Lolita, albo wyznania owdowiałego europida



Pobieranie 2,32 Mb.
Strona1/32
Data25.03.2018
Rozmiar2,32 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   32

vladimir nabokov

lolita
Przedmowa

"Lolita, albo wyznania owdowiałego europida" - pod takim podwójnym

tytułem otrzymał niżej podpisany dziwne stronice, które poprzedza niniejsza

nota. "Humbert Humbert", ich autor, zmarł w areszcie na zakrzepicę tętnicy

wieńcowej szesnastego listopada 1952 roku, kilka dni przed planowanym

początkiem procesu. Jego adwokat, a mój bliski przyjaciel i krewny, wielce

szanowny Clarence Choate Clark, obecnie członek palestry Obwodu Columbii,

prosząc mnie o zredagowanie rękopisu powodował się klauzulą z testamentu

klienta, upoważniającą mego znakomitego kuzyna, aby wedle uznania

pokierował wszelkimi działaniami, jakich będzie wymagało przygotowanie

"Lolity" do druku. Na decyzji pana Clarka zaważyć mógł fakt, iż wybrany

przezeń redaktor otrzymał niedawno Nagrodę Polinga za skromne dziełko ("Czy

zmysły są zmyślne?"), w którym omawia pewne chorobliwe stany i perwersje.

Żaden z nas nie przewidział, że zadanie moje okaże się tak proste.

Poprawiłem oczywiste solecyzmy i starannie usunąłem kilka detali, które

mimo wysiłków samego "H.H." uparcie wyłaniały się z tekstu niby drogowskazy

i kamienie nagrobne (demaskując w ten sposób pewne miejsca i osoby, których

tożsamość należało raczej zataić kierując się dobrym smakiem, i oszczędzić

z litości), lecz pominąwszy owe ingerencje, przedstawiam ten niezwykły

pamiętnik w postaci nienaruszonej. Dziwaczny pseudonim autora jest jego

własnym wynalazkiem; maskę tę - spod której zdaje się pałać hipnotyczne

spojrzenie dwojga oczu - trzeba było oczywiście zostawić bez zmian, zgodnie

z życzeniem tego, kto ją nosił. Tylko rym łączy nazwisko "Haze" z

prawdziwym nazwiskiem bohaterki, lecz jej imię zbyt organicznie splecione

jest z najbardziej wewnętrzną tkanką książki, aby można było je zmienić;

nie ma też (jak czytelnik sam się przekona) żadnej po temu praktycznej

potrzeby. Osoby dociekliwe znajdą wzmianki o zbrodni "H.H." w gazetach

codziennych z września i października 1952 roku; jej przyczyna i cel

pozostałyby zupełną zagadką, gdyby niniejszemu pamiętnikowi nie pozwolono

trafić w krąg światła lampy na mym biurku.

Na użytek staroświeckich czytelników, którzy śledząc losy "prawdziwych"

ludzi pragną przekroczyć ramy tej "z życia wziętej" opowieści, przytoczyć

można szereg szczegółów uzyskanych od pana "Windmullera" z "Ramsdale", on

sam woli jednak się nie ujawniać, w obawie, że "długi cień tej żałosnej i

odrażającej historii" padłby na społeczność, której członkiem pan

"Windmuller" z dumą się mieni. Jego córka "Louise" jest obecnie na drugim

roku koledżu. "Mona Dahl" studiuje w Paryżu. "Rita" wyszła niedawno za

właściciela hotelu na Florydzie. Pani "Richardowa F. Schiller" zmarła w

połogu, urodziwszy martwą dziewczynkę, w dniu Bożego Narodzenia 1952 roku,

w Gray Star, osadzie położonej w najdalej na północny zachód wysuniętym

zakątku kraju. "Vivian Darkbloom" napisała biografię zatytułowaną "Mój

Kuku", która wkrótce ma się ukazać, a pewni krytycy na podstawie

maszynopisu uznali tę książkę za jej najlepszą. Dozorcy odnośnych cmentarzy

meldują, że żaden z duchów nie straszy.

Jeśli potraktować ją po prostu jako powieść, "Lolita" mówi o sytuacjach i

emocjach, które pozostałyby dla czytelnika irytująco niejasne, gdyby ich

opisy pozbawiono koloru, stosując trywialne uniki. Prawdą jest, że w całym

dziele nie pojawia się ani jedno nieprzyzwoite słowo; krzepki filister,

którego współcześnie obowiązujące konwencje nauczyły przyjmować bez

zastrzeżeń obfitość czteroliterowego słownictwa w banalnej powieści, będzie

wręcz zaszokowany zupełnym jego brakiem w tej książce. Gdyby jednak wydawca

dla spokoju ducha piszącego te słowa paradoksalnego świętoszka spróbował

rozcieńczyć lub pominąć sceny, które pewien typ umysłowości może określić

mianem "afrodyzjakalnych" (warto w tym kontekście przypomnieć doniosłe

orzeczenie, jakie szóstego grudnia 1933 roku wydał sędzia John M. Woolsey w

kwestii innej, znacznie mniej powściągliwej książki), należałoby zupełnie

zrezygnować z publikacji "Lolity", ponieważ te właśnie sceny, które ktoś

mógłby nieroztropnie potępić jako samoistne byty zmysłowe, odgrywają jak

najściślej funkcjonalną rolę w rozwoju tragicznej opowieści, nieugięcie

zdążającej ku czemuś, czemu trudno nie przyznać rangi apoteozy moralnej.

Cynik powie może, iż te same uroszczenia zgłasza komercjalna pornografia;

człowiek światły odparuje ów zarzut, twierdząc, że płomienne wyznanie

"H.H." to po prostu burza w probówce; że w Ameryce co najmniej dwanaście

procent dorosłych mężczyzn - a zdaniem doktor Blanche Schwarzmann (przekaz

ustny) jest to i tak ocena "ostrożna" - rokrocznie w ten lub inny sposób

delektuje się osobliwymi doznaniami, które "H.H." opisuje z taką rozpaczą;

że gdyby nasz obłąkany pamiętnikarz skorzystał owego fatalnego lata 1947 z

usług kompetentnego psychopatologa, nie doszłoby do katastrofy; lecz nie

doszłoby też wtedy do powstania tej książki.

Należy wybaczyć niniejszemu komentatorowi, iż powtarza to, co nieraz już

podkreślał w swych własnych książkach i wykładach, a mianowicie, że

przymiotnik "obraźliwy" często bywa po prostu synonimem "niezwykłego"; że

wielkie dzieło sztuki zawsze oczywiście jest oryginalne, a zatem z samej

swej natury winno sprawiać odbiorcy mniej lub bardziej szokującą

niespodziankę. Nie mam zamiaru gloryfikować "H.H.". Jest on niewątpliwie

okropny i nikczemny, świeci przykładem moralnego trądu, łączy w sobie

drapieżność z żartobliwością w sposób świadczący być może o najgłębszej

udręce, lecz bynajmniej nie budzący sympatii. Jest słoniowato kapryśny.

Jego mimochodem wtrącane poglądy o ludziach i pejzażach tego kraju często

bywają groteskowe. Tętniąca w jego wyznaniach rozpaczliwa uczciwość nie

obmywa go z grzechów diabolicznej przebiegłości. Jest nienormalny. Nie jest

dżentelmenem. Jakże jednak magicznie potrafią jego rozśpiewane skrzypce

wyczarować tkliwość i współczucie dla Lolity, które sprawia, że jesteśmy

pod urokiem książki, choć zarazem brzydzimy się jej autorem!

"Lolita" jako opis przypadku klinicznego niewątpliwie stanie się

klasyczną pozycją w środowisku psychiatrów. Jako dzieło sztuki wznosi się

ona ponad swój aspekt pokutny; a jeszcze ważniejsze dla nas od jej

naukowego znaczenia i wartości literackiej jest etyczne oddziaływanie tej

książki na poważnego czytelnika; w tym przejmującym studium osobistym kryje

się bowiem ogólniejsza nauka; niesforne dziecko, samolubna matka, dyszący

szaleniec - są oni czymś więcej aniżeli żywo zarysowanymi postaciami z

jedynej w swoim rodzaju historii: przestrzegają nas przed pewnymi

niebezpiecznymi prądami; wskazują, gdzie czai się zło. Pod wpływem "Lolity"

my wszyscy - rodzice, opiekunowie społeczni, pedagodzy - powinniśmy z

jeszcze większą czujnością i wyobraźnią przyłożyć się do pracy, jaką jest

wychowywanie pokolenia lepszych ludzi w bezpieczniejszym świecie.

`rp

doktor John Ray junior



Widworth, Mass. 5 sierpnia 1955

`rp


`tc

Część pierwsza

`tc

`ty


1

`ty


Lolito, światłości mego życia, żagwio mych lędźwi. Grzechu mój, moja

duszo. Lo-li-to: koniuszek języka robi trzy kroki po podniebieniu, przy

trzecim stuka w zęby. Lo. Li. To.

Na imię miała Lo, po prostu Lo, z samego rana, i metr czterdzieści siedem

w jednej skarpetce. W spodniach była Lolą. W szkole - Dolly. W rubrykach -

Dolores. Lecz w moich ramionach zawsze była Lolitą.

Czy miała poprzedniczkę? Tak, owszem. Mogłoby w ogóle nie być żadnej

Lolity, gdybym przed nią pewnego lata nie pokochał innej

dziewuszki-jaskółki. W nadmorskim księstwie. Ach, kiedyż? O tyle mniej

więcej lat przed narodzeniem Lolity, ile sam wtedy miałem. Na mordercę

zawsze można liczyć, że błyśnie kunsztowną prozą.

Panie sędziny, panowie sędziowie, dowodem rzeczowym numer jeden jest coś,

co w serafinach, oszukanych, prostych, wzniosłoskrzydłych serafinach

budziło zawiść. Spójrzcie na ten cierniowy splot.

`ty

2

`ty



Urodziłem się w roku 1910 w Paryżu. Mój ojciec, człowiek łagodny i

niefrasobliwy, był istnym koktajlem genów: obywatelem szwajcarskim

pochodzenia francusko-austriackiego, z kroplą Dunaju w żyłach. Zaraz

puszczę w koło serię ślicznych pocztówek o modrym połysku. Ojciec miał

luksusowy hotel na Riwierze. Jego z kolei ojciec i obaj dziadkowie

handlowali - jeden winem, drugi drogimi kamieniami, trzeci jedwabiem. W

wieku lat trzydziestu ożenił się z młodą Angielką, córką alpinisty Jerome'a

Dunna, wnuczką dwóch proboszczów z hrabstwa Dorset, którzy byli znawcami

mało zbadanych dziedzin - jeden paleopedologii, drugi harf eolskich. Moja

nader fotogeniczna matka zginęła w jakimś kuriozalnym wypadku (piknik,

piorun), kiedy miałem trzy lata, i prócz wygrzanego zakamarka w najbardziej

mrocznej przeszłości nic z niej nie ocalało w dziuplach i kotlinach

pamięci, nad którymi, jeśli ścierpicie jeszcze mój styl (piszę to pod

ścisłą obserwacją), zaszło słońce mego niemowlęctwa: wiecie przecież, jak

wonne okruchy dnia zawisają wraz z muszkami przy rozkwitłym żywopłocie, jak

nagle wdziera się między nie wędrowiec, u stóp wzgórza, latem o zmierzchu;

puszyste ciepło, złote muszki.

Starsza siostra matki, Sybil, którą kuzyn ojca poślubił, a następnie

zaniedbał, była w mojej najbliższej rodzinie kimś w rodzaju darmowej

guwernantki i gosposi. Mówiono mi potem, że kochała się w moim ojcu, on zaś

z lekkim sercem wykorzystał to w pewien deszczowy dzień i zapomniał, nim

niebo się przejaśniło. Ogromnie ją lubiłem, pomimo surowości - jakże

zgubnej - niektórych jej zasad. Chciała chyba, żebym wyrósł z biegiem lat

na lepszego wdowca niż mój ojciec. Ciotka Sybil miała lazurowe oczy w

różowych obwódkach i woskową cerę. Pisała wiersze. Była poetycko przesądna.

Twierdziła, że umrze tuż po moich szesnastych urodzinach, i rzeczywiście

umarła. Jej mąż, przedsiębiorczy domokrążca od perfum, większość czasu

spędzał w Ameryce, gdzie też w końcu założył własną firmę i nabył

nieruchomość.

Rosłem więc - szczęśliwe zdrowe dziecię w promiennym świecie książek z

obrazkami, czystego piasku, drzew pomarańczowych, przyjaznych psów,

morskich widoków i uśmiechniętych twarzy. Wspaniały hotel "Mirana" kręcił

się wokół mnie niby prywatny kosmos, uniwersum o białych ścianach zawarte w

tym większym, niebieskim kosmosie, który pałał na zewnątrz. Wszyscy - od

pomywacza w fartuchu aż do potentata we flanelach - lubili mnie, wszyscy

rozpieszczali. Starszawe Amerykanki podpierając się laseczkami kłoniły się

nade mną niczym wieże z Pizy. Zrujnowane księżniczki rosyjskie kupowały mi

kosztowne bonbony, choć nie miały czym zapłacić memu ojcu. On zaś, mon cher

petit papa, zabierał mnie na wycieczki łódką lub rowerami, uczył pływać,

nurkować, jeździć na nartach wodnych, czytał mi "Don Kichota" i

"Nędzników", a ja uwielbiałem go, szanowałem i cieszyłem się, ilekroć

zdarzało mi się podsłuchać, jak służba roztrząsa przymioty rozmaitych jego

przyjaciółek, tych pięknych i dobrych istot, które otaczały mnie taką uwagą

i czule gruchając lały drogocenne łzy nad mym radosnym półsieroctwem.

Uczęszczałem do angielskiej szkoły oddalonej o parę kilometrów od domu;

grałem w rakiety i w pięciorniaka, miałem same dobre stopnie i świetne

stosunki zarówno z kolegami, jak i z nauczycielami. Jedyne zdarzenia

niewątpliwie seksualnej natury, jakie pamiętam sprzed trzynastych urodzin

(czyli z czasów, kiedy jeszcze nie znałem mojej małej Annabel), to poważna,

przyzwoita i czysto teoretyczna rozmowa o niespodziankach wieku pokwitania,

przeprowadzona w szkolnym ogrodzie różanym z małym Amerykaninem, synem

słynnej podówczas aktorki filmowej, którą chłopiec ten nieczęsto widywał w

świecie trójwymiarowym, oraz szereg interesujących reakcji mego organizmu

na widok pewnych fotografii, w barwach od perłowej do umbry, z

nieskończenie miękkimi szczelinami, ilustrujących przepyszne dzieło Pichona

"La Beaute Humaine", które wykradłem z biblioteki hotelowej, spod góry

roczników pisma "Graphics" w marmurkowej oprawie. Nieco później ojciec swym

uroczo dobrotliwym tonem przekazał mi całą wiedzę o seksie, jakiej jego

zdaniem potrzebowałem, tuż zanim posłał mnie jesienią roku 1923 do liceum w

Lyonie (gdzie spędziliśmy potem trzy kolejne zimy); niestety, latem tego

samego roku zwiedzał Włochy w towarzystwie Madame de R. i jej córki, a ja

nie miałem komu się poskarżyć, kogo się poradzić.

`ty

3

`ty



Annabel pochodziła, tak jak piszący te słowa, z mieszanej rodziny: w jej

przypadku półangielskiej, półholenderskiej. Twarz jej pamiętam dziś

znacznie mniej wyraźnie niż parę lat temu, zanim poznałem Lolitę. Istnieją

dwa typy pamięci wzrokowej: jeden polega na umiejętnym odtwarzaniu obrazu w

laboratorium umysłu, z otwartymi oczami (i ukazuje mi Annabel poprzez takie

ogólniki, jak "skóra barwy miodu", "szczupłe ręce", "włosy szatynki

ostrzyżone na pazia", "długie rzęsy", "duże czerwone usta"); typ drugi

pozwala natychmiast wywołać na ciemnym podbiciu zamkniętych powiek

obiektywną, absolutnie optyczną replikę ukochanej twarzy, widemko w

naturalnych kolorach (i tak właśnie widzę Lolitę).

Opisując Annabel narzucę sobie zatem ścisłe ograniczenia i powiem tylko,

że było to prześliczne dziecko, o kilka miesięcy młodsze ode mnie. Jej

rodzice od dawna przyjaźnili się z moją ciotką, sztywną jak i oni.

Wynajmowali willę w pobliżu hotelu "Mirana". Łysy pan Leigh, cały w

brązach, i tłusta, upudrowana pani Leigh (Vanessa, z domu van Ness). Jakiż

budzili we mnie wstręt! My dwoje początkowo rozmawialiśmy o sprawach

marginalnych. Annabel raz po raz nabierała w dłoń drobnego piasku i unosząc

rękę przesiewała go przez palce. Pod względem umysłowym byliśmy uformowani

tak jak wszystkie inteligentne dzieci, które w naszych czasach i sferach

stały u progu lat nastu, raczej więc nie należy dopatrywać się zbyt wiele

indywidualnego geniuszu w tym, że interesowała nas wielość zamieszkanych

światów, wyczynowy tenis, nieskończoność, solipsyzm i temu podobne.

Miękkość i kruchość młodziutkich zwierzątek sprawiała nam ten sam dotkliwy

ból. Annabel chciała zostać pielęgniarką w jakimś głodującym azjatyckim

kraju; ja chciałem zostać sławnym szpiegiem.

Natychmiast, obłędnie, niezdarnie, bezwstydnie, boleśnie zakochaliśmy się

w sobie; należy dodać, że i beznadziejnie, bo tę frenetyczną żądzę

posiadania dałoby się ukoić jedynie wtedy, gdybyśmy dosłownie wessali i

wchłonęli nawzajem każdą cząstkę swych dusz i ciał; a tymczasem nie

mogliśmy nawet się sparzyć, po czemu dzieci uliczne bez trudu znalazłyby

sposobność. Raz tylko spotkaliśmy się nocą w jej ogrodzie (później opowiem

o tym szerzej) i po tej jednej szalonej próbie nie puszczano nas w miejsca

bardziej ustronne niż zatłoczona część plaży, gdzie pozostawaliśmy poza

zasięgiem słuchu, lecz nie wzroku starszych. Na miękkim piasku, o kilka

metrów od nich, przez cały ranek leżeliśmy skamieniali w paroksyzmie

pożądania, wykorzystując każdą błogosławioną fałdkę czasoprzestrzeni, aby

się dotykać: jej dłoń, na wpół ukryta w piachu, pełzła ku mnie, smukłe

smagłe palce kroczyły lunatycznie, coraz bliższe; potem opalizujące kolano

rozpoczynało długą, ostrożną podróż; czasem przypadkowy szaniec wzniesiony

rękami młodszych dzieci dość nas zasłaniał, żebyśmy mogli się musnąć

słonymi ustami; te niepełne zespolenia tak rozdrażniały nasze młode, zdrowe

i niedoświadczone ciała, że nawet zimna błękitna woda, pod którą dalej

wczepialiśmy się w siebie, nie przynosiła ulgi.

Wśród skarbów, jakie pogubiłem w trakcie swych dorosłych peregrynacji,

było pewne zdjęcie zrobione przez moją ciotkę: Annabel, jej rodzice i

stateczny, starszawy, kulawy pan, niejaki doktor Cooper, który owego lata

zalecał się do ciotki, siedzą wokół stolika na ulicy przed kawiarnią.

Annabel wyszła nie najlepiej, przyłapana, gdy pochyla się nad porcją

chocolat glace, więc tylko szczupłe nagie ramiona i przedziałek we włosach

można rozpoznać (jeśli dokładnie pamiętam tę fotkę) w słonecznym

zmgławieniu, z którym zlewa się jej utracony urok; za to ja, nieco

odsunięty od reszty obecnych, zostałem uchwycony z poniekąd dramatyczną

ostrością: chmurny chłopiec o krzaczastych brwiach, w ciemnej koszuli

sportowej i starannie skrojonych białych szortach, siedzi z nogą założoną

na nogę, profilem do obiektywu, i patrzy gdzieś poza kadr. Zdjęcie to

zrobiono w dniu kończącym owo fatalne lato, a zaledwie w kilka minut

później po raz drugi i ostatni spróbowaliśmy przechytrzyć los. Pod

najbłahszym pretekstem (była to nasza jedyna szansa i nic poza tym

właściwie już się nie liczyło) wymknęliśmy się z kawiarni na plażę,

znaleźli odludny spłacheć piasku i odbyli w fiołkowym cieniu czerwonych

skał tworzących coś na kształt jaskini krótki seans zachłannych pieszczot,

mając za świadka tylko czyjeś zgubione ciemne okulary. Klęczałem, gotów

posiąść moje ukochanie, gdy dwaj brodaci pływacy, morski starzec i jego

brat, wyszli na ląd, rubasznymi okrzykami dodając mi animuszu, a po

czterech miesiącach Annabel zmarła w Korfu na tyfus.

`ty


4

`ty


Raz po raz kartkuję te nieszczęsne wspominki i zadaję sobie pytanie, czy

to właśnie wtedy, w migotaniu tego odległego lata moje życie naznaczyła

pierwsza rysa; a może nieumiarkowane pożądanie, jakim pałałem do tamtego

dziecka, było jedynie wstępnym symptomem wrodzonej mi predylekcji? Ilekroć

próbuję analizować własne apetyty, motywy, czyny i tym podobne, dostaję się

we władzę swego rodzaju retrospektywnej fantazji, która podsuwa umysłowi

analitycznemu niewyczerpane alternatywy i każdą wyobrażoną ścieżkę rozwidla

i rozszczepia bez końca w obłędnie zawikłanym krajobrazie mojej

przeszłości. Jestem jednak przekonany, że w pewien magiczny, wręcz

opatrznościowy sposób Lolicie dała początek Annabel.

Wiem też, że szok wywołany jej śmiercią utrwalił we mnie pozostałą po

tamtym koszmarnym lecie frustrację, która potem przez całą zimną młodość

udaremniała mi wszelkie romanse. Duch i ciało stopiły się w nas w sposób

doskonały, niepojęty dla dzisiejszej młodzieży - konkretnej, topornej, o

szablonowych umysłach. Długo po śmierci Annabel czułem, że jej myśli

szybują wśród moich. Na długo przed pierwszym spotkaniem miewaliśmy te same

sny. Porównaliśmy dane. Odkryliśmy dziwne zbieżności. W tym samym czerwcu

tego samego roku (1919Ď) zabłąkany kanarek wleciał przez okno do naszych

domów w dwóch odległych od siebie krajach. O, Lolito, gdybyś to ty tak mnie

kochała!

Na zakończenie opowieści o stadium "Annabel" zachowałem relację z naszej

pierwszej daremnej schadzki. Pewnego wieczoru moja ukochana zdołała zmylić

jadowitą czujność rodziców. W nerwowym, smukłolistnym zagajniku mimozy za

ich willą przycupnęliśmy na zrujnowanym kamiennym murku. Poprzez mrok i

wrażliwe drzewa widzieliśmy arabeski rozświetlonych okien: podretuszowane

pigmentami czułej pamięci ukazują mi się dziś jako karty do gry, pewnie

dlatego, że partia brydża zaprzątała wówczas uwagę wroga. Annabel dygotała

i wzdrygała się, gdy całowałem kącik jej rozchylonych ust i gorący płatek

ucha. Nad nami między sylwetkami długich i wąskich liści blado lśniło parę

gwiazd; wibrujące niebo wydawało się równie nagie jak ona pod cienką

sukienką. Widziałem jej twarz na niebie, dziwnie wyraźną, jakby emanowała

swą własną lekką poświatą. Nogi, te piękne, żywe nogi trzymała nieco

rozstawione, a kiedy moja dłoń znalazła to, czego szukała, na dziecięcej

twarzy pojawił się marzycielski, niesamowity wyraz na poły rozkoszy, na

poły bólu. Siedziała trochę wyżej niż ja, ilekroć więc w swej samotnej

ekstazie pragnęła mnie pocałować, schylała głowę sennym, miękkim,

omdlewającym ruchem, nieomal żałobnym, gołymi kolanami chwytała mój

nadgarstek i ściskała, aby wnet znów go puścić; drżące usta wykrzywione

goryczą jakiegoś sekretnego eliksiru z sykiem zaczerpywały tchu, sunąc ku

mej twarzy. Próbowała ukoić miłosny ból, zrazu szorstko trąc suchymi

wargami o moje wargi; potem miła moja z nerwowym szastnięciem włosów

odsuwała się, a po chwili znów przybliżała mrocznie, karmiąc mnie swymi

otwartymi ustami, gdy ja z hojnością gotową wszystko złożyć w ofierze -

serce, gardło, trzewia - dawałem jej piastować w niezręcznej piąstce berło

mej namiętności.

Pamiętam aromat pudru, który pewnie ukradła hiszpańskiej pokojówce swej

matki: słodkawy, gminny, piżmowy. Zmieszał się z jej własną herbatnikową

wonią i moje zmysły wezbrały nagle po brzegi; raptowne poruszenie w

pobliskim krzaku powstrzymało ich wylew - a gdyśmy się rozłączyli i z

obolałymi żyłami skupili uwagę na sprawcy (był to zapewne myszkujący kot),

od strony domu odezwała się jej matka, która wołała ją ze wznoszącą się w

głosie nutą histerii - i oto doktor Cooper ociężale przykuśtykał do ogrodu.

Lecz ten zagajnik mimozy, mgiełka gwiazd, ciarki, płomień, rosa i ból

pozostały ze mną, a dziewuszka o nadmorskich członkach i żarliwym języku

nawiedzała mnie od tamtej pory - aż po dwudziestu czterech latach wyrwałem

się spod jej uroku, ucieleśniwszy ją w innej.

`ty

5

`ty



Dni mej młodości, gdy tak je wspominam, zdają się ulatywać monotonnym

tumanem bladych strzępków, jak te poranne śnieżyce zużytego papieru

toaletowego, które obserwuje pasażer pociągu, kiedy wirują w ślad za

wagonem widokowym. W swoich higienicznych stosunkach z kobietami byłem

praktyczny, ironiczny i prędki. Podczas studiów w Londynie i Paryżu

zadowalałem się sprzedajnymi niewiastami. Studiowałem pilnie i intensywnie,

choć niezbyt owocnie. Początkowo zamierzałem zdobyć dyplom psychiatry,

wzorem wielu niespełnionych talentów; okazałem się jednak nawet jak na to

nie dość spełniony; osobliwe wyczerpanie, tak mnie to nęka, panie doktorze,

nagle się wdało; przeniosłem się więc na anglistykę, po której tylu

sfrustrowanych poetów zostaje nauczycielami w tweedach i z fajką w zębach.

Paryż odpowiadał mi. Dyskutowałem o sowieckich filmach z wygnańcami.

Przesiadywałem z sodomitami w Deux Magots. Publikowałem pokrętne eseje w

niepoczytnych czasopismach. Układałem pastisze: ...



  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   32


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna