Maja Kittel ''bellona warszawa



Pobieranie 0,93 Mb.
Strona1/11
Data21.02.2018
Rozmiar0,93 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Kristen Kemp

Jeszcze zobaczycie

Przełożyła Maja Kittel



''BELLONA Warszawa

Dla Kelly Estep, mojej nastoletniej wspólniczki w intrygach i zbrodniach.

Rozdział pierwszy

Ws

samochodzie zapadła cisza, co rzadko się zdarzało w obecności Melishy. Oczywiście to onająprzerwała, dokładnie w momencie, gdy Jack skręcał w ulicę, przy której mieszkała.

  • Rany, ale mam zakwasy. Chyba za dużo grałam w ping-
    -ponga.

  • Mhm, ten ping-pong naprawdę cię wykończy, Melisha,
    szczególnie, że trafiasz na tak silnych przeciwników jak ja
    - odparł Jack.

  • Ty umiesz wygrać tylko wtedy, gdy ci pozwalam. Czy nie
    sądzisz, że najwyższy czas wziąć się za siebie? - powiedziała,
    po czym zaczęła demonstracyjnie nucić pod nosem jakąś wku­
    rzającą melodyjkę.

  • Skoro jestem taki żałosny, to dlaczego ty...

  • Uuups, okrrropnie mi przykro, chciałabym ci się odgryźć,
    ale to już tu - minąłeś mój dom! Wypuść mnie!

  • Z przyjemnością.

Jack wrzucił wsteczny bieg i czarny, błyszczący garbus ru­szył do tyłu. Ale umysł Jacka pracował na jeszcze wyższych obrotach niż silnik jego samochodu. Nagle przemknęło mu przez myśl, że pomimo wszystkich swoich beznadziejnych wad Meli­sha miała w sobie coś magicznego. Może to był ten drama­tyczny gest, jakim odrzucała kasztanowe loki, kusząc go wido­kiem nagiej, opalonej szyi. A może po prostu do mistrzostwa opanowała szereg sztuczek, które zawsze skutecznie przyciąga­ły męski wzrok. Na przykład taktycznie ustawiała nogę na ma­sce samochodu, by pokazać skrawek lamparcich majteczek. Ale Melisha żyła życiem bohaterki telewizyjnej opery mydlanej i jej ograne sztuczki w końcu się zestarzały. Jack chciał być luzacki, pewny siebie i zawsze na fali, a Melisha zostawała w ogonie.

8

Samochód zsunął się z krawężnika i Melisha ponownie prze­rwała mu rozmyślania.

- Wiesz, że będziesz za mną tęsknił, pingpongowy misiu - zaszczebiotała. - Przedzwoń do mnie. Aha, i przekaż Ellen pozdrowionka - dodała, po czym wybiegła w podskokach i zniknęła za drzwiami swojego domu, pomalowanego na mod­ny, różowy kolor.

Jack wciąż się zastanawiał, co właściwie w niej widzi. W końcu uznał, że Melisha musiała rzucić na niego jakiś miło­sny urok, prawdopodobnie wudu. No i świetnie grała w ping-ponga.

Po chwili jego myśli powędrowały w stronę kolejnego punktu w rozkładzie jazy. Ellen.

Ellen siedziała na łóżku, słuchaj ąc płyty Barenaked Ladies i usiłowała się wyłączyć. Jak zwykle bezskutecznie starała się zdobyć odrobinę czasu w ciszy i samotności po kolejnym, stre­sującym szkolnym dniu. Ale była bez szans. Sprawę utrudniały dodatkowo jęki dochodzące z dołu. Siostra Ellen, Eve,miała donośny, przenikliwy głos, który potrafił przebić bębenki w dziewczęcych uszach, i nie wahała się go używać. Właśnie nawijała bez końca o tym, jak fatalnie wygląda jej tyłek w ko­stiumie kąpielowym i jak to zrujnuje jej szansę w konkursie piękności o tytuł Miss Corncob za dwa tygodnie.

- On jest taki strasznie płaski! - darła się Eve. Ellen bez przerwy musiała wysłuchiwać narzekań siostry z cyklu „taki ze mnie okropny chudzielec". Sama martwiła się raczej, żejej wła­sny tyłek urośnie nagle o trzy rozmiary i pęknie jakbalon przed przyjęciem u Jacka, które miało się odbyć następnego dnia. Blee. Już samo bycie brzydszą starszą siostrą byłoby dobijają-

ce. Ale mieć siostrę, która jest tylko dziewięć miesięcy młod­sza i wygląda jak modelka z okładki Cosmopolitan (tylko jesz­cze ładniejsza) - to coś, co sprawia, że patrzy się na życie jak uciekinier z domu dziecka.

Wszyscy kochali rozkoszną Eve, prawdziwy brylant w ko­ronie rodziny. Ale Ellen uważała, że Eve jest raczej cyrkonem udającym diament. Serio. Nawet blond włosy ich matki wyda­wały się prawdziwsze.



- Mamo, mam taki potwornie mały tyłek! -jęczała dalej Eve. - No i jeszcze ten biust. Czy ty widziałaś okrągłe cycki Drewcilli Locklear?

Ellen już chciała wrzasnąć: „Gdyby tylko twoje pryszcze były równie małe jak tyłek...", ale powstrzymała się od pysko­wania. Nie zamierzała się zniżać do poziomu Eve.

Zatrzymała więc swoje przemyślenia dla siebie. Przynaj­mniej sama miała naturalnie gładką, łatwą w utrzymaniu cerę, nie wspominając już o dwóch solidnych miseczkach rozmiaru C. I gdyby tylko nie ogarnął jej taki wredny nastrój, nie wyzłośli-wiałaby się jak ostatnia wiedźma.

Nagle z dołu dobiegły odgłosy jakiegoś poruszenia, które oznaczały, że mama usiłuje utulić Eve, co natychmiast wywoła­ło koszmarną awanturę. Uuu, teraz to Eve wpadła naprawdę w wredny nastrój. Krzyki i szarpanina rozbawiły Ellen do łez. Oczywiście nie była potworem tak sama z siebie, ale siostra zawsze budziła w niej najgorsze instynkty.

Zgodnie z przewidywaniami, po chwili na schodach rozle­gły się kroki ich matki, która jak zwykle westchnęła „czemu nie możemy sobie tak po prostu spokojnie pożyć" i poszła na górę ochłonąć. Po chwili jednak ktoś zadzwonił do drzwi i Ellen usły­szała, jak mama wraca na dół.

Parę sekund później rozległ się głos jej chłopaka. Alleluja. Jack właśnie podlizywał się mamie, a Eve usiłowała z nim flirto-

10

wać. Pasożyt, zawsze musi wykorzystać każdą okazją. Ellen zerknęła do lustra, chociaż sama nie wiedziała po co. Ku jej zdziwieniu, lustro nie pękło i nie spadło ze ściany z obrzydze­nia, tylko pokornie ukazało jej odbicie. Czarna kamizelka świet­nie podkreślała jej karmelowe oczy i lśniące, czarne włosy, któ­rych nienawidziła. Wprawdzie miała beznadziejny nos i trochę piegów, ale nie była najbrzydszą dziewczyną w jedenastej kla­sie, nawet jeśli nie wyglądała jakjej siostra, Miss Nastolatek z mózgiem j ak suszarka do włosów.

Drzwi do sypialni otworzyły się z trzaskiem.

-Hej.

- Hej - powiedział Jack, przytulając Ellen tak mocno, że


„przypadkiem" otarł się o jej miseczki C.

Jaki on słodki, pomyślała Ellen. Jack ostatnio często wpa­dał w różne nieprzyjemne nastroje, więc doceniła fakt, że znów jest czuły i oddany. Ellen wprawdzie miała wielu przyjaciół, ale nie zadawała się z modną elitką szkoły, więc znajomość z Jackiem uważała za czysty fart. A właściwie - błogosła­wieństwo.

Jack wyróżniał się w klasie niczym filet mignon pośród mar­nych siekanych kotlecików. Miał klasę, styl, elegancję i mnó­stwo forsy, co naprawdę sporo znaczyło w małym miasteczku w Indianie, gdzie wszyscy robili zakupy w Wal-Marcie. Był wysoki, metr osiemdziesiąt, opalony i, rany, strasznie sexy. No i w dodatku należał tylko do niej, co budziło zazdrość absolut­nie wszystkich dziewczyn z zespołu cheerleaderek. Ellen i Jack chodzili ze sobą od czterech miesięcy - dla szesnastoletniej dziewczyny stanowiło to całą wieczność - i bardzo się w sobie zakochali.

A przynajmniej Ellen bardzo się zakochała.

- Chcesz to zrobić? - zapytał Jack charakterystycznym,
niby to poważnym tonem.

- Ja też się cieszę, że cię widzę - wypaliła z irytacj ą. Nie


powiedziała ani słowa więcej, ale chciała, żeby Jack przestał
sobie z nią w ten sposób pogrywać. Kiedy spróbował znowu
ją uściskać, zmusiła się, by go odepchnąć.

Uśmiechnął siei mrugnął dziwnie, nie przymykając powie­ki. Może coś mu zamigotało w źrenicy.

No czy on nie jest po prostu jak kremik z kartonu? Hm, może raczej moja ulubiona bita śmietana... -pomyślała El-len na przekór samej sobie.

  • Znowu słyszałem krzyki twojej siostry. Zostawiłaś otwarte
    okno. Pewnie przemycałaś tutaj te paskudne fajki, przyznaj się!
    Wystarczy, że twój ojciec pali w domu.

  • Nie - skłamała Ellen. - Czemu wszyscy za nią szalej ą?

  • Wszyscy? Na pewno nie ja. Ja szaleję tylko za tobą.

  • W takim razie zabierz mnie do swojego pałacu.

Jack mieszkał w domu z trzema sypialniami w najelegantszym punkcie całego miasteczka Shitville w stanie Indiana. Zarówno on sam, jak i jego ojciec, Rich, zawsze mieli ładne samochody i odlo­towe ciuchy. Ale nie było mamy Jacka - odeszła wiele lat temu. Jack nigdy o niej nie rozmawiał, a Ellen nie pytała. Podobnie za­chowywał się Rich, znany w całym miasteczkujako inteligentny, przyjacielski, sympatyczny i seksowny facet. Zawsze zostawiał Ellen i Jackowi pełną swobodę działania i często podtykał im dwudziestaki. Ellen uważała, że dom Jacka to raj na ziemi. Stała tam nawet zamrażarka pełna lodów - wyłącznie do j ej użytku.

Jack i Ellen zasiedli na godzinkę na huśtawce za domem, chichocząc i rozmawiając, jak cukierkowa parka z jakiegoś sitcomu. A potem zaczęli się całować i nie tylko. Tata Jacka nie miał nic przeciwko temu. Ellen wydawała z siebie pomruki i westchnienia, podczas gdy jej usta wypełniały łyżeczki sma­kowitego, kremowego Ben&Jerry's.

  • Chcesz pograć w ping-ponga? -wyszeptał Jack prosto
    do ucha Ellen, rozpinając guziczki przy jej nowych majtecz­
    kach.

  • Jezu, Jack! Przecież wiesz, że jeszcze nie jestem gotowa
    na seks! - Czemu on zawsze musi nadawać temu jakieś idio­
    tyczne nazwy typu „ping-pong"? - pomyślała Ellen. - Nie
    bądź taki wkurzający - dodała.

  • Czym ci się naraziłem? - spytał Jack.

  • Po prostu zapomnijmy o wszystkim, okej?

Jack poczuł się urażony, ale w końcu odpuścił i Ellen znów była szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa.

Rozdział drugi

E,

/Hen wkroczyła do domu snując rozkoszne rozważania na temat swojego zabójczego chłopaka. Mogłaby na zawsze zamieszkać we własnym mózgu i przez całe życie myśleć tylko o Jacku. Poszła do kuchni, żeby wziąć sobie pudło lodów na godzinę „po" i pochłonąć je w samotności. W ten sposób mo­gła przedłużyć te kilka chwil, które spędziła z Jackiem. Mogła sobie wyobrażać, jak by to wyglądało, gdyby została z nim sam na sam. Ooooo. Wszystko układało się doskonale.

Nagle ktoś brutalnie zburzył jej samotność. Eve wparowa-ła do środka, jakby wszechświat nie mógł już dłużej znieść jej nieobecności. Wymachiwała rękami, ćwicząc jakiś kretyński układ na konkurs piękności. W przelocie smagnęła Ellen po nosie. Ellen chciała ją trzepnąć w odpowiedzi, ale siostrzyczka zdążyła uskoczyć.

  • Cześć mamo, cześć tato! Gdybyście mnie szukali, to za­
    dzwońcie do Sary! - wrzasnęła Eve, wybierając się na noc do
    najlepszej przyjaciółki. W tym celu zagrabiła także bez pytania
    auto tempo, które należało do obydwu sióstr. Ellen usiłowała
    jej podstawić nogę po drodze, ale nie trafiła, więc Eve tylko
    wywaliła język. Ellen poczuła się wyjątkowo bezsilnie.

  • Ellen, skarbie, bądź tak dobra i odbieraj telefony. Po­
    wiedz wszystkim, że jesteśmy zajęci - wykrzyknęła mama,
    potocznie zwana Heather („Mów do mnie po prostu Heather").
    Ellen słyszała, jak rodzice w salonie bawią się swoim sprzętem
    wideo. Kiedy do nich zajrzała, na ekranie zjawiła się Jane Fon-
    da, opowiadająca o tym, jak to joga ulepszy twoje życie. Mama
    miała na sobie czerwony lamparci kostium z lat siedemdziesią­
    tych (w którym - a niech to! - naprawdę świetnie wyglądała),
    a tata tylko niebieskie szorty z białymi pionowymi paskami po

14

bokach. Poza tym włożył znoszone skarpetki z dziurami na pal­cach. Nawet nie uznał za konieczne ubrać się w koszulkę. Ellen omal nie udławiła się lodami. Czy to nie powinno być karal­ne? -pomyślała.

Ellen zawsze nieźle dogadywała się z matką i były do siebie dość podobne. W podstawówce Heather często jej tłumaczy­ła, żeby nie czuła się gorsza z powodu olśniewającej urody sios­try. Ellen miała być dumna z własnych, eee, talentów intelektu­alnych. Podobnie jak Heather, Ellen trochę pisała i nie bała się wyzwań. Matka kiedyś wygrała nawet ogólnokrajowy kon­kurs poetycki zorganizowany przez New Yorkera, ale zarzuci­ła pisanie po tym, jak wyszła za swojego profesora od angiel­skiego z koledżu, tatę Ellen (Eda). Od tego czasu zajmowała się wyłącznie prowadzeniem badań i pisaniem jego książek.

Dzięki naleganiom Heather Ellen regularnie prowadziła dzien­nik, pisała opowiadania i wiersze, a poza tym zawsze dostawała szóstki z angielskiego. W każdym razie jej wyedukowani literac­ko rodzice pęcznieli z dumy. Wszyscy spodziewali się, że Eve pewnego dnia będzie sławna z wygibasów na teledyskach MTV, więc Ellen także musiała sobie znaleźć coś, czym mogła wywrzeć na nich wrażenie. Zdecydowała, że dostanie się na kurs dla pisa­rzy na uniwersytecie w Columbii albo wręcz do Harvardu. Na przyjęcie mogli liczyć tylko najlepsi i najbardziej oddani sztuce adepci pisania - to tak, jakby dostać się za kulisy na koncercie ukochanego zespołu. Ale Ellenjeszcze bardziej uszczęśliwiał fakt, że Eve za żadne skarby świata nie objawiłaby się na tych uczel­niach. Wolała iść na uniwersytet w Indianie, bo słyszała, że gra tam mnóstwo przystojnych koszykarzy. Chociaż dla Eve dosta­nie sięnajakakolwiekuczelnię stanowiło niezłe wyzwanie. Dziew­czyna nie wiedziała nawet, j ak się pisze XOXO.

Ellen ruszyła w stronę pokoju. Przed przybyciem Jane Fon-dv. która za pośrednictwem wideo zmieniła iei dom w siedzibę



sekty New Age, EUen zamierzała poradzić się matki w pewnej ważnej sprawie. Ale teraz okazało się to niemożliwe. Jej zwy­kle spokojni i rozsądni rodzice zaczęli dostawać fioła, także na jej tle. Ojciec od miesiąca, kiedy to skończył pięćdziesiąt lat, przechodził ostry kryzys wieku średniego. Przestawił się na pa­pierosy o obniżonej zawartości ciał smolistych, codziennie

0 szóstej rano robił gimnastykę i nosił ciuchy od Abercrombie-


go. Co gorsza, wyhodował sobie brodę świętego Mikołaja

1 usiłował jąutrzymać, dopóki Heather nie zagroziła, że prze­


stanie się z nim pokazywać w miejscach publicznych. Sama
Heather, rycząca czterdziestka, także z trudem akceptowała
proces starzenia. Oprócz jogi zaczęła także uprawiać medyta-
cj e, pić ziółka i jeść tofu. Kretynizm. Ellen zerknęła przez szpa­
rę do salonu i zobaczyła, że rodzice przybrali właśnie pozycję
słonia i chichoczą jak zakochani ze szkoły średniej.


Kim są ci ludzie, którzy mieszkają w domu mojej rodzi­ny? - zastanawiała się Ellen. Co musiałabym zrobić, żeby do­stać z powrotem moich starych, dobrych, pijących piwo ro­dziców?! Ellen nasłuchała się o jodze już wystarczająco wiele, bo świra na jej punkcie dostał także podstarzały nauczyciel an­gielskiego, pan Cruz. Zatem Ellen postanowiła zaczekać, aż E. T. zwróci jej prawdziwy dom i wycofała się do swojego pokoju. Otworzyła okno i zapaliła capri ultra lighta, po czym zatelefonowała do swojej najlepszej przyjaciółki, Melishy.

- Muszę z tobą pogadać - powiedziała.



-W tej chwili nie mogę, skarbeńku, jestem w trakcie pracy nad kostiumami. Przygotowujemy „Romea i Julię" na szkolne przedstawienie i właśnie sześć osób pomaga mi rozważyć wszyst­kie możliwości ubraniowe. Mówię ci, naprawdę będę wyglądała tak obłędnie jak ta kociookababa, Claire Danes. Jeśli chcesz wpaść na nasze pozaszkolne praktyki, to byłabyś fantastycznym inspicjen­tem. Muszę lecieć, pa, pa! Przysięgam, że oddzwoniępóźniej.

16

- Jak chcesz - odparła Ellen, odkładając słuchawkę. Po­


czuła się kompletnie wypluta.

Mama Melishy, Di, przyjaźniła się z mamąEUen od dwudzie­stu lat, więc nic dziwnego, że Ellen i Melisha bez problemu także zostały najlepszymi przyjaciółkami. Ale ostatnio Melisha za bar­dzo przejęła się swoją nową rolą szefowej kółka teatralnego. Ellen z radością przyjęła sukces przyjaciółki, ale czuła się też trochę samotna. Nie chciała zostać gwiazdą sceny. I kiedy tak o tym myślała, doszła do wniosku, że ona i Melisha nie miały już ze sobą zbyt wiele wspólnego. No, może poza plotkami - rany, ale to był ubaw, kiedy dziewczyna grająca sierotkę Anusię nagle zaczęła się mizdrzyć do Daddy'ego Warbucksa. Ale trzymały się razem już od tylu lat, że prawie do siebie przywarły na stałe. A przynajmniej świetnie im się gadało o seksie.

Następny na liście telefonów alarmowych był Julian, drugi najlepszy przyjaciel Ellen, słodki facet, który zakochał się w niej w niezwykle uroczy sposób. Ellen jakoś to wyczuwała, ale nie chciała mu ulegać, bo wolała być jego przyjaciółką. Schrzanić taką przyjaźń to jak napić się ciepłej dietetycznej coli. Ellen i Julian to były prawdziwe bratnie dusze. Oboje ko­chali pisać, wspólnie wydawali szkolną gazetkę i mieli iden­tyczny filmowy gust. Ellen zawsze uważała, że Julian musi być gejem. Cholernie trudno jest znaleźć faceta hetero, który miał­by w sobie tyle wrażliwości i głębi.

  • Przeszkadzam? - spytała Ellen dość niezwykłymjakna
    siebie tonem, w którym pobrzmiewała desperacja.

  • Ty? Pewnie, że nie. Nigdy mi nie przeszkadzasz - odparł,
    rozkoszując sięjej seksownym, chrapliwym głosem, zdławio­
    nym przez nikotynę.

  • Masz ochotę wpaść? Nie mogę sobie poradzić z tym
    całym bajzlem z Jackiem. On chce to zrobić. I chyba się zgo­
    dzę, ale najpierw muszę z tobąpogadać.

  • Aha, chodzi o Jacka. Wiesz, co ja myślę - powiedział
    Julian, przypominając sobie plotki, które słyszał na temat Jac­
    ka i Melishy. Przez cały dzień marzył, żeby okazały się praw­
    dziwe i żeby mógł o tym powiedzieć Ellen. - Wiesz, że go nie
    znoszę. - Julian przerwał na chwilę. - Moim zdaniem on cię
    wykorzystuje, Elłe. - Uwielbiał nazywać jąElle, to brzmiało
    tak wyrafinowanie i elegancko.

  • Jesteś taaaki niesprawiedliwy dla niego. Właśnie dzisiaj
    popatrzył na mnie tymi słodkimi oczami i wyznał mi miłość.

Cisza. Julian miał złamane serce. Poczuł, że w gardle nara­sta mu wielka kula, ale siłą woli zepchnął jąz powrotem.

-Julian?


-No dobrze, przyjadę, ale nie chcę już rozmawiać o Jac­ku. Tylko byśmy się pokłócili.

  • Okej, gadajmy o czym chcesz, ale dotrzymaj mi towa­
    rzystwa. Może przyniesiesz jakiś film?

  • Jasne, Elle. Wezmę „Thelmę i Louisę" i jakieś lody. Brzmi
    w porządku?

  • Teraz już wiem, za co cię kocham - odparła Ellen, my­
    śląc, ile Julian ma w sobie z dziewczyny i jak bardzo ją to za­
    wsze zachwycało.

Julian żałował tylko, że nie mówiła poważnie. Dla niego El­len byłajak powietrze, schronienie i pożywienie. Stanowiła część jego duszy. Po chwili pełen entuzjazmu przygotował się do wyruszenia w drogę.

Tymczasem Ellen wyciągnęła dziennik i popsikała cały po­kój obwieszony plakatami dezodorantem.

Zrobić to z nim.

Nie zrobić.

Zrobić.

Nie zrobić.

Ufff.

18

Czy naprawdę powinnam stracić dziewictwo z Jackiem. To takie ważne -jak wybór koledżu. Musisz dokonać dobre­go wyboru, bo inaczej będziesz tego żałowała przez resztę życia.

I w dodatku takie coś może ci zrujnować przyszłość. Na przykład jeśli coś pójdzie nie tak i skończę jako psychiczna baba z syndromem Samotnej Białej Laski zaślubionej ultra lightom ?

No, a jeśli poczekam? Po prostu stracę dziewictwo póź­niej, z kimś innym, prawda? Kimś, kto nie będzie taki przy­stojny... i kogo nie będę kochała...

Już wiem, czego chcę.

Chcę raz w życiu podjąć ryzyko.

Chcę seksu z Jackiem.

Rozdział trzeci

t3 ulian zatrzymał się w wypożyczalni, a potem w knajpie Ben&Jerry's. Chciał za wszelkącenę poprawić Ellen nastrój i sprawić, by zapomniała o tym cholernym palancie, Jacku. Ju­lian szczerze go nie znosił. Jeśli istnieli faceci stworzeni do tego, by być o nich zazdrosnym, to Jack z pewnością do nich nale­żał. W przeciwieństwie do niego, Julian nie wyglądał jak Josh Hartnett, nie miał powalającego nowego garbusa (tylko zardze­wiałą toyotę camry), no i Ellen nie szalała na myśl o seksie z Julianem (nie licząc jego snów). Co więcej, Julian z całą pew­nością nie mógł się pochwalić obrzydliwie wielkim pałacem i luzackim tatą, który zostawiałby mu wolną chatę na dzikie weekendowe imprezy.

To nie znaczy, że Julian był totalnym nieudacznikiem. Miał przyjaciół - Ellen i Melishę, a także inne dziewczyny. Już daw­no temu odkrył, że lepiej radzi sobie z żeńską odmianą ludzkie­go gatunku. Faceci, których znał, zawsze chcieli grać w karty, podpalać pluskwy, a potem jeszcze oglądać mecz. Czysty kosz­mar. Chłopcy o imionach Bruce, Bump i, no cóż, Jack nie nada­wali się do godzinnych pogaduszek przez telefon, wypraw na zakupy, oglądania maratonów na kanale Real World i pożera­nia ton M&M-sów o smaku masła orzechowego. Stwierdze­nie, że Julian ma wiele wspólnego z dziewczynami, wydawało się równie odkrywcze, jak zdanie „Tak, czekoladowe trufle należy popijać zimnym mlekiem". Dziewczyny wykazywały się zawsze zrozumieniem wobec jego wstydliwych wad - licznych alergii i lekarstw do nosa w sprayu. Chłopcy przezywali go „Byczek Fernando" ilekroć wyciągał inhalator.

Ale po jakimś czasie przyjaźnie się zestarzały. Kiedy kole­gujesz się z dziewczynami, raczej trudno ci je potem wyciągnąć


  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna