Mariusz Ferek Jesteśmy, my wszyscy, kształtowani I na nowo urabia­



Pobieranie 0,91 Mb.
Strona1/6
Data14.02.2018
Rozmiar0,91 Mb.
  1   2   3   4   5   6



Kathryn Harrison

Pocałunek

Przekład Mariusz Ferek

Jesteśmy, my wszyscy, kształtowani i na nowo urabia­ni przez tych, którzy nas pokochali, i chociaż miłość ta może przeminąć, pozostajemy ich dziełem - dziełem, któ­rego pewnie wcale nie rozpoznają i które nigdy nie odpo­wiada w pełni ich intencjom.

- Francois Mauriac, Le Desert de 1'amour (1925)

Spotykamy się na lotniskach. Spotykamy się w mia­stach, w których nigdy dotąd nie byliśmy. Tam, gdzie nikt nas nie rozpoznaje.

Jedno z nas przylatuje samolotem, drugie przyjeżdża samochodem i wyruszamy w tym czy innym kierunku. Okolice, do których się udajemy, są coraz mniej realne -Skamieniały Las, Monument Valley, Wielki Kanion - tak surowe, tak piękne i martwe niczym powierzchnie odleg­łych planet ukazane na zdjęciach satelitarnych. Pozba­wione powietrza, rozpalone, nieludzkie.

W takich właśnie miejscach ojciec ujmuje w dłonie moją twarz. Odchyla ją, całuje przymknięte powieki, szy­ję. Jego palce błądzą we włosach na karku. Na powiekach czuję gorący oddech.

Bywa, że się kłócimy, bywa, że płaczemy. Szosa przed i za nami ciągnie się zawsze bez końca, dlatego może się wydawać, że znaleźliśmy się poza czasem i miejscem. Je­dziemy do Muir Woods w północnej Kalifornii. Spowita w błękitną mgłę droga ginie nam z oczu. Jedziemy Na-tchez Tracę w głębinę zielonego lata Missisipi. Drzewa dźwigają liście wielkości mojej głowy; płatki koloru kości słoniowej płyną ku ziemi i zakrywają nasze ślady.

Z dala od rodziny i głównego nurtu czasu, z dala od pracy i szkoły; stoimy oparci o stromą, czerwoną skałę tysiąc stóp nad ziemią; klęczymy w pieczarze, w której



przed dwoma tysiącami lat mieszkali ludzie; przygląda­my się, jak jaskinie Karlsbadu wypluwają w purpurowy zmierzch strumienie tysięcy nietoperzy - wszystkie te nigdzie i nigdy są naszym jedynym domem.

Wychowują mnie rodzice matki. Mieszkam w ich domu do ukończenia siedemnastego roku życia. Tutaj nigdy nie wypowiada się imienia mojego ojca, nie uznaje jego istnienia.

  • Gdzie twój tata? - pytają dzieci.

  • Nie wiem - odpowiadam.

  • Czemu? - dociekają. Na to pytanie również nie po­
    trafię odpowiedzieć.

Rodzice rozwodzą się, kiedy mam sześć miesięcy. Zo­staję z matką i jej rodzicami; ojciec odchodzi.

Jest brakiem obecności, czymś w rodzaju dziury wy­ciętej przez babkę w rodzinnej fotografii. Ona nie pozbywa się całego zdjęcia z wizerunkiem osoby, której nie cierpi, lecz wycina niegodziwca niedbale i w pośpiechu, używa­jąc nożyczek do paznokci.

Siedzę w nogach jej łóżka i przyglądam się, jak reda­guje rodzinne albumy. Bierze się do tego z ponurą deter­minacją, której nie można wytłumaczyć niczym innym, tylko walką, jaką prowadzi z moją matką. Często zdarza się, że wycina tylko głowy, pozostawiając anonimowe kor­pusy jako świadectwo jej niezadowolenia i braku litości. Gdy dokonuje cenzury, nikt nie jest bezpieczny - z albu­mów usuwa też niezbyt udane wizerunki samej siebie.

Kilka zdjęć mojego ojca matka trzyma w ukryciu. Cza­sem, gdy ją o to poproszę, pozwala mi popatrzeć na jed-

no z nich. Na każdej fotografii ojciec jest maleńką figur­w garniturze i okularach; nawet jeśli w kadrze nie zna­lazł się nikt poza nim, i tak nigdy nie jest w centrum ani na pierwszym planie; sprawia wrażenie przypadkowego widza. Nie mogę dostrzec wyraźnie jego rysów.

Zamknięte drzwi sypialni moich dziadków są widocz­ne już od wejścia do domu. Kiedy zjawia się jakiś młody człowiek, aby zabrać matkę na randkę, kiedy babka sły­szy, że matka wita się z nim i idzie po płaszcz, zaczyna krzyczeć z pokoju. Babka ma prawdziwy talent do krzy­czenia. Jej wrzaski nie są ludzkie. Przedzierają się niczym niszcząca siła przez materię codziennego życia - życia, które jeszcze kilka chwil wcześniej otaczało w holu nicze­go nie podejrzewającego młodzieńca - i naraz zjawia się tu wszystko, co mroczne, ponure i barbarzyńskie: zwie­rzęta z łapami w potrzasku, operacje z czasów pozbawio­nych dobrodziejstwa narkozy, wrzask oparzonego dziec­ka, wołanie dziewczyny gwałconej w lesie, zawodzenie wilkołaka, który czując jej zapach, znajduje ją i syci się tym, co dla niego zostało.



Mam cztery lata i gdy słyszę krzyk babki, osuwam się
na kolana i pełznę w bezpieczne miejsce. Pod stół albo,
jeśli daję radę zabrnąć tak daleko, do płóciennej szafy
lub drewnianej skrzyni. r ^

Matka bez przerwy śpi. Póki mieszka z nami w domu swoich rodziców, śpi, kiedy tylko może. Sypia codziennie bardzo długo. Wstaję na śniadanie, ona zaś budzi się sześć, siedem godzin później. Gdy śpi, staję przy jej łóżku.

Obudź się. Obudź. Ta myśl rozbrzmiewa mi w głowie nadzwyczaj głośno. Wydaje mi się, że matka musi wstać, że nie może pozostać nieczuła na moje prośby. Błagam ją tak żarliwie, tak żarliwie jej pragnę. Nie pojmuję, dlacze­go ucieka w sen, w nim szuka ukojenia, w nim znajduje schronienie. Wiem jedno: nie mogę jej na to pozwolić.

Oczy ma zamknięte, ukryte pod atłasową maseczką. Jej twarz jest płaska i biała, maska płaska i czarna: to mnie przeraża. Sen zmienia tę twarz w maskę, w maskę pod maską. Matka oddycha płytko, jakby umierała, jakby już nigdy nie miała się obudzić.

Idę do łazienki, odkręcam kran. Spuszczam wodę w to­alecie, chwytam za szczotkę i energicznie odkładam ją na półkę, upuszczam but, zamykam z trzaskiem drzwi. Sta­ram się, jak mogę, obudzić matkę, ale na wszelki wypa­dek uciekam się do środków, których nie można uznać za celowy atak na fortecę jej snu. Bo jak długo nie chce wró­cić do przytomności, tak długo nie może dostrzec, że je­stem, tak długo więc nie istnieję. Kiedy tak stoję i przy­glądam się, jak śpi, czuję, że za mną świat się rozstępuje, jakby otwierała się przepaść. Wiem, że nie mogę się cof­nąć od łóżka nawet o cal, w przeciwnym razie runę w dół.

Jeśli starcza mi odwagi, wyciągam dłoń i delikatnie dotykam gładkiej, połyskliwej powierzchni czarnej ma­ski. Wygląda niestosownie, niemal perwersyjnie, otoczo­na czarną koronkową falbanką, jak bielizna, którą matka wkłada na randkę. Od kilku godzin, odkąd nie śpię, sły­szę ptaki; ich krzyki brzmią przenikliwie, bezlitośnie.

Jeśli uda mi się ją zbudzić, nie odzywa się. Chodzi sztywno tam i z powrotem po pokoju, jakby była wściek­ła, patrzy dziko, a na jej twarzy maluje się wyraz zdziwie­nia. Robię się jeszcze mniejsza, wycofuję do kąta przy

drzwiach, często jednak zdaje się wcale mnie tam nie dostrzegać. Z paczki pozostawionej na sekretarzyku wy­ciąga papierosa i staje przed francuskimi drzwiami, któ­re wychodzą na ogród. Paląc, patrzy gdzieś w dal, odwró­cona do mnie plecami. Światło przenika przez szkło i spra­wia, że jej sylwetka rysuje się wyraźnie pod cienką, białą koszulą. Dym unosi się z jej ust, dłoni. Unosi się powoli, wije, kołysze niczym melodia grana na flecie przez zakli-nacza węży.

Kiedy wreszcie na mnie patrzy, jej oczy przypominają dwa puste zwierciadła. Nie mogę odnaleźć w nich siebie.



Chociaż spotyka się z innymi mężczyznami, a nawet przyjmuje od nich pierścionki zaręczynowe, nadal kocha się romantycznie w moim ojcu, acz na odległość. Tak in­tensywnie koncentruje wzrok na tym nieobecnym, nie­widzialnym mężczyźnie, że mnie, dziecku, wydaje się, że rzeczywiście widuję go w domu dziadków. Przyjrzawszy się dokładnie maleńkim figurkom w ciemnym garnitu­rze, zwykle o zmroku dostrzegam widmo podobnego mężczyzny, które stoi w cieniach salonu albo sunie kory­tarzem w stronę sypialni.

  • Jak on wygląda? - pyta przyjaciółka rodziny, kobie­
    ta, która miewa przebłyski jasnowidzenia i której okula­
    ry kołyszą się na łańcuszku z błękitnymi szklanymi pa­
    ciorkami, gdy się nade mną pochyla. - Powiedz mi - mówi,
    zachęcona do działania doniesieniem babki, że widzia­
    łam ducha.

  • Nie ma twarzy - szepczę.

  • Anioł stróż! - woła na to.

- W garniturze? - dziwi się babka. - Anioły z pewno­
ścią nie noszą garniturów!

Przeraża mnie ten duch. Nie mówi, nie gestykuluje. Nigdy za mną nie podąża, kiedy wybiegam z ciemnych pokoi, w których go niby widuję. Ale prowokuje mnie milczeniem, sposobem, w jaki zdaje się na mnie patrzeć. Dorastam w obawie przed mrokiem. W nocy potrzebne mi światło, filiżanka ovaltine, śpiew dziadka, ustawicznie powtarzane magiczne „K-K-K-Katie" i talizman składają­cy się z jedenastu pluszowych miśków rozwieszonych na ścianie przy moim łóżku. Mimo wszystko budzę się z krzy­kiem.

Może rzeczywiście ojciec przebywa tu duchem: prze­bywa w naszym domu, czeka, spaceruje sobie w salonie między stołami i krzesłami, których nigdy nie używamy. Czuję jego obecność. Jego druga żona powie mi po la­tach, że wzięła za męża człowieka, który ciągle ogląda się przez ramię na moją matkę i na mnie.

- Kiedy wyszłam za twojego ojca - oświadczy - od razu


wiedziałam, że on zawsze będzie w niej zakochany. Że
twoja matka jest nieodłączną cząstką osoby, w której się
zakochałam.

„Człowiek w służbie Boga". Tak ktoś określa mojego ojca. Nie pamiętam kto. Na pewno nie moja matka. Je­stem dzieckiem, dla którego słowa te znaczą tyle, że oj­ciec ma pewne nadzwyczajne, magiczne właściwości i że jest dobry, lepszy od innych ludzi.



Śle długie listy do matki. Czasem, złożone wewnątrz, są liściki do mnie. Ojciec opisuje w nich swoją pracę du­chownego. Zabiera grupę młodych chrześcijan do slum-

sów, gdzie pomagają urządzać mieszkania. Malują ściany na biało, przynoszą koce, jedzenie i zabawki dzieciom, które ich nie mają. Ojciec twierdzi, że ja prawdopodob­nie mam wszystko, czego dziecko może pragnąć. Wyraża nadzieję, że zdarzy się okazja, abym mogła poznać bied­nych ludzi, bo jakże w przeciwnym razie miałabym się nauczyć wdzięczności?



List, napisany dwa dni po moich piątych urodzinach, zawiera pytanie, czy dobrze się bawiłam. Czy było przy­jęcie? Tamtego dnia ojciec przebywał w domu ludzi, któ­rzy nie mają dość pieniędzy, aby świętować urodziny. Spotkał tam chłopca o wyglądzie aniołka, bardzo inteli­gentnego, który jednak miał zeza. Ojciec próbuje się do­wiedzieć, co można zrobić, aby skorygować tę wadę.

Zawstydzona, że nie cierpię mężnie w slumsach i że widzę wszystko zupełnie normalnie, eksperymentalnie zaczynam zezować.

- To ci już tak zostanie, jeśli nie przestaniesz - ostrze­ga mnie babka. Dodaje, że jeżeli gwałtownie zmieni się kierunek wiatru, kiedy będę to robiła, zez zostanie mi na zawsze, a wtedy równie dobrze mogłabym oślepnąć.

Święto Dziękczynienia przychodzi nam spędzić w bu­dujący sposób. W biurze pomocy społecznej matka do­wiaduje się o pewnej rodzinie, która chętnie zgodzi się nas przyjąć w charakterze gości i pozwoli przygotować dla siebie posiłek. Odwiedzamy dom, w którym kilkoro dzieci dzieli pokój wielkości połowy mojego. Kiedy zbyt szybko dodaję mąkę do sosu i rozsypuję na podłogę mie­loną gałkę muszkatołową, matka nie złości się na mnie tak bardzo, jak by to uczyniła w naszym domu. Nie krzy­czy i nie wyrywa mi niczego z rąk.



Potrawy, które przyrządzamy, znikają w ciszy. Dzieci

jedzą szybko i łapczywie. Coś mnie ściska za gardło. Wiem, odczuwam to całą sobą, że motywem tej wizyty nie jest wielkoduszność, tylko pragnienie mojego ojca, abym po­trafiła docenić to, za co powinnam być wdzięczna.

Nie pamiętam, abym pisała do ojca, ale na pewno pi­sałam, bo kiedy umrze moja matka, między różnymi pa­pierami znajdę listy od niego, a w nich spostrzeżenie, że bardzo ładnie uczę się kaligrafować i składać litery. Je­den wyblakły ołówkowy autograf z 20 lutego roku, w któ­rym kończyłam trzy lata, zawiera podziękowanie za wy­słanie walentynkowego serduszka z dedykacją „Tacie". Ni­gdy nie miałem pewności, że nasza córka cokolwiek o mnie wie. Ale wie, prawda? Czy jest możliwe, abym spot­kał się z nią choć na kilka godzin?

Mam sześć lat, kiedy matka się wyprowadza. Ja zosta­ję. Nie ma jej, ale pokój po niej pozostaje taki, jaki był. Podnoszę narzutę i widzę świeże prześcieradła na jej łóż­ku. W szafie wiszą sukienki, których nie lubiła dość, by je ze sobą zabrać. Sukienki we wszystkich kolorach: czer­wone, niebieskie, różowe, zielone. Staję pośród nich. Schy­lam się pod jedną i pozwalam, by otoczyła mnie niczym żółty namiot, namiot w kolorze słońca, pachnący kwiata­mi. Przysuwam twarz do gładkiego materiału, sto razy ładniejszego niż jakikolwiek inny przedmiot w tym domu. Jeśli taka sukienka nie była warta by ją zabrać, to czyż ja mogłam mieć nadzieję, że mnie zabierze.



Zaglądam do szuflad i widzę koszule noc­ne. Ostrożnie układam się na jej łóżku z głową na po-

duszce. Kiedy się podnoszę, wygładzam prześcieradła i na­rzutę. Muszę mieć pewność, że kiedy wróci, nie dowie się, że tutaj byłam.

Przeprowadza się do mieszkania gdzieś w sąsiedztwie. Chce uciec przed drapieżnością mojej babki, dlatego nie mówi nam, na której ulicy mieszka, ani nie podaje nume­ru telefonu. Widuje się ze mną często, ale przychodzi i od­chodzi według własnego widzimisię. Nie chce, aby ją nie­pokoić dziecięcymi dolegliwościami: gorączką, koszmara­mi, wypadaniem zębów. To pierwsza od rozwodu próba rozpoczęcia samodzielnego życia, które wydaje się jej zu­pełnie niemożliwe, póki nie uwolni się od macierzyństwa.

Korespondencja między mną a ojcem ustaje, póki nie zaczynam nauki w pierwszej klasie college'u. Po raz pierw­szy w życiu mam inny adres niż reszta mojej rodziny. Kiedy jestem w szkole, tylko naczelnik poczty może wie­dzieć, kto nadsyła listy i jak często.

Listy od ojca są beznamiętne, suche, bez wyobraźni. Niewiele mówią o nim samym. Przeważa w nich nużąca teoria wychowania i estetyki. Podobnie jak listy, które nadsyłał, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, zawierają głów­nie pouczenia. Gdy je czytam, stojąc na zewnątrz małego pomieszczenia poczty w przewiewnym korytarzu, trawi mnie zniechęcenie. Czy to możliwe, aby ktoś rzeczywi­ście myślał w taki sposób? Jest erudytą czy może, jak po­wiedziałaby moja babka, „potwornym nudziarzem"?

Biorąc przykład z ojca, piszę ostrożne, oszczędne od­powiedzi, najpierw w zarysie, potem dokonuję poprawek, w końcu ostateczną wersję składam na trzy i zaklejam w nieskazitelnie białej kopercie.

Matka i ojciec poznali się w foyer teatru. Przed-stwił ich sobie wspólny przyjaciel. Oboje mieli po siedemnaście lat i byli zupełnie niewinni. Wiedza o rodzicach działa na mnie tak przemożnie, że ja również tracę dziewictwo jako siedemnastolatka. Pozby­wam się go, jakby już w dniu moich narodzin sprawa była całkowicie przesądzona; partnerem jest chłopiec, które­go doświadczenie dorównuje mojemu.

To, co nastąpiło po wieczornym przedstawieniu, pod­czas którego doszło do spotkania moich rodziców, nie było niczym niezwykłym: zadurzenie, czułe spotkania, ciąża, pospieszne małżeństwo, narodziny dziecka, a potem roz­wód - a wszystko rozgrywało się w domu rodziców mojej matki. Rodzina ojca mieszkała z dala od szkoły z interna­tem, w której się uczył. Kiedy moi rodzice zostali rodzi­cami, sami byli jeszcze dziećmi bez pieniędzy i wykształ­cenia.

„Lubi czytać i chodzić na koncerty. Ma nadzieję, że pewnego dnia zostanie aktorką dramatyczną" - widnieje napis pod zdjęciem matki w jej kronice szkolnej.

Wiele lat po jej śmierci wycinam odpowiednią stronę, która, oprawiona, wisi teraz w mojej pracowni. Czasami zdejmuję ramkę i trzymam ją w dłoniach. Przyglądam się dokładnie fotografii i słowom, które znam na pamięć.

Jak na osiemnastoletnią dziewczynę wydaje się nie-

pokojąco spokojna i poważna. Jakże wiele uwagi musiała poświęcić sukience i włosom, perfekcyjnie wyregulowa­nym brwiom nad piwnymi oczami. Są niebezpieczne, te oczy ze zdjęcia, dwie otchłanie smutku, w które mogę wpaść i utonąć. Wyraz twarzy matki zdradza ten sam ro­dzaj obawy i bezradności, który kojarzy mi się z sierota­mi i uciekinierami, ludźmi pozbawionymi wszystkiego. Jej usta są małe, wyraziste, dziewicze, wargi zaciśnięte, by nie budzić pożądania. Górna warga układa się w łuk Kupida z taką wyrazistością, że od samego patrzenia mój wzrok staje się zamazany, nieostry.



Czy znam matkę lepiej niż jej dawna przyjaciółka szkol­na J. M., która przepowiadała jej przyszłość? „Będzie stu­diować literaturę, język francuski oraz dramat" - napisa­ła J. M. To wszystko w pewnym sensie się sprawdziło, chociaż matka realizowała cele na własną rękę i nawet nie poszła do college'u.

W obliczu niewyobrażalnych obowiązków ojciec - mó­wiono mi, że dziadek wołał: „Z czego będziesz je utrzy­mywał?! Myślisz, że to może się udać?!" - podjął pracę jako sprzedawca encyklopedii.

W bibliotece dziadków na najwyższej półce stoi rząd czerwono-zielonych tomów encyklopedii Britannica. Na okładce pierwszego tomu suplementu widnieje rok 1962, następny po moich narodzinach.

Ile to razy, będąc jeszcze dzieckiem, zdejmowałam jed­ną z tych ciężkich ksiąg, aby przygotować wypracowanie szkolne albo po prostu zaspokoić ciekawość? Ile to razy trzymałam w rękach którąś, nie wiedząc, kto sprzedał je moim dziadkom? Bawełniany dżin. G. Mendel. Główne produkty eksportowe Chin. Taniec pyłkowy pszczół.

Matka i babka mówią płynnie po francusku. Moja mat­ka z tak nienagannym akcentem, że dziwią się temu na­wet paryżanie. „Niemożliwe" - mówią. - „Na pewno miesz­kałaś we Francji jako dziecko". Ja, chociaż rozpoczynam naukę w wieku dwóch lat, długo nie czynię żadnych postę­pów. Oprócz przyswojenia sobie kilku słów, la table, le cra-yon, tych, które brzmią podobnie jak w angielskim. Testy na inteligencję potwierdzają podejrzenie matki, że brak po­stępów należy przypisać bardziej mojemu uporowi niż bra­kowi talentu. Postanawia mnie złamać. Chcę czy nie, muszę poznać ów język konfliktów. Matka i babka używają go do wzajemnych potyczek bądź posługują się. nim, by sekret­nie niszczyć wspólnych wrogów.

W każdy weekend matka ćwiczy ze mną, korzystając z tekturowych kart jako pomocy. Stara się mnie przeku­pić, grozi mi, pochlebia. Bezskutecznie. Już przy najkrót­szej galijskiej sylabie wyłączam się, wcale nie celowo, lecz najzupełniej bezwiednie. Zamykam się głęboko w sobie, dokąd głosy dobiegają jakby z oddali, jakby matka wołała w głąb studni, lecz nie jestem w stanie odpowiedzieć. Gniew, a zwłaszcza gniew matki, czyni mnie niemową; milczeniem doprowadzam ją do wściekłości. Pewnego razu rzuca karty i uderza mnie w twarz.

W drugiej klasie, po pięciu latach niepowodzeń, przy­gotowuję się do testu z francuskiego w taki sposób, w jaki nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło. Mamy nauczyć się kolorów. Czerwony = rouge. Żółty = faunę. Zielony = vert. Spisuję wszystkie odpowiedniki na kawałku papieru, a na­stępnie chowam go w rękawie. Podczas testu dostajemy rysunek klauna trzymającego kiść balonów. W każdym z nich jest słowo oznaczające jakiś kolor. Balony musimy właściwie pokolorować.



Kiedy okazuje się, że osiągnęłam doskonały wynik, matkę ogarnia szaleńcza radość. Ściska mnie i całuje, kupuje prezenty; i chociaż mam dopiero siedem lat, bar­dzo dobrze pojmuję, jak obciążający jest mój sukces - że miłość matki (jak miłość jej matki do niej) zależy od tego, czy się poddam. Zaakceptuje mnie, dojrzy, zwróci uwa­gę, jeśli stanę się dzieckiem, które potrafi ją zadowolić.

- Wiedziałam, że potrafisz! Wiedziałam, że dasz so­


bie radę, jeśli tylko spróbujesz! - mówi.

Wyrywam się z jej ramion, szlochając.



  • Nie potrafię! - krzyczę. - Zrobiłam to dzięki temu! -
    Wyciągam w jej stronę papier z nieporadnym tłumacze­
    niem.


  • Ty... Ty... - wypluwa, tak wściekła, że nie jest w sta­
    nie wysłowić się w żadnym języku.

Następnego dnia zabiera mnie do nauczycielki. Kiedy się przyznaję, matka zaciska dłoń na moim karku. Potem odwozi mnie do domu, do dziadków. Na podjeździe otwie­ra od wewnątrz drzwi pasażera.

- Wysiadaj - rzuca. Posłusznie wychodzę z samocho­


du, ona zaś natychmiast odjeżdża.

Tamtego dnia wpadam w chorobę, której nikt nie po­trafi zdiagnozować ani wyleczyć. Wszystko zaczyna się od kłopotów z żołądkiem. Trwa tygodniami, póki nie pod­słucham, jak pediatra mówi babce, że będę musiała iść do szpitala, bo jestem bardzo odwodniona. Wówczas do­legliwości przechodzą mi tak nagle, jak się rozpoczęły.

Wracam do szkoły nie tylko szczuplejsza, ale nawet pozornie mniejsza, blada, z krótko przystrzyżonymi wło­sami, aby łatwiej je było pielęgnować podczas choroby.

- Ojej, przecież to nie to samo dziecko! - woła nauczy­


cielka, dyrektor i wszyscy, którzy mnie widzą.

- Jest innym dzieckiem! Co to za dziecko?! - słyszę dziesięć albo więcej razy.

Jestem inna. Uczę się francuskiego. Zawsze bez przy­jemności, z jaką zajmuję się pozostałymi przedmiotami, ale uczę się na tyle dobrze, że potrafię przeczytać francu­ską powieść. Zdarza się, choć bardzo rzadko, że śnię po francusku. Wtedy budzę się rano chora, wymiotuję.

Czy sukcesy ojca kosztują go tak samo wiele jak moje kosztują mnie? Jest jednym z tych ludzi, którzy oderwali się od swoich korzeni wystarczająco daleko, aby starzy znajomi albo stawiali go za przykład, albo odnosili się do niego z pogardą. Ilu jego starych przyjaciół i krewnych -członków społeczności, z której pochodzi - pojmuje to, co ja odkryję: że siłą napędową jego działania był gniew?



To w ogrodzie, między rabatą z różami a rzędem owo­cowych drzewek, dziadek powiedział ojcu, że pomiędzy nim a matką wszystko skończone, że ojciec może zapo­mnieć o nazywaniu jej swoją żoną. Sprawa była prosta. Jeśli odejdzie bez przyczyniania naszej rodzinie dalszych kłopotów, będzie mógł się uważać za człowieka wolnego: ugoda rozwodowa nie będzie zawierała pod jego adresem żadnych dodatkowych roszczeń.

Dziadek jasno dał do zrozumienia, że niczego się od niego nie oczekuje. Ani łożenia na dziecko, ani odwie­dzin.

Dziadkowie sądzili, że są w stanie położyć temu kres, usunąć skutki niefortunnego błędu mojej matki. Rzecz jasna było dziecko, efekt jej młodzieńczego buntu, próby

sprzeciwienia się rodzicom, zwłaszcza pragnieniu jej mat­ki, aby nią kierować. Wprawdzie należało wziąć mnie pod uwagę, lecz byłam tylko kosztem, który godzili się po­nieść. W każdym razie ojciec musiał odejść.

Wyczerpana kampanią swej matki, zmierzającą do usu­nięcia męża z jej życia, kampanią sprytnie skoncentro­waną na jedynej ekstrawagancji, jaką dopuszczały zasa­dy jej wychowania, matka uległa obawie, że z moim oj­cem będzie zawsze uboga. Ubóstwo było czymś, co bab­ka, sama wychowana przez ojca posiadającego fortunę, mogła uważać za położenie rozpaczliwe, niemal fatalne.

„Żona kaznodziei!" - Słyszę pogardę, z jaką babka wy­powiada te słowa.

Najpierwotniejsza dyrektywa, którą mnie i matce wpa­jali jej żydowscy rodzice, głosiła, że mamy się kształtować w opozycji do dzieci z naszego otoczenia. Urodzeni w Lon­dynie dziadek i babka mieszkali wszędzie. Zawsze uwa­żali Amerykę za kraj wygody, higieny i bezpieczeństwa, gdzie dzieci „ciągnięto za uszy", a nie „wychowywano". Co natchnęło matkę, by w przypływie buntu wybrać mojego ojca, a z nim jego niemieckich przodków, część indiańskiej krwi babki; nie jednego, lecz dwóch dziad­ków misjonarzy; rozbite małżeństwo rodziców, by nie wspominać o bardzo skromnych warunkach, w których przyszło im żyć. Dla mojej matki musiał być kimś wyjąt­kowym, nie do odrzucenia, tak samo jak dla jej rodziców -nie do przyjęcia.

Ojciec, człowiek o nieszczególnym pochodzeniu, mu­siał mieć dla nich respekt za ich uprawnioną europejską łaskawość, dobrobyt i namacalną historię, ucieleśnioną w antykach, których nie nabyli, tylko otrzymali w spad­ku. Chociaż sama powinnam wrosnąć w tę powłokę



uprawomocnienia, nadal boję się dziadków. O ileż bar­dziej musieli przerażać mojego ojca, wówczas dziewięt­nastoletniego młodzieńca, który przebywał z dala od domu, a pieniądze na ostatni rok nauki w doskonałej szko­le przygotowującej do college'u nie bez trudu zebrał jego ojciec jako rodzaj rekompensaty.

Ojciec mojego ojca był uwodzicielem. Często opusz­czał żonę i dziecko, goniąc za innymi kobietami. Zwień­czenie kariery syna w szkole średniej - dyplom ze znako­mitej szkoły przygotowawczej, dający szansę na lepszy col­lege - miało być formą zadośćuczynienia za wcześniejsze zaniedbania. Jednocześnie mój ojciec zyskał szansę spot­kania matki i odmiany swojego życia. Ale z pewnością w sposób niezgodny z nadziejami jego ojca.

Mam dwadzieścia lat. Wiodę życie wygnańca. Ciągle prze­bywam na jakimś lotnisku, wlokę się za ojcem przez po­mieszczenia wyłożone poplamionymi dywanami albo wyblakłym linoleum. Ściany wokół nas ostrzegają przed nielegalnym przewozem. Strzałki wskazują punkty odbio­ru bagażu i postoje taksówek. Wszędzie są małe, niebie­skie tabliczki z międzynarodowymi symbolami oznacza­jącymi bufet, pomoc medyczną, toalety.

Zmęczeni, znudzeni podróżni, którzy nas otaczają, zgięci w tłoczonych plastikowych krzesłach, trawią nasze długie pożegnania tak samo jak treść czasopism i podłe jedzenie.

Czy jesteśmy do siebie tak podobni, by rozpoznawali w nas ojca i córkę? Czy siedzimy zbyt blisko siebie? Czy trzymając dłoń na moim ramieniu, ojciec zdradza swoje

intencje? A my? Dlaczego tulimy się do siebie tak, jakby nasze rozstanie było nieodwołalne niczym śmierć?

Ludzie wpatrują się w nas bez żenady, bezpośrednio, obserwują nasze gesty i słowa niczym program na ekra­nie telewizora, który stoi w poczekalni.



Czasem w sklepiku na lotnisku ojciec kupuje pocztów­ki, duże, z różami i koronkami, oraz do kompletu różowe koperty. Przyglądam się, jak na nich pisze, nakleja znaczki i wreszcie je wysyła, zatem nasze spotkania nie przery­wają ich nieustannego napływu na mój adres.

Dorastając, niewiele wiem o życiu ojca. Ma nową żonę i inną córkę. Tam, gdzie mieszka, pada śnieg. Dokucza mu katar sienny. Ma ogromnego psa, malamuta, który kiedyś pożarł kota. Jest doktorem, ale nie lekarzem - ma tytuł doktora filozofii. Źródłem tego rodzaju szczegóło­wych informacji jest matka. Sporadycznie pisane listy przestają nadchodzić, więc pozostają jeszcze tylko dwie wizyty, podczas których mam okazję przyjrzeć mu się osobiście.

Przyjeżdża latem, kiedy mam pięć lat. On, matka i ja idziemy razem na plażę. Ojciec w koszuli z długim ręka­wem i płóciennych butach wychodzi naprzeciw morskiej pianie. Idzie w głąb, a odwraca się dopiero wówczas, gdy fala przelewa się już nad jego ramionami. Przyglądam się, jak zmierza po piasku do naszego parasola. W butach mu chlupocze, koszula przykleja się do ciała, z rękawów kapie. Siada na jednym z naszych rozkładanych krzese­łek, a woda spływa strumyczkami po aluminiowych nóż­kach. Rozkłada ręcznik na swych białych kolanach. Naj­bardziej niepokoi mnie jedno: sposób, w jaki fascynuje

moją matkę. Kiedy składają sprzęt plażowy i idą w stronę samochodu, jestem przekonana, że gdybym za nimi nie poszła, nawet nie zauważyliby mojej nieobecności.



Bierze ze sobą duży aparat fotograficzny i pewnego popołudnia ustawia mnie przed obiektywem. Na zdję­ciach, które robi, mam sukienkę ze ściągaczami w pasie i przy rękawach. Pamiętam tę sukienkę także dlatego, że nieprzyjemnie cisnęła mnie w ramiona. We wspomnie­niach nie dostrzegam różnicy między tą niewygodą a uściskiem jego dłoni o dużych palcach, kiedy ustawiał mnie w pozie według niego najodpowiedniejszej.

Gdy wraca, mam lat dziesięć. Teraz idziemy we trójkę do muzeum sztuki i na targ warzywny. W muzeum mat­ka i ojciec trzymają się za ręce, ja podążam dobre kilka metrów za nimi. Wszyscy pocimy się, przesuwamy leni­wie bezwietrznymi galeriami. W pewnym momencie kła­dę swoje rozgrzane dłonie na chłodnej stopie dużego marmurowego posągu Wenus, a mój ojciec obraca się na pięcie i gani mnie.



- Czy nikt cię nie nauczył, że w muzeum nie należy dotykać żadnych przedmiotów? - pyta i patrzy z dezapro­batą najpierw na moją matkę, potem na mnie.

Przy lunchu na targu warzywnym moje krzesełko stoi zbyt blisko krawędzi stołu. Czuję, że nie mogę oddychać. Podniesienie z ziemi srebrnych sztućców, które w zde­nerwowaniu upuszczam, zajmuje mi sporo czasu. Wyczu­wam, że ojciec spogląda na mnie nieco zaintrygowany -oto jego dziecko - i jednocześnie z odrobiną zadowole­nia. Znowu jestem, jak zawsze od dnia narodzin, nie­uchronnym kompromisem prywatności moich rodziców.

: Dziesięć lat później - dziesięć lat od dnia, kiedy ze swo­jego punktu obserwacyjnego pod stołem spojrzałam na jego czarne buty - wszystko się zmieniło. Ojciec przysyła mi kasety magnetofonowe z nagraniami swojego głosu, ja odtwarzam je w samochodzie. Jadę do centrum han­dlowego położonego kilka mil od uniwersyteckiej poczty, blokuję drzwi i paznokciem rozcinam taśmę, którą jest sklejone małe, białe pudełko.

Męski głos wypełnia wnętrze samochodu. Wznosi się, opada, przybiera ton prośby, łamie się. „Dziewczynko" -woła do mnie. - „Och, dziewczynko. Moja dziewczynko". Jestem w samochodzie sama. Chowam twarz w dłonie i słucham. Stałam się jego niewolnicą w nie mniejszym stopniu niż byłam nią wobec swojej matki.



Odtwarzam taśmę ciągle od początku, cofam ją bez ustanku. Mogę słuchać ojca, ile razy przyjdzie mi ochota, słuchać, że mnie pragnie.

Ten głos jest czymś, co chcę zachować na zawsze, i za­razem czymś, czego, kiedy już będzie po wszystkim, nie pozwolę sobie słuchać. Jak listy od niego i jak fotografie, kasety będą zamknięte w kufrze, co przywróci mu - wszel­kim oznakom jego istnienia - pierwotny charakter związ­ków ze mną: utraconego ojca.

Mówię matce, że chcę wysłać ojcu podarunek, coś wy­konanego własnoręcznie. Z pewnością zależy mi na tym, bo mam nadzieję wymazać albo chociaż złagodzić fatal­ne wrażenie, jakie na nim wywarłam podczas ostatniego spotkania, kiedy upomniał mnie w galerii rzeźb.

- Co powiesz o jednym ze swoich obrazów? - sugeru-



je. W środy po szkole chodzę na

  1   2   3   4   5   6


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna