Ks. Waldemar Hanas, ks. Zbigniew Sobolewski Ja jestem życiem (J 14,6)



Pobieranie 436,86 Kb.
Strona1/5
Data29.11.2017
Rozmiar436,86 Kb.
  1   2   3   4   5

Ks. Waldemar Hanas, ks. Zbigniew Sobolewski

Ja jestem życiem (J 14,6)


Konferencje pielgrzymkowe 2009

Spis treści:





  1. Konferencja 1- Bóg – Stwórca i Pan życia

  2. Konferencja 2 – Nowe życie w Chrystusie

  3. Konferencja 3 – Dlaczego warto żyć?

  4. Konferencja 4 - Grzech zwraca się przeciwko życiu

  5. Konferencja 5 – Żyć przebaczeniem

  6. Konferencja 6 - Żyć wiarą i troszczyć się o życie duchowe

  7. Konferencja 7 - Żyjmy w Kościele

  8. Konferencja 8 - Żyć szczęśliwie

  9. Konferencja 9- Żyć, by kochać bliskich

  10. Konferencja 10 - Choroba to też życie

  11. Konferencja 11 - Śmierć przejściem do nowego życia

  12. Konferencja 12 - Maryja, Niewiasta, która umiała w pełni żyć

„Miłość Boża nie robi żadnej różnicy między nowo poczętą istotą, będącą jeszcze w łonie matki, a dzieckiem, młodzieńcem, człowiekiem dojrzałym czy starcem. Nie robi, ponieważ w każdym dostrzega odbicie swojego obrazu i podobieństwo (por. Rdz 1,26). Nie robi różnicy, ponieważ we wszystkich rozpoznaje swojego Jednorodzonego Syna, w którym «wybrał nas przed założeniem świata, (…) przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów (…) według postanowienia swej woli» (Ef 1,4-5). Ta bezgraniczna i niezrozumiała miłość Boga do człowieka ukazuje, jak bardzo człowiek sam w sobie jest godzien miłości, niezależnie od innych racji – bez względu na swą inteligencję, urodę, zdrowie, młodość, spójność i tym podobne. W ostatecznym rozrachunku życie ludzkie jest zawsze dobrem, ponieważ jest w świecie objawieniem Boga, znakiem Jego obecności, śladem Jego chwały (Evangelium vitae 34). Człowiek został bowiem obdarzony wielka godnością, wynikającą z bliskiej więzi, jaka łączy go ze Stwórcą: w człowieku, w każdym człowieku, obojętnie na jakim etapie zycia i niezależnie od kondycji życiowej, jaśnieje odblask rzeczywistości samego Boga. Dlatego Magisterium Kościoła niezmiennie głosiło świętość i nienaruszalność każdego ludzkiego życia, od poczęcia aż do naturalnego kresu (por. tamże 57).

Benedykt XVI, Do uczestników Kongresu Papieskiej Akademii «Pro Vita», 27 lutego 2006 r., w: L’Osservatore Romano 6-7(2006), str. 55-56.

Konferencja I

Bóg – Stwórca i Pan życia

„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1). Tymi wersetami rozpoczyna się pierwsza Księga Pisma Świętego. Ukazuje ona Boga jako Stwórcę i Pana wszystkiego, co istnieje. Jest On również stwórcą człowieka (Rdz 1,26-27). Zatem na ziemi życie nie zjawiło się przypadkowo. Człowiek nie przychodzi „znikąd”. Nie jest skutkiem jakiegoś przypadkowego wydarzenia. Swe życie zawdzięcza Bogu. On jest jego Ojcem. Życie rodzi się z miłości Boga, który pragnie nim obdarzać. Człowiek jest zatem dzieckiem miłości Boga. On nas kocha i nas potrzebuje, by zrealizować swoje Boskie plany zbawienia świata.

Codziennie w modlitwie nazywamy Boga Ojcem. Jest to wyraz ogromnej bliskości człowieka z Bogiem, który jest źródłem naszego istnienia. To w Bogu rozpoznajemy Ojca, który – jak napisał św. Paweł – „nas umiłował” (2 Tes 2, 16); co więcej, „Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16).

Chrześcijaństwo ukazuje zatem nie tylko źródło naszego pochodzenia, ale także więzi z Bogiem, które są jego następstwem. Są to relacje prawdziwie rodzinne, serdeczne i przyjacielskie między Stwórcą a człowiekiem – koroną stworzenia. Święty Jan uczy: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec, zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy” (1 J 3, 1).

Bóg wyraża swą Mądrość i Miłość poprzez świat stworzony
Ludzie od samego początku swego istnienia stawiali sobie pytanie o początek i pochodzenie świata, a jednocześnie pytali o to, jaki sens ma ich życie, dokąd zmierzają? Przypatrując się potędze, mądrości i pięknu świata stworzonego, zgłębiając prawa nim kierujące i tajemnice, bardzo często dochodzili do przekonania, że rzeczywistość, w którą są zanurzeni, nie jest dziełem przypadku. Nazywali świat kosmosem – podziwiając porządek w nim panujący i celowość. Obserwacja kosmosu doprowadziła wielu z nich do wiary w istnienie Boga – Stwórcy, który – sam nie stworzony, istniejący odwiecznie – jest źródłem wszelkiego bytu, gdyż „od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła” (Rz 1,20).

Świat pogański próbował wyjaśnić tajemnicę początków wszechświata poprzez mity, w których różni bogowie odpowiadali za powstanie całości lub części świata widzialnego. Filozofowie tworzyli różne systemy wyjaśniające naturę rzeczy i prawa rządzące przyrodą.

Zagadnieniem powstania świata, jego celowości i przeznaczeniem, zajął się również Stary Testament. W Księdze Rodzaju znajdujemy hymn o stworzeniu świata (Rdz 1), poprzez strofy którego Autorzy natchnieni wraz z Narodem Wybranym uwielbiali Boga za dzieło stworzenia. Nie jest to naukowe wyjaśnienie początków, gdyż do uznania tych strof biblijnych o początkach nie upoważnia ani styl wypowiedzi, ani tym bardziej jej cel. Nie jest to też zwyczajna fantazja literacka, ale poetycka odpowiedź na pytanie o początki oraz przeznaczenie kosmosu.

Najważniejszym stwierdzeniem opisu stworzenia świata jest to, że „na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1). To stwierdzenie, rozważane na tle starożytnych mniemań o świecie, kosmogonii i różnych mitycznych wyobrażeń, obecnych w religiach pogańskich, nabiera rewolucyjnego charakteru.

Świat ma swego Stwórcę. Jest nim Bóg, który wypowiadając słowo – stwarza rzeczywistość. Z Jego niczym nie skrępowanej, całkowicie wolnej woli powstaje świat. To teologiczne stwierdzenie Księgi Rodzaju burzy wszystkie domniemania religii pogańskiej, że świat zawdzięcza istnienie różnym bogom, ich kaprysom lub walkom. Zaprzecza również przekonaniu, głęboko zakorzenionemu w wielu umysłach, że sam świat jest bogiem.

Skoro Bóg stworzył niebo i ziemię wraz ze wszystkim, co na nich się znajduje, to oznacza to jednocześnie, że ani gwiazdy, ani słonce, ani księżyc, ani wichry czy burze, nawałnice lub pioruny – nie są bogiem. Są tylko siłami przyrody, kierującymi się prawami nadanymi im przez Boga. Byłoby zatem rzeczą niczym nie uzasadnioną, gdyby człowiek się im kłaniał lub od ich mocy uzależniał swój los.

Księga Rodzaju opisuje stopniowe wyłanianie się świata z niebytu. Bóg dokonał dzieła stworzenia etapami. Każdego dnia ubogacał rzeczywistość, aż stała się domem możliwym do zamieszkania przez człowieka. Dzieło stworzenia, objawiające potęgę i mądrość Stwórcy, jest ukierunkowane na człowieka. Objawia Bożą miłość do stworzenia, które będzie nosiło w sobie Jego obraz i podobieństwo.

Czytając uważnie opis stworzenia świata widać, jak bardzo Autorowi tego hymnu o stwórczej wszechmocy Boga zależy na powiązaniu go z późniejszymi wydarzeniami zbawczymi: przymierzem, zawieranym z patriarchami, obietnicą ziemi czy też wyzwoleniem z niewoli egipskiej. Dzieło stworzenia, wraz z następującymi po nich etapami dzieła zbawienia człowieka, są znakiem nieustannej troski Stwórcy o swe stworzenie; znakiem daru życia, którym Bóg pragnie dzielić się z człowiekiem.

Stary Testament nazywa Boga miłośnikiem życia (Mdr 11,26). Jest on tym, który pragnie podzielić się owym darem ze swoim stworzeniem. Bóg włada wszystkim, co stworzył, z właściwą Mu mądrością, dobrocią i troską (Mdr 8,1).

„Każde stworzenie posiada swoją własną dobroć i doskonałość. O każdym z dzieł „sześciu dni” jest powiedziane: „A widział Bóg, że było dobre”. „Wszystkie rzeczy z samego faktu, że są stworzone, mają własną trwałość, prawdziwość, dobroć i równocześnie własne prawa i porządek”. Różne stworzenia, chciane w ich własnym bycie, odzwierciedlają – każde na swój sposób – jakiś promień nieskończonej mądrości i dobroci Boga” (KKK 339).

Prawda o stworzeniu świata i człowieka przez Boga wyznacza również relację pomiędzy Stwórcą a stworzeniem oraz pomiędzy światem stworzonym a człowiekiem.

Relacja Stwórca – stworzenie (w szczególności człowiek), jest relacją daru, podzielenia się życiem, jest relacją obdarowania i troski. Człowiek jako stworzenie zdolne do poznania Boga winien okazywać Mu miłość, cześć i pełne ufności posłuszeństwo.

W swym odniesieniu do świata stworzonego człowiek winien pielęgnować postawę troskliwego zarządcy, a nie samowolnego władcy. Jest dzierżawcą ziemi i kontynuatorem dzieła stworzenia, a nie ciemiężycielem i niszczycielem świata. Jego szczególna pozycja w świecie stworzonym zobowiązuje go do odpowiedzialności za powierzony mu świat.
Życie człowieka jest święte
Bóg stworzył człowieka na swój obraz i swoje podobieństwo (Rdz 1,27). Człowiek nie jest Bogiem, a jednak nosi w sobie szlachetne rysy Boga. Człowiek jest obrazem poprzez swą rozumność, która pozwala mu na poznanie Boga, świata i siebie. Jest nim również w otrzymanym darze wolności. Może dokonywać moralnych wyborów. Może naśladować Boga w Jego świętości i dobroci. Może – i to wyróżnia go istotnie od pozostałych stworzeń – swoim sercem poznać Boga, odpowiedzieć wiarą na Jego istnienie i działanie, wybrać Go i ukochać ponad wszystko.

Jeśli tylko uważnie wczytamy się w opis stworzenia człowieka zobaczymy, jak bardzo Bóg dzieli się sobą tym, co w Nim jest najwspanialsze i najcenniejsze. Oddał w ręce człowieka moc twórczą. Uczynił go współuczestnikiem w dziele przekazywania życia innym ludziom. Najlepiej widać to w tajemnicy poczęcia dziecka. Niektórzy rodzice mylnie uważają, że dziecko jest „ich”, gdyż dali mu życie”. Zapominają o tym, że dziecko zawdzięcza swe istnienie Bogu, a oni są tylko Jego współpracownikami w dziele przekazania zycia i wychowania.

Do jednej z katolickich poradni rodzinnych w archidiecezji poznańskiej zgłosili się małżonkowie starający się o dzieci. Z wielką szczerością opowiedzieli, jak wiele wysiłku włożyli w to, aby mogli mieć dzieci. Niestety, bez żadnego skutku. Dlatego postanowili zaadoptować dziecko. Przyjmująca ich pani konsultant spojrzała przez okno na stojący nieopodal kościół i zapytała: „A Jego prosiliście? Bo On może tu najwięcej, a nawet wszystko!”. „Myśleliśmy, że ten ośrodek to instytucja świecka...”. „To nie ma nic do rzeczy, proszę państwa! Człowiek może w tej sprawie wiele, ale – niestety – nie może wszystkiego, Bóg jest dawcą życia”. Małżeństwo wstąpiło do świątyni, być może myśląc sobie: „a co nam szkodzi?”. Po pewnym czasie okazało się, że kobieta spodziewa się dziecka.

Życie jest we władzy Boga. On sam przypomina o tym między innymi Noemu: „Upomnę się też u człowieka o życie człowieka i u każdego – o życie brata” (Rdz 9, 5). Biblia podkreśla, że fundamentem świętości i nienaruszalności życia jest Bóg i Jego działanie stwórcze: „bo człowiek został stworzony na obraz Boga” (Rdz 9, 6). W wielu innych miejscach w Piśmie Świętym odnajdujemy podobne teksty. W Księdze Powtórzonego Prawa znajduje się stwierdzenie: „Ja zabijam i Ja ożywiam” (Pwt 32, 39). Podobnie też czytamy w Księdze Samuela: „To Pan daje śmierć i życie, wtrąca do Szeolu i zeń wyprowadza” (1 Sm 2, 6). Prawdę o pochodzeniu życia od Boga wyznaje również Hiob: „W Jego ręku – tchnienie życia i dusza każdego człowieka” (Hi 12, 10).

Władza sprawowana przez Boga nad życiem nie jest jednak zniewoleniem, ale opiekuńczą troską pełną miłości (zob. Ps 104, 27-30). To prawda, że życie człowieka jest w rękach Boga, że Bóg osobiście o nie się troszczy. Jest On niczym matka, która karmi, przytula i pielęgnuje swoje dziecko (zob. Iz 9,15).

„Życie ludzkie jest święte, ponieważ od samego początku domaga się «stwórczego działania Boga» i pozostaje na zawsze w specjalnym odniesieniu do Stwórcy, jedynego swego celu. Sam Bóg jest Panem życia, od jego początku aż do końca. Nikt, w żadnej sytuacji, nie może rościć sobie prawa do bezpośredniego niszczenia niewinnej istoty ludzkiej” (KKK 2258). Świętość życia ludzkiego od momentu poczęcia do naturalnej śmierci domaga się poszanowania i ochrony. Z przekonania o świętości życia wynika także zasada jego nienaruszalności. Nikt – poza Bogiem – nie ma władzy nad życiem człowieka. O tym, że życie jest wyłączną własnością Boga, przypomina V przykazanie Boże: „Nie zabijaj!” (Wj 20,13).

Prawdę o świętości życia ludzkiego jeszcze wyraźniej odsłonił Chrystus. „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem – ku chwale Boga Ojca” (Flp 2,6-11). Chrystus stał się człowiekiem, uczestnikiem naszej ludzkiej natury. Swoim życiem, śmiercią i zmartwychwstaniem nadał nowy sens ludzkiemu życiu, obdarzając ludzi godnością dzieci Bożych. Uczył swoich uczniów nazywać Boga „Ojcem” (Mt 6,9) i zapewniał ich o Jego ojcowskiej miłości (zob. Mt 7,11).

O dziecięctwie Bożym chrześcijan przypomina św. Paweł: „Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: Abba, Ojcze! Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy po to, by też wspólnie mieć udział w chwale” (Rz 8,14-17).

Święty Jan, ujęty godnością człowieka jako dziecka Bożego w Chrystusie, uczy, jak niezmierna jest to godność: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi – i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty” (1 J 3,1-3).

Wykroczenia przeciwko świętości życia


Katechizm Kościoła Katolickiego, odwołując się do V przykazania Dekalogu, stanowczo potępia – jako grzech ciężki i targnięcie się na świętość życia – każde bezpośrednie, zamierzone i świadome targniecie się na życie człowieka niewinnego (KKK 22687).

Nikt nie ma prawa pozbawiać drugiego człowieka życia działając w sposób bezpośredni (atakując go), lub pośredni (narażając kogoś na ryzyko śmierci, odmawiając pomocy osobie będącej w niebezpieczeństwie).

Grzechem przeciwko świętości życia jest pielęgnowanie nienawiści i podsycanie wrogości do innych osób lub całych grup społecznych, etnicznych lub religijnych. Nie wolno podżegać do wojny lub działań terrorystycznych, stosować tortur. Niegodziwe jest również znęcanie się psychiczne lub fizyczne nad innymi.

Wykroczeniem przeciwko V przykazaniu Bożemu jest także podejmowanie prób samobójczych lub współudział w takich działaniach.

Do najczęstszych wykroczeń przeciwko życiu ludzkiemu należy zabijanie dzieci poczętych w łonie matki (aborcja). W Unii Europejskiej dokonuje się rocznie około 1,2 mln aborcji, a w całym świecie liczba poczętych dzieci, którym nie pozwolono żyć, sięga w ciągu roku 42 mln.

Katechizm przypomina, że: „Życie ludzkie od chwili poczęcia powinno być szanowane i chronione w sposób absolutny. Już od pierwszej chwili swego istnienia istota ludzka powinna mieć przyznane prawa osoby, wśród nich nienaruszalne prawo każdej niewinnej istoty do życia” (KKK 2270).

Jan Paweł II, wobec narastającej promocji kultury śmierci, której wyrazem w świecie współczesnym stało się propagowanie prawa do aborcji w imię wolności kobiety, w sposób jednoznaczny potwierdził naukę Kościoła na temat przerywania ciąży w encyklice Evangelium vitae. Pisze tam: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami, którzy wielokrotnie potępili przerywanie ciąży, zaś w ramach wspomnianej wcześniej konsultacji wyrazili jednomyślnie – choć byli rozproszeni po świecie – aprobatę dla tej doktryny, oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta jest oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez magisterium zwyczajne i powszechne” (Evangelium vitae 62).

Smutne jest to, że w Polsce i w innych krajach zwolennicy zabijania dzieci nienarodzonych ciągle podnoszą głos w celu zalegalizowania i usprawiedliwienia tej zbrodni. Powołują się przy tym na wolność sumienia i prawo kobiety do decydowania o tym, czy chce być matką, jakby wolność wyrastała z cmentarzyska nienarodzonych dzieci i polegała na przyzwoleniu na zabijanie bezbronnych, a prawo służyło akceptacji zbrodni.

Przyzwolenie na jej praktykowanie ukazuje, jak daleko ludzie odeszli od swego człowieczeństwa. Powszechność aborcji wydaje smutne świadectwo społeczeństwom, które uczyniły z niej sposób na rozwiązywanie własnych problemów demograficznych i społecznych.

Zwolennicy aborcji pozostają głusi na racjonalne argumenty ukazujące, na czym w istocie polega tak zwane „przerwanie ciąży”. W Internecie można znaleźć wiele stron proaborcyjnych, których autorzy, a często autorki, mające na swoim sumieniu jeden lub kilka „zabiegów”, próbują przekonać innych, że postąpiły szlachetnie i pięknie, zabijając swe dziecko. Najczęściej mówią o tym, że aborcja była jedynym możliwym wyjściem z sytuacji niechcianego macierzyństwa. Niektóre odkurzają stare sztandary ideologii feministycznej, przebąkując o prawie do wyboru macierzyństwa, o zdrowiu reprodukcyjnym lub wolności.

Bywa też, że osoby promujące aborcję uważają się za katolików i podpierają autorytetem księdza, który pomógł im przełamać opory wobec aborcji i zalecił ją jako „mądre i dobre” rozwiązanie.

Na jednym z blogów w Internecie osoba, która podpisała się jako Anita, zwierza się: „Tak, jestem nadal katoliczką, ale tylko ze względu na tego księdza, który przekonał mnie do podjęcia właściwej decyzji. Dzięki niemu nie czuję żadnych wyrzutów sumienia, bo jestem pewna, że niczego złego nie zrobiłam. Wręcz przeciwnie, uważam aborcję w mojej sytuacji za wielkie dobro. Nie urodziłam dziecka niechcianego, nie jestem osobą nieodpowiedzialną, która zgadza się na oddanie własnego dziecka jakimś przypadkowym ludziom, albo – nie daj Boże! – na wychowanie u zakonnic lub w domach dziecka. Znam niestety takie instytucje. Pewna jestem, że urodzenie zniszczyłoby moją miłość do męża, zagnębilibyśmy się wzajemnymi pretensjami. Tymczasem decyzja o aborcji uczyniła mnie osobą bardziej dojrzałą i odpowiedzialną. Zrozumiałam, że każdy powinien sam decydować o sobie. Ta wspólna decyzja wzmocniła też naszą małżeńską więź i wszystko się nam teraz lepiej układa. Chciałabym za dwa, trzy lata urodzić moje wymarzone, chciane i kochane dziecko”. Nic, tylko pogratulować błogosławionych efektów aborcji i jej wpływu na szczęście rodzinne!

Na innym forum Sara gratuluje Ani, że dokonała aborcji: „Gratuluję decyzji, Aniu! Nie daj sobie nigdy i nikomu wmówić, że zrobiłaś coś nie tak. Wolność uświęca tę decyzję i wara całemu światu, ze szczególnym uwzględnieniem zakłamanych pseudo–moralistów o brudnych rękach i sumieniach, od Twoich indywidualnych wyborów. Też wiele myślałam o aborcji. Kiedyś, jeszcze jako dziecko, nie byłam tak głęboko przekonana co do słuszności tego rozwiązania. W pewnym momencie jednak odpadły wszystkie wątpliwości, sama nie wiem, dlaczego. Może to po prostu jakaś forma dojrzałości, głębszego zrozumienia świata? Trudno powiedzieć. W każdym razie, mało jest dziś rzeczy, do których słuszności byłabym w większym stopniu przekonana, niż do tego, że aborcja jest urzeczywistnieniem dobra nie tylko w odniesieniu do matki, ale również – a kto wie, czy nie przede wszystkim nawet – w stosunku do dziecka, które pojawia się nie w porę”.

Ta sama Sara deklaruje w innym miejscu: „Będziemy starać się, żeby stronek proaborcyjnych było więcej. Wiem, że na razie dominują wulgarne strony antyaborcyjne, pełne drastycznej treści, mające na celu upodlenie i wpędzenie w poczucie winy kobiet, które wybrały tę drogę. Pozostaje wierzyć, że ludzie się opamiętają i dojrzą prawdę”.

Możemy znaleźć również wypowiedzi lekarzy dokonujących aborcji, którzy również usprawiedliwiają swe działanie, starając się nadać mu naukowe uzasadnienie. Pewien emerytowany doktor, który dokonywał aborcji, podpisujący się inicjałami „P.A.”, w wywiadzie dla jednej ze stron proaborcyjnych wyznaje: „Aborcja jest jednym ze środków kontroli urodzeń – nie równorzędnym wprawdzie z antykoncepcją, ale zawsze dopuszczalnym i dobroczynnym. Celowo mówię i podkreślam: dobroczynnym, bowiem z mojego doświadczenia wynika, że decyzja o aborcji nigdy nie jest niezasadna. Zawsze istnieją okoliczności, które sprawiają, że dziecko po prostu nie może się urodzić. Nie może, bo byłoby to ze szkodą dla wszystkich, a przede wszystkim dla niego samego. Te okoliczności mogą mieć różny charakter: może to być ubóstwo, konieczność zapewnienia godnego bytu starszym dzieciom, poczęcie dziecka w wyniku cudzołóstwa – w czasie trwającego związku małżeńskiego; poczęcie dziecka w wyniku gwałtu, nadto: obciążenie płodu wadą lub nieuleczalną chorobą dziedziczną, uszkodzenie płodu – i wiele, wiele innych. Wszystko to sprawia, że przyjście dziecka na świat byłoby równoznaczne z ufaktycznieniem olbrzymiego zła, a aborcja – jako zabieg, który pozwala temu zapobiec – jest zatem sama w sobie dobra”.

Co my, chrześcijanie, możemy zrobić dla osób, które zabiły własne sumienie i przewrotnie uważają zło za dobro, a zbrodnię za tytuł do chluby?

Wydaje się, że najskuteczniejszym sposobem działania w tym zakresie będzie nasza modlitwa w obronie życia dzieci poczętych a nienarodzonych, w intencji ich matek i ojców, bliskich i lekarzy. W Polsce rozwija się ruch duchowej adopcji dziecka poczętego. Inicjatywa ta, mająca na celu ratowanie niechcianych dzieci, została przejęta od Błękitnej Armii Matki Bożej Fatimskiej i zaszczepiona w Polsce przez O.O. Paulinów z Warszawy w 1987 r. Duchowa adopcja polega na zobowiązaniu się do codziennej modlitwy (odmówienia jednej tajemnicy różańcowej) w intencji dziecka poczętego i jego rodziców. Osoby adoptujące duchowo poczęte dzieci zobowiązują się również do podejmowania innych praktyk religijnych (np. postu, umartwienia, pomocy charytatywnej samotnym matkom, Komunii św. w intencji dzieci poczętych).

Trzeba też, byśmy czuwali nad naszym sumieniem, gdyż – jak widzimy z wypowiedzi, które zostały zacytowane – łatwo jest zabić wrażliwość moralną i przestać odróżniać dobro od zła.

Konferencja 2

Nowe życie w Chrystusie


Dzieło stworzenia świata i człowieka, które rozważaliśmy, jest hymnem ku czci Boga Stwórcy i miłośnika życia. Dzieło odkupienia, dokonane przez Chrystusa, Syna Bożego, ukazuje jeszcze wyraźniej wspaniałość Bożego daru, jakim jest życie. On „Poprzez całokształt swego posłannictwa, przez wszystko, co czyni i czego uczy, na koniec przez swój krzyż i zmartwychwstanie «objawia człowiekowi samego człowieka» (por. Gaudium et spes 22), odsłania perspektywy tej szczęśliwości, do której Bóg wezwał i przeznaczył człowieka od początku. (Jan Paweł II, Katecheza z 29 kwietnia 1988 r., nr 9, w: Wierzę w Jezusa Chrystusa Odkupiciela, s. 397).

Chrystus stał się dla człowieka nie tylko zwiastunem nowego, lepszego życia, ale jego źródłem i sprawcą. Przyniósł życie wieczne jako dar. Nadał nową jakość istnieniu człowieka. Tylko On mógł wyzwolić człowieka z mocy śmierci, będącej owocem grzechu i obdarzyć go „nowym życiem” i „nowym człowieczeństwem”. W Nim ci, co uwierzą w Niego, stają się „nowym stworzeniem” (2 Kor 5,17).


Nowość życia
Nowość życia, które przynosi Jezus, możemy rozważać w dwojakiej perspektywie. Z jednej strony można powiedzieć, że Chrystus poprzez swe nauczanie i postawę życiową uczy ludzi „nowego stylu życia”, wyznacza nowe standardy postępowania moralnego i nowe wartości moralne. Czytając uważnie Ewangelię, zwłaszcza Kazanie na Górze lub Chrystusowe „nowe przykazanie”, łatwo dostrzeżemy nowość wymagań etycznych oraz ich horyzont, wyznaczony przez wezwanie: „Bądźcie tedy dokonali, jak doskonały jest Ojciec Wasz niebieski” (Mt 5,48).

Jezus jest wspaniałym nauczycielem i zarazem wzorem moralności, życia szlachetnego i prawego. Dlatego jego nauka moralna pociąga nie tylko chrześcijan, ale także niewierzących, którzy doceniają jej piękno i idealizm. Dostrzegają pociągającą moc bezinteresownej miłości i służby.

Trzeba jednak pamiętać, że gdy mówimy o „nowym życiu”, które zapoczątkował Chrystus na ziemi i które stało się udziałem Jego uczniów, to trzeba uświadomić sobie, że jest ono czymś więcej, aniżeli nowym postępowaniem lub zachowywaniem nowych reguł etycznych.

Chrystus jest zbawcą człowieka. «Zbawić» – to znaczy: wyzwolić od zła. Jezus Chrystus jest Zbawicielem świata, ponieważ przyszedł, aby wyzwolić człowieka od tego pierwotnego zła, jakie zaległo wnętrze ludzkie i całe dzieje człowieka, poczynając od pierwszego złamania Przymierza ze Stwórcą. Zło grzechu jest właśnie tym złem podstawowym, które odsuwa od ludzkości urzeczywistnienie się królestwa Bożego. Jezus z Nazaretu, który od początku swe misji głosi «przybliżenie się królestwa Bożego», jest Zbawicielem. Nie tylko głosi królestwo Boga, ale usuwa zasadniczą przeszkodę, jaką w jego realizacji stanowi grzech, zakorzeniony w człowieku na prawie pierworodnego dziedzictwa, które niesie z sobą stałe zarzewie grzechów osobistych. Jezus Chrystus jest Zbawicielem w tym podstawowym znaczeniu: sięga do korzenia zła w człowieku” (Jan Paweł II, Katecheza z 27 lipca kwietnia 1988 r., nr 3, w: Wierzę w Jezusa Chrystusa Odkupiciela, s. 452).

Chrystus obdarza nowym życiem, to znaczy całkowicie przemienia człowieka; czyni go kimś innym, niż był dotąd. „Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa; On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich – w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w umiłowanym” (Ef 1,3-6).

Chrystus sprawia, że człowiek przestaje być tylko człowiekiem, a perspektywa jego życia zyskuje horyzont nieśmiertelności i życia wiecznego. Człowiek odkupiony w Chrystusie jest kimś zupełnie innym, niż ten, który odkupiony jeszcze nie został. Chodzi o przemianę bytową, która stała się możliwa dzięki Odkupieniu i zostaje człowiekowi udzielona w tajemnicy chrztu.

Św. Jan pisze, że Bóg „Zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu” (1 J 4,9). W Chrystusie ludzie stali się uczestnikami Boskiej natury (por. Ef 2,18; 2 Pt 1,4), przyjaciółmi Boga (zob. J 15,14-15), braćmi Chrystusa (Rz 8,29), współdziedzicami dóbr, które posiada (Rz 8,2; Ef 2,6).

O dziele zbawczym Chrystusa, które sprawiło, że ludzie zostali obdarzeni godnością dzieci Bożych, pisze św. Paweł: „Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z Niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: «Abba, Ojcze»!” (Ga 4,4-6).

Prawda o tym, że dzięki Chrystusowi człowiek może uczestniczyć w naturze Bożej, dotyka samej głębi człowieka. Jego życie nabiera głębi życia nadprzyrodzonego, zanurzonego w Bogu (1 J 5,20).

Chrystus sprawił, że przed człowiekiem otworzyło się królestwo niebieskie. Jest ono jednym z głównych tematów przepowiadania Jezusa. To królestwo Boga ma swój początek wraz z przyjściem Chrystusa na ziemię. Objawi się zaś w pełni przy końcu czasów. To dom Ojca, w którym jest mieszkań wiele (J 14,2-3). Miejsce, w którym zasiądą do uczty miłości wieczystej wszyscy zbawieni.

Chrystus każdemu człowiekowi ofiarowuje życie, stając się dla niego chlebem życia (J 6,35.48), światłem życia (J 8,12), wodą życia (J 4,10-11), słowem życia (J 6,68). Poprzez wiarę i przyjęty w jej następstwie chrzest Chrystus daje człowiekowi już teraz, w doczesności, możność wejścia w posiadanie życia wiecznego, którego nie pozbawi go śmierć fizyczna.
Odrodzeni – powołani do świętości
Dar dziecięctwa Bożego, „nowe życie w Chrystusie”, które rozpoczęło się w nas w tajemnicy chrztu świętego, nie jest tylko stwierdzeniem przemiany, jaka się w nas dzięki łasce Chrystusa dokonała. Jest również zadaniem – dziełem do wykonania, naszym najważniejszym powołaniem życiowym.

„«Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne minęło, a oto wszystko stało się nowe» (2 Kor 5,17). Owocem Odkupienia, dokonanego przez Chrystusa, jest właśnie ta «nowość życia»: „boście zwlekli z siebie dawnego człowieka z jego uczynkami, a przyoblekli nowego, który wciąż się odnawia, ku głębszemu poznaniu Boga, według obrazu Tego, który go stworzył” (Kol 3,9-10). «Człowiek stary» to «człowiek grzechu». «Człowiek nowy» to ten, który dzięki Chrystusowi odnajduje w sobie pierwotny «obraz i podobieństwo» swego Stwórcy. Stąd też energiczne wezwanie Apostoła do przezwyciężenia wszystkiego, co w każdym z nas jest grzechem i dziedzictwem grzechu: „odrzućcie to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, znieważanie, haniebną mowę od ust waszych! Nie okłamujcie się nawzajem” (Kol 3,8-9).

Podobne wezwanie odzywa się w Liście do Efezjan: „trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz, odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przyoblec człowieka nowego, stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości… Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili (4,22-24; 2,10) (Jan Paweł II, Katecheza z 10 sierpnia 1988 r., nr 6-7, w: Wierzę w Jezusa Chrystusa Odkupiciela, s. 465).

Każdy, kto przez wiarę i chrzest należy do Chrystusa, jest powołany do świętości życia. Powołanie to niesie ze sobą określone zadania. Przede wszystkim oznacza, że chrześcijanin nie może wracać do starego sposoby myślenia i działania, naznaczonego egoizmem, szukaniem siebie i doraźnych korzyści, uwikłanego w grzeszne nałogi i przyzwyczajenia.

Skoro przyoblekliśmy się w Chrystusa, to winniśmy myśleć tak, jak On, pragnąc tego, co On; kochać tak, jak On. W życiu chrześcijanina musi dokonać się chrystoformizacja – upodobnienie do Chrystusa, wzoru naszego odrodzonego człowieczeństwa, która pozwoli za Apostołem wyznać: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2,20). 

Warto – czytając Ewangelię – zwrócić uwagę na to, w jaki sposób Chrystus odnosił się do ludzi, których spotykał. Zobaczyć Jego pozytywne nastawienie, życzliwość i akceptację, szacunek nawet dla tych, którzy nań nie zasługiwali.

Spojrzenie Chrystusa jest zawsze spojrzeniem wnikliwym, dogłębnym, ważącym racje, nieskorym do błyskawicznego i płytkiego osądu człowieka. Św. Jan wspomina, jakby mimochodem: „Jezus natomiast nie zwierzał się im, bo wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje” (J 2,24-25). Z pewnością Jezus, będąc Bogiem, znał doskonale naturę człowieka, z jej wielkością i ułomnością. Ale też spojrzenie pełne szacunku i miłości, ofiarowane ludziom, którzy do Niego przychodzili, było wyborem Chrystusa, który w ten sposób chciał wydobyć z nich dobro. Jezus wierzył w potęgę miłości.

Pragnąc Go naśladować, my również uczmy się z miłością patrzeć na człowieka. Nie chodzi tu o to, byśmy naiwnie przymykali oczy na zło lub przyzwalali na grzech. Chodzi o to, byśmy dostrzegali dobro tam, gdzie Bóg je zasiał i wspierali jego wzrost naszą miłością.

Pan Jezus wskazał nam – jako drogę wzrastania w świętości – wypełnianie największego przykazania: przykazania miłości Boga i bliźniego. „Przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem” (J 13,34). Pod koniec naszego życia On zapyta nas, jak Piotra nad brzegiem Jeziora Galilejskiego, o naszą miłość (J 21,15).

Ta będzie Go interesowało najbardziej. Nie nasze osiągnięcia naukowe, zawodowe, sukcesy w życiu małżeńskim czy rodzinnym. Będzie pytał nas o to, czy przeszliśmy przez życie – kochając. Może nawet nie zapyta nas o efekty tej miłości, bo wie, że ludzka miłość jest czasem ułomna i słaba, szybko się zniechęca i traci ducha… Ale zapyta o naszą gotowość służenia bliźnim, przebaczania, wrażliwość na krzywdę innych, umiejętność słuchania… O te wszystkie znaki miłości, która objawia się w chwilach zwyczajnych, w codziennym życiu.

„Czy Ty mnie kochasz?” (J 21,15).

Świętość polega na tym, że szczerze wyznajemy Chrystusowi: „kocham Cię” – prostymi gestami i słowami, które wyrażają naszą gotowość stania się wraz z Nim „ziarnem pszenicznym”, które chce obumierać każdego dnia, by przynosić nowe plony (J 12,24).

„Taka jest droga Chrystusa, droga całkowitej miłości, która zwycięża śmierć: kto nią idzie i «nienawidzi zycia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne» (J 12,25). To znaczy żyje w Bogu już tu na ziemi, przyciągany i przemieniany przez blask Jego oblicza. Jest to doświadczenie prawdziwych przyjaciół Boga – świętych, którzy rozpoznali i umiłowali w braciach, zwłaszcza najuboższych i najbardziej potrzebujących, oblicze Boga, które z miłością długo kontemplują w modlitwie. Są oni dla nas wzorami zachęcającymi do naśladowania; dają nam pewność, że jeśli będziemy wiernie szli tą drogą, drogą miłości, to i my – jak śpiewa Psalmista – nasycimy się obecnością Boga (por. Ps 17,15). (…) Aby wejść w komunię z Chrystusem i kontemplować Jego oblicze, aby rozpoznać oblicze Pana w obliczach braci i w codziennych wydarzeniach, potrzebne są «nieskalane ręce i czyste serca». Nieskalane ręce – to znaczy życie oświecone prawdą miłości, która zwycięża obojętność, zwątpienie, kłamstwo i egoizm; są też potrzebne czyste serca, serca zachwycone Bożym pięknem – jak mówi mała Teresa z Lisieux, w swojej modlitwie do Świętego Oblicza – serca, które noszą w sobie odbicie oblicza Chrystusa” (Benedykt XVI, Przemówienie w sanktuarium w Manopello, 1 września 2006 r., w: L’Osservatore Romano 12 (2006), s. 10).
Duch Święty i życie w Chrystusie
Chrystus, pragnąc naszej świętości, ofiarował nam Ducha Świętego – Uświęciciela. Warto, byśmy pamiętali o tym, że Duch Święty zamieszkał w nas w tajemnicy chrztu i zostaliśmy ubogaceni Jego darami. Bądźmy posłuszni Jego natchnieniom do modlitwy (Rz 8,26), do uczciwego życia, gorliwości (Rz 12,11), umartwienia ciała (Rz 8,12), do pokuty. Nie zasmucajmy Go stawianiem oporu łasce Bożej (Ef 4,30).

„Oto, czego uczę: postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody tak, że nie czynicie tego, co chcecie. Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić Duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa. Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą. Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy (Ga 5,16-25). 

Duch Święty ubogaca serca wierzących duchowymi darami (łaskami), które pomagają im w dążeniu do świętości. Jest siedem darów Ducha Świętego: rozumu, mądrości, rady, męstwa, wiedzy (umiejętności), bojaźni Bożej i pobożności. Ich spis znajdujemy w proroctwie Izajasza o Mesjaszu (Iz 11,1-2): „I wyrośnie różdżka z pnia Jessego. I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej”. Do sześciu darów, jakimi zostanie obdarzony Mesjasz, Septuaginta i Wulgata dołączają jeszcze jeden – dar pobożności. Stąd liczba siedmiu darów – oznaczających pełnię i doskonałość obdarowania.

Prośmy Ducha Świętego o Jego dary, aby pomogły nam mądrze żyć. Zwłaszcza potrzebujemy dzisiaj daru mądrości, który pozwoli nam uczestniczyć w mądrości Jezusa i przyjąć światło Jego Ewangelii. Jeśli będziemy korzystali z tego daru, nauczymy się patrzeć na rzeczywistość z perspektywy Chrystusa i trzeźwo ją oceniać. Ten dar pomoże nam odróżniać dobro od zła.

Prośmy również Ducha Świętego o udzielenie nam daru rozumu, by wnikać głębiej w Boże tajemnice i jasno rozumieć sens życia, śmierci, miłości. Dar rozumu pomoże nam zaakceptować krzyż z nadzieją, że jest on drogą do zmartwychwstania i chwały wiecznej.

Kolejny dar, ważny dla naszego życia duchowego – dar rady – umożliwia dokonywanie właściwych wyborów moralnych, zwłaszcza w trudnych i złożonych sytuacjach życiowych. Dar ten pozwala właściwie sobą kierować i uzdalnia do słuchania dobrych rad. Dzięki niemu zachowamy właściwy kierunek w życiu moralnym; nie pogubimy się przy dokonywaniu rozstrzygnięć i ocen moralnych.

Prośmy również o dar męstwa, który chroni nas przed lękiem i zwątpieniem wobec trudności życiowych. Dar ten pomaga bronić się przed złem i wytrwale podążać za dobrem. Chrześcijanin ubogacony nim może śmiało pokonywać trudności i konsekwentnie czynić dobro. Nie boi się zła i przeszkód, które mogą stawać na drodze ku Bogu.

Równie potrzebny, jak dar męstwa, jest dar umiejętności (wiedzy). Pomaga nam on w poznaniu prawdy o Bogu, ludziach i świecie, oraz w budowaniu na niej swego życia. Pozwala poznać to, czego oczekuje od nas w danej sytuacji Bóg. Dar ten pomaga uczciwie żyć.

Dar bojaźni Bożej uzdalnia człowieka do synowskiej czci wobec Boga. Pozwala przyjąć prawdę o własnej kruchości i niewystarczalności oraz dostrzegać w Bogu najlepszego Ojca, któremu należy się cześć i posłuszeństwo. Wyzwala nas od niewolniczego strachu przed Bogiem. Umacnia zaufanie do Niego i sprawia, że Boga będziemy traktowali po synowsku.

Dar pobożności uzdalnia chrześcijanina do autentycznej modlitwy, do bycia prawdziwie pobożnym. Jest to dar, dzięki któremu można wiernie służyć Bogu.

Każdego dnia oddawajmy się pod kierownictwo Ducha Świętego, przyzywając Jego obecności i działania.

Konferencja III

Dlaczego warto żyć?
Przed każdymi świętami w wielu jadłodajniach Caritas organizowane są rekolekcje lub modlitwy. Jest to trudne zadanie wobec całej biedy, z jaką ci ludzie przychodzą. Wielu z nich jest poranionych wewnętrznie, boleśnie doświadczonych przez życie. Z punktu widzenia człowieka mającego dom, pracę, szkołę i wszystkie inne dobra tego świata, nie nazwalibyśmy życia tych osób szczęśliwym. Raczej nazwalibyśmy je bardziej egzystencją, wegetowaniem bez perspektyw. Życie zazwyczaj kojarzy nam się z czymś dobrym, fascynującym, pociągającym, dającym zadowolenie i przyjemność. Trudno więc, patrząc na sytuację ludzi żyjących w nędzy materialnej lub duchowej, mówić o jakiejś szczególnej wartości takiego życia. Pewnego razu dyrektora jadłodajni dla bezdomnych poprosił o rozmowę mężczyzna w średnim wieku. Opowiadał o swoim życiu. O tym, że mieszka samotnie w pustostanie, w domu przeznaczonym do rozbiórki, bez wody, prądu, gazu i ogrzewania. Rodzina, kiedy wszystko stracił z powodu braku możliwości spłaty kredytu, odwróciła się od niego. Żona wyprowadziła się do matki, dzieci coraz rzadziej go odwiedzały, bank zlicytował dom. „Żyję z tego, co mi dadzą ludzie” – opowiada. „I wie ksiądz, mimo wszystko, chce mi się żyć!”.
Każdy ma swojej powody za to, by dziękować Bogu za życie
To jego osobiste wyznanie zaskoczyło księdza i zarazem zaciekawiło. „Dlaczego chce mu się jeszcze żyć?”. „Kiedyś szukałem jedzenia w śmietnikach i znalazłem tę książkę” – mówiąc to, wyjął z kieszeni podniszczony egzemplarz niewielkiej Biblii, z poszarpaną okładką i z pomiętymi kartkami. „Czytam ją codziennie. Nie od razu rozumiałem wszystko, co tam zostało napisane. Ale przekonały mnie pierwsze strony, kiedy Bóg stwarzał świat i wszystko co stworzył, było dobre. Bóg stworzył dobry świat. Stworzył dobrego człowieka. Dał mu dobre życie. A jeśli tak jest, to i moje życie, chociaż takie nędzne w tej chwili, też jest dobre”.

Ludzie mają tysiące powodów, by żyć i zmagać się z życiem. To nie jest tylko kwestia instynktu samozachowawczego, właściwego istotom żyjącym, ale osobistej, przemyślanej motywacji. Pomimo ułomności życia, jego ciężarów, już w nim samym jest coś dobrego, co czyni je lepszym od niebytu. Wielu z nas dostrzega piękno życia samego w sobie. Dla ludzi wierzących to piękno życia staje się czytelniejsze, gdy uświadomią sobie, że pochodzi ono od Boga i jest Jego darem dla człowieka.

Wolę życia wzbudza w człowieku nadzieja na lepszą przyszłość. Na to, że coś osiągnie, czymś będzie się cieszyć. Że można do czegoś dążyć i czegoś pragnąć. „Jestem szczęśliwa” – mówi schorowana starsza kobieta, która leży w klinice dla chorych na raka i wie, że powoli gaśnie. „Chciałabym tylko doczekać ślubu wnuczka….”.

Dla wielu osób pociechą i radością w trudnych chwilach są dobre wspomnienia z przeszłości. Odniesione zwycięstwa, szczególne osiągnięcia, spotkania, które zaważyły na dalszych losach czy też przeżyta miłość…

Jeszcze inni żyją dla swoich bliskich. Dla żony, męża, dzieci, bliskich krewnych. Myśl, że są jeszcze potrzebni, że mogą coś dobrego wnieść w życie swojej rodziny, dodaje im sił do dźwigania codziennego krzyża.

Wydaje się, że gdybyśmy zapytali różnych ludzi o to, dlaczego warto żyć, każdy z nich podałby swoją oryginalną odpowiedź. Z pewnością też to, co dla jednego byłoby wystarczającym powodem, by akceptować życie, takim jakim jest, dla drugiego byłoby uzasadnieniem niewystarczającym.

Ten, kto kocha przyrodę powie, że warto żyć, bo świat jest piękny i pełen tajemnic.

Ten kto kocha podróże powie, że warto żyć, gdyż można odkrywać nieznane.

Ten, kto kocha mocne wydarzenia powie, że dostarcza mu niesamowitych wrażeń.

Ten, kto kocha naukę powie, że jest arcyciekawe i mądre.

Ten, kto kocha sztukę powie, że życie jest po prostu piękne.

Ten, kto kocha ludzi powie, że życie jest niewymowną radością.

Ten, kto kocha Boga powie, że życie jest znakiem Jego obecności.

Ci, którzy kochają, dziwią się, gdy słyszą pytanie: dlaczego warto żyć?

Każdy, kto kocha, znajdzie w nim jakąś wartość. I jak Edyta Geppert, chcą śpiewać: „Och życie, kocham cię nad życie…”.

Tylko ci, co nie kochają, lub uważają, że nigdy nie byli kochani, będą wyszukiwać jego mankamenty jako argument, że nie warto żyć.

Zostawmy na boku zastanawianie się nad tym, jakie argumenty za życiem daliby inni. Lepiej zapytajmy siebie samych: a jakie jest moje spojrzenie na życie? Dlaczego warto żyć? Co mnie osobiście najbardziej przekonuje, że życie ma sens?
Warto żyć, gdyż Bóg nas kocha
Wiara mówi nam, że życie jest piękne, bo u Jego początku znajduje się nieskończona miłość Boga. Św. Jan, patrząc na całą historię zbawienia napisał, że „Bóg jest miłością” (1 J 4,16). Ta prawda objawiała się stopniowo przez wszystkie wydarzenia Starego Testamentu, poczynając od dzieła stworzenia świata i człowieka. Stała się w pełni oczywista w przyjściu na świat Chrystusa, którego krzyż i zmartwychwstanie stały się najwyraźniejszym świadectwem jej prawdziwości. „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16).

Bóg kocha – to znaczy obdarza życiem, podtrzymuje je w istnieniu, jest blisko, czuwa, prowadzi, uzdrawia, zbawia. W świetle tej prawdy trzeba odczytywać wszystko to, co Bóg czyni dla człowieka. Stworzenie, przymierza zawierane w wielkimi Ojcami wiary Narodu Wybranego, słowa i czyny Sędziów i Proroków, wielkie obietnice, kara za grzechy i przebaczenie – to wszystko staje się zrozumiałe, gdy spojrzymy na historię relacji Boga i człowieka poprzez pryzmat prawdy o Bożej miłości.

Miłość Boga jako moc życiodajna jest obecna w całym Objawieniu. Psalmy wielbią Boga jako Tego, który nie tylko jest źródłem życia, ale podtrzymuje je w istnieniu.

„Wszystko to czeka na Ciebie,

byś dał im pokarm w swym czasie.

Gdy im udzielasz, zbierają;

gdy otwierasz swą rękę, sycą się dobrami.

Gdy skryjesz swe oblicze, wpadają w niepokój;

gdy im oddech odbierasz, marnieją

i powracają do swego prochu» (Ps104,27-29).

W Księgach mądrościowych znajdujemy wiele natchnionych wypowiedzi, które ukazują Boga jako Miłość pochyloną nad stworzeniem, nad człowiekiem. „Świat cały przy Tobie jak ziarnko na szali, kropla rosy porannej, co spadła na ziemię. Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia!” (Mdr 11,22-26).

Im bardziej zagłębiamy się w pisma wielkich proroków, tym wyrazistsze jawi się nam Oblicze Boga – Miłości nieskończonej, bezinteresownej i czułej. Takie deklaracje, jak złożona przez Boga ustami Jeremiasza: „Ukochałem Cię odwieczną miłością, dlatego też zachowałem dla ciebie łaskawość” (Jr 31,3), lub Izajasza: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu – ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,14-15) – takie deklaracje upewniają nas, że miłość Boża nadaje ton odniesieniu Boga do swego stworzenia.

Jest to zarazem miłość definitywna, wierna. „Góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą” (Iz 54,10).

Dzięki ten miłości, która wypływa z Serca Bożego, otrzymujemy nowe życie w Chrystusie. Zapewnia o tym Apostoł Paweł: „Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia” (Ef 2,4-5).

„Źródłem radości chrześcijańskiej jest pewność, że Bóg nas kocha, że osobiście kocha nas nasz Stworzyciel – Ten, który dzierży w swych rękach cały wszechświat, kocha każdego z nas i całą wielką rodzinę ludzką miłością gorącą i wierną, miłością większą, niż nasze niewierności i grzechy; miłością, która przebacza. Miłość ta jest «tak wielka, że zwraca Boga przeciwko Niemu samemu», co ukazuje się ostatecznie w tajemnicy Krzyża: «Bóg tak bardzo miłuje człowieka, że sam stawszy się człowiekiem, przyjmuje nawet jego śmierć i w ten sposób godzi sprawiedliwość z miłością»” (Benedykt XVI, Przemówienie do uczestników kongresu diecezji Rzymu, 5 czerwca 2006 r., w: L’Osservatore Romano 12 (2006), s.14).

Tak więc warto żyć, ponieważ nasze życie otrzymaliśmy z miłości Bożej i ona stale nam towarzyszy. „Bóg jest wiecznym szczęściem, nieśmiertelnym życiem, światłem nie znającym zachodu, Bóg jest Miłością: Ojciec, Syn i Duch Święty. Bóg chce w sposób wolny udzielać chwały swego szczęśliwego życia. Taki jest Jego „zamysł życzliwości”, który powziął przed stworzeniem świata w swoim umiłowanym Synu, przeznaczając „nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa” (Ef 1,4-5), abyśmy stali się „na wzór obrazu Jego Syna” (Rz 8,29), dzięki „duchowi przybrania za synów” (Rz 8,15)” (KKK 257).

Nikt z nas nie ma prawa skarżyć się, że nie jest kochany lub kochany niedostatecznie. Bóg, dając nam życie dowodzi, że kocha nas całkowicie i nieskończenie. Znakiem Jego miłości jest również to, że stale nam towarzyszy. Jest towarzyszem naszej życiowej drogi. „Bóg nie przebywa daleko od nas, w jakimś odległym zakątku wszechświata, do którego nikt nie może dotrzeć. On rozbił swój namiot pośród nas: w Jezusie Chrystusie stał się jednym z nas, z ciałem i krwią, tak jak my. Oto Jego namiot. A w momencie wniebowstąpienia nie odszedł do jakiegoś odległego od nas miejsca. Jego namiot, On sam ze swoim ciałem pozostaje między nami jako jeden z nas. Możemy zwracać się do Niego na «Ty» i z Nim rozmawiać. On nas słucha i – jeśli jesteśmy uważni – słyszymy również, że odpowiada”. (Benedykt XVI, Rozważanie podczas nieszporów w Monachium, 10 września 2006, w: L’Osservatore Romano 11 (2006), s. 18).

Bliskość Boga w przeróżnych życiowych sytuacjach sprawia, że życie nasze nabiera blasku i jest wypełnione radością pomimo tego, że nie brak w nim smutków i cieni.


Warto żyć, gdyż możemy kochać
Tylko w miłości Boga można znaleźć sens życia. Jedynie Bóg nadaje mu właściwy smak i kierunek. Celem jest On sam. Człowiek pochodzi od Boga i ku Niemu zmierza.

Sens życia nadaje także drugi człowiek. Jan Paweł II uczył: „Stwórca powierzył życie człowieka jego odpowiedzialnej trosce nie po to, by nim samowolnie dysponował, ale by go mądrze strzegł oraz zarządzał nim wiernie i z miłością. Bóg Przymierza powierzył życie każdego człowieka drugiemu człowiekowi – jego bratu, zgodnie z prawem wzajemności dawania i otrzymywania, składania siebie w darze i przyjmowania daru bliźniego. Gdy nadeszła pełnia czasu, Syn Boży, wcielając się i oddając życie za człowieka, ukazał, jakie wyżyny i głębie może osiągnąć to prawo wzajemności” (Evangelium vitae, 75-76.91).

Świadomość tego, że jesteśmy przez Boga ukochani odwieczną i wierną miłością przynagla nas do tego, byśmy my również kochali Boga i bliźnich. Pragnienie miłości objawia się w sercu człowieka w podwójnej formie. Człowiek pragnie być kochanym, ogarniętym miłością, doświadczać jej ze strony Boga i swych bliskich.

Pewien ojciec zapytał swego syna o to, co chciałby otrzymać na imieniny? Ten odpowiedział: „Chcę, abyśmy ten dzień spędzili razem”. „Z wielką chęcią” – odpowiedział ojciec. „Ale co jeszcze: Co chcesz, w prezencie na imieniny?” Syn jeszcze raz powtórzył: „Chcę, abyśmy cały dzień spędzili ze sobą razem”. Dorosły mężczyzna nie zrozumiał. Przyzwyczajony do tego, że można dawać tylko rzeczy, raz jeszcze zapytał syna o to, co chce dostać. Wtedy syn – zrezygnowany – powiedział „dla święego spokoju”, że chciałby otrzymać w prezencie jakiś nieznaczący drobiazg.

Pragnienie miłości w sercu człowieka objawia się również jako chęć obdarowywania sobą. Miłość każe człowiekowi stawać się darem dla tych, których kocha. Jesteśmy szczęśliwi, gdy nasza miłość spotyka się z przyjęciem i akceptacją. Wzajemna wymiana darów czyni nasze życie pełnym sensu.

Warto żyć, ponieważ możemy naszą miłością ubogacać i przemieniać świat. Warto żyć, ponieważ miłość, którą Chrystus uczynił największym przykazaniem, rodzi wiele zadań i zobowiązań. Jesteśmy potrzebni Chrystusowi jako świadkowie Jego miłości.

Niektórzy ludzie nie wiedzą, jak ważne jest to, że istnieją.

Upewnij ich, że bez nich świat byłby uboższy.

Niektórzy ludzie nie wiedzą, jak wiele znaczy sam ich widok.

Powiedz im, że sprawiają ci sobą radość.

Niektórzy ludzie nie wiedzą, ile radości sprawia ich przyjazny uśmiech.

Odwzajemnij go swoim uśmiechem.

Niektórzy ludzie nie wiedzą, jakim dobrem jest ich bliskość.

Daj im do zrozumienia, że bardzo ich potrzebujesz.

Niektórzy ludzie nie wiedzą, o ile bylibyśmy biedniejsi bez nich.

Ciesz się nimi, dopóki są blisko.

Niektórzy ludzie nie wiedzą, że są darem niebios.

Wiedzieliby, gdyby ktoś im to powiedział.

Żyjemy dla Boga, bo całe nasze życie może być jednym wielkim Jego uwielbieniem. Żyjemy dla siebie, bo tylko tym życiem możemy zasłużyć na życie wieczne. I żyjemy dla drugiego człowieka, choćby tylko po to, aby mu powiedzieć, że warto żyć.

Konferencja IV

Grzech zwraca się przeciwko życiu
Bóg pragnie dla nas szczęśliwego życia na ziemi oraz w wieczności. Jest Ojcem, któremu zależy na swych dzieciach. Niestety, ludzie nie zawsze potrafią zaufać Bogu. Czasami wydaje się im, że jest On główną przeszkodą na drodze do szczęścia i udanego życia. Odwracają się od Niego, aby w doczesności poszukiwać spełnienia swych najskrytszych pragnień. Grzeszą nieposłuszeństwem i pychą, lekceważeniem, zapomnieniem o Bogu lub pogardą dla Niego. W imię własnego dobra starają się układać swe życie tak, jakby On nie istniał i nie miał wobec nich żadnych planów.

Jednocześnie pozostają nieszczęśliwi i pogrążają się w rozpaczy. Grzech nie tylko niszczy więź z Bogiem, ale pozbawia ich życie sensu i nadziei. Grzesznik, któremu się wydaje, że może powrócić do raju o własnych siłach lub stworzyć go na własną miarę, zatracając się w grzechu – traci prawdziwe życie. Cierpi, chociaż nie zawsze odkrywa – dlaczego.

Kard. G. Danneels napisał małą książeczkę pod znamiennym tytułem: Nadzieja. Społeczeństwo dotknięte depresją. Psychologowie coraz częściej biją na alarm, że zarówno nasze społeczeństwo, jak i Zachód niszczy plaga depresji. Coraz więcej osób sięga po antydepresanty lub próbuje zabić poczucie bezsensu i pustki własnego życia alkoholem lub innymi używkami. Kardynał uważa, że depresja i złe samopoczucie współczesnego człowieka ma źródło w nim samym – w zapomnieniu o Bogu i w zniewoleniu grzechem.
Grzech niszczy życie
Grzech człowieka zwraca się przeciwko niemu przede wszystkim poprzez swoje konsekwencje. Już opowiadanie o grzechu pierworodnym pokazuje, jak człowiek wiele traci, gdy odwraca się od Boga i próbuje żyć własnym życiem. Pierwszą konsekwencją grzechu jest zerwanie więzi ze swoim Stwórca i Zbawcą. Autor Księgi Rodzaju mówi, że kiedy Adam i Ewa zgrzeszyli nieposłuszeństwem Bogu, „otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski” (Rdz 3,7). Pierwszą ich reakcją wobec nadchodzącego Boga był wstyd i strach: „Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze, kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu. Pan Bóg zawołał na mężczyznę i zapytał go: «Gdzie jesteś?» On odpowiedział: «Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się». Rzekł Bóg: «Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?»” (Rdz 3,8-11).

Grzech sprowadza wstyd i rodzi strach przed Bogiem. Człowiek uświadamia sobie, jak bardzo jest mizerny wobec Tego, któremu zawdzięcza wszystko, a któremu wypowiedział posłuch. Grzech sprowadza karę wygnania. Opis sądu oraz samego wygnania stwarza wrażenie, że Bóg pełni w tych wydarzeniach rolę aktywną. On karze – wypędzając człowieka z raju. Ale czy naprawdę tak jest? Czy człowiek – o czym świadczy poczucie wstydu i strach przed Bogiem – raczej sam nie zrozumiał, że nie ma tu już dla niego miejsca? Że skreślił się z listy zaufanych przyjaciół Pana Boga? Czy mógłby on, splamiony pychą i nieposłuszeństwem, nadal spotykać się z Dobrym i troskliwym Stwórcą? Czy mógłby żyć w Jego obecności nadal tak, jak gdyby nic się nie stało?

Wygnanie człowieka z raju jest symbolem dramatycznej sytuacji opuszczenia i samotności, jaką człowiek wybrał swoim grzechem. Poznał dobro i zło. Poznał też, że istnieje sprawiedliwość Boża, która nie pozwala, aby ten, który jest grzesznikiem, miał przystęp do Boga, który jest po trzykroć Święty.

Poprzez grzech człowiek odkrył również cierpienie i swą śmiertelność. Usłyszał z ust Boga – Sędziego: „Do mężczyzny zaś Bóg rzekł: «Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!»” (Rdz 3,17-19). Poprzez grzech człowiek wraca do poziomu prochu, który w pocie czoła walczy o swe życie, ale nie potrafi zapewnić sam sobie zwycięstwa nad śmiercią.

Tak, jak konsekwencją grzechu w raju jest wygnanie, tak konsekwencją grzechów ciężkich, popełnianych w sposób świadomy i dobrowolny, jest kara wiecznego odrzucenia – piekło.

„Nie możemy być zjednoczeni z Bogiem – uczy Katechizm – jeśli nie wybieramy w sposób dobrowolny Jego miłości. Nie możemy jednak kochać Boga, jeśli grzeszymy ciężko przeciw Niemu, przeciw naszemu bliźniemu lub przeciw nam samym: „Kto nie miłuje trwa w śmierci. Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego” (1 J 3,14c-15) (KKK 1033). Jeśli ktoś umiera w grzechu śmiertelnym, bez żalu i pojednania z Bogiem, ten skazuje siebie samego na wieczne wykluczenie z grona zbawionych. Sam zamyka sobie drzwi do domu Ojca i z Nim zrywa definitywnie. „Nauczanie Kościoła stwierdza istnienie piekła i jego wieczność. Dusze tych, którzy umierają w stanie grzechu śmiertelnego, bezpośrednio po śmierci idą do piekła, gdzie cierpią męki, «ogień wieczny». Zasadnicza kara piekła polega na wiecznym oddzieleniu od Boga. Wyłącznie w Bogu bowiem człowiek może mieć życie i szczęście, dla których został stworzony i których pragnie” (KKK 1035).

Jeśli Kościół przypomina o istnieniu piekła, to nie po to, aby straszyć wiernych i wymuszać na nich poprawne zachowanie. „Bóg nikogo nie przeznacza do piekła; dokonuje się to przez dobrowolne odwrócenie od Boga (grzech śmiertelny) i trwanie w nim aż do końca życia” (KKK 1037).

Przypomnienie o piekle w pierwszym rzędzie ma na celu przypomnienie nam o naszej odpowiedzialności za swoje życie i swoją wieczność. Piekło nie powinno być czymś, co sparaliżuje naszą wolę i wniesie porażający strach w nasze życie, ale czymś, co winno być dla nas przestrogą i ostrzeżeniem, by zadbać o życie.

Księga Powtórzonego Prawa opowiada o tym, że po zawarciu przymierza z Bogiem Mojżesz zwrócił się uroczyście do ludu, nakazując mu wiernie wypełniać Prawo Boże: „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który idziesz posiąść. Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz i będziesz oddawał pokłon obcym bogom, służąc im – oświadczam wam dzisiaj, że na pewno zginiecie, niedługo zabawicie na ziemi, którą idziecie posiąść, po przejściu Jordanu. Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi” (Pwt 30,15-20).

Mojżesz mówił o dwóch możliwościach, które stoją przez ludem i których realizacja zależy od jego wyborów. Chrześcijanin, który przez chrzest przeszedł z niewoli do nowego życia, również stoi wobec podobnego wyboru: albo opowie się za Bogiem i z Nim będzie szedł przez życie, albo też odrzuci Boga i tym samym utraci królestwo, w którym Bóg przygotował mu miejsce.

Trzeba, byśmy w naszym codziennym życiu świadomie korzystali z wolności wyboru, w jaką Bóg nas wyposażył, dając nam rozum i wolną wolę. Trzeba, byśmy żyli wolni, wolnością, „ku której wyswobodził nas Chrystus” (Ga 5,1).

„Wy zatem, bracia, powołani zostaliście do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie – miłością ożywieni, służcie sobie wzajemnie! Bo całe Prawo wypełnia się w tym jednym nakazie: «Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego». A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli. Oto, czego uczę: postępujcie według Ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem do czego innego dąży niż Duch, a Duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie. Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić Duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa. Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą. Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy” (Ga 5,13-25). 


Ludzie rozdarci, serce rozdarte
Słowo Boże mówi też, że skutkiem grzechu człowieka jest nie tylko jego oddalenie od Boga i zerwanie więzi miłości z Nim, ale również oddalenie człowieka od człowieka. Już podczas rajskiego sądu mężczyzna zwraca się przeciwko kobiecie, oskarżając ją o grzech. „Rzekł Bóg: «Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?» Mężczyzna odpowiedział: «Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem». Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: «Dlaczego to uczyniłaś?» Niewiasta odpowiedziała: «Wąż mnie zwiódł i zjadłam»” (Rdz 3, 11-13). Ludzie potrafią być jednomyślni w grzechu, ale nie w przyjmowaniu kary.

Ten mechanizm uwalniania się od odpowiedzialności i skutków popełnionego zła, zaistniał nie tylko przy tym pierwszym grzechu, ale powtarza się poprzez wieki. Ludzie są jak małe dzieci, przyłapane na czymś niestosownym przez rodziców lub wychowawców – tłumaczą się, że właściwie tego nie chciały… Kłamią, wskazują kolegów lub koleżanki jako prawdziwych winowajców. Podobnie też jest i w świecie dorosłych. Jakże trudno jest nam przyznać się do własnego zła!

Dlatego też szukamy wymówek, uzasadnień; osób, które możnaby obarczyć odpowiedzialnością. „To nie ja – to ona”, „tak się zdarzyło, ale nie chciałem”, „musiałam to zrobić, gdyż…”. Człowiek nie szuka źródeł swych porażek i nieszczęść w sobie, ale w innych ludziach, systemach politycznych i gospodarczych, układach społecznych, koniecznościach życiowych. Coraz popularniejsze stają się argumenty z psychologii, aby uzasadnić i usprawiedliwić grzech. Żyjemy „w epoce ludzi niewinnych”, którzy niszczą swe życie poprzez nieposłuszeństwo Bogu i którzy ranią się wzajemnie. Zbrukani, ale dla zamaskowania swej winy gotowi zaprzeczyć złu. Współczesny człowiek nie tylko nie przyznaje się do winy, ale gotów jest zmienić samo pojęcie dobra i zła, aby czuć się usprawiedliwionym.

Grzech przeciwstawia człowieka człowiekowi sprawiając, że jeden drugiego poniża, wykorzystuje, krzywdzi fizycznie lub psychicznie, a nawet zabija. Późniejsze rozdziały Księgi Rodzaju, opowiadające historię do czasów potopu, doskonale ilustrują destrukcyjne skutki grzechu dla wspólnoty ludzkiej.

Grzech tłumaczy zło, które dzieje się w społeczności ludzkiej. Potrafi ona wytworzyć całe struktury niesprawiedliwości i zła, a tym samym uczynić ziemię «piekłem». Gdy patrzymy na historię świata, widzimy w niej wiele krzywdy, podeptania godności ludzkiej, łamania podstawowych praw człowieka, niesprawiedliwości, wyzysku i wojen. Te wszystkie nadużycia władzy i siły prowadzą do tego, że całe narody cierpią. Człowiek okazuje się „wilkiem” dla drugiego człowieka, nie tylko zapominając o braterstwie wszystkich ludzi, ale – przede wszystkim – godząc w nie świadomie i bezwzględnie. Odrzucając Boga, odrzuca też i człowieka, stworzonego na Jego obraz i podobieństwo. Zdolny jest wtedy tylko do budowania cywilizacji śmierci, w której nie ma miejsca dla słabych.

Trzecią konsekwencją grzechu jest to, że wnosi on niepokój w serce samego człowieka. Sprawia, że staje się ono poligonem, w którym zmagają się ze sobą sprzeczne pragnienia i namiętności, szlachetne pragnienia i niskie pobudki; to co piękne – z tym co szkaradne. Św. Paweł opisuje duchową walkę w swoim sercu: „Ale to właśnie grzech, by okazać się grzechem, przez to, co dobre, sprowadził na mnie śmierć, aby przez związek z przykazaniem grzech ujawnił nadmierną swą grzeszność. Wiemy przecież, że Prawo jest duchowe. A ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu. Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, to tym samym przyznaję Prawu, że jest dobre. A zatem już nie ja to czynię, ale mieszkający we mnie grzech. Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro. Bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek we mnie ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc umysłem służę Prawu Bożemu, ciałem zaś – prawu grzechu” (Rz 7,13-25).

Grzesznik doświadcza w sobie wewnętrznego rozdarcia, które jest dla niego źródłem niepokoju i lęku, a w konsekwencji przegranej, gdyż – jak mówi Jezus – „Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali” (Łk 11,17). Rozdarty wewnętrznie człowiek, w którego sercu nie ma pokoju, może jedynie siać niepokój i zamęt wokół siebie. Nieraz patrząc na otaczający nas świat zastanawiamy się, skąd bierze się w nim tyle cierpienia i zła, nieporozumień, krzywdy, samotności… Winniśmy wówczas przypomnieć sobie słowa Chrystusa: „Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwa, przekleństwa” (Mt 15,19) – i w sercu obarczonym grzechem szukać odpowiedzi.
Trzeba walczyć z grzechem
Skoro grzech zabiera nam radość życia i niszczy więzi z Bogiem i ludźmi, trzeba z nim stanowczo walczyć. Opór wobec zła i walka z nim rozpoczynają się od uświadomienia sobie, że grzech naprawdę szkodzi człowiekowi; że jest niebezpiecznie lekceważyć go.

Dopóki tego nie zrozumiemy, będziemy skłonni do ustępstw i pertraktacji. Jeśli natomiast uświadomimy sobie, że grzech sprowadza na nas nieszczęście – wtedy zrobimy wszystko, aby go unikać.

Jednym ze skutecznych sposobów zachowania wewnętrznej wolności od grzechu jest troska o to, by nie wchodzić w sytuacje, które mogłyby nas doprowadzić do upadku. Katechizm Kościoła Katolickiego przestrzega przed tym wszystkim, co stanowi okazję do grzechu. Może ją stwarzać złe towarzystwo. Są nim ludzie zepsuci, którzy sami uwikłani w moralne zło – innych zachęcają do niego. Nie wolno lekceważyć negatywnego wpływu ludzi zdemoralizowanych i zepsutych. Starożytne przysłowie mówi, że „kropla drąży skałę”. Rzeczywiście: systematyczne i wytrwałe spadanie kropli w jedno miejsce na skale sprawi, że powstanie wydrążenie. Skała – nawet najtrwalsza! – nie oprze się systematycznej pracy słabej kropli. Podobnie jest też i ze złym towarzystwem. Namowy i złe rady lub czyny wcześniej czy później odniosą swój zgubny skutek. Chociaż może na początku będą nas raziły, to po pewnym czasie staną się nam obojętne, a w końcu damy im posłuch. Zwłaszcza przebywanie z ludźmi, którzy nienawidząc wiary i Kościoła, krytykują go przy każdej okazji – może osłabić naszą wolę trwania w dobru. Nawet jeśli wprost nie atakują oni zasad wiary i moralności, to jednak poprzez nieżyczliwe oceny i osądy podważają autorytet Kościoła, których nas uczy i tym samym pośrednio zwracają się przeciwko nim.

Podobnie jest też i z rzeczami takimi, jak gazeta, książka czy telewizja. Nie można lekceważyć tego, co oglądamy, słuchamy lub czytamy. Zawsze treści, po które sięgamy, w jakiś sposób kształtują nas, urabiają duchowo. Dlatego też warto zatroszczyć się o to, aby nie zarzucić swego umysłu i wyobraźni śmieciami, które proponuje nam rynek medialny. Przy wyborze programów telewizyjnych i radiowych, gazet lub miesięczników, winniśmy kierować się zasadą naszego duchowego dobra. Trzeba pytać samego siebie: czy one mnie rozwijają? Czy czynią wrażliwszym na dobro? Czy wzbogacają mój rozum i uczucia?

Podobnie też, trzeba unikać miejsc, które mogłyby nas zgorszyć. Nie wszędzie można pójść. Wybierając się w jakieś miejsce, trzeba postawić sobie pytanie: czy wrócę stamtąd lepszym człowiekiem?

Aby skutecznie walczyć z grzechem, trzeba zatroszczyć się o systematyczne i świadome przystępowanie do sakramentu pokuty i pojednania. Poprzez ten sakrament Chrystus pomaga nam wzrastać w świętości. Jeśli spełnimy jego warunki, nie tylko otrzymamy przebaczenie naszych grzechów i odzyskamy spokój sumienia, ale również wykształcimy w sobie potrzebną wrażliwość moralną. Poprzez częste korzystanie z sakramentu pokuty i pojednania ukształtujemy delikatne i dojrzałe sumienie, które będzie mogło prawidłowo odróżniać dobro od zła. Nie bez powodu Kościół zachęca wszystkich wiernych do częstej i systematycznej spowiedzi świętej. Jest ona szkołą dojrzałego sumienia. Zwłaszcza winniśmy zadbać o staranne przygotowanie do niej poprzez rachunek sumienia. Jest on nieraz lekceważony i czyniony pospiesznie. Wtedy trudno o głębsze poznanie samego siebie oraz przyczyn własnych upadków.

Kolejnym środkiem walki z grzechem jest modlitwa. Zwłaszcza w chwilach pokus i odzywania się naszych naturalnych skłonności do zła, winniśmy się modlić. Pan Jezus zachęca nas do takiej modlitwy swoim przykładem. On, gdy był kuszony na pustyni przez diabła, usilnie się modlił. Swoim uczniom pozostawił modlitwę, w której znajduje się prośba do Boga: „i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!” (Mt 6,13). Modlitwą zwyciężali pokusy święci. Często była ona połączona z uczynkami pokutnymi, umartwieniami i wyrzeczeniami. Współcześnie wysiłek ascetyczny nie cieszy się wielkim uznaniem. Bywa wyśmiewany i lekceważony. A szkoda, gdyż zdrowa asceza pozwala utrzymać w ryzach ciało i poddać rozumowi i woli człowieka jego zmysły. Tak, jak ćwiczenia sportowe wyrabiają sprawności oraz są rękojmią osiągnięć, tak też i asceza pomaga człowiekowi w dyscyplinowaniu swoich pragnień i popędów i jest pomocą w zaprowadzeniu harmonii ducha i ciała.
Z Jezusem
Serce człowieka pragnie szczęścia i go szuka. Czy warto? Tak, bezwzględnie! Gdzie można je znaleźć na ziemi? Najczęściej mówi się, że w rodzinie, wśród najbliższych ludzi. Jest to prawda, ale pod jednym warunkiem: jeśli zaprosili oni do swego życia Boga.

Człowiek sam z siebie nie jest w stanie dać drugiemu człowiekowi trwałego i prawdziwego szczęścia, gdy nie ma między nimi Boga.

W Ewangelii św. Łukasza znajdujemy opis wydarzenia, którego świadkiem było Jezioro Galilejskie. „Pewnego razu, gdy tłum cisnął się do Niego, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret, zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu. Rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: «Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!» A Szymon odpowiedział: «Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały” (Łk 5, 1-7).

Niedaleko brzegów Jeziora Galilejskiego miał miejsce inny cud: rozmnożenie chleba.

„Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać. A gdy pora była już późna, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Miejsce jest puste, a pora już późna. Odpraw ich. Niech idą do okolicznych osiedli i wsi, a kupią sobie coś do jedzenia». Lecz On im odpowiedział: «Wy dajcie im jeść!» Rzekli Mu: «Mamy pójść i za dwieście denarów kupić chleba, żeby im dać jeść?» On ich spytał: «Ile macie chlebów? Idźcie, zobaczcie!» Gdy się upewnili, rzekli: «Pięć i dwie ryby». Wtedy polecił im wszystkim usiąść gromadami na zielonej trawie. I rozłożyli się, gromada przy gromadzie, po stu i po pięćdziesięciu. A wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo, połamał chleby i dawał uczniom, by kładli przed nimi. Także dwie ryby rozdzielił między wszystkich. Jedli wszyscy do sytości i zebrali jeszcze dwanaście pełnych koszów ułomków i ostatków z ryb. A tych, którzy jedli chleby, było pięć tysięcy mężczyzn” (Mk 6, 34-44).

Zarówno cudowny połów ryb, jak i rozmnożenie chleba na pustkowiu, są przekonującą ilustracją wyznania Jezusa: „Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości” (J 10, 10).

Warto zaufać Chrystusowi i obrać Go za swego Nauczyciela i Mistrza. Chociaż nieraz wydaje się nam, że życie człowieka idącego za Chrystusem jest jak chodzenie po linie bez zabezpieczeń. Ale właśnie w tym tkwi pełnia życia. Świat proponuje chwilowe szczęście. Jezus proponuje siebie i swoją drogę, która nie jest łatwa, ale wyjątkowa.

Z pewnością nie było łatwo posłuchać doświadczonym rybakom Syna Cieśli, który niewiele wiedział o rybołówstwie. Z pewnością również niełatwo było oddać pięć ostatnich chlebów i dwie ryby, gdy Mistrz prosił, aby nakarmić nimi wygłodniałe tłumy. A jednak posłuszeństwo Jezusowi sprawiło cud nasycenia. Mnóstwo ryb i kosze ułomków przekonały ich, że warto Mu zawierzyć.

Wielu ludzi dzisiaj szuka przewodników w życiu. I wielu chętnie ogłasza się nauczycielami tłumów. Powstają nowi prorocy, który sprzedają swe pomysły na życie, wraz z rozmaitymi gadżetami własnej produkcji. Schlebiają ludzkim słabościom, byleby zyskać na popularności i bogactwie. A tak naprawdę – zwodzą i kłamią!

Tylko Chrystus jest Dobrym Pasterzem i tylko On ma słowa życia wiecznego (por. J 6,68). On wprawdzie nie składa tanich obietnic szczęścia i nie ukrywa, że pójść za Nim można jedynie drogą krzyża. Warunki bycia Jego uczniem są twarde, ale tylko On potrafi dotrzymywać składanych obietnic. „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je. A kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania” (Mt 16,24-27).

Ci, którzy Mu zaufają z pewnością nie zawiodą się. Dlatego chwyćmy się Jego ręki i wraz Nim układajmy nasze życie! Okażmy mu posłuszeństwo wiary, aby On mógł powiedzieć do nas: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!” (Mt 25,34).

Konferencja V

Żyć przebaczeniem
Od dzieciństwa odmawiając pacierz, powtarzamy prośbę o przebaczenie: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Jest ona jedną z ostatnich próśb w modlitwie, jakiej Chrystus nauczył Apostołów (Mt 6,9-13). I chociaż na początku brzmi ona dla nas obco i niezrozumiale, to szybko rozumiemy, o co naprawdę w niej prosimy. Modlitwa o przebaczenie jest wprawdzie jedną z najtrudniejszych do szczerego wypowiedzenia, ale zarazem jedną z najpotrzebniejszych. Ma cudowną właściwość przywracania naszemu życiu radości i odbudowywania pokoju sumienia. Bez tej modlitwy nasze życie pogrążone byłoby w zamęcie duchowym, niepewności i ustawicznej walce z bliźnimi. Prosząc Boga o przebaczenie, możemy odbudować utraconą przez nasz grzech przyjaźń. Otrzymać dar pojednania. Przebaczając bliźnim, uwalniamy nasze serce od uraz i uprzedzeń, czyniąc je gotowym do odnalezienia w nich na nowo naszych sióstr i braci. Przebaczenie pozwala nam na nowo kochać.
Odpuść nam nasze winy
Wobec świętego i dobrego Boga nikt z nas nie jest bez grzechu. W Ewangelii św. Jana znajdujemy opowiadanie mówiące o spotkaniu Jezusa z jawnogrzesznicą, którą pochwycono na cudzołóstwie. „Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?» Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». I powtórnie nachyliwszy się, pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz»” (J 8,3-11).

Gdybyśmy znaleźli się wśród oskarżających ją, również nie mielibyśmy odwagi rzucić w nią kamieniem potępienia. Doświadczamy w sobie bolesnej rzeczywistości grzechu. Gdy przykładamy Dekalog do naszego codziennego życia i robimy sobie rachunek sumienia z naszych myśli, słów, postępowania i zaniechać, odkrywamy, jak bardzo jeszcze nie dorastamy do ideału ucznia Chrystusa, wyrażonego w Ewangelii. Realistycznie patrząc na siebie, widzimy, że dobro i zło przeplatają się w naszym życiu i tylko łasce Bożej zawdzięczamy to, że nasze sumienie pobudza nas do walki z grzechem. Wiemy też, że nie możemy polegać na sobie w naszym dążeniu do świętości: na naszych dobrych postanowieniach i pragnieniach, gdyż nieraz okazało się już, że jesteśmy podobni do św. Piotra, który przyrzekał Chrystusowi wierność, a wyparł się go trzy razy w ciągu jednej nocy (Mt 25,74-75).

Potrzebujemy przebaczenia, ponieważ – jak stwierdza Apostoł – należymy do grona grzeszników: „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie, które jest w Chrystusie Jezusie. Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania przez wiarę mocą Jego krwi” (Rz 3,23-25). I my również czynimy swoimi słowa św. Jana: „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki” (1 J 1,8-10).

Jedną z najpiękniejszych przypowieści Jezusa o grzechu i przebaczeniu jest przypowieść o synu marnotrawnym. Wyraża ona także naszą historię odejść i powrotów do Boga. W gronie genialnych artystów, którzy podjęli temat tej przypowieści w sposób bardzo osobisty, zwraca uwagę Rembrandt, XVII - wieczny malarz holenderski.

Namalował on bardzo znany obraz: Powrót syna marnotrawnego. W tym dziele zawarł także część swojego życia. I to chyba najważniejszą, bowiem ostatnią. Moglibyśmy powiedzieć, że jest to jego testament.

Przypowieść o synu marnotrawnym jest bardzo bogata w szczegóły. Również Rembrandt, malując swój Powrót syna marnotrawnego, zadbał o to, by z niego przemawiały detale. Przedstawił starca – ojca, u którego stóp klęczy młody człowiek w łachmanach. Na pierwszy rzut oka, klęczący młodzieniec nie przypomina kogoś, kto mógłby być jego synem. Ojciec bowiem wygląda na zamożnego człowieka, syn klęczy u jego stóp w łachmanach. Dlaczego tak nędznie ubrany? Ponieważ wcześniej zażądał od ojca części majątku i otrzymawszy ją, ruszył w świat, korzystając z jego ofert i propozycji. Nie trwało to długo. Środki finansowe szybko się skończyły. Próbował pracować, ale na nic się to zdało. Popadł w biedę.

Postanowił wrócić. Możemy się tylko domyślać, jak wiele go ten powrót kosztował. Zapewne targały nim różne uczucia, a już na pewno wstyd. Zażądać od ojca majątku, kiedy on jeszcze żył, w kraju, w którym tradycja mówiła wyraźnie, że dziedziczyć można tylko i wyłącznie po śmierci – to tak, jakby powiedzieć ojcu: „Za długo żyjesz!” Teraz, kiedy wszystko już stracił, wraca i klęka przed ojcem, żebrze o przebaczenie. To był dla niego bez wątpienia wielki wysiłek. Można zapytać, gdzie znalazł tyle determinacji, by zrobić taki krok? Ewangelista Łukasz nie podaje powodów. Patrząc jednak na obraz Rembrandta, możemy dostrzec u boku klęczącej postaci młodszego syna, połyskujący w świetle – szlachecki miecz. Widać, że to cenny przedmiot, wysadzany drogimi kamieniami.

Dlaczego ten młody człowiek, gdy znalazł się w wielkim niedostatku, nie sprzedał go? Przecież za to mógłby jeszcze spokojnie żyć przez jakiś czas. Ów miecz szlachecki, który zapewne dostał od ojca, kiedy wkroczył w wiek dorosłości, przypomniał mu o tym, kim jest. Uświadomił mu, że jego miejsce jest przy ojcu – nawet jeśli go zdradził – a nie przy świńskim korycie. Być może przypomnienie sobie tego, kim jest, stało się decydującym bodźcem, popychającym go do powrotu i prośby o przebaczenie.

Ojciec przygarnia syna z wielką miłością. Można powiedzieć, że pełnią miłości. Znowu malarz nas zaskakuje, umieszczając dwie różne dłonie przygarniającego skruszonego syna. Jedna dłoń to dłoń mężczyzny, druga – kobiety. To nie pomyłka lub brak kunsztu malarskiego, ale przesłanie: miłość przebaczająca jest miłością ojcowską i zarazem matczyną. Wymaga męskiej determinacji i kobiecej czułości.

Rembrandt namalował ten obraz jako jeden z ostatnich w swym życiu. W postaci proszącej o przebaczenie zawarł prawdę o sobie. Przez całe życie nie cierpiał niedostatku. Świetnie się bawił. Gdy przypatrujemy się jego autoportretom, widzimy bogate, przepyszne stroje, złote łańcuchy, zdobne kapelusze. Był człowiekiem korzystającym z życia i jego dozwolonych i niedozwolonych uciech. Ale w jego życiu nie było miejsca dla Boga. Do czasu. W pewnym okresie życia został oszukany przez kolejną żonę. Dzieci, które kochał, umierały. Odebrano mu majątek. Przestał malować. Pozostał sam. W tym stanie stworzył Powrót syna marnotrawnego, jakby prosił tym obrazem, by Bóg mu przebaczył. Wiemy też, że ten właśnie obraz umieścił na wprost swego łoża i do końca życia wpatrywał się w niego.

Człowiek potrzebuje Bożego przebaczenia, aby uratować poczucie sensu swego życia i nie ulec świadomości przegranej. Boże przebaczenie odbudowuje każde ruiny. Nawet, gdy przychodzi w ostatnim momencie życia, w ostatnim jego akordzie. Boże przebaczenie pozwala człowiekowi odzyskać szacunek dla samego siebie i na nowo odkryć, że jest dzieckiem kochającego Ojca.
Jako my odpuszczamy naszym winowajcom
Znamienne jest to, że Bóg uzależnia swoje przebaczenie od gotowości człowieka do przebaczania bliźnim. Zależność ta jest bardzo mocno wyakcentowana w Ewangelii. Chrystus wyraził ją wprost: „Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom – i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień” (Mt 6,14-15), oraz: „A kiedy stajecie do modlitwy, przebaczcie, jeśli macie co przeciw komu, aby także Ojciec wasz, który jest w niebie, przebaczył wam wykroczenia wasze” (Mk 11,25).

Kiedy Piotr zapytał Chrystusa o to, ile razy winno się przebaczać, w odpowiedzi usłyszał przypowieść o nielitościwym dłużniku. „Wtedy Piotr zbliżył się do Niego i zapytał: «Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?» Jezus mu odrzekł: «Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu»” (Mt 18, 21-35).

Dlaczego przebaczanie innym jest takie ważne dla naszego życia wiary?

Przede wszystkim należałoby je powiązać z tym, że każdy człowiek został stworzony na obraz Boży i Boże podobieństwo (Rdz 1,26-27). A zatem, przebaczanie winowajcom nie jest niczym innym, jak wyrazem tego podobieństwa. Bóg okazuje się litościwy i miłosierny wobec grzesznego i słabego człowieka. Z Jego miłosierdzia i łaski człowiek żyje, ma nadzieję, a nawracając się, może powracać do jedności z Bogiem. Przebaczenie jest również jednym ze sposobów naśladowania doskonałego człowieka – Chrystusa, który nie tylko zobowiązywał do przebaczania, ale sam dał jego przykład. Chrystus nikogo nie uważał za swego wroga. Nie czuł nienawiści nawet do tych, którzy Go ukrzyżowali. W godzinie swej śmierci zdobył się na słowa przebaczenia. Co więcej, nie tylko im przebaczył, ale i usprawiedliwiał. Pisze o tym św. Łukasz: „Gdy przyszli na miejsce, zwane Czaszką, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: «Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią»” (Łk 23, 33-34).

Chrystus uczy nas, że przebaczenie doznanych krzywd i cierpień jest najlepszą drogą do pojednania i pokoju. Przerywa łańcuch nienawiści. Przywraca wiarę w drugiego człowieka. Pozwala zagoić się ranom. Pomaga odbudować nadszarpnięte lub zrujnowane zaufanie. Sprawia, że żyje się łatwiej. Jest narzędziem zdobywania winowajcy dla dobra i skutecznym argumentem, by zmienił swe życie. Daje wytchnienie sercu, chroniąc je przed pragnieniem zemsty.

Ponieważ tak wiele dobra płynie ze szczerego przebaczenia bliźniemu, dlatego jest ono takie trudne.

Pewnego razu kapelan jednego z dużych poznańskich szpitali rozmawiał z kobietą spotkaną na szpitalnym korytarzu. Stała oparta o ścianę i widać było, że mocno przeżywa jakiś życiowy dramat. Zapytana o to, co się stało, odpowiedziała z wielkim przejęciem, że nie potrafi przebaczyć. Na sali chorych leżał jej syn. Oprócz drobnych potłuczeń, nie miał poważniejszych uszkodzeń ciała. Jechał samochodem i spowodował wypadek. Wjechał na metalową barierkę. Kiedy kapelan zapytał, skąd u niej taki płacz, bo chyba nie chodzi o zniszczony samochód, odpowiedziała: „Oczywiście, że nie. Jechał z nim jego brat, a mój drugi, młodszy o rok syn. Zginął na miejscu. Wiem, mogli zginąć obydwaj, ale ja płaczę, bo czuję, że nie potrafię mu przebaczyć, że przez niego zginął mój drugi syn”.

Nie wiemy, jak dalej potoczyło się jej życie. Ale jeśli ta matka nie przebaczyła – straciła obu synów. Przebaczając, ocaliła przynajmniej jednego.

Przebaczenie – zwłaszcza, gdy wchodzi w grę naruszenie elementarnej sprawiedliwości, doznana krzywda – jest bardzo kosztowne i wymaga odwagi. Ale jest możliwe. Abp Van Thuan, hierarcha wietnamskiego Kościoła, który spędził kilkanaście lat na odosobnieniu w najcięższym więzieniu w Wietnamie, przez wiele dni miał kontakt tylko ze strażnikami i tymi, którzy nieustannie go przesłuchiwali, a nawet katowali. Czasami pytano go, skąd czerpie tyle siły, że jest taki opanowany, że nie uskarża się na swoich oprawców. Wręcz przeciwnie, nazywał ich swoimi przyjaciółmi i mówił, że ich kocha. W ten sposób uwolnił swe serce od pragnienia zemsty, a swoją cierpliwością i przyjaznym nastawieniem niejednego z nich skłonił do refleksji nad sensem tego, co robią.

Przebaczenie jest znakiem chrześcijanina. Znakiem, że czegoś nauczyliśmy się od Boga, że jako dzieci jesteśmy w czymś do Niego podobni. Dała temu wyraz piosenkarka Eleni. Jej córka została brutalnie zamordowana. Po tym wydarzeniu zgłosiły się do niej osoby ze stowarzyszenia osób, które nigdy nie wybaczają. Eleni zdecydowanie odmówiła przyjęcia tej oferty. „Nie zapiszę się do was, nigdy” – rzekła. „Jak to?” – mieli zapytać zdziwieni. „Przecież zamordowano pani jedyne dziecko!” A ona odpowiedziała: „Po pierwsze – jestem chrześcijanką, a Chrystus kazał przebaczać. A po drugie, to dlatego, że gdybym nie przebaczyła, to bez przerwy obmyślałabym zemstę. A ja tak nie chcę żyć!”

Z pewnością, nie zawsze jesteśmy gotowi, by natychmiast przebaczać. Czasami trzeba czasu, by przebaczenie w nas dojrzało. Może nieraz będzie wymagało od nas długiej modlitwy, by Bóg uzdolnił nasze serce do tego kroku.

Niemniej jednak pamiętajmy o napomnieniu św. Pawła: „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce! Ani nie dawajcie miejsca diabłu! (…) Niech nie wychodzi z waszych ust żadna mowa szkodliwa, lecz tylko budująca, zależnie od potrzeby, by wyświadczała dobro słuchającym. Nie zasmucajcie Bożego Ducha Świętego, którym zostaliście opieczętowani na dzień odkupienia. Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważenie – wraz z wszelką złością. Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni! Przebaczajcie sobie tak, jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie” (Ef 4,26-27.29-32).


Jakie winno być chrześcijańskie przebaczenie?
Gotowość przebaczenia bliźniemu, który zawinił, ma rodzić się przede wszystkim z przekonania, że wszyscy jesteśmy grzesznikami i potrzebujemy Bożego miłosierdzia. Dobrze znamy Chrystusową przypowieść o dwóch mężczyznach modlących się w świątyni. Jeden był faryzeuszem, drugi – celnikiem (Łk 18, 10nn). Pierwszy z nich był pyszny i zarozumiały, drugi – pełen skruchy i pokory. Chrystus dał za wzór modlitwę skruszonego celnika: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” (Łk 18, 13). Właśnie ta modlitwa została wysłuchana. Pamiętajmy o tym, że wszyscy jesteśmy grzesznikami, ale grzesznikami zbawionymi. „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie, które jest w Chrystusie Jezusie. Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania przez wiarę mocą Jego krwi” (Rz 3,23-25). Nigdy nie powinniśmy zapominać, jak drogo Chrystus zapłacił za łaskę naszego zbawienia. Była to najwyższa cena. Złożył ofiarę ze swego życia. „Wiecie bowiem, że z waszego, odziedziczonego po przodkach, złego postępowania zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy” (1 P 1,18-19).

Gotowość przebaczenia ewangelicznego jest wolna od osądzania winowajcy, ważenia racji, ciężaru winy, stopnia podłości, jaki charakteryzuje naszego przeciwnika. Przebaczenie nie dba o ustalenie, kto jest lepszy lub gorszy. Przed pochopnym osądzaniem bliźnich przestrzegał Chrystus mówiąc, że takie nastawienie wobec innych może się obrócić przeciwko nam: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą. I taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: «Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka», gdy belka tkwi w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata” (Mt 7,1-5).

Przebaczenie widzi potrzebę pojednania i uzdrowienia sytuacji, w której dokonało się zło, a nie potrzebę wydawania wyroków. Trzeba zatem – jak uczy Apostoł – powierzyć swą sprawę Bogu, aby On sam stał się Sędzią pomiędzy nami i tymi, którzy wobec nas zawinili. „Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi. Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi. Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście Bożej. Napisano bowiem: Do Mnie należy




  1   2   3   4   5


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna