam zajęcie, szlochając, a futerko wokół oczu wszystkich kociąt także było wilgotne. Ma­leństwa wyglądały na wyczerpane i zbolałe, podobnie jak ja. Wtuliły się w ciepły brzuch matki i zasnęły.

Nie minął dzień, a opuchły im zamknięte oczy, na nowo zaklejone powiekami, których brzegi były czerwo­ne przy białym futerku. Podniosłam jedno i spróbowa­łam usunąć żółtą skorupę, która utworzyła się w kąciku jego oka. Nagle wystrzelił w górę robak ropy, a ja, zasko­czona, wypuściłam maleństwo z rąk.

Zdawałam sobie sprawę z tego, że postąpiłam źle, naj­gorzej w całym swoim życiu, zbyt okropnie, by się do tego przyznać. I chociaż powiedziałam babce, że chyba coś nie-



dobrego dzieje się z oczami kociąt, nie zdradziłam jej co. Wspomniałam tylko, że wydają się dziwne. Ale przy tym wyraźnie zadrżał mi głos.

  • Co się z tobą dzieje? - zapytała.

  • Nic - odparłam. - Boli mnie gardło - skłamałam.

Weterynarz przez tydzień trzymał u siebie kotkę i ko­cięta. Po powrocie ich oczy były otwarte i czyste, jasno-błękitne - wyrażały wyniosłą pogardę albo obojętność. Po­ciągnęłam za sznurek rozwinięty na podłodze, a one za nim pobiegły.

  • Wydawało mi się, że chcesz jedno - powiedziała bab­
    ka, kiedy kocięta podrosły na tyle, aby je sprzedać.

  • Nie chcę - odparłam.

  • Dlaczego?

  • Po prostu nie chcę. Zmieniłam zdanie.

Kiedy jedziemy do domu mojej matki - na tylnym sie­dzeniu samochodu pełno sprzętu fotograficznego - ojciec i ja kłócimy się po raz pierwszy. Nasza sprzeczka, jak to bywa w wypadku większości zakochanych, rozpoczyna się od nieporozumienia równie absurdalnego jak zaskakują­cego. Na rogu pewnej uliczki, przy małym bistro, gdzie zjedliśmy obiad, spieramy się o cenę szamponu. Ojciec utrzymuje, że podczas jego pierwszej wizyty wydałam trzydzieści dolarów na butelkę szamponu.

  • Niemożliwe! - oburzam się. - Chyba żartujesz! Też
    coś, trzydzieści dolarów?

  • Obserwowałem cię dokładnie.

  • Pewnie chodziło o trzy dolary. Kiedy to było? Gdzie?

  • Widziałem, jak podawałaś pieniądze kasjerce.

  • Posłuchaj - mówię, dostrzegając zmianę w charak-

terze rozmowy: od trywialnej do śmiertelnie poważnej. -Przez całe moje życie nigdy nie wydałam na szampon więcej niż cztery dolary, pod warunkiem że była to bar­dzo duża butelka.

  • Ależ wydałaś - powiada. Ma zarumienioną twarz. -
    Widziałem.

  • Przestań. Nawet matka nie wydałaby tyle pienię­
    dzy na szampon. Nie przypuszczam, żeby to było w ogóle
    możliwe.


Ciągniemy temat, zasadniczy i zarazem absurdalny, aż w końcu jesteśmy zbyt zmęczeni, by kontynuować. Żaden argument go nie przekonuje, że mówię prawdę. A przecież jako dwudziestolatka w dalszym ciągu buntu­ję się przeciwko ekstrawagancjom matki. Noszę swetry ze sklepów z używaną odzieżą, spodnie z wojskowych nadwyżek, a kiedy kupuję szampon, ostentacyjnie wyda­ję dolara pięćdziesiąt na tubę prellu, podczas gdy moja matka płaci dziesięć za fiolkę klorane albo po pięć za pół uncji rzadkiego kosmetyku wygładzającego skórę. Po dwudziestu latach od chwili, gdy został poniżony przez moją rodzinę, latach spędzonych na gorączkowym dosko­naleniu się - dwa tytuły magistra i jeden doktora na do­skonałych uniwersytetach, a do tego szybkie wspinanie się po stopniach hierarchii własnego Kościoła - ojciec nadal jest uszczypliwy. Karze mnie za skłonność do mar­nowania pieniędzy, którą zamiast matce przypisuje mnie. Kiedy się w końcu poddaję, to nie tylko dlatego, że nasza kłótnia nie ma sensu i nie da się jej rozstrzygnąć.

- W porządku - ustępuję. - Masz rację.



Wydaje mi się, że ostatecznie mogę w ten sposób od­pokutować za to, że zawstydzają go ludzie, którzy mnie wychowali. Bo mimo wszystko doskonale wiem, że bab-

ka i matka



1   2   3   4   5   6


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna