Laura Esquivel Przepiórki w płatkach róż



Pobieranie 1,05 Mb.
Strona1/7
Data20.05.2018
Rozmiar1,05 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7


Laura Esquivel

Przepiórki w płatkach róż



Powieść w zeszytach na każdy miesiąc - przepisy kucharskie,

historie miłosne tudzież porady domowe zawierająca

Tłumaczyła Elżbieta Komarnłcka







Gwiazdkowe bułeczki

Składniki

1 puszka sardynek

0,5 kiełbasy

1 cebula

lebiodka


1 puszka chile serrano 10 bułeczek

Sposób przyrządzania

C,

'ebula musi być pokrojona drobniutko. Żeby uniknąć przy­krego łzawienia, które zwykle występuje przy tej czynności, ra­dzę położyć sobie mały kawałek cebuli na ciemieniu. Kiedy kroi się cebulę, najgorszy nie jest sam fakt płakania, tylko to, że jak człowiek zacznie płakać i — jak to mówią — zaskoczy, to już nie może przestać. Nie wiem, czy państwu się to zdarzyło, bo mnie, jeśli mam być szczera, owszem. Mnóstwo razy. Mama twierdziła, że to dlatego, iż jestem tak samo wrażliwa na cebulę jak moja cioteczna babka Tita.

Podobno Tita była tak wrażliwa, że będąc jeszcze w brzuchu mojej prababki, płakała i płakała, kiedy ta kroiła cebulę; płakała tak głośno, że Nacha, kucharka, która była trochę przygłucha, słyszała jej płacz zupełnie wyraźnie. Pewnego dnia te łkania były tak gwałtowne, że przyspieszyły poród. Moja prababka nawet słowa nie zdążyła powiedzieć. Tita przyszła na świat przed­wcześnie, na kuchennym stole, wśród zapachów zupy makaro­nowej, która się właśnie gotowała, tymianku, liści laurowych, kolendry, ciepłego mleka, czosnku i, oczywiście, cebuli. Jak można się domyślić, zwyczajowy klaps nie był potrzebny, bo Tita urodziła się, płacząc już z góry, być może dlatego, że znała swój los i wiedziała, że w tym życiu nie będzie jej dane wyjść za mąż. Nacha opowiadała, że Tita została dosłownie wypchnięta

na ten padół przez potężną falę łez, która rozlała się po stole i po kuchennej podłodze.

Po południu, kiedy domownicy ochłonęli z wrażenia, a woda dzięki promieniom słońca zdążyła wyparować, Nacha sprzątnęła resztki łez z czerworjej posadzki. Zebrana w ten sposób sól wypełniła pięciokilogramowy worek i używana była w kuchni przez długi czas. Ów niezwyczajny poród spowodował, że Tita czuła ogromny sentyment do kuchni i spędzała w niej większość swego życia właściwie od urodzenia. Gdy miała zaledwie dwa dni, jej ojciec, to znaczy mój pradziadek, zmarł na zawał serca. Mama Elena tak się tym przejęła, że straciła pokarm. Jako że w tych czasach nie znano mleka w proszku ani niczego w tym rodzaju, a żadnej mamki nie udało się znaleźć, powstał prawdzi­wy kłopot, jak zaspokoić głód małej. Nacha, która wiedziała wszystko, wszyściutko o kuchni, a także o wielu innych rze­czach, które tu akurat nie mają znaczenia, podjęła się karmienia Tity. Uważała, że ona najlepiej potrafi „ułożyć żołądek niewinnej dzieciny", mimo że nigdy nie była mężatką i sama nie miała dzieci. Nie potrafiła czytać ani pisać, za to na temat kuchni wiedzę miała tak głęboką, jak nikt inny. Mama Elena przystała na to z radością — zbyt wiele bowiem miała własnych strapień i tej wielkiej odpowiedzialności, jaką było prowadzenie gospo­darstwa tak, by móc za to dzieci wyżywić i odpowiednio wy­kształcić — żeby martwić się dodatkowo o należyte karmienie maleństwa.

Tak oto jeszcze tego samego dnia Tita przeprowadziła się do kuchni i wśród kukurydzianych kleików i ziołowych her­batek rosła na zdrową, dorodną dziewczynkę. Nic więc dziw­nego, że rozwinął się w niej szósty zmysł do wszystkiego, co miało związek zjedzeniem. Na przykład godziny jej karmienia dostosowane były do rozkładu kuchennych zajęć: kiedy rano Tita czuła, że fasola już się dogotowuje, lub w południe słyszała, że woda na parzenie kur już bulgoce, albo kiedy wieczorem piekło się chleb na kolację — wiedziała, że pora upomnieć się o jedzenie.

10

Czasami płakała bez powodu, na przykład kiedy Nacha kroiła cebulę, ale obydwie znały przyczynę tych łez i nie traktowały ich serio. Nawet bawiły je one do tego stopnia, że w dzieciństwie Tita nie odróżniała zbytnio łez smutku od łez radości. Dla niej śmiech był tylko formą płaczu.



W ten sam sposób myliła radość życia z radością jedzenia. Znała życie z perspektywy kuchni, niełatwo więc jej było zrozu­mieć świat zewnętrzny. Ten ogromny świat, który prowadził od kuchennych drzwi w głąb domu, gdyż ten drugi, który graniczył z kuchennymi drzwiami prowadzącymi na patio, do ogrodu, do warzywnika — należał do niej bez reszty, panowała nad nim. Zupełnie inaczej niż jej siostry, którym ten świat wydawał się straszny i pełen nieznanych zagrożeń. Uważały, że zabawy ku­chenne są głupie i niebezpieczne, a jednak któregoś dnia Tita przekonała je, że taniec kropel wody padających na rozgrzaną rynkę może być wspaniałym widowiskiem.

Kiedy Tita podśpiewując, potrząsała rytmicznie rękoma, żeby krople wody spadały na rynkę i „tańczyły", Rosaura wciśnięta w kąt patrzyła na nią z przerażeniem, natomiast Gertrudis, którą ta zabawa—■ jak wszystko, co miało związek z ruchem, rytmem i muzyką — szalenie pociągała, przyłączyła się do niej z zapa­łem. W tej sytuacji Rosaura, chcąc nie chcąc, usiłowała zrobić to samo, ale prawie nie zamoczyła rąk i robiła wszystko z takim strachem, że nie osiągnęła zamierzonego efektu. Wówczas Tita spróbowała pomóc siostrze, przyciągając jej dłonie bliżej ku­chennej płyty. Rosaura się opierała i te przepychanki skończyły się tak, że Tita w wielkiej złości puściła jej ręce, a te, siłą bez­władu, opadły na rozpaloną rynkę. Oprócz porządnego lania Tita dostała zakaz bawienia się z siostrami w obrębie swojego świata. Wtedy towarzyszką jej zabaw została Nacha. Wspólnie spędzały czas, wymyślając rozrywki zawsze związane z kuchnią. Pewne­go dnia zobaczyły w miasteczku człowieka, który robił zwierząt­ka z podłużnych baloników, i postanowiły wykorzystać jego metodę, używając do zabawy kawałków kiełbasy. Tworzyły w ten sposób nie tylko zwierzęta powszechnie znane, lecz rów-

11

nież takie, które miały szyję łabędzia, nogi psa, a ogon konia, ot, co im wpadło do głowy.



Kłopot zaczynał się dopiero, kiedy trzeba było tę kiełbasę smażyć. Tita przeważnie protestowała. W jednym tylko przypad­ku pozwalała na to bez oporów — kiedy przyrządzało się jej ukochane gwiazdkowe bułeczki. Wtedy nie tylko bez żalu po­święcała swoje zwierzątka, ale wesoło patrzyła, jak się przypie­kają na patelni.

Kiełbasę na nadzienie należy smażyć bardzo uważnie na małym ogniu tak, by była dobrze wysmażona, a zbytnio się nie przyrumieniła. Kiedy jest gotowa, zdejmuje się ją z ognia i do­daje sardynki, z których uprzednio wyciąga się szkielet. Należy również koniecznie zdrapać nożem czarne plamy znajdujące się na skórze ryby. Razem z sardynkami dodaje się cebulę, posieka­ne chile i zmieloną lebiodkę. Przygotowane w ten sposób nadzie­nie należy odstawić na jakiś czas.

Tita ogromnie lubiła ten moment, lubiła zapach, który unosił się wtedy z nadzienia, gdyż zapachy mają to do siebie, że przy­wodzą na pamięć przeszłość z wszystkimi jej dźwiękami i pach-nieniami, niemożliwymi do powtórzenia w chwili obecnej. Z roz­koszą brała głęboki wdech i wraz z dymem, i tym specyficznym zapachem, który do niej docierał, wędrowała ku zakamarkom swojej pamięci.

Na próżno próbowała sobie przypomnieć, kiedy pierwszy raz zapachniały jej te bułeczki, bo możliwe, że było to jeszcze przed jej urodzeniem. Nie da się wykluczyć, że owo niespotykane po­łączenie kiełbasy z sardynkami zaintrygowało ją do tego stopnia, iż postanowiła porzucić spokój eteru i wybrała brzuch Mamy Eleny, by zostać jej córką i przez to wejść do rodziny De la Garza, gdzie jadło się tak wybornie i gdzie kiełbasę przyrządzano w tak szczególny sposób.

Na ranczo Mamy Eleny przygotowywanie kiełbas było pra­wdziwym rytuałem. Dzień wcześniej zaczynano obierać czos­nek, czyścić chile i mleć przyprawy. Wszystkie kobiety z domu musiały brać w tym udział: Mama Elena, jej córki Gertrudis,

12

Rosaura i Tita, Nacha, kucharka, i służąca Chencha. Po południu siadywały przy stole w jadalni i wśród rozmów i żartów czas upływał szybko, aż zaczynało się zmierzchać. Wtedy Mama Elena mówiła:

Na dzisiaj dosyć.

Mówią, że mądrej głowie dość dwie słowie, toteż słysząc to zdanie, wszystkie wiedziały, co do nich należy. Więc najpierw sprzątały stół, a potem każda robiła swoje: jedna zaganiała kury, druga wyciągała wiadrami wodę ze studni, żeby była gotowa na śniadanie, inna znów przynosiła drewno do pieca. Tego dnia nie było ani prasowania, ani haftowania, ani szycia. Później każda udawała się do swojej sypialni, poczytała trochę, pomodliła się i szła spać. W czasie jednego z takich wieczorów, zanim Mama Elena pozwoliła wstać od stołu, Tita, która miała podówczas piętnaście lat, oświadczyła matce drżącym głosem, że chciałby z nią rozmawiać Pedro Muząuiz...

— A czegóż ten pan może chcieć ode mnie? — zapytała


Mama Elena po chwili nie kończącej się ciszy, która zmroziła
duszę Tity.

Nie wiem — odparła ledwie dosłyszalnym głosem.


Mama Elena obrzuciła ją spojrzeniem będącym dla Tity

kwintesencją długich lat tyranii, których doświadczyła cała ro­dzina, i powiedziała:

— Lepiej powiedz mu od razu, że jeśli ma zamiar prosić
o twoją rękę, to niech da sobie spokój. Zabierze mi tylko czas,
a i tak nic nie wskóra. Wiesz dobrze, że jesteś najmłodszą
z córek i dlatego masz obowiązek opiekować się mną, dopóki
nie umrę.

Powiedziawszy to, Mama Elena podniosła się wolno, włożyła okulary do kieszeni fartucha i tonem kończącym dyskusję oznaj­miła:

No, na dzisiaj dosyć!



Tita wiedziała, że w tym domu dialog nie należy do przyję­tych form porozumiewania się, jednak po raz pierwszy w życiu spróbowała przeciwstawić się rozkazowi matki.

13


  • Ale ja myślę, że...

  • Ty nie jesteś tu od myślenia i koniec! Nikt w naszej
    rodzinie od pokoleń nie protestował przeciwko tej zasadzie i nie
    zrobi tego żadna z moich córek.


Tita spuściła głowę i łzy z jej oczu polały się na stół z taką samą siłą, z jaką zwaliło się na nią przeznaczenie. I od tego momentu wiedzieli oboje — i ona, i stół, że nie da się ani odrobinę zmienić kierunku tych nieznanych mocy, które zmuszały stół, by dzielił z Titą zły los, wchłaniając jej łzy od chwili narodzin, a Titę do przyjęcia na siebie tej absurdalnej odpowiedzialności.

A jednak Tita nie dała za wygraną. Setki wątpliwości i obaw tłukło się jej po głowie. Na przykład chciałaby wiedzieć, kto wymyślił tę rodzinną tradycję. Dobrze byłoby poinformować ową pomysłową osobę, że jej genialny plan zapewnienia spokoj­nej starości kobietom zawiera jeden mały defekt. Jeżeli Tita nie może wyjść za mąż ani mieć dzieci, kto w takim razie będzie się nią opiekował, gdy nadejdzie starość? Jak można sprawiedliwie rozwiązać ten problem? Czyżby zakładano, że córki zajmujące się matkami będą żyły niewiele dłużej niż ich rodzicielki? A te kobiety, które wychodziły za mąż i nie mogły mieć dzieci — kto miałby ich doglądać? Ponadto chciałaby wiedzieć, kto i najakiej podstawie stwierdził, że do opieki nad matką najlepiej nadaje się córka najmłodsza, a nie, na przykład, najstarsza. Czy ktokolwiek pytał o zdanie pokrzywdzone córki? Czy one — jeżeli już nie było im dane wyjść za mąż — mogły przynajmniej zaznawać miłości, czy odmawiano im również i tego?

Tita wiedziała doskonale, że wszystkie te wątpliwości będą musiały nieodwołalnie trafić do archiwum pytań pozostających bez odpowiedzi. W rodzinie De la Garza należało słuchać i krop­ka. Mama Elena, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi, wy­szła z kuchni bardzo zagniewana i przez tydzień nie odezwała się do niej ani słowem. Ich bynajmniej nie serdeczne kontakty zo­stały wznowione w dniu, w którym Mama Elena sprawdzała szyte przez córki suknie. Odkryła, że choć ścieg w sukni Tity był najrówniejszy, suknia wcześniej nie została sfastrygowana.

14


  • Gratuluję — powiedziała—ścieg jest bez zarzutu, ale nie
    fastrygowałaś, prawda?

  • Nie — odparła Tita zdziwiona, że matka przerwała mil­
    czenie.

  • A więc będziesz musiała to spruć. Sfastrygujesz, zeszy-
    jesz na nowo, a potem przyniesiesz mi do sprawdzenia. Zapamię­
    taj, że kto leniwie i źle robi, ten dwa razy się sposobi.

  • Ale to wtedy, kiedy nie wychodzi, a przecież mama sama
    powiedziała przed chwilą, że mój ścieg...

  • Znowu zaczynasz się stawiać? Jeszcze ci mało, że zaczę­
    łaś szyć wbrew ustalonym normom?

  • Przepraszam, mamusiu. Więcej tego nie zrobię.

Tymi słowami Tita zdołała złagodzić gniew Mamy Eleny. Bardzo uważała, żeby słowo „mamusiu" wypowiedzieć w odpo­wiedniej chwili i odpowiednim tonem. Mama Elena była zdania, że słowo „mama" brzmi lekceważąco, i wymagała od córek, by zwracając się do niej, mówiły „mamusiu". Tylko Tita robiła to opornie lub wypowiadała to słowo niewłaściwym tonem, za co zarobiła niejeden policzek. Ale tym razem wyszło jej wprost świetnie! Mama Elena poczuła się pokrzepiona myślą, że, być może, zdoła wreszcie utemperować charakter swej najmłodszej córki. Niestety, ta nadzieja trwała krótko, gdyż następnego dnia zjawił się Pedro Muząuiz w towarzystwie swego pana ojca, by prosić o rękę Tity. Ta wizyta wywołała w domu wielkie porusze­nie. Nikt się jej nie spodziewał. Parę dni wcześniej Tita przesłała przez brata Nachy list do Pedra, prosząc go, by odstąpił od swego zamiaru. Brat Nachy przysięgał, że don Pero list otrzymał, co nie zmienia faktu, że obaj panowie zjawili się na ranczo. Mama Elena przyjęła ich w salonie nadzwyczaj uprzejmie i wyjaśniła powody, dla których Tita nie może wyjść za mąż.

Oczywiście, jeżeli panom chodzi głównie o mariaż don


Pedra, proponuję wziąć pod rozwagę kandydaturę mej córki
Rosaury, tylko dwa lata starszej od Tity, za to gotowej do wzięcia
i przysposobionej do małżeńskiego stanu...

Chencha, która właśnie wnosiła do salonu tacę z kawą i ciast-



15

karni, by poczęstować don Pascuala i jego syna, o mało nie upuściła jej na ziemię, słysząc te słowa. Przeprosiła gości i po­spiesznie wycofała się do kuchni, gdzie Tita, Rosaura i Gertrudis czekały na szczegółowe sprawozdanie z tego, co działo się w sa­lonie. Wpadła jak burza i dziewczęta przerwały swe zajęcia, żeby nie uronić żadnego słowa.

Były tu wszystkie, gdyż wspólnie przygotowywały gwiazd­kowe bułeczki. Jak sama nazwa wskazuje, to danie przyrządza się na Boże Narodzenie, ale w tym wypadku robiły je na urodziny Tity. Trzydziestego września kończyła szesnaście lat i chciała uczcić ten fakt, pałaszując swój przysmak.

— Ojejku, jejku, pani gada, że ona gotowa do wydania, a bo to miska fasoli czy jak? Ktoś chce miskę soczewicy, to mu się furt fasolę wciska. Jedno co inszego, a drugie co inszego!

Chencha nie przestawała rzucać tego typu uwag, opowiadając — na swój sposób, oczywiście — całą scenę, której była świad­kiem. Tita wiedziała, że Chencha często przesadza i kłamie, więc nie poddawała się jeszcze rozpaczy. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że to, co usłyszała, mogłoby być prawdą. Udając spokój, nadal kroiła bułeczki, do których jej siostry i Nacha miały wkładać nadzienie.

Bułeczki najlepiej upiec w domu. Jeżeli jest to niemożliwe, można zamówić bułki w piekarni, ale tylko małe, gdyż duże się do tego nie nadają. Już nadziane, wkłada się do pieca na dziesięć minut, po czym podaje gorące. Byłoby idealnie, gdyby można je było zostawić na całą noc owinięte płótnem, żeby ciasto nasiąk-nęło tłuszczem z kiełbasy.

Kiedy Tita kończyła owijać bułeczki, które miały być poda­wane nazajutrz, do kuchni weszła Mama Elena z informacją, że zgodziła się na ślub Pedra, ale z Rosaurą.

W więc Chencha mówiła prawdę! Tita poczuła się tak, jakby nagle zima skuła jej ciało lodem. Ziąb był tak dotkliwy i ostry, że zmroził jej policzki, które stawały się coraz bardziej czerwone i czerwone, jak leżące przed nią jabłka. Ten dojmujący chłód miał jej towarzyszyć jeszcze długo i nic go nie było w stanie

16

złagodzić. Nie ustąpił nawet wtedy, gdy Nacha opowiedziała jej, co usłyszała, odprowadzając don PascualaMuząuizaijego syna do bramy. Nacha szła przodem i specjalnie się wlokła, żeby jak najwięcej usłyszeć z rozmowy. Don Pascual i Pedro szli powoli i mówili cichymi, zduszonymi przez gniew głosami.



  • Dlaczego to zrobiłeś, Pedro? Wyszliśmy na durniów,
    zgadzając się na ślub z Rosaurą. A miłość, którą przysięgałeś
    Ticie? Czyż nie masz honoru?

  • Oczywiście, że mam, ojcze, ale gdyby tak ojcu odmówio­
    no ręki ukochanej kobiety i jedyną możliwością, żeby mieć ją
    przy sobie, był ślub z jej siostrą, czyż nie postąpiłby ojciec tak
    samo?

Nacha nie zdołała usłyszeć odpowiedzi, gdyż ich domowy pies Puląue wybiegł z jazgotem i pogonił za królikiem, którego wziął za kota.

  • Więc ożenisz się bez miłości?

  • Nie, ojcze, ożenię się z ogromnej, wiecznej miłości do
    Tity.

Głosy stawały się coraz mniej wyraźne, gdyż tłumił je szelest suchych liści pod stopami. To dziwne: jak Nacha, która wtedy była już bardzo głucha, mogła usłyszeć tę rozmowę? Tak czy inaczej, Tita była wdzięczna staruszce, że jej to powtórzyła, jednak nie zdołała pozbyć się chłodu, z którym od tej pory traktowała Pedra. Mówią, że głuchy czego nie dosłyszy, to zmyśli. Być może Nacha usłyszała słowa, które wszyscy prze­milczeli. Tej nocy Tita nie usnęła ani na chwilę. Zupełnie nie wiedziała, co się z nią dzieje. Szkoda, że w tym czasie nie odkryto jeszcze czarnej dziury w przestrzeni kosmicznej, gdyż wtedy łatwiej byłoby jej zrozumieć, że to, co czuje w duszy, to czarna dziura, przez którą wjgadjj^tejkimczący się chłód.

Za każdym pra^Hmięcierrmfewiek odżywała w jej pamięci bardzo wyraźniajjiimla-tó(g^iĘn^,\oc, rok temu, kiedy Pedro i jego rodzice zEttaff^JCajtaazpierwszy zaproszeni do nich na kolację, i wtedycrrnno^StóSwało i& jeszcze bardziej dotkliwe. Mimo upływu czaąb namnbtafr/fokładnie dźwięki i zapachy,

^ 17

szelest swojej nowej sukni na świeżo wywoskowanej podłodze, wzrok Pedra na swych ramionach... Ten jego wzrok! Szła do stołu z tacą pełną ciasteczek upieczonych na samych żółtkach, kiedy poczuła go na sobie; był gorący i palił jej skórę. Obróciła głowę i oczy ich się spotkały. W tym momencie zrozumiała doskonale, co musi czuć ciasto na pączki, kiedy wrzuca się je do rozgrzanego tłuszczu. Uczucie gorąca, które oblało ją od stóp do głów, było tak sugestywne, że obawiała się, czy za chwilę nie wyskoczą jej na całym ciele — na twarzy, na brzuchu, na sercu, na piersiach — pęcherzyki, jak na smażących się pączkach. Nie mogła znieść tego wzroku i szybko przeszła na drugą stronę salonu, gdzie Gertrudis grała na pianoli walca Oczy młodości. Postawiła tacę na środkowym stoliku, po drodze wzięła w roz­targnieniu kieliszek likieru „Noyó" i usiadła obok Paąuity Lobo, sąsiadki z pobliskiego ranczo. To, że odeszła dalej od Pedra, na nic się nie zdało; czuła, jak pali ją krew krążąca w żyłach. Ciemny rumieniec pokrył jej policzki i choć bardzo się starała, nie mogła utrzymać rozbieganego wzroku w jednym miejscu. Paąuita za­uważyła, że dzieje się z nią coś dziwnego, i okazując wielkie zaniepokojenie, zagadnęła:

  • Pyszny jest ten likier, prawda?

  • Słucham?

  • Widzę, że jesteś bardzo rozkojarzona, Tito. Dobrze się
    czujesz?

  • O tak, bardzo dobrze.

  • Wprawdzie jesteś w takim wieku, że odrobina likieru ci
    nie zaszkodzi, ale powiedz mi, dziecinko, czy mama ci na to
    pozwoliła? Widzę, że drżysz i jesteś podniecona, lepiej już nie
    pij, żeby nie było jakiego wstydu — dodała ze współczuciem.

Tego tylko brakowało, żeby Paąuita Lobo pomyślała, że ona jest pijana! Nie mogła pozwolić, by powstała co do tego naj­mniejsza choćby wątpliwość, albo narazić się na to, że Paąuita doniesie o tym matce. Ze strachu przed matką zapomniała na chwilę o chłopcu i starała się za wszelką cenę przekonać Paąuitę o jasności swych sądów i sprawności myśli. Zaczęła z nią plot-

18

kować, rozmawiać o jakichś głupstwach. Nawet podała jej prze­pis na likier „Noyó", który był powodem jej niepokoju. Przyrzą­dza się go w następujący sposób: cztery uncje pestek z brzosk­wini i pół funta pestek z moreli zalewa się dwiema kwartami wody i zostawia na dwadzieścia cztery godziny. Kiedy pestki zmiękną, rozbija się je, a na zmiażdżonych środkach robi się nalewkę z czterech kwart wódki i odstawia na piętnaście dni. Potem przystępuje się do destylacji. Dwa i pół funta cukru należy rozpuścić dokładnie w wodzie, dodać cztery uncje kwiatu poma­rańczy, zamieszać i przecedzić. I żeby już nie było żadnej wąt­pliwości co do jej zdrowia fizycznego i psychicznego, przypo­mniała Paąuicie niby mimochodem, że jedna kwarta to 0,9422 litra, ni mniej, ni więcej.

Toteż kiedy Mama Elena podeszła do nich, żeby zapytać Paąuitę, czy dobrze się bawi, ta odpowiedziała rozanielona:

Wspaniale! Masz cudowne córki. A rozmowa z nimi jest


fascynująca!

Mama Elena wysłała Titę do kuchni, by przyniosła kanapki i poczęstowała nimi gości. Pedro, który przechodził obok bynaj­mniej nieprzypadkowo, zaoferował jej swoją pomoc. Tita szła pospiesznie w stronę kuchni, nie odzywając się ani słowem. Czu­jąc bliskość Pedra, była zupełnie roztrzęsiona. Weszła i chciała szybko chwycić jedną z tac pełną wybornych kanapek, czekają­cych cierpliwie na kuchennym stole.

Nigdy nie zapomni tego przypadkowego zetknięcia się ich rąk, kiedy oboje próbowali niezdarnie chwycić tę samą tacę w tym samym momencie.

To właśnie wtedy Pedro wyznał jej miłość.



  • Panno Tito, chciałbym skorzystać z okazji, że jesteśmy
    sami, i powiedzieć, jak bardzo panią kocham. Wiem, to wyznanie
    jest zbyt śmiałe i przedwczesne, ale tak trudno zbliżyć się do
    pani, że postanowiłem nie zwlekać. Proszę mi tylko powiedzieć,
    czy mogę liczyć na pani wzajemność.

  • Nie wiem, sama nie wiem. Proszę dać mi trochę czasu do
    namysłu.

19

  • Nie, nie mogę. Muszę mieć odpowiedź natychmiast. Nad
    miłością nie należy się namyślać: albo jest, albo jej nie ma.
    Jestem człowiekiem, który mówi mało, ale bardzo poważnie.
    Przysięgam, że będę panią kochał na wieki. A pani? Czy pani też
    mnie kocha?

  • Tak!

Tak, tak, po stokroć tak! Od tamtej chwili pokochała go na zawsze. Ale teraz musi z niego zrezygnować. Nie byłoby uczci­wie pożądać przyszłego męża własnej siostry. Powinna spróbo­wać wymazać go w jakiś sposób z pamięci, żeby w ogóle móc zasnąć. Postanowiła zjeść gwiazdkową bułeczkę, którą Nacha zostawiła na jej stoliku obok szklanki mleka. Przy wielu innych okazjach ta metoda dawała świetne wyniki. Nacha ze swego długoletniego doświadczenia wiedziała, że dla Tity nie ma takie­go smutku, którego by nie rozproszył smak gwiazdkowej bułecz­ki. Tym razem było jednak inaczej. Pustka, którą Tita czuła w żołądku, nie zniknęla. Przeciwnie, zaczęły jej dokuczać mdło­ści. Zdała sobie sprawę, że ta pustka nie bierze się z głodu, lecz z bolesnego wprost uczucia zimna. Musiała pozbyć się tego przykrego chłodu. Najpierw włożyła wełnianą bieliznę i przykry­ła się ciężką kołdrą. Wciąż było jej zimno. Włożyła więc włócz­kowe kapcie i naciągnęła na siebie jeszcze dwie kołdry. Na nic. Wreszcie wyjęła ze swej szafki z przyborami do szycia kołdrę, którą sama zaczęła robić w dniu, kiedy Pedro wspomniał o małżeństwie. Kołdrę taką jak ta robi się szydełkiem mniej więcej przez rok. Tyle właśnie czasu Pedro i Tita postanowili wtedy pozostawić sobie do ślubu. Zdecydowała więc, źe zużyje włóczkę, zamiast ją wyrzucać, i zaczęła z wściekłością szydełkować; szydełkowała i płakała, płakała i szydełkowała, aż nad ranem skończyła kołdrę i okryła się nią. Nic nie pomogło. Ani tej nocy, ani żadnej innej do końca swego życia nie zdołała zapanować nad zimnem.

Ciąg dalszy nastąpi... Następny przepis:



Tort weselny „chabela"

Składniki

17,5 dkg cukru granulowanego pierwszego gatunku 30 dkg najprzedniejszej mąki trzykrotnie przesianej

17 jajek utarta skórka z cytryny

Sposób przyrządzania

D,

'o garnka wkładamy pięć białek, cztery całe jajka i cukier. Ubijamy, a kiedy masa zgęstnieje, dodajemy następne dwa całe jajka. Znowu ubijamy do momentu zgęstnienia masy i znów dodajemy dwa jajka. Powtarzamy tę czynność tak długo, aż zużyjemy wszystkie jajka, biorąc zawsze po dwa na raz. Przygo­towując tort na wesele Pedra i Rosaury, Tita i Nacha musiały przemnożyć wszystkie proporcje tego przepisu przez dziesięć, gdyż tort był przewidziany nie na osiemnaście, ale na sto osiem­dziesiąt osób. W sumie sto siedemdziesiąt jajek! A to oznaczało, że musiały dołożyć starań, aby tak wielką liczbę jaj pierwszo­rzędnej jakości mieć zgromadzoną w jednym dniu. W tym celu już od wielu tygodni zajmowały się konserwowaniem jaj od najlepszych kur. Tę metodę stosowano na ranczo od niepamięt­nych czasów przy gromadzeniu na zimę zapasów tego pożywne­go i niezbędnego prowiantu. Najlepsza pora na przeprowadzenie takiej operacji to sierpień i wrzesień. Jajka przeznaczone do konserwowania powinny być bardzo świeże. Nacha uważała, że najlepiej, jak będą z tego samego dnia. Wkłada się je do dzieżki i zalewa tężejącym baranim smalcem tak, by były zupełnie przykryte. To wystarczy, żeby jaj a przechować w dobrym stanie przez wiele miesięcy. Natomiast jeżeli chcemy przechowywać jaja dłużej niż rok, wkładamy je do słoja i zalewamy zaprawą


  1   2   3   4   5   6   7


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna