Laboratorium fizyki jądrowej Politechniki Wrocławskiej



Pobieranie 97,96 Kb.
Data09.03.2018
Rozmiar97,96 Kb.

Laboratorium fizyki jądrowej Politechniki Wrocławskiej.
Przy dużym biurku obłożonym książkami i wydrukami komputerowymi siedział około trzydziestoletni mężczyzna i patrzył w skupieniu w ekran monitora, jednocześnie myśląc nad czymś intensywnie. Odsunął krzesło, jeszcze raz spojrzał w ekran, po czym poszedł do drugiego końca pomieszczenia. Gdy był odwrócony plecami do komputera, nie zauważył zmian zachodzących na monitorze. Zaraz po tym, jak włączyła się samoistnie kamera internetowa, cichutko zaszemrały słuchawki i mikrofon. Ktoś z zewnątrz zaczął obserwować pracownię i nasłuchiwał odgłosów z niej dochodzących. Mężczyzna minął kilka urządzeń. Jedno z nich zasługiwało na szczególną uwagę, to jego ostatnie osiągnięcie. Długa na cztery metry rura posiadała w połowie wystające płyty, zakończone dużymi półkulami, do których wchodziły grube kable. Na całej wolnej długości występowały na niej różnego rodzaju zgrubienia i nierówności. Jeden koniec posiadał sporej wielkości torus, podłączony do osi rury. Ogólnie całość przypominała dziwne działo rodem z „Gwiezdnych Wojen”. Z zamyśloną twarzą, trochę nieobecną, mężczyzna przesunął po urządzeniu palcami z uśmiechem zadowolenia. Otworzył drzwi w przeciwległej ścianie i zniknął za nimi. W niedużej klitce również stało biurko z monitorem. Siedzący przy nim starszy człowiek, z siwymi włosami na głowie i elegancko przystrzyżonej bródce, miał zamknięte oczy.

— Panie profesorze — zwrócił się do niego wchodzący.

— O co chodzi, Karolu?

— Zaglądał pan dzisiaj do wyników z czarnej dziury?

— Nie. Zaszły jakieś zmiany godne uwagi?

— Ponownie suma wystrzelonych elektronów jest identyczna z wychwyconymi.

Zapanowała chwila ciszy.

— No tak. To daje do myślenia. Musimy zamontować rejestratory czasu. W ten sposób ustalimy, czy ich nieobecność trwa tyle samo, czy też jest różna. Moje gratulacje, Karolu.

— Dziękuję, panie profesorze. Zaprojektuję podłączenie i dopilnuję instalacji.

— Ponieważ wynik jest pewny, myślę, że kierownictwo instytutu nie będzie skąpić pieniędzy. Wybierz najdokładniejsze odczyty z dostępnych.

— Myślałem już nad tym wcześniej i chyba wiem, które to. Jeszcze jedno, czy ostatnio logował się pan w naszym komputerze spoza naszej uczelni?

— Nie. Byłem zbyt zajęty czymś innym. A o co chodzi?

— Nic takiego... Wracam do siebie.

— Dobrze.

Resztę dnia wypełniła mu praca nad projektowaniem zmian w urządzeniu, zwanym przez nich czarną dziurą. Wieczorem, jak to zwykle w czwartki, poszedł do klubu sportowego na trening. Spotkał tam Maurycego, któremu udało się, jak to określił, oderwać od zajęć. Obaj mieli drugi dan w karate, więc dla zabicia czasu uczyli młode kobiety obrony przed zagrożeniem. Z dziesięciu adeptek do prowadzenia rozgrzewki i ćwiczeń rozciągających wybrali jedną, najbardziej zaawansowaną. Sami, po krótkiej serii ćwiczeń, założyli ochraniacze i rozpoczęli sparing w pełnym kontakcie. Walka przypominała raczej mieszaninę stylów niż czyste karate. Obaj nadal zgłębiali różne sztuki walki. Po półgodzinnym starciu przeszli do szkolenia dziewcząt. Ustawione w jednym rzędzie, powtarzały po kilkadziesiąt razy poszczególne ciosy, bloki i uderzenia nogami.

— Nie tak, Karolina. — Maurycy podszedł do jednej z podopiecznych, stając naprzeciw niej. — Przedramię ma być w jednej linii prostej przez dłoń, aż do kości zaciśniętej pięści. — Pokazał, demonstrując uderzenie i zatrzymując rękę po jego zakończeniu. — Inaczej trafiając w przeciwnika lub deskę, w najlepszym razie zwichniesz sobie nadgarstek. Zrób to powoli.

Dziewczyna wykonała polecenie.

— Lepiej, ale to jeszcze nie to. Powtórz.

Ponowny cios w powietrze.

— A teraz wszyscy razem. — Stojąc w pozycji do ataku, dyktował tempo.

Nadszedł koniec dwugodzinnego treningu. Zmęczeni i zalani potem, przeszli do szatni, a na salę weszła grupa baletowa. Po prysznicu, kiedy zakładali ubrania, Karol zapytał Maurycego:

— O ile pamiętam, handlujesz sprzętem komputerowym i oprogramowaniem, tak?

— Aha. Chcesz coś kupić?

— Jeżeli wydział nie będzie miał pieniędzy, to będę musiał sam to zrobić.

— Co cię interesuje?

— Raczej czego potrzebuję. Od pewnego czasu mam wrażenie, że ktoś regularnie przegląda mi zawartość komputera. Chcę tego kogoś złapać.

— Jesteś tego pewny?

— Na sto procent. Nie chcę utracić wyników badań.

— To kopiuj dane.

— Robię to. Ale niekiedy wynik eksperymentu jest rejestrowany podczas mojej nieobecności.

— Zrób sobie mały programik, aby kopiował dane na pendrive’a umieszczonego w porcie USB.

— Myślałem o tym. Tylko że ja chcę dorwać tego hakera.

— No cóż. Takiego programu nie mam w sprzedaży. W zasadzie używają go służby specjalne. Może zgłoś, komu trzeba, i po sprawie. A co takiego robicie, że grzebią wam w komputerach?

— Nic specjalnego. Strzelamy elektronami na drugą stronę rury. Takie tam badania — próbował zbagatelizować, nie chcąc kłamać.

— No to w czym…

— Chłopaki, idziecie na kawę? — Przez uchylone drzwi do męskiej szatni zaglądnęła Karolina, jedna z uczestniczek szkółki.

— Mam jutro ważne spotkanie z radą instytutu. Chyba nie pójdę — usprawiedliwił się Karol.

— A ja bardzo chętnie przyjmuję zaproszenie. — Maurycy zrobił oko do kolegi.

— Sabina będzie niepocieszona. — Dziewczyna spuściła wzrok.

Nie chciała pokazać, że jej bardziej na tym zależało niż koleżance.

— Przeproś ją ode mnie i obiecaj, że następnym razem sam będę się dopominał o to — przyrzekł.

— Dobra, powiem. Czekamy na ciebie zatem — powiedziała do Maurycego. — Do zobaczenia przed wejściem.

— Już idziemy. Nie mogę pozwolić, abyście w ogóle na mnie czekały. — Popychał przed sobą Karola. — Jakby coś jeszcze się wydarzyło, to daj mi znać — rzucił do niego. — Może któryś z moich znajomych coś wymyśli.

— Dobra, nie ma sprawy.

Karol został sam przed budynkiem klubu. Był zadowolony z dzisiejszego dnia. Poszedł na przystanek autobusowy i po przejechaniu kilkukilometrowej trasy wysiadł kilka przecznic od domu. W mieszkaniu zrobił sobie kolację i już po wieczornej toalecie, kiedy miał wejść do łóżka, zadzwonił telefon. Podniósł ze stolika komórkę, spoglądając na wyświetlony numer, który nic mu nie mówił. Zanim zdążył wcisnąć klawisz połączenia, samo się rozłączyło. Wzruszył ramionami i poszedł spać. Następnego ranka, tuż przed spotkaniem, odruchowo zajrzał do pliku z przebiegu eksperymentu. Otworzył na kilka sekund szeroko oczy, nie wierząc temu, co widzi. Sprawdził uważnie jeszcze raz zapisy i usiadł wygodnie na krześle, zamyślając się intensywnie. Wreszcie wstał i obrał kierunek do gabinetu profesora.

— Panie profesorze, czy dzisiaj przed moim przyjściem robił pan jakieś testy? — spytał swojego mentora.

— Na czym, Karolu?— Starszy pan był jakiś rozkojarzony.

— W czarnej dziurze.

— Aaa… w czarnej dziurze. Nie, nic nie robiłem. Dlaczego pytasz?

— Znikąd doszło nam kilka trafień od wczoraj.

— Może coś się zepsuło. Niektóre elementy są dosyć leciwe. Zresztą tak, jak i ja — zażartował z autoironią. — Sprawdź, proszę, wszystko.

— Oczywiście sprawdzę. Jednak dopiero po spotkaniu.

— Racja, masz przecież spotkanie. O nie — starszy mężczyzna przypomniał sobie o czymś ważnym. — Na śmierć zapomniałem. — Sięgnął do notatnika na biurku.

— To ja nie przeszkadzam. — Doktor wrócił do pomieszczenia laboratorium.

Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że światełko kontrolne kamery gasło, gdy na nią popatrzył przelotnie. Nie wierzył w omamy wzrokowe, lecz na razie zbagatelizował tę sprawę. Zebrał ze swojego biurka potrzebne dokumenty i zniknął za drzwiami. Minęło kilkadziesiąt minut.

Wrócił ze spotkania zadowolony. Otrzymali dodatkowe środki finansowe na badania. Za dwa dni będzie mógł przeprowadzić kontrolę czasową pomiędzy wystrzeleniem elektronu a jego dotarciem do czytnika po przelocie przez czarną dziurę, od której wzięło nazwę całe urządzenie. Została tylko kwestia tej zbyt dużej ilości trafień. Popołudnie zajęło mu sprawdzenie poszczególnych sekcji. Stwierdził, że wszystko jest w porządku. „Co to może być zatem?” — spytał sam siebie. Myślał nad tym do czasu modernizacji swojego dzieła.

*
Podziemia Agencji Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych.
— Gdzie jest ten twój orzeł, Mahoney? — zadał pytanie barczysty, czarnoskóry mężczyzna w garniturze.

Siedział za biurkiem i grzebał niespokojnie w cudzych papierach.

— Jesteśmy tu od dwóch kwadransów — marudził dalej. — Jeszcze trochę i nici z całej operacji.

— Spokojnie, Jackson. Zaraz pewnie będzie. On lubi trochę ludziom podnieść ciśnienie. Świetnie przy tym się bawi — odpowiedział zapytany Latynos.

— Kwadrans temu mówiłeś dokładnie to samo — nie ustępował czarnoskóry.

— Chłopakom się urwał, więc jedzie do nas. Zaczekamy jeszcze.

Siedzący przy innych stanowiskach z monitorami i klawiaturą, zebrani mężczyźni i kobiety, patrzyli leniwie na obu rozmawiających. W różnym wieku, o różnej karnacji skóry. Jedyne, co ich łączyło, oczywiście poza identycznymi niemalże garniturami i garsonkami, to nadzwyczajna znajomość systemów komputerowych. Urodzeni hakerzy. Ten, na którego czekali, był najmłodszym z nich i najbardziej krnąbrny, jak przystało na geniusza komputerowego, niezatrudnionego w żadnej agencji rządowej.

— Może zadzwoń do niego? — naciskał nadal, po kilku sekundach przerwy.

— To nic nie da. Jak zobaczy mój numer i tak nie zareaguje.

— Więc może go namierzyć i ściągnąć siłą…

Bezszelestnie otworzyły się drzwi windy. Wyszedł z nich młodzieniec w garniturze z plakietką na marynarce. Słyszał ostatnie zdanie i odpowiedział, idąc:

— Przestań się pieklić, wujek. Przecież jestem. — Przestraszył wszystkich. Mahoney skoczył na równe nogi.

— Co jest, do cholery?! Jak tu wszedłeś?!

— Normalnie. Zjechałem windą.

— Jak to windą? A ochrona na górze? Systemy bezpieczeństwa?

— Aaa… o tym mówisz, wujek? Zrobiłem sobie parę drobiazgów na taką okoliczność. — Wyciągnął z kieszeni harmonijkę różnych przepustek i kart. Wszyscy notowali dane zgodnie z procedurami i sprawdzali poziom dostępu. Najbardziej opierał się ten od strefy specjalnej, ale przekonała go przepustka z samej góry.

— Pokaż mi to. — Latynos wyciągnął rękę.

— Tu nie ma nic specjalnego. Doradca prezydenta itede.

— Co? — Jackson zerwał się na nogi. — Trzeba go zamknąć. On jest niebezpieczny. — Uderzył pięścią w blat, aż podskoczyło standardowe wyposażenie razem z klawiaturą.

— O czym on mówi… wujek? — Młodzieniec zachichotał.

— Dobra. Siadaj tam — Mahoney przejął inicjatywę, zanim męcząca sytuacja mogłaby nabrać tempa.

— Zaraz zaczynamy, a ty już startuj. Szkoda czasu na dyskusję.

Tu spojrzał dosyć wymownie na czarnoskórego.

— Proszę państwa — zwrócił uwagę wszystkich na siebie spóźnialski. — Będę wam podawał mieszane ciągi liczbowo-literowe. Przedtem, ma się rozumieć, podam lokalizację banku, do którego je będzie można przypisać. A wy, według własnego uznania lub wcześniejszych ustaleń, będziecie je wprowadzać do komputerów. Resztę zrobicie sami. W razie problemów proszę mnie wołać. Dziękuję.

Popatrzył na Jacksona.

— Dobrze wypadłem … wujek? — zapytał, czym wywołał jeszcze większą irytację u niego.

Na luzie zdjął marynarkę i zawiesił na oparciu krzesła. Usiadł, zajmując się pracą. Odnalazł plik zawierający potrzebne adresy. Chwilę nad nimi podumał, a zaraz potem wszedł do bazy danych. Przerwał na moment, obrócił się w stronę Mahoneya i patrząc na niego, spytał:

— Tak dla zaspokojenia ciekawości. Powiedz mi, wujek, gdzie są te hektary hal i tysiące komputerów, które wam przypisują?

Ten chwilę milczał, zanim odpowiedział.

— Wszystko, co napisano o tym, jest ze sfery science fiction, zmyślone dla ludzi przez tak zwanych dziennikarzy śledczych.

— Wszystko?

— Tak.


— To znaczy, że czegoś nie wiesz albo nie chcesz powiedzieć.

— Nie rozumiem?

— Może dosyć tej dyskusji? — wtrącił Jackson.

— Wyluzuj, wujek, bo ci pompa siądzie. Zdążymy ze wszystkim. Zresztą nieważne. — Mruknął okiem do Latynosa, machając przy tym ręką.

Zrobił obrót do monitora i podjął przerwaną pracę. Przez dwie minuty panowała cisza. Usłyszeli komentarz młodzieńca.

— Dobry jesteś, ale nie aż tak, abym ci nie dał rady.

— Jakiś problem? — Mahoney zaczął wstawać od biurka.

— Nie. Mają dobrego fachowca od zabezpieczeń, jak to się mówi po waszemu. Jest jednak zbyt mało cwany.

Znowu zapada cisza.

— No dobra. Jesteśmy blisko, trzeba ci dać coś do zabawy.

Wyjął z kieszonki na koszuli pendrive’a i wcisnął go do portu USB. Przekopiował przyniesiony program i zainstalował w komputerze, który właśnie opanowywał krok po kroku.

— Co ty im, do cholery, tam instalujesz? — Jackson rzucił się w jego stronę. — Od razu będą wiedzieli, że ktoś w nim grzebał.

— Spoko, wujek. Zanim skończę, on sam zniknie, a co najważniejsze zamaskuje naszą obecność w nim. Bez tego i tak by nas odkryli. Jakiś łebski gość robił te bajery — wskazał linijki programu.

Jego plan był prosty. Przekazać wszystkie hasła, oprócz jednego. Oni się zajmą swoimi sprawami, a on uszczknie odrobinę dla siebie za trud. System operacji opracował drobiazgowo. Nikt nie wyśledzi drogi, jaką przejdzie te marne pół miliona euro w ciągu kilku najbliższych dni.

— Uwaga! Podaję pierwsze hasło. Bank na Kajmanach — tu pada kombinacja cyfr i liter.

Nie martwił się, że ktoś z członków zespołu prześpi tę informację. Całość zapewne monitorowali, zapisując wszystko skrupulatnie.

— Kolejne. Bank na Bahamach. Że też tacy ludzie zawsze wybierają takie banalne miejsca — skomentował i podał następny ciąg.

Po dwóch minutach zostało mu już tylko jedno hasło. Rzucił okiem przez ramię na Mahoneya, zwracając na siebie uwagę. Tamten wstał z krzesła i podszedł do jego stanowiska.

— Co jest? — zapytał, patrząc mu nad głową.

— Czyścimy ich do końca?

— Tak.

— No to jest jeszcze jedno hasło. Bank w Nowym Jorku — wyjaśnił. — A wszyscy są zajęci. — Wskazał głową na salę.



— Poczekaj chwilę.

Wyjął odruchowo z kieszeni telefon z satelitarnym łączem i zaklął pod nosem. Zapomniał, że całe pomieszczenie jest szczelnie ekranowane. Schował go z powrotem.

— Nic nie ruszaj, ale ściągnij to hasło i zacznij zacierać ślady.

— W porzo, wujek.

Mahoney wsiadł do windy, opuszczając salę na kilka minut. Młody haker zrobił, o co go poproszono, a nawet więcej. Jego program po wprowadzeniu hasła i kodów banku błyskawicznie zmniejszył stan konta o pięćset tysięcy, przelewając je według zaprogramowanych ustaleń i poleceń. Pieniądze w formie elektronicznej pomknęły w świat. Każda operacja została przez niego drobiazgowo przygotowana i całość zaczęła nabierać rozpędu. Dla zmylenia tropiciela za pieniądze wykupione zostały akcje na jednej giełdzie, a sprzedane na innej, lecz w odległej strefie czasowej, tuż przed zamknięciem biura maklerskiego. Na tyle wcześnie, aby makler przelał je na kolejne konto bankowe. Tam uległy zamianie na inną walutę i powędrowały na kolejne konto maklerskie. Zakupiono za nie jeszcze inne akcje i ponownie je sprzedano. Śledzenie całej drogi przerwał Latynos, wysiadając z windy. Podszedł do niego.

— Dobra. Opuść stanowisko. Zrobię to sam. Tajne. Rozumiesz? — zakomunikował.

— No, to siema, wujek. — Chłopak chciał wyjść.

— Zaczekaj chwilę. A co to za licznik? — wskazał na malejące z błyskawiczną prędkością liczby.

— Tyle czasu zostało do bezpiecznego opuszczenia ich systemu. Program zaciera ślady, tak jak chciałeś. A to moje. — Przechylił się przez jego ramię i wyciągnął pendrive’a z gniazda USB.

Ekran na moment zgasł i ujrzeli na nim zaciśniętą pięść w geście figi.

— Po co ta brawura? — spytał Mahoney.

— Żeby było weselej. I tak tego nie widzą. — Odszedł na bok, podziwiając minę Jacksona.

Pozostali hakerzy również zakończyli pracę. Co niektórzy przeciągnęli swoje ciała leniwie i patrzyli niewidzącymi oczami w przestrzeń przed sobą. Prawdopodobnie każda z tych osób myślała właśnie o setkach milionów, które zmieniły właścicieli, i o tym, co oni by zrobili z takimi pieniędzmi. Młodzieniec uśmiechnął się do własnych myśli. On wiedział, co zrobi ze swoimi. Tę miłą chwilę przerwał mu cichy szmer kółek na wykładzinie podłogi.

— Wszyscy zakończyli bezpiecznie pracę? — pytając, Latynos wstał z krzesła.

— Tak — odpowiedziało mu kilka głosów.

— W porządku. Jesteście wolni. Pamiętajcie, byliście na jeszcze jednym nudnym szkoleniu. Jackson, rób dalej swoje. Dzięki, Cień. — Wyciągnął do hakera rękę na pożegnanie. — I nie muszę ci przypominać o regułach tajemnicy państwowej?

— Ma się rozumieć, wujek. Przecież mi płacisz, no nie? No to nara, chłopaki. — Ruszył w stronę wyjścia.

Czarnoskóry tylko na to czekał. Stanął mu na drodze.

— Jakieś problemy, wujek? — z uśmiechem zapytał haker.

— Oddaj przepustki i całą resztę — warknął olbrzym.

— Już ci mówiłem, wyluzuj. Wystarczy poprosić. — Sięgnął do kieszeni.

Zrobił zdziwioną minę, jakby ich w niej nie znalazł, i wyciągnął rękę. O dziwo, z harmonijką kartoników. Jackson zgrzytnął zębami i kwaśno się uśmiechnął.

— Wiem, wiem. Dopadniesz mnie, jak będziesz miał możliwości. Znam to z filmów. Bezpieczeństwo narodowe. Wywieziecie mnie do bazy na Kubie albo… specjalnym samolotem gdzieś do więzienia w Europie, co, wujek? Życzę szczęścia. — Rzucił wszystko na jego biurko.

Ominął zwalistą postać i bez zbędnych słów wszedł do windy. Tym razem stał w niej milczący cywil. Eskortował go przez całą drogę, aż do drzwi prowadzących na zewnątrz. W promieniach południowego słońca wyjął z kieszeni telefon komórkowy i wybrał jakiś numer z głowy. Wcisnął przycisk i odczekał do sygnału połączenia. Zaraz po tym wyłączył go bez wypowiedzenia chociażby jednego słowa. Ruszył ulicą przed siebie. Nie spieszył się zbytnio. Musiał z grona przechodniów wyłuskać ciągnący się za nim ogon.


*

Śniady na twarzy mężczyzna kupił właśnie apartament w Nowym Jorku i chciał za niego zapłacić pieniędzmi z podanego mu przed odlotem konta. Wszedł na odpowiednią stronę banku, aby dokonać przelewu, i nagle okazało się, że nie dysponuje niczym. Dosłownie zero. Sięgnął po telefon i zadzwonił pod znany sobie numer. Odebrała kobieta.



— Dlaczego nikt mi nie powiedział o wycofaniu pieniędzy z konta? — zaczął zaczepnie.

— Proszę powiedzieć mi wszystko po kolei — spokojnie poprosił głos w słuchawce.

Opowiedział o wszystkim z detalami.

— Proszę nie opuszczać domu. Sprawdzę, jaka jest tego przyczyna, i powiadomię pana o rozwiązaniu i dalszym postępowaniu.

Odłożyła słuchawkę. Była atrakcyjną Azjatką z domieszką europejskiej krwi. Pracowała dla Al-Kaidy oraz kogoś, kto podpisywał się Blacklight — prowadziła sprawy finansowe od lat. Nigdy nie miała takiego przypadku. Dłuższą chwilę myślała, co zrobić. Wreszcie otworzyła laptopa, wystukała na klawiaturze potrzebne dane i weszła na stronę banku. Wpisała kolejne hasła i otworzyła stronę ze stanem konta. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Nic. „Co jest?” — pomyślała. Wyszła z systemu i weszła ponownie, kontrolując każde posunięcie. Bez zmian.

— Nie jest dobrze — odrzekła na głos. — Co teraz?

Każda myśl przychodząca jej do głowy po bliższym przyjrzeniu się jej w rzeczywistości nabierała innego wymiaru i skutkowała innymi konsekwencjami. Nawet ta o desperackiej ucieczce. Przecież na tym koncie było prawie dwieście milionów euro. Nie darują jej. Wykopią chociażby i z grobu.

— Cholera, co robić?

Po kilku kolejnych minutach podjęła decyzję. Zadzwoniła do pechowego nabywcy i poprosiła o przerwanie wszystkich poczynań, aż do odwołania. Następnie wpisała do komputera adres e-mail.

— Kur… — zdusiła przekleństwo. — Teraz pora na piekło — podsumowała.

Zrobiła głęboki wdech, jak przed skokiem do wody z dużej wysokości, i zaczęła pisać. Na koniec dodała: „Proszę o instrukcję. Sprawdzam pozostałe konta”. Z wahaniem wjechała kursorem na przycisk wyślij i kliknęła.

— No to po mnie — ponownie powiedziała na głos.

Adres należał do tych z rodzaju alarmowych, więc za chwilę będzie miała odpowiedź. Ale póki co trzeba posprawdzać inne miejsca. Wybrała pierwszy bank. Przebrnęła przez procedury i wreszcie powoli otworzyła odczyt stanu konta.

— No nie — Nie miała nawet siły na przekleństwo. — Tylko nie to.

Na ekranie ujrzała smukłe cyfry zer. Powoli zaczęło ją opanowywać gorąco. Miała wrażenie, że zaczyna jej brakować powietrza. Z wrażenia tak zacisnęła usta, że nie mogła przez nie oddychać. Otrząsnęła się.

— Już nie żyję. — Walnęła pięścią w stół.

Na ekranie ujrzała komunikat, że przyszła odpowiedź. „Oczywiście, przecież to skrzynka alarmowa” — pomyślała. Zamknęła konto bankowe i przeszła do odczytania poczty.

— Co to znaczy, że mamy problemy finansowe? — odkodowała tekst.

Grymas złości wypełzł jej na twarz, wykrzywiając usta. Bez pośpiechu zaczęła odpisywać. Brrrr, wstrząsnęło nią zimno, kiedy ją wysłała. Sprawdziła pozostałe konta. Efekt był dokładnie ten sam. Suma sprawdzonych kwot równała się zeru. Koszmar. Tylko ona miała dostęp do haseł. Zmieniała je każdorazowo po wykorzystaniu ich przez wysłanników i obowiązkowo co dwie doby, nawet gdy z nich nie korzystano. Miała świetną pamięć, więc nigdzie nie umieszczała podpowiedzi naprowadzających ani samych haseł. Tylko ona je znała i komputer… To jest niemożliwe. Nikt nie jest w stanie wyśledzić i odczytać tego jednego pliku. Ukryty w nim program generował to, co chciała, ale na podstawie stosowanych przez nią zmiennych. Nie, to niemożliwe. Odrzuciła tę myśl. Tym razem upłynęło trochę czasu, zanim przyszła kolejna odpowiedź. Po przeanalizowaniu jej bez zwłoki wysłała uzupełniający raport z zapytaniem.

— Czy zażądają mojej głowy? — mówiła do siebie na głos, pisząc, aby przyzwyczaić się do zagrożenia.

Miała cichą nadzieję, że tak szybko do tego nie dojdzie. Ostatecznie organizacja zawdzięcza jej piętnastoprocentowy przyrost funduszy w każdym roku, powiększający jej majątek. Łudziła się, ale podświadomie wiedziała, że może być źle, a nawet bardzo źle. Dla zabicia czasu i niepewności zaczęła szukać śladów hakera w swoim systemie. Oczywiście nie znalazła nic podejrzanego. Jest kolejna wiadomość. Z zapartym tchem otwierała plik. Z początku nie mogła uwierzyć. Dwa dni. W dwa dni ma ustalić, jak do tego doszło, i oczywiście odzyskać pieniądze.

— Cholera. To i tak nie żyję.

Instynkt nieodparcie podpowiadał jej ucieczkę, chociaż i tak wiedziała, że ją odnajdą. To było ponad miliard dwieście milionów euro. Wybrała na komórce numer telefonu. Został odebrany od razu. Należała przecież do tych bogatszych klientów.

— Josef? Mam do ciebie prośbę.

— Do usług.

— Mógłbyś wpaść do mnie o… powiedzmy o siedemnastej?

— Ale to już za pół godziny.

— Wiem, że to za pół godziny. Przecież to tylko kilka przecznic.

— Nasz klient, nasz pan. Będę.

— Świetnie. Weź ze sobą wydruki z ostatnich transakcji na moim koncie.

— Proszę sprawdzić na…

— Wiem, że mogę to prześledzić u siebie na komputerze, chcę to jednak mieć na papierze. — Nie dodała tylko, że jego również chce mieć przed sobą. Nie było potrzeby go płoszyć.

— Przyniosę wszystko.

— Dzięki za wyrozumiałość.

Odłożyła telefon i spróbowała na swoim sprzęcie zajrzeć do systemu bankowego, do którego przelano jedną z kwot. Pierwsza z firm, która otrzymała pieniądze, nie figurowała nigdzie. Druga natomiast pozostawiła po sobie ślad w postaci transakcji. Jednak bank był zamknięty z powodu pory dnia, a właściwie nocy w tamtym rejonie kuli ziemskiej.

— Cholera, to prawie dwie doby, a ja tyle czasu nie mam. Muszę wejść do nich przez system sieci bankowej, oplatającej cały świat — snuła głośno plany.

Jeszcze raz sprawdziła tę większą kwotę. Wsiąkła jak woda w piach pustyni. Co to może oznaczać? Poza tym to oczywiste, że ten ktoś dysponował nieprzeciętnymi środkami oraz bardzo dobrymi informatykami. Polacy mają niezłych fachowców. Co i rusz wygrywają jakieś międzynarodowe konkursy. Tylko po co im to? No i dlaczego na tym jednym koncie robili to dwa razy? Nic jej nie przychodziło do głowy. Mając do dyspozycji dwieście milionów, pobierają najpierw raptem pół miliona. Przecież za to nawet porządnego domu nie można kupić.

— Niemożliwe — aż ponownie wyszeptała, gdy wpadła jej myśl do głowy. — A jednak. Ktoś się wspomógł prywatnie dla siebie przy okazji tej kradzieży. — Analizowała ją na różne sposoby, wliczając nawet jakiś błąd, ewentualnie przypadek. Wniosek był ten sam. — Jest przynajmniej od czego zacząć — stwierdziła.

Brzęczek domofonu zabrzmiał wręcz złowrogo w ciszy. Pstryknęła przełącznikiem.

— Spodziewa się pani Josefa…

— Tak. Proszę go wpuścić — przerwała ochroniarzowi na dole apartamentowca.

Po dwóch minutach drzwi od korytarza z windą zostały odrobinę uchylone i wszedł przez nie opalony, dobrze ubrany mężczyzna. Uśmiech pomimo sytuacji gościł na jego ustach.

— Wejdź dalej — zawołała.

Posłuchał i po chwili stanął przed nią.

— Pokaż, co tam przyniosłeś. — Wyciągnęła rękę.

Podał teczkę z jedną tylko kartką. Spojrzała na nią przelotnie.

— Czy te nazwy coś ci mówią? — zadała pytanie.

— Nie, a powinny?

— To zależy od okoliczności. Wyobraź sobie, że te pieniądze zostały ukradzione z mojego konta.

— O kur…


— Nie klnij — upomniała go.

— Przepraszam.

— Zapewniłeś mnie, że moje pieniądze są całkowicie bezpieczne na tym koncie, a tymczasem zostałam okradziona — zaczęło ją ponosić.

— Nie sądzisz chyba, że bank ma z tym coś wspólnego?

— Bank nie, ale … — zawiesiła głos na moment.

— Że co? Niby ja miałbym je ukraść? Jaja sobie robisz czy co? Jak miałbym to zorganizować?

— Wiesz bardzo dobrze, że jest parę sposobów. Przy pomocy kogoś z banku…

— Nie wrobisz mnie w to, Debora. Nie ma mowy.

— Nikogo nie chcę wrabiać. Chcę tylko odzyskać moje pieniądze.

— Nie potrafię ci w tym pomóc.

— I tu się mylisz.

— Nie wezmę w niczym udziału.

— Posłuchaj mnie uważnie — zaczynała tracić cierpliwość. — Brałeś ode mnie pieniądze za różne przysługi. Albo będziesz mi pomagał, albo…

— Albo co?

— Zrobię z tobą porządek.

— Grozisz mi?

— Możesz to nazwać, jak chcesz. Jest mi to obojętne.

— Jeżeli coś mi się stanie, to zrobione właśnie nagranie trafi do rąk policji. — Wyciągnął z kieszeni dyktafon.

Skoczyła na równe nogi.

— Ty sukinsynu — wybuchła. — Nic ci to nie pomoże. — Rzuciła się w jego stronę, chcąc mu go odebrać.

Lecz on odskoczył do tyłu. Mimo jego przewagi była szybsza. Kopnęła go w krocze. Kiedy był zgięty, bez problemu wyjęła mu urządzenie z ręki. Łapał spazmatycznie oddech. Wreszcie bóle odrobinę ustąpiły i z wysiłkiem wychrypiał:

— Przyprowadziłem ze sobą paru kolegów… — trzymał się rękami za swoje jądra.

Uniosła brwi do góry.

— Za parę setek dolarów można wszystko — ze złośliwą satysfakcją poinformował i dokończył, mówiąc do mikrofonu zainstalowanego w kieszonce: — Wejdźcie i dołóżcie tej suce.

— A to ciekawe — zawróciła i usiadła z powrotem w fotelu.

Usłyszała, jak drzwi wejściowe do jej apartamentu zostają gwałtownie otwarte. Po chwili do salonu weszło dwóch bliźniaczo podobnych do siebie mężczyzn. Mieli obleśne miny i trzymali w rękach noże sprężynowe.

— Skąd ty wytrzasnąłeś te śmiecie? — zadrwiła. — Leżeli w rynsztoku na ulicy?

Nie sprawiała wrażenia przestraszonej. Natomiast im paskudny grymas wściekłości wykrzywił twarze.

— Schowajcie te wykałaczki chłopcy, bo sobie jeszcze zrobicie krzywdę.

Na te słowa ruszyli w jej stronę. Ona niedbałym ruchem wyjęła ze schowka w fotelu dwie stalowe kulki o średnicy dwóch centymetrów. Niby nic takiego, a jednak we wprawnych dłoniach stanowiły zabójczą broń. Rzucone z odpowiednią siłą, mogły rozbić człowiekowi czaszkę i zabić. Ponieważ nie chciała u siebie policji, rzuciła nimi tak, aby pozbawić ich przytomności. Śmignęły jak pociski, trafiając w czoła, tuż nad nosem. Obaj upadli jak rażeni piorunem.

— To by było na tyle. — Wstała z fotela.

I tu się pomyliła. Do pokoju wszedł trzeci niezapowiedziany przybysz. Wysoki jak góra i równie potężnie umięśniony.

— O cholera. — Odrobinę ściągnęła brwi, nie wiedząc, co ma zrobić z tym fantem.

On zaś obojętnie minął obu nieprzytomnych i po dwóch krokach był prawie przy niej. Machnął ręką przed sobą, chcąc ją złapać. Odskoczyła w tył. Olbrzym zrobił kolejny krok i wyciągnął tym razem obie ręce ku niej. Przemknęła pomiędzy jego lewą ręką a fotelem. Zrobiła błyskawiczny obrót wokół swojej osi, kopiąc go na koniec pod kolano lewej nogi. Odrobinę nim szarpnęło, ale nic po za tym. Wymierzyła kolejne kopnięcie, zmieniając punkt, w który zadała cios. Tuż nad miednicą. Prosto w nerkę. Jęknął nieznacznie, lecz i to go nie powaliło. Robił cały czas zwrot i wreszcie stanął twarzą do niej. Cofnęła się o krok i z rozmachem wyprowadziła jeszcze jeden cios nogą. Celowała prosto w miejsce pod schodzącymi się żebrami. Siła uderzenia, po trafieniu w czuły punkt u każdego człowieka, cofnęła ją. Odniosła wrażenie, że zamiast mięśni ten kolos ma granit. Jego niesamowita odporność wprawiła ją w zdumienie. Wyciągnął ponownie potężnie umięśnione ramiona w jej kierunku. Zrobiła unik, umykając przed grubymi jak konary ramionami. Rzuciła okiem na pomieszczenie, myśląc, jak mu uciec, i błyskawicznie podjęła decyzję. Skoczyła na krawędź ciężkiej, marmurowej ławy. Zyskała tym sposobem dodatkowe pół metra w wysokim salonie apartamentu. Odbiła się nogami od niej, robiąc salto w tył. Przeleciała w powietrzu ponad półtora metra, a do góry jakieś dwa metry. Opadła z impetem, siadając okrakiem na jego ramionach. Zanim do niego dotarło, jak do tego doszło, zdzieliła go z ogromną siłą z obu zaciśniętych pięści w skronie. Pomimo ciosów nic nie uległo zmianie. Ten gigant stał bez jakichkolwiek oznak, że czegokolwiek próbowała. Zdumiona uniosła prawą pięść i uderzyła ponownie, tym razem w ciemię. Otrząsnął się po ciosie całym ciałem, chcąc ją zrzucić z siebie. Była szybsza i zaplotła swoje smukłe nogi na jego szyi. Ścisnęła nimi z całych sił. Olbrzym wzniósł ręce do góry, sięgając do jej ud. Złapał za nie z tak potężną siłą, że z łatwością mógłby ją rozerwać. Ścisnęła jeszcze mocniej. On również nadal ściskał jej mięśnie olbrzymimi jak łyżki koparki dłońmi, próbując je rozewrzeć. Zagryzła zęby z bólu. Wymierzyła jeszcze jeden cios w ciemię. Wytrzymał i ten. Musiał mieć głowę twardszą od skorupy orzecha kokosowego. W desperacji ściskała nadal udami jego gardło, usiłując zmiażdżyć mu krtań. I oto po kilkunastu sekundach ucisk dłoni zelżał. Miała prawie łzy w oczach. Kolejne dwie, trzy sekundy i nie opuszczając ramion, przeciwnik ugiął kolana, opadając jak na zwolnionym filmie. Nim poleciał w którąkolwiek stronę, odepchnęła się rękami od jego głowy, uwalniając siebie całkowicie. Skoczyła na podłogę. Zgrzytnęła zębami, rozmasowując obolałe mięśnie.

— Przez ciebie będę miała siniaki — wysyczała przez zęby. — A ty dokąd? Nie skończyliśmy jeszcze naszej rozmowy. Stój!

Nie posłuchał. Błyskawicznie ściągnęła jeden z butów na szpilkach i cisnęła nim przez całą długość pomieszczenia. Zafurkotał w powietrzu i niemalże wbił w jego ramię. Jęknął z bólu. Nie zwróciła na to uwagi. Podeszła, lekko kulejąc z powodu braku jednego buta.

— Zaraz razem wychodzimy do twojego miejsca pracy. Inaczej źle z tobą będzie już teraz. Aha… zanim wrócę, ich ma już nie być. Zrozumiano? — powiedziała.

— Ale jak ja mam to zrobić? Przecież nie wprowadzę ciebie tak z ulicy — zajęczał.

Pomyślała chwilę i odpowiedziała:

— Powiedzmy, że jestem ci potrzebna do zrobienia pewnych sprawozdań. Wynająłeś mnie za pośrednictwem firmy. Znam się na systemach informatycznych i zarządzaniu, księgowości. Wybierz sobie, co chcesz.

— To może w poniedziałek?

— Wykluczone. Zaraz — powiedziała z naciskiem. — A zapomnę o tym, co tu miało miejsce.

Podeszła jeszcze bliżej z miłym uśmiechem i nadepnęła mu niespodziewanie drugą, obutą nogą na palce stopy.

— Inaczej żaden chirurg cię nie poskłada. Chociaż… możesz jeszcze skoczyć z dachu. — Klepnęła go po policzku.

Po porażce poniesionej przez przyprowadzonych przez siebie kompanów nie miał innego wyjścia.

— Usiądź sobie grzecznie i zaczekaj na mnie chwilkę — mówiła do niego czule, prawie jak do kochanka.

Podszedł zrezygnowany do jednego z foteli i usiadł na nim ciężko. Jego również od samego początku, kiedy tylko ujrzał stan konta, nurtowało, kto i w jaki sposób mógł przelać taką kwotę na fikcyjne firmy. Siedząc i myśląc, ujrzał, jak olbrzym zaczyna poruszać rękami. „Dochodzi do siebie” — pomyślał. Poczekał, aż otworzy oczy. Kiedy popatrzyli na siebie, ten drugi zrobił speszoną minę i zaczął mozolnie gramolić się na nogi.

— Dobra. Możemy iść. — Debora wyszła z garderoby.

Wyglądała jak zwykle oszałamiająco.

— O, jeden już na nogach. Załatw to, proszę. Czekam na ciebie przy windzie. Aaa… zapomniałabym. Weź środki przeciwbólowe. — Rzuciła mu małą paczuszkę i opuściła salon, nie martwiąc się o resztę.

— Docuć chłopaków i wynoście się stąd. Tu macie resztę, według umowy. Chociaż… — zawahał się — nie wiem czy powinienem.

Jednak rzucił parę banknotów na marmur ławy. Wstał z trudem i poszedł w ślady właścicielki apartamentu. Ponętnie uśmiechnięta stała przy otwartej windzie. Wsiedli i zjechali na parter.

— Jeżeli jeszcze raz sprawisz mi kłopot, to pożałujesz — uprzedziła słodkim głosem ochroniarza na dole, mijając konsolę, za którą siedział.

Przed budynkiem złapali taksówkę. W dwie minuty byli przed bankiem. W recepcji Josef poprosił o służbową przepustkę dla gościa i zabrał ją do swojego kantorka z widokiem na salę.

— Usiądź na moim miejscu … chociaż nie… tutaj lepiej, proszę — wskazał fotel dla interesanta. — Zaczekaj. Muszę załatwić legalnie twój pobyt po godzinach pracy.

— Nie możesz zadzwonić?

— To delikatna sprawa. Lepiej zrobić to osobiście. Jeden z dyrektorów, a w zasadzie jedna z dyrektorek ma wobec mnie małe zobowiązanie. Jeżeli będzie się wściekać, przypomnę jej o tym.

— Pośpiesz się. Nie interesują mnie szczegóły — ponagliła.

Upłynęło dziesięć minut, nim przyszedł z powrotem. Czerwony na twarzy wskazał jej stanowisko z komputerem obok swojego biurka. Wstała i zajęła wskazane miejsce. Ruszyła myszką. Na ekranie zamiast wygaszacza ujrzała planszę z pytaniem o hasło. Otworzyła usta, aby o nie zapytać, i usłyszała ciąg cyfr oraz liter, nim cokolwiek powiedziała. Sprawnie wszystko wystukała, przechodząc do kolejnego obrazu na monitorze. Znowu jej podpowiedział z głowy, co ma wstukać, i tym razem miała to, na co czekała. Śmigając wprawnie palcami po klawiaturze, szybko zagłębiła się w rzekę informacji. On zaś ze swojego stanowiska monitorował całość. Bez przeszkód dotarła do miejsca pierwszego transferu. Sprawdziła kilka opcji i straciła poczucie czasu. Grzebała w tym i grzebała, nie mogąc wyjść z podziwu dla tego, kto to wszystko zorganizował. Nie zarejestrowała nawet momentu, w którym bank zaczął pustoszeć. Pogasła część świateł i drzwi zostały cichutko otwarte. Zanim strażnik zdążył zadać pytanie, padła odpowiedź.

— Jeszcze trochę będziemy pracować, Malkolm.

— W porządku, proszę pana. — Drzwi zamknęły się za nim.

— Musisz się pośpieszyć — ponaglił Deborę.

— Nie mam pojęcia, czy mi się uda zrobić to bardzo szybko. Ten ktoś jest cwany i sprytny. Tak ustawił wszystko, że żadna z operacji nie wraca do tego samego banku. Wiedział, że będzie tropiony, i ani razu, pomimo szczegółowej kontroli, nie natrafiłam na jego twarz w systemach monitorujących.

— Ciekawe — podsumował obojętnie.

— Prawda? — Nie zauważyła tonu jego głosu. — Zawsze po ustaleniu dokładnego czasu i numeru stanowiska, przy którym zakładał konto, dziewczyna wypełniająca formalności rozmawia przez telefon.

— Nie wszystkie banki wymagają fizycznej obecności przy tego typu sprawie.

— Wiem. Jestem pewna, że już po pieniądzach.

— Ty się martwisz tym drobnym pół miliona, a nie całą resztą? — zdumiał się.

— Te pół miliona to jedyny trop. Tamte przepadły po pierwszym przelewie. A te już zostały na tych przedsięwzięciach powiększone o kilkanaście tysięcy. To geniusz. Chciałabym go poznać, ale w innych okolicznościach.

Po tym entuzjastycznym wyznaniu zapadła cisza. Trwała przez trzy kwadranse. Nagle usłyszała narzekanie.

— Kończ już. Co ja mam robić? — Siedział niespokojnie na krześle. — Powinienem iść do domu.

Akurat przechodził strażnik, sprawdzając, co robią.

— Dłub w nosie, ale gap się w monitor i udawaj zajętego — zrugała go z uśmiechem. — Nie zapomnij mu kiwnąć ręką.

Mijały kolejne kwadranse. A ona ciągle nie mogła dojść do końca tego łańcuszka. Koło kantorka ponownie ujrzeli strażnika. Josef uśmiechnął się do niego i znowu kiwnął ręką. Tamten odpowiedział tym samym gestem i poszedł dalej w obchód.

— Już po północy. Zamykamy ten interes. — Miał tego dosyć.

— Spokojnie. Jeszcze chwila — nie ustępowała.

— Słyszę to od paru godzin. Jeśli zaraz nie skończymy, mogę stracić pracę — nalegał.

— To chyba lepsze, niż stracić życie, co?

— O czym ty mówisz? Przecież wiesz, że to nie ja.

— Owszem, można przyjąć taką hipotezę. Doszło do tego jednak w twoim banku, pamiętasz? Do tego te podejrzane ekscesy w moim mieszkaniu. Jednym słowem, nie przeszkadzaj.

— Cholera. Obleciałaś całą kulę ziemską kilkadziesiąt razy. To nie ma końca.

— Mylisz się. On gdzieś jest. I właśnie tam nastąpi lub nastąpiła wypłata …

— A jeżeli on ciągle tylko operuje przelewami i różnymi transakcjami? Możesz nigdy na niego nie trafić.

— Nie, musi coś zrobić z tymi pieniędzmi. A ja chcę wiedzieć, co i gdzie to miało miejsce. Jest. Mam go.

— Na razie nic nie masz. To tylko kolejny bank.

— Ale w tym banku jest blokada na jego koncie. Musi po nie przyjechać osobiście. Zaraz sprawdzę na mapie, gdzie to jest. O nie! To jest w samym sercu Czarnego Lądu.

— No to masz problem.

— Pora kończyć. Przynajmniej czegoś się przy mnie nauczyłeś, no nie? Cześć, kotku. — Wyszła niezwykle pośpiesznie, jakby coś ją goniło.

— Zaczekaj. Przecież muszę cię odprowadzić. — pognał za nią.

W apartamencie zastała porządek. Pomimo zmęczenia usiadła ponownie do komputera. Wybrała serwis informacyjny, aby sprawdzić, co się wydarzyło w tym małym państewku. Z jakiego powodu doszło do blokady konta hakera. Jest.



— No proszę. Nieoczekiwana sytuacja i jakie problemy. Nie powiem, że mi to nie na rękę. Do tego sprzyjają Al-Kaidzie. No, no, no.

Wyszła z serwisu i otworzyła stronę największego przewoźnika lotniczego. „To już nie pośpię” — stwierdziła. Za dwie godziny miała samolot do Kairu w Egipcie.



©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna