Ks. Zbigniew Sobolewski Panie, do kogóż pójdziemy? Rozważania o chrześcijańskiej nadziei



Pobieranie 421,82 Kb.
Strona1/7
Data26.02.2018
Rozmiar421,82 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7



Ks. Zbigniew Sobolewski

Panie, do kogóż pójdziemy?



Rozważania o chrześcijańskiej nadziei

Warszawa 2008

Odkupiciel człowieka Jezus Chrystus jest ośrodkiem wszechświata i historii. (…) Ku Niemu kierujemy nasze spojrzenie, powtarzając wyznanie św. Piotra: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego”, bo tylko w Nim, Synu Bożym, jest nasze zbawienie (J 6, 68; por. Dz 4, 8 nn.). Poprzez całą tak bardzo wraz z Soborem rozbudowaną świadomość Kościoła, poprzez wszystkie warstwy tej świadomości, poprzez wszystkie kierunki działalności, w której Kościół wyraża siebie, odnajduje i potwierdza siebie — stale musimy dążyć do Tego, który jest Głową (por. Ef 1, 10. 22; 4, 25; Kol 1, 18), do Tego, „przez którego wszystko się stało i dzięki któremu także my jesteśmy” (1 Kor 8, 6; por. Kol, 17), który równocześnie jest „drogą i prawdą” (J 14, 6) i „zmartwychwstaniem i życiem” (J 11, 25); do Tego, którego widząc, widzimy także i Ojca (por. J 14, 9), do Tego, którego odejście przez Krzyż, a potem Wniebowstąpienie było pożyteczne dla nas (por. J 16, 7), ażeby Pocieszyciel przyszedł do nas i stale przychodził: Duch Prawdy (por. J 16, 7. 13).

Jan Paweł II, Redemptor hominis nr 1.

Spis treści



  1. Nie można żyć bez nadziei

  2. Na rozdrożach nadziei

  3. Dlaczego mogę mieć nadzieję?

  4. Miłosierdzie Boże źródłem nadziei – przebaczenie grzechów

  5. Agape źródłem nadziei – „byście się wzajemnie miłowali”

  6. Modlitwa umocnieniem nadziei

  7. Nadzieja w cierpieniu

  8. Śmierć przeżywana w duchu nadziei

  9. Sąd Ostateczny miejscem nadziei

  10. Niebo wypełnieniem nadziei

  11. Piekło – nadzieja utracona na zawsze

  12. Matka Nadziei – Maryja Wniebowzięta


Konferencja I

Nie można żyć bez nadziei
Człowiek nie może żyć bez nadziei. Jest ona obecna, choć na różny sposób – w naszych pragnieniach, rozmowach, działaniach i snach. O nadziei możemy mówić w jej dwóch zasadniczych wymiarach, w zależności od tego, jakiego dobra dotyczy.

Codziennie ożywają w nas większe lub mniejsze nadzieje, które dotyczą bliższej lub dalszej przyszłości. Całe zaś nasze życie chrześcijańskie opromienia nadzieja nieśmiertelności i zbawienia. To największa i najwspanialsza nadzieja, jaką dał swoim uczniom Chrystus, a chrześcijanie mogą ofiarować innym.

„Cnota nadziei odpowiada dążeniu do szczęścia, złożonemu przez Boga w sercu każdego człowieka; podejmuje ona te oczekiwania, które inspirują działania ludzi; oczyszcza je, by ukierunkować na Królestwo niebieskie; chroni przed zwątpieniem; podtrzymuje w każdym opuszczeniu; poszerza serce w oczekiwaniu szczęścia wiecznego. Żywa nadzieja chroni przed egoizmem i prowadzi do szczęścia i miłości” (KKK nr 1818).
I

Małe i duże nadzieje


Czym jest nadzieja? Jaką rolę odgrywa w naszym zwyczajnym życiu? Dlaczego tak bardzo jej potrzebujemy?

Odpowiadając na te pytania musimy najpierw zauważyć, że dotyczy ona człowieka, który jest istotą podlegającą zmianom, dynamiczną. Bóg stworzył człowieka jako istotę stającą się, zmieniającą w czasie, dojrzewającą. Człowiek nigdy nie jest taki sam, ukształtowany raz na zawsze, ale „staje się człowiekiem”, rozwija lub degraduje. Chociaż żyje chwilą obecną, zawsze nastawiony jest ku przyszłości. Jest bytem w drodze. Często też nie jest zadowolony z sytuacji, w jakiej się znajduje. Doświadcza swej własnej kruchości, niedostatków i braków. Nie zawsze jest usatysfakcjonowany warunkami swego życia. Szuka poprawy własnego losu.

Nadzieja ziemska, którą żyje się na co dzień, polega na spodziewaniu się jakiegoś dobra, które nadejdzie w przyszłości. Ta nadzieja jest odpowiedzią człowieka na przeżywane trudności i cierpienia. Rodzi się w sercu jako oczekiwanie na to, że bliższa lub dalsza przyszłość przyniesie rozwiązanie trudnego problemu, pozwoli rozwiązać go lub przezwyciężyć, w cierpieniu przyniesie ulgę, w chorobie uzdrowienie.

Nadzieja jest powszechna, ponieważ powszechne są braki, niedogodności, problemy życiowe, które nam dokuczają. Gdyby nasze życie było idealne i przebiegało w idealnych warunkach – nie byłoby w nim miejsca na nadzieję. Byłaby ona zbędna, gdyż nie mielibyśmy potrzeby oczekiwania polepszenia naszego losu. Tymczasem niedoskonałość naszej natury i ułomność życia ziemskiego, wpisana w rzeczywistość ziemską po grzechu pierworodnym, sprawiają, że nadzieja zawsze znajdzie swe miejsce w naszych sercach.

Czego spodziewają się ludzie? Nadzieja ziemska może dotyczyć dwóch spraw. Jedną z nich jest poprawa warunków życia. Ludzie chcą żyć łatwiej i pomyślniej. Dlatego mają nadzieję, że w przyszłości poprawią się warunki materialne ich bytowania. Liczą na to, że zdobycie wykształcenia, lepszej pracy, wygodnego mieszkania, udogodnień życiowych pozwoli im na poprawę własnego losu. W imię tej nadziei nieraz są gotowi do wielkich wyrzeczeń.

Nadzieja także może dotyczyć poprawy relacji z bliźnimi oraz zbudowania z innymi trwałych więzi miłości i przyjaźni. Ludzie liczą na to, że będą szczęśliwi w małżeństwie. Mają nadzieję, że uda im się założyć wspaniałą rodzinę, wychować dzieci, doczekać spokojnej starości w gronie ukochanych i kochających osób. W sytuacjach konfliktów nadzieja pozwala im oczekiwać zgody i porozumienia pomiędzy skłóconymi stronami.

Te wszystkie codzienne nadzieje odgrywają pozytywną rolę w naszym życiu. „Potrzebujemy małych i większych nadziei, które dzień po dniu podtrzymują nas w drodze” (Spe salvi nr 31). Nadzieje te wyznaczają rytm naszej codzienności. Pozwalają nam z pogodą ducha oczekiwać lepszego jutra.

Trzeba pielęgnować w sobie ziemskie nadzieje. Bez nich nasze życie byłoby szare, a my słabsi. O konieczności posiadania takich nadziei mówi nam samo życie: ludzie posiadający nadzieję na lepszą przyszłość są silniejsi i potrafią stawić czoła nawet największym burzom życiowym. Nadzieja trzyma ich przy życiu w chwilach ogromnego cierpienia. Pozwala podźwignąć się nawet po najpoważniejszych porażkach i przegranych. Dzięki nadziei ludzie znajdują w sobie wolę walki o dobro.

Grzechem byłoby zatem zabijanie nadziei w sobie lub innych ludziach. Chrześcijanin nie może pozbawiać jej nikogo poprzez narzekanie na los, wyszukiwanie negatywnych stron życia, ustawiczne malkontenctwo. Byłoby to grzechem przeciwko nadziei.

Trzeba jednak pamiętać, że życie człowieka sięga daleko poza wymiary doczesne. Naszą perspektywą jest wieczność. Dlatego też nie możemy stracić z oczu tej największej nadziei. Niestety, taka możliwość istnieje. Można utracić nadzieję zbawienia, gdy człowiek skupi się wyłącznie na ziemskich oczekiwaniach i ograniczy swą nadzieję do dóbr, których spodziewa się tutaj. Zbytnie zapatrzenie w ziemię i pogoń za lepszym jutrem tutaj, za szczęściem ziemskim, może sprawić, że zapomnimy o naszym ostatecznym przeznaczeniu.

Podobnie też pozbawić nadziei mogą nas sytuacje kryzysów i cierpienia. Zwłaszcza śmierć najbliższych, niespodziewane popadnięcie w kłopoty finansowe, utrata przyjaciół i znajomych, nagła choroba – te wszystkie sytuacje mogą zabrać nam nadzieję. Nigdy nie jesteśmy przygotowani na ich przyjęcie i nigdy łatwo nie przychodzi nam się z nimi pogodzić. Doświadczając zła i cierpienia możemy załamać się i stwierdzić, że nic się nie da zrobić. Nic się na lepsze nie zmieni.

Co zrobić, aby jej nie utracić?

Przede wszystkim – spojrzeć na nie oczyma Bożymi. Dostrzec, że trudne sytuacje są naturalnymi elementami naszego życia. Realistycznie patrząc na życie dostrzeżemy, że jest ono rzeczywistością niedoskonałą, nie wolną od braków. Nie możemy od życia oczekiwać, że będzie ono „miłą wycieczką” przez piękny park. Życie – tak uczy nas doświadczenie – ma swe „ciemne doliny”, prowadzi nas stromymi, pełnymi niebezpieczeństw drogami. Lista nieszczęść, które mogą nas spotkać, jest naprawdę długa. Trzeba zatem, byśmy o tym wiedzieli i dziękowali Panu Bogu za każdy dzień, który upływa nam spokojnie, bez szczególnie uciążliwych sytuacji. Uczmy się postawy wdzięczności Bogu za każdy zwyczajnie przeżyty dzień! Jest on na pewno Jego darem dla nas.

Natomiast kiedy przyjdzie cierpienie, przyjmijmy je ze świadomością, że ono również się skończy. Nie róbmy z niego tragedii i nie wyolbrzymiajmy go. Starajmy się zachować umiar w ocenie tej sytuacji, jaką przeżywamy. Często bowiem bardziej cierpimy ze strachu przed cierpieniem, niż z jego powodu. Zaufajmy Bogu i wraz z Psalmistą wyznajmy:

„Dusza moja odpoczywa tylko w Bogu,

od Niego przychodzi moje zbawienie.

On jedynie opoką i zbawieniem moim,

twierdzą moją, więc się nie zachwieję.

(…)

Odpocznij jedynie w Bogu, duszo moja,



bo od Niego pochodzi moja nadzieja.

(…) w Bogu jest zbawienie moje i moja chwała,

opoka mojej mocy,

w Bogu moja ucieczka” (Ps 62,2–3.6–8).

W cierpieniu nikt z nas nie jest sam. Bóg nikogo nie zawiódł. Również nie zawiedzie i nas. Uciekajmy się do Niego w modlitwie, prosząc o opiekę, błogosławieństwo, łaskę męstwa i wytrwania pod krzyżem. Prośmy Boga, aby to zło, które nas spotyka, obróciło się na nasze dobro. Byśmy wychodzili z niego umocnieni i bogatsi wewnętrznie.

I jeszcze jedno ważne ostrzeżenie: nie oczekujmy od ziemi tego, że stanie się dla nas rajem. Niektórzy ludzie sprawiają wrażenie, że wystarcza im to niewiele, co może ofiarować im życie ziemskie. Wierzą, że sens życia ocali im staranie się o dom rodzinny, wychowanie dzieci, zarabianie solidnych pieniędzy, wczasy za granicą, zaspokajanie potrzeb materialnych i duchowych. Szukają dla siebie przyszłości w miłości, więzach rodzinnych, zdrowiu, przyjaźni i wielu innych cennych wartościach, które wnoszą radość w nasze życie i nadają mu smak.

Szukają raju na ziemi: w tych warunkach, w jakich żyją; przy tych możliwościach, jakie posiadają. Zapominają jednak, że ziemia nie może dać im tego, czego w głębi swego ducha pragną. Ograniczona rzeczywistość ziemska – życie ziemskie – nie stanie się nigdy rajem; to, co doczesne – nie stanie się wieczne, a co ograniczone – nie stanie się bezgraniczne i bezkresne. Człowiek może zaspokoić i zrealizować swe aspiracje, ale tylko do pewnego stopnia. Jest bowiem istotą pragnącą nieskończoności. Nasycając jedno pragnienie, odkrywa nowe, jeszcze większe i głębsze. Nieraz wydaje się mu, że posiadając jakąś wartość, stanie się szczęśliwy, że zaspokoi tęsknotę własnego serca. Tymczasem przechodzi on od pragnienia do pragnienia, od tęsknoty do tęsknoty.

Jesteśmy niczym pielgrzymi w drodze: widzimy zawsze przed sobą jakiś nowy horyzont. Osiągnąwszy go, szybko dostrzegamy nowy, dalszy, piękniejszy.

„W kolejnych, następujących po sobie dniach, człowiek ma różnorakie nadzieje, małe i większe – różne w różnych okresach życia. Czasami może się wydawać, że spełnienie jednej z tych nadziei zadowoli go całkowicie i że nie będzie potrzebował innych nadziei. W młodości może to być nadzieja na wielką i zaspokajającą miłość; nadzieja na zdobycie pozycji, odniesienie takiego czy innego sukcesu, określającego przyszłe życie. Kiedy jednak te nadzieje spełniają się, okazuje się z cała wyrazistością, że w rzeczywistości to nie było wszystko. Staje się ewidentne, że człowiek potrzebuje innej nadziei, która idzie dalej. Staje się jasne, że może zaspokoić go jedynie coś nieskończonego, co zawsze będzie czymś więcej niż to, co kiedykolwiek może osiągnąć” (Spe salvi nr 30).
II

Nadzieja ostateczna


„Człowiek w swoim życiu jest człowiekiem czekającym: będąc dzieckiem, chce być dorosłym; jako dorosły dąży stale naprzód, chce mieć sukcesy; w końcu tęskni za spokojem. A wreszcie przychodzi czas, gdy odkrywa, że za mało się spodziewał, skoro poza osiągniętym stanowiskiem i zawodem niczego więcej spodziewać się nie może.

Ludzkość nigdy nie przestawała się spodziewać lepszych czasów. Chrześcijaństwo spodziewa się, że przez całą historię kroczy Pan, który kiedyś zbierze wszystkie nasze łzy i trudy, tak że wszystko znajdzie swoje wytłumaczenie i wypełnienie w Jego królestwie.

Nadzieja chrześcijańska zatem nie odwartościowuje czasu, lecz oznacza właśnie, że każdy ułamek życia ma wartość i cenę. Oznacza, że możemy przyjąć czas obecny i że powinniśmy wypełnić go, ponieważ trwa wszystko, co zaakceptowaliśmy od wewnątrz” (Kard. Józef Ratzinger, Służyć prawdzie, str. 50).

Wierząc w Boga jesteśmy dziedzicami nadziei, która obiecuje nam o wiele więcej, niż radość i zadowolenie w życiu doczesnym. Nosimy w sobie pragnienie nieba i mamy nadzieję, że ono stanie się naszym udziałem.

Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że „nadzieja jest cnotą teologalną, dzięki której pragniemy jako naszego szczęścia królestwa niebieskiego i życia wiecznego, pokładając ufność w obietnicach Chrystusa i opierając się nie na naszych siłach, ale na pomocy łaski Ducha Świętego” (KKK nr 1817).

Chrześcijanin wierzy, że jego historia zakończy się pomyślnie. Stworzony z miłości Bożej, kochany przez Boga jako Ojca, będzie mógł być szczęśliwy bez końca w Jego królestwie.

Św. Jan opisuje tę rzeczywistość nieba jako zupełnie coś nowego i wspaniałego; coś, czego nie da się porównać z rzeczywistością obecną. „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły, i morza już nie ma. I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem zstępujące z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica, zdobna w klejnoty dla swego męża. I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: «Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą oni Jego ludem, a On będzie „Bogiem z nimi”. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły». I rzekł Zasiadający na tronie: «Oto czynię wszystko nowe». I mówi: «Napisz: słowa wiarygodne są i prawdziwe». I rzekł mi: «Stało się. Ja jestem Alfa i Omega, Początek i Koniec. Ja pragnącemu dam pić ze źródła wody życia. Zwycięzca to odziedziczy, i będę mu Bogiem, a on będzie Mi synem»” (Ap 21,1–7).

Św. Paweł przypominał mieszkańcom Filippi, by zbytnio nie przywiązywali się do ziemi, gdyż „nasza ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone, na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować” (Flp 3, 20–12). Ono stanowi ostateczny, nieskończony horyzont.

W tej Ojczyźnie zbawieni będą posiadali to, czego daremnie oczekują od życia na ziemi. Ojczyzna stanie się ich domem, w którym cierpienie i zło nie będzie miało do nich dostępu. Będzie domem, w którym Bóg zaspokoi wszystkie najszlachetniejsze pragnienia i spełni najpiękniejsze aspiracje. Szczęśliwi w niebie „nie będą już łaknąć ani nie będą już pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał, bo pasał ich będzie Baranek, który jest pośrodku tronu, i poprowadzi ich do źródeł wód życia; i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu” (Ap 7, 16–17).

W niebie otrzymamy nagrodę i okażemy się zwycięzcami. Zapewnia nas o tym św. Jan Apostoł, który w Apokalipsie przekazuje w słowach Chrystusa uwielbionego proroctwo dotyczące ostatecznego losu wiernych Mu uczniów: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli ktoś posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał a on ze Mną. Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na moim tronie, jak i Ja zwyciężyłem i zasiadłem z mym Ojcem na Jego tronie” (Ap 3, 20–21).

Nadzieja, którą nosimy od chrztu w sercu, dotyczy naszego zbawienia. Będzie ono darem miłującego Boga. Wiemy jednak, że nasza chrześcijańska nadzieja nie jest biernym oczekiwaniem. Nie spodziewamy się nadejścia królestwa Bożego i zbawienia stojąc z założonymi rękoma. Chociaż zdajemy sobie sprawę z tego, że zbawienie jest darem Bożym, którego człowiek sam nie jest w stanie zdobyć, to wiemy również, że Bóg oczekuje od nas, iż zaangażujemy się w nadejście Jego królestwa. Pan Bóg chce, abyśmy dołożyli do naszego zbawienia cząstkę własnej pracy, modlitwy i cierpienia.

Nie możemy być bezczynni, wyglądając nieba. Kiedy Apostołowie po wniebowstąpieniu Chrystusa stali, wpatrując się w niebo, usłyszeli słowa anioła: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?” (Dz 1, 11) i nakaz, aby podjęli swą misję. Bierne czekanie nie jest postawą, jakiej pragnie dla nas Chrystus. Zanim spotkamy się z Nim w niebie, musimy żyć aktywnie tutaj, na ziemi. Idziemy na spotkanie z Nim nie z pustymi rękoma, ale z rękoma wypełnionymi dobrymi czynami. Dopiero nasze zmęczone dobrem ręce wyproszą nam wejście do królestwa niebieskiego.

Św. Augustyn powiada, że po śmierci dusza nasza zapuka do drzwi raju.


  • Kto tam? - usłyszy głos od wewnątrz.

  • Jestem człowiekiem.

  • Powiedz, jak obchodziłeś się ze swoją duszą i ciałem.

  • Jestem chrześcijaninem!

Na to Jezus: Pokaż mi twoje ręce, abym zobaczył, czy są zranione jak moje.... Pokaż mi twoje czoło, czy na nim masz odciśniętą koronę cierniową. Pokaż mi twoją twarz, abym mógł rozpoznać w tobie mojego brata, syna mojego Ojca, świątynię Ducha Świętego.

Świadkami nieprzemijającej nadziei są święci. Ich życie obfituje w modlitwę i pracę, w radość i cierpienie, wytchnienie i trud. We wszystkich sytuacjach życiowych święci nie utracili sprzed oczu nieba. Nawet wtedy, gdy wydawało się im dalekie i niedosięgłe, żyli mocną tęsknotą za ostatecznym zjednoczeniem się z Bogiem i pracowali dla królestwa Bożego. Wielu z nich oddało swe życie za Chrystusa. Swoim męczeństwem zaświadczyli, że królestwo Boże jest bezcenną perłą, dla której warto oddać wszystkie inne cenne perły (por. Mt 13, 46). Nawet życie ziemskie.

Dziękujmy Bogu za nasze małe i większe nadzieje, bez których życie byłoby ciężarem nie do uniesienia. Dziękujmy przede wszystkim za tę największą nadzieję, którą rodzi się z miłości Boga do człowieka.

Cieszmy się, gdyż „możemy mieć nadzieję na chwałę nieba, obiecaną przez Boga wszystkim, którzy Go miłują i czynią Jego wolę. We wszelkich okolicznościach życiowych każdy powinien mieć nadzieję, że z łaską Bożą „wytrwa do końca” i otrzyma radość nieba jako nagrodę wieczną Boga za dobre uczynki spełnione z pomocą łaski Chrystusa” KKK nr 1821).

Ta nadzieja nadaje blasku nieśmiertelności naszemu życiu.

Konferencja II

Na rozdrożach nadziei
Chociaż wszyscy ludzie pragną nadziei i żyją w oczekiwaniu na to, że przyszłość okaże się dla nich łaskawsza niż teraźniejszość, to jednak wielu z nich odczuwa boleśnie brak nadziei. Znakiem naszych czasów jest wzrastająca liczba osób pogrążonych w depresji i obarczonych poczuciem pustki. Chociaż wydawać by się mogło, że niczego do szczęścia im nie brakuje: są zdrowi, bogaci, dobrze wykształceni, posiadają atrakcyjny wygląd, odnoszą sukcesy w życiu zawodowym, a więc spełniają wszystkie wymagania, jakie potocznie są uważane za gwarancję szczęścia – to jednak szczęśliwi nie są.

Ich szczęście jest szczęściem „na pokaz”, powierzchownym, konwencjonalnym. Przeżywają swe życie w rozpaczy, niepewni dokąd iść, gdzie odnaleźć swe prawdziwe „ja”.

To o nich pisał Ernest Bryll:

„O, wszyscy są szczęśliwi bo chcą być szczęśliwi

I uśmiech twardo zębami trzymają

Stracili słowa? Nie trzeba się dziwić

Tak jest w niejednym kraju
Mają sen. Czasem ciemność co tych snów pilnuje

Może podejrzeć twarze bez uśmiechu

Policzki zapadnięte w nieśmiałym oddechu

I oko co łzą zezuje


A obok, obok na stoliku nocnym

Kubek tajemny


Tam się jak wielka sztuczna szczęka moczy

Uśmiech codzienny

(Ernest Bryll, O, wszyscy są szczęśliwi bo chcą być szczęśliwi).
Dlaczego tak wielu z nas łatwo traci nadzieję? Czemu odczuwamy jej brak? Co sprawia, że człowiek żyje bez nadziei i w konsekwencji traci poczucie sensu swego życia?
I

Brak nadziei bierze się z braku wiary w prawdziwego Boga


Ojciec Święty Benedykt XVI w swej encyklice poświęconej nadziei zwraca uwagę na to, że brak nadziei jest konsekwencją niepoznania prawdziwego Boga i wiary. Pierwsi chrześcijanie, przyjmując prawdę Ewangelii, otrzymywali wraz z nią nadzieję życia wiecznego. „Paweł przypomina Efezjanom, że zanim poznali Chrystusa, byli jakby «nie mający nadziei ani Boga na tym świecie» (Ef 2, 12). Oczywiście wie, że mieli oni bogów, że mieli religię, ale ich bogowie okazali się wątpliwi, a z ich pełnych sprzeczności mitów nie płynęła żadna nadzieja. Pomimo, że mieli bogów, «nie mieli Boga» i w konsekwencji żyli w mrocznym świecie, bez jasnej przyszłości” (Spe salvi nr 2).

Wiara w prawdziwego Boga, Stwórcę i Zbawcę, jest fundamentem nadziei. Bóg, którego w pełni objawił światu Chrystus, jest Bogiem nadziei, jej dawcą i stróżem. „Poznać Boga – prawdziwego Boga – oznacza otrzymać nadzieję” (Spe salvi nr 3).

Współcześnie wielu ludzi nie zna lub nie chce znać Boga, którego objawił Chrystus. Tam, gdzie nie ma prawdziwej, żywej wiary, bardzo łatwo gnieździ się zabobon i w potęgę urastają fałszywi idole. W starożytnym świecie były nimi bóstwa, które ludzie tworzyli na własny użytek, szukając w nich oparcia i umocnienia nadziei.

Zasadnicza różnica pomiędzy bóstwami, znanymi z mitologii starożytnych, a Bogiem, który objawił sam siebie, polegała na tym, że bóstwa te żyły swoim życiem. Bardzo często obarczone słabościami ludzkimi, takimi jak gniew, zazdrość, nienawiść, chęć dominacji i władzy nad innymi – żyły swoim własnym życiem, zbytnio nie dbając o swoich czcicieli.

Ludzie wierzący w te bóstwa mieli do nich stosunek bardzo praktyczny, można by nawet powiedzieć: instrumentalny. Nie były one przedmiotem ich miłości, chociaż składali im ofiary i oddawali im cześć. Starożytni bogowie przerażali. Trzeba było ich sobie pozyskać, zjednywać ofiarami. Okazywali się jednak słabi wobec dramatów przeżywanych przez ludzi, niezbyt zainteresowani ich losami.

Bóg Objawienia jest zupełnie inny. Jest kochającym Stwórcą, który troszczy się o swe stworzenia i zaprasza je do wspólnoty ze sobą. Nie strzeże zazdrośnie daru życia, ani też nie skąpi człowiekowi niczego, co mogłoby służyć jego dobru. Jest towarzyszem drogi człowieka, otaczając go swoją troską. Prowadzi, poucza, ochrania przed złem, ratuje z nieszczęścia, daje nadzieję wieczną.

Psalmista opisuje zasadniczą różnicę między bóstwami narodów ościennych, a Bogiem, który objawił się Narodowi Wybranemu:

„Bożki pogańskie to srebro i złoto, dzieło rąk ludzkich.

Mają usta, ale nie mówią, mają oczy, ale nie widzą.

Mają uszy, ale nie słyszą;

i nie ma oddechu w ich ustach.

Podobni są do nich ci, którzy je robią,

i każdy, co w nich ufność pokłada” (Ps 135,15-18).

Bóg Stwórca i Wybawiciel Izraela z niewoli egipskiej jest tym, komu można i warto zaufać i się powierzyć.

Chrystus objawił nam Boga jako Ojca. To rewolucyjne stwierdzenie mówi o Bogu, jako o zaangażowanym na rzecz człowieka. Bóg jest Ojcem, żyje życiem swoich dzieci, wchodząc w dialog miłości z nimi. Dzieli się z nimi tym, co jest Jego własnością. Pragnie szczęścia swoich dzieci. Jest Zbawicielem, Dawcą nieśmiertelności. Nie są mu obce cierpienia człowieka.

Chrześcijanie, wierząc w Boga – Dawcę nowego życia, żyli nadzieją na zmartwychwstanie i szczęśliwą wieczność. Nawet gdy umierali, śmierć nie była w stanie pozbawić ich nadziei. Przyjmowali ją, jak otwarcie drzwi do nowego świata, bez rozpaczy i lęku.

Poganie nie mieli nadziei na wieczność, ponieważ nie byli w stanie sami sobie jej zagwarantować, a tym bardziej – nie mogli otrzymać jej od swoich martwych bogów. Pozostawali w paradoksalnej sytuacji: pragnęli tego, co nieosiągalne wiedząc, że ich nadzieja nigdy się nie spełni.

„Powiedzmy to teraz w sposób prosty: człowiek potrzebuje Boga, w przeciwnym razie nie ma nadziei. Gdy patrzymy na rozwój epoki nowożytnej, stwierdzenie św. Pawła, zacytowane na początku (Ef 2,12), jawi się jako bardzo realistyczne i po prostu prawdziwe. Nie ma zatem wątpliwości, że «królestwo Boże» realizowane bez Boga – a więc królestwo samego człowieka – nieuchronnie zmierza ku «perwersyjnemu końcowi» wszystkiego, opisanemu przez Kanta” (Spe salvi nr 23).

Benedykt XVI z odwagą uczy, że wiara w Boga osobowego, Stwórcę i Zbawcę, jest fundamentem wielkiej nadziei, która opromienia doczesność i rozświetla tajemnicę wieczności. Wiara jest konieczna, aby w sercu człowieka zrodziła się ostateczna nadzieja.

„W tym sensie prawdą jest, że kto nie zna Boga, chociaż miałby wielorakie nadzieje, w gruncie rzeczy nie ma nadziei, wielkiej nadziei, która podtrzymuje całe życie (por. Ef 2, 12). Prawdziwą wielką nadzieją człowieka, która przetrwa wszelkie zawody, może być tylko Bóg – Bóg, który nas umiłował i wciąż nas miłuje «aż do końca», do ostatecznego «wykonało się!» (por. J 13, 1; 19, 30)” (Spe salvi nr 27).


II

Fałszywa nadzieja w szukaniu szczęścia dla siebie


Ludzie współcześni nie tylko mają „różnych bogów”, ale sami siebie próbują czynić bogami. To „ubóstwienie samych siebie” polega na bałwochwalczym kulcie swego ciała i ducha, na pragnieniu stania się miarą wszystkiego. Ludziom wydaje się, że mogą ustanawiać własne normy moralne oraz określać, co jest dobre, a co złe, bez odnoszenia się do Boga.

W praktyce oznacza to wydanie siebie na pastwę kaprysu i własnej pożądliwości, która schlebia pysze i egoizmowi.

Tymczasem człowiek potrzebuje Boga, jako Źródła moralnych zasad i Nauczyciela prawego postępowania. Nie może on liczyć na samego siebie przy określaniu tego, co jest dobre, a co złe. Często zamiast szukając obiektywnej normy moralnej i nazywać rzeczy po imieniu, człowiek potrafi zmieniać osąd sumienia. To, co wczoraj było powszechnie uważane za złe, dzisiaj może być chwalone i ukazywane jako działanie zgodne z sumieniem. Jako przykład możemy podać eutanazję lub zabijanie osób niewinnych.

W czasach przedwojennych i po wojnie eutanazja była uważana za czyn godny napiętnowania, za zbrodnię przeciwko ludzkości. Dlatego też międzynarodowy trybunał potępił zbrodnie hitlerowskie, popełnione w Niemczech przez Hitlera jeszcze w latach trzydziestych. Hitler nakazał lekarzom, aby w imię zapewnienia czystości rasy aryjskiej oraz jej doskonałości, uśmiercali upośledzone fizycznie i psychicznie osoby. Na dużą skalę doszło w Niemczech do zabijania osób niepełnosprawnych psychicznie lub fizycznie. Lekarze za pomocą śmiercionośnych zastrzyków pozbawiali życia osoby, które znajdowały się w domach opieki, schroniskach i ochronkach. Ich bliskim wysyłali zawiadomienia, że zmarli na skutek ataku serca lub poważnej, nagłej choroby.

Gdyby dzisiaj przyszło do oceny moralnej takiego postępowania, czy sędziowie znaleźliby jednolite stanowisko moralne w tej kwestii?

Opinia publiczna coraz bardziej zdaje się być podzielona w kwestii prawa do życia. Odmawia się go dzieciom niechcianym. Podnosi się również kwestię ekonomiczną – kosztów utrzymania tych ludzi i zapewnienia im opieki lekarskiej. Czy dzisiaj, gdybyśmy zrobili referendum, znaleźlibyśmy dużo osób, które stanowczą powiedziałyby „nie” eutanazji oraz uśmiercaniu osób psychicznie chorych lub niepełnosprawnych ruchowo?

Wynaturzeniem nadziei jest również szukanie szczęścia wyłącznie dla siebie. W naszej kulturze coraz silniej zaznacza się indywidualistyczna wizja życia i osoby ludzkiej, która podszyta jest egoizmem i zapatrzeniem w siebie.

Według niej, szczęście polegałoby na tym, że tylko jednostka ma prawo być szczęśliwa. Indywidualizm akcentuje prawo pojedynczej osoby do samorealizacji. Niestety, nie zwraca uwagi na prawa innych osób i całej społeczności. Liczy się tylko jednostka i to, co może ona osiągnąć, przeżyć, doznać. Natomiast inni są brani pod uwagę jedynie jako tło do jej szczęścia, albo też jako instrumenty służące jego osiągnięciu. Człowiek zapatrzony w indywidualistyczną koncepcję życia, będzie starał się żyć wyłącznie dla siebie. Nawet kosztem innych.

Indywidualizm przekreśla takie wartości, jak życie z bliźnimi i dla bliźnich, oddanie, otwarcie na drugiego człowieka. Indywidualista jest w praktyce egoistą, który pragnie podporządkować sobie innych, traktując ich jak narzędzia do osiągania swoich celów. Wybujały indywidualizm zabiera nadzieję, gdyż jest promocją egoizmu.

Człowiek nigdy nie będzie szczęśliwy sam. Dlatego chrześcijańskie Objawienie ukazuje niebo jako wspólnotę zbawionych; przeogromną rzeszę, której nikt nie zdoła policzyć. Opisując niebo, św. Jan mówi: „Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy” (Ap 7, 9).

Niebo jest wspólnotą osób: Osób Boskich oraz zaproszonych do tej wspólnoty ludzi.
III

Złudne nadzieje współczesności


Ludzie współcześni przeżywają kryzys nadziei, to znaczy – nie potrafią dostrzec dla siebie przyszłości. Oznaką tego kryzysu jest słabość lub całkowity zanik wiary oraz zrodzona z niego materialistyczna koncepcja życia.

Materialiści mogą cieszyć się jakimś szczęściem ziemskim; zwłaszcza, gdy udaje się im zrealizować swe pragnienia i zamiary. Niemniej jednak, są ludźmi biednymi – ponieważ ich życiu brakuje perspektywy wieczności, którą daje jedynie wiara w Boga.

Ateizm i materialistyczne podejście do życia spłyca je. Ograniczają jedynie cud życia do istnienia na ziemi oraz do tego, co można tutaj przeżyć. Sprawiają, że można jedynie żyć miłością ziemską, ale ta miłość jest odwołalna, niezdolna do przetrwania chwili śmierci.

Wielu ateistów czuje się oszukanymi przez życie, rozczarowanymi, że tak niewiele ma im do zaofiarowania. Jest ono dla nich czymś w rodzaju loterii: wygrali szczęśliwy los, ale na krótko. Wygrana bowiem bardzo szybko traci na wartości. Podlega bezlitosnej inflacji. To, co otrzymali – nie wiedzieć czemu! – od natury, zostaje im szybko i bezzwrotnie zabrane.

Oznaką kryzysu nadziei w świecie, który wybrał ateizm i materializm, jest rozrost cywilizacji śmierci. Nasza kultura chrześcijańska, naznaczona głębokim szacunkiem dla każdego życia, doznaje szybkiej erozji pod wpływem niewiary i zrodzonej z niej beznadziei.

Jesteśmy świadkami paradoksalnej sytuacji, która ujawnia, jak bardzo brak nam nadziei nadprzyrodzonej i Bożego spojrzenia na życie. Odrzucenie Boga powoduje również odrzucenie człowieka.

Z jednej strony bardzo dużo mówi się o prawach człowieka. Powstają ruchy społeczne akcentujące prawo do życia. Dużo się mówi o prawach podstawowych.

A z drugiej strony propaguje wszystko to, co życiu zagraża lub je niszczy. Media użalają się nad tym, że rodzice biją swe dzieci i podejmują dyskusję na temat, czy można wymierzyć dziecku klapsa, czy też powinno to być karalne? W telewizji od czasu do czasu znajdujemy informacje o przypadkach zakatowania małych dzieci przez wyrodnych rodziców. I są one szczególnie napiętnowane, jako zbrodnicze. A jednocześnie trwa bezpardonowa walka o prawo do zabijania dzieci nienarodzonych. Ciągle słyszymy wezwania i ponaglenia, aby zliberalizować lub całkowicie usunąć zakaz aborcji. Zdaje się przeważać pogląd, że zabijanie dzieci przed narodzeniem będzie skutecznym rozwiązaniem „problemu” dzieci niekochanych przez swych rodziców.

Media wzruszają się losem kilkumiesięcznego dziecka, zakatowanego przez matkę alkoholiczkę i zdegenerowanego konkubenta, a zarazem żądają – wraz lewicą i ruchami feministycznymi – pozwolenia na zabijanie dzieci nienarodzonych. Tam, gdzie rozwiązaniem problemów jest śmierć niewinnych dzieci, nie ma nadziei.

Każde dziecko poczęte i narodzone jest znakiem nadziei dla wszystkich: dla Kościoła i społeczeństwa, nie tylko dla swoich rodziców. Przyjmowanie z miłością dzieci i pozwolenie im żyć jest cechą charakterystyczną społeczeństwa, które z nadzieją patrzy w przyszłość i pragnie jej dla siebie. Ci, którzy zabijają dzieci, sami pozbawieni są nadziei i odbierają ją innym.


IV

Wiara w postęp jest iluzoryczną nadzieją


Nierzadko ludziom współczesnym wydaje się, że poprawa warunków życia będzie rozwiązaniem ich największego problemu – pragnienia szczęśliwego życia. Niestety, tak nie jest. Lepsze warunki uczynią życie łatwiejszym, wygodniejszym i przyjemniejszym, ale nie potrafią nadać mu sensu. Ten nie przychodzi do nas z zewnątrz.

Niektórzy wierzą w medycynę i naukę. Wydaje im się, że one zbawią ich od śmierci, oraz pomogą przeżywać życie radośnie i udanie. Wierzą w postęp naukowy i techniczny; w to, że człowiek będzie mógł żyć bardzo długo na ziemi oraz dzięki postępowi farmakologii i medycyny cieszyć się jak najdłużej młodością i siłami witalnymi.

Benedykt XVI pisze również, że człowiek nie może być zbawiony przez naukę, jak to się wydawało wielu piewcom postępu naukowego. „Mając takie oczekiwania zbyt wiele wymaga się od nauki; tego rodzaju nadzieja jest zwodnicza. Nauka może wiele wnieść w proces humanizacji świata i ludzkości. Może jednak również zniszczyć człowieka i świat, jeśli nie jest ukierunkowana przez siły, które są poza nią” (Spe salvi nr 25).

To prawda, że z radością obserwujemy gwałtowny postęp w wielu dziedzinach wiedzy, zwłaszcza w medycynie oraz technice. Otaczają nas wynalazki, o jakich jeszcze kilkadziesiąt lat temu ludzkość nawet nie marzyła. Coraz więcej przedmiotów ułatwia nam życie: telefony komórkowe, komputery, samochody, ubrania… Wszystkie one przekraczają kolejne z barier, jakie – wydawać by się mogło – rodzi nasza stworzoność i przemijalność.

Świat zapełnia się rzeczami, ale w dalszym ciągu brakuje mu tego, co jest istotne: po pierwsze: nie jest rajem, a po drugie: nie jest nim dla wszystkich. Jest tylko zapowiedzią szczęścia, które nadejdzie.

Chrześcijaństwo nie jest przeciwne postępowi w żadnej dziedzinie życia. Przeciwnie, zawsze widziało w nim realizację pierwszego Bożego przykazania, jakie człowiek otrzymał jeszcze w raju „Czyńcie sobie ziemię poddaną” (Rdz 1, 28).

Postęp jest jednak rzeczywistością ambiwalentną, dwuznaczną. Może wzmacniać nadzieję na lepsze jutro, pomyślniejszy los. Może też ją definitywnie niszczyć.

Kiedy myślimy o postępie, nie możemy naiwnie dostrzegać tylko jego pozytywnych stron, czy korzyści, jakie z niego ludzkość czerpie. Trzeba widzieć ryzyko, które rodzi oraz zagrożenia, łącznie z całkowitą zagładą ludzkości. „Bez wątpienia ofiaruje on nowe możliwości dobra, ale też otwiera przepastne możliwości zła – możliwości, które wcześniej nie istniały” (Spe salvi nr 22).

Postęp techniczny, gospodarczy i społeczny muszą być wprzęgnięte w służbę człowiekowi. Musi mieć swój wymiar etyczny: bez etyki postęp obraca się niechybnie przeciwko człowiekowi i niszczy. „Jeśli wraz z postępem technicznym nie dokonuje się postęp w formacji etycznej człowieka, we wzrastaniu człowieka wewnętrznego (por. Rz 7, 22; 2 Kor 4, 16), wówczas nie jest on postępem, ale zagrożeniem dla człowieka i świata” (Spe salvi nr 22).

Pokusa bycia demiurgiem – kowalem własnego losu, który żyje dzięki sobie i potrafi zapewnić sobie wszystko, czego pragnie, nie jest pokusą, która pojawiła się w naszych czasach. Jest ona stara, jak świat i sięga wydarzenia, jakie miało miejsce w biblijnym ogrodzie rajskim. Już tam ludzie zapragnęli: „być jak Bóg” (zob. Rdz 3, 5). Następnie pojawiała się ona w wielu groźnych ideologiach i poglądach politycznych.

Z najbardziej znanych, niemalże współczesnych nam, warto wspomnieć wysiłek komunistów, którzy w imię materialistycznej koncepcji człowieka negowali potrzebę religii w życiu całych społeczeństw. Próbowali zbudować raj na ziemi, ale raj oparty o ludzką sprawiedliwość. Głosili z przekonaniem wiarę w postęp, przeciwstawiając religii rozwój wiedzy ludzkiej i techniki. Uważali, że wystarczy polepszyć warunki bytu, otworzyć dostęp do wiedzy, a samo to sprawi, że ludzie staną się lepsi zaś życie – szczęśliwszym.

Tymczasem, „kto obiecuje lepszy świat, który miałby nieodwołalnie istnieć na zawsze, daje obietnicę fałszywą: pomija ludzką wolność. Wolność, która musi wciąż być zdobywana dla dobra” (Spe salvi nr 24).

Benedykt XVI, zatrzymując się nad tym usiłowaniem zbudowania lepszego, pełnego dobrej nadziei świata, przypomniał, że „dobre struktury pomagają, ale same nie wystarczą. Człowiek nigdy nie może być po prostu zbawiony z zewnątrz” (Spe salvi nr 25).

Innymi słowy: człowiek nigdy nie stanie się lepszy tylko dlatego, że ktoś z zewnątrz będzie próbował go do tego zmusić. Nigdy nie stanie się szczęśliwszy, jeśli szczęście zostanie mu narzucone przez struktury społeczne i rozwiązania ekonomiczne.

Podsumowując, możemy stwierdzić za Benedyktem XVI, że „to nie nauka odkupuje człowieka. Człowiek zostaje odkupiony przez miłość. Odnosi się to już do sfery czysto światowej. Kiedy ktoś doświadcza w swoim życiu wielkiej miłości, jest to moment «odkupienia», który nadaje nowy sens jego życiu” (Spe salvi nr 26).

Ale nawet miłość, do jakiej zdolny jest człowiek, nie potrafi odkupić człowieka, gdyż zagrożona jest śmiercią. „Istota ludzka potrzebuje miłości bezwarunkowej. Potrzebuje tej pewności, dzięki której może powiedzieć: «Ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co jest wysoko, ani co głęboko, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym» (Rz 8,38–39)” (Spe salvi nr 26).






  1   2   3   4   5   6   7


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna