Krótka historia pop-grupy Myslovitz



Pobieranie 0,54 Mb.
Strona11/12
Data14.02.2018
Rozmiar0,54 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12

Rano zacząłem zwiedzać ścisłe centrum  ; ogromne budynki z metalu i szkła , ośmiopiętrowe  kamienice , wyglądające na koniec XIX i pierwsze czterdzieści lat XX wieku. Przed południem dotarłem na  plac przed siedzibą Gubernatora i lokalnego Taagu ( coś jakby parlament ). Wielki plac otaczały stare nobliwe budynki , potem dwupasmowa jezdnia i czworobok  postumentów z brązowymi postaciami stojących mężczyzn albo mężczyzn na koniach w strojach z epoki wielkiego Karola XI. Sam plac , wykładany płytami jasnego granitu , otaczała pięciometrowa leciutka skarpa, pokryta rozkoszną murawą. Siedziały , lub leżały na niej dziesiątki ludzi , głównie chyba studentów i gimnazjalnej młodzieży. Na murawę wchodziło się boso , zostawiając buty na chodniku lub już na placu.  Rozłożyłem płaszcz przeciwdeszczowy  , pod głowę podłożyłem worek  podróżny. Słońce prażyło niemiłosiernie . Zapadłem w sen  rozkoszny biały , pełen blasku pod powiekami . Zło i zimno nocy odeszło. Nie wiedziałem kim jestem , czułem się w dziwny sposób szczęśliwy.

Któregoś dnia postanowiłem walczyć . Nauczę się języka , poszukam pracy choćby najgorszej , najnędzniejszej , takiej tylko żebym zarobił na kąt pod dachem . Włóczyłem się  po ulicach  i centrach handlowych , przechodziłem po mostach z jednej strony rzeki na drugą.

W nocy w upiornej dzielnicy nowoczesnych biur zaczepiła mnie zjawa . Niewysoka  szczupła blondynka o białych włosach , szafirowych oczach i skórze prawie przeźroczystej , ozdobionej cieniusieńkimi nitkami żył , w przewiewnej białej sukience, mimo przenikliwego chłodu od gór. Łagodnie zachęcała : ”Amsterdam , modern life , sex”.  Odszedłem zmieszany przerażony zawstydzony.  Nie za siebie , tylko za świat. Innym razem w biały dzień , na moście, niedaleko Uniwersytetu Morskiego podeszła do mnie obdarta kobieta koło trzydziestki , jakby wyjęta z kart Dickensa. Złapała mnie za ręka , powtarzała namolnie : only teen euro , only teen euro.

To nie ma sensu , zdechnę z głodu zanim nauczę się języka , znajdę prace i przepracuje choćby tydzień. Zdechnę jak bezpański pies.  Chcę przed śmiercią najeść się do syta. W samym centrum był elegancki pub , zachodzili tu juppies z okolicznych biur. Koło szesnastej  wkroczyłem z miną zamożnego turysty. Torbę i podróżny worek upchałem dyskretnie pod stolik. Wybrałem z karty trzy potrawy , kawę i  wielkie piwo , prawie litr w ogromnym kuflu. Zdumiony kelner zaczął mi tłumaczyć coś po norwesku. Pokazałem zwitek banknotów . Łamanym angielskim kelner powiedział , że są to trzy dania główne . Potwierdziłem  , że to właśnie chcę zjeść. Skurczony żołądek zjadł ze smakiem jedno danie i popił kawą. Dwa pozostałe dania i piwo to była tortura. Przeklinałem swoja głupotę.  Prawie wybiegłem z pubu , ze spuszczoną głowa.  

Spanie na dworcu autobusowym się skończyło . Którejś nocy , ledwo wyciągnąłem nogi na ławce , zjawił się ochroniarz , ubrany jak kosmita. Żółty gumowy płaszcz , grube rękawice , kask z plastikową osłoną na twarz i coś w ręku , jakby laska, albo długa pałka. Wytłumaczyłem , ze czekam na ranny autobus do Thule . Nic mi nie zrobił , ale wiedziałem , że muszę szukać innego noclegu.  Próbowałem spać na murkach kolo domów , ale przepędzali mnie dozorcy i ochroniarze , siedzący na portierniach z rzędami migocących monitorów.  Każdy najmniejszy bar z czterema stolikami w tym mieście miał osiemnaście kamer przemysłowej telewizji. 

Dawno temu w komunistycznym państwie , w dużym mieście trafiłem przed budynek lokalnego oddziału partii rządzącej.  Drzwi były z dębu , masywne , obite mosiądzem. Nie było z zewnątrz klamki. Pomyślałem -  długo tak nie pociągniecie.  Teraz systemy totalitarne są zastąpione  ogólnoświatowym systemem dobrobytu loteryjnego. Możesz mieć i Rolls-Royce’a i willę z basenem , i możesz  ożenić się z top-modelką.  Możesz mieć wszystko , trzy razy w tygodniu , z prawdopodobieństwem 1:13.689.012. Możesz być i prezydentem i premierem , tylko że nic nie możesz zrobić. Możesz być nawet i prorokiem. Internet i gazety do czytania w metrze szukają tematów . 

Nocne deszcze w Ultimie były apokaliptyczne. Cała wilgoć z północnego Atlantyku rzucała się z nieba na miasto. Stałem w bramie i czekałem , kiedy kwartały ulic popłyną do rzeki a potem do oceanu. Rano około piątej trzydzieści  miasto  budziło się do życia jakby nic. O 23.55 barmani w pubach włączali ostre światło . Bractwo jakby na komendę pędziło do taksówek i  już dwadzieścia po dwunastej w nocy śródmieście wymierało.  Przed pierwszą policja w Saabach i Volvo objeżdżała skrupulatnie każdy najmniejszy zaułek. Chowałem się wtedy po bramach . Noce spędzałem na wędrówkach. Spałem w dzień na ławkach na dworcach , w centrach handlowych albo w parkach. Czasami  przyczepiał się jakiś degenerat , wyglądający jak żywy trup , najpewniej narkoman. Odchodziłem jak najszybciej, nie chciałem kłopotów , kontaktu z policją. 

Znalazłem miejską bibliotekę. Jasno , ciepło , miękkie kanapy. Drzemałem ,  leniwie przeglądałem książki , albumy , gazety. Znalazłem numer ”FAZ” sprzed tygodnia. Starsza Pani z Augsburga ,  za ogromne chyba pieniądze wykupiła nekrolog - wspomnienie po Dziadku ( zginał w 1916 r. nad Sommą , osierocając żonę i rocznego synka ) i Ojcu ( zginął w 1943r. na Krymie , osierocając żonę i  dwuletnią córeczkę ). 

Na dworzec autobusowy wpadł na chwilę chłopak może dwudziestoletni , straszliwie wyniszczony przez głód, słaniający się jeszcze żywy szkielet. Popatrzył wokół mętnymi oczyma . Wyszedł zataczając się. Dwa razy jacyś faceci próbowali wciskać mi do reki zwitki banknotów.  Kręciłem głową, udawałem , że jest wszystko O.K., że ja może tylko sprawiam takie nieciekawe wrażenie. W dużej księgarni zobaczyłem na podłodze porozrzucane cukierki , takie jakie dzieci dostają przy kasie  . Zabrałem z podłogi trzy. Zauważyła to kobieta koło pięćdziesiątki, chyba jakaś kierowniczka. Gestem pokazała , żebym je odłożył na ladę . Odłożyłem. 

Raz  jeszcze  zerwałem się do walki.  Na karteczkach pisałem po angielsku prośbę o pracę i wtykałem za wycieraczki w lepszych autach. Kupiłem miejscową kartę do telefonu komórkowego. Prosiłem nie o rozmowę tylko wiadomość tekstową. Jakiś człowiek przysłał mi namiar na Pakistańczyka , prowadzącego stacje benzynowa przy wylocie na Narvik i taką malutką stację obsługi. Umówiłem się z tym Pakistańczykiem na 14.00.  Od rana byle szczęśliwy i podekscytowany. Im bliżej 14.00 i im bliżej stacji tym bardziej ogarniało mnie zwątpienie i przerażenie. ”To nie ma sensu , jesteś za stary , czy ty chcesz żyć wiecznie” . Przyszedłem w pobliże stacji , obejrzałem ją z pięćdziesięciu metrów. Uciekłem do pobliskiej gospody na zupę i krokiecik. Napisałem coś temu Pakistańczykowi i wyłączyłem telefon . Później odsłuchałem na wiadomościach głosowych jak wyzywa mnie po angielsku i norwesku.

76

Ty widzisz we mnie coś, nie ma ideału  A miłość ślepa jest 


I chyba nie wiesz, że telewizja kłamie  Nie wszystko możesz mieć

( Myslovitz , pop-grupa )

Głodny i zrozpaczony  wyrzucałem wszystko , co było zbędne ; marynarkę, skórzaną torbę, dwie koszule , zapasowe buty. Do kosza.  Któregoś dnia  wyruszyłem z centrum , chciałem dojść do gór i tam umrzeć z zimna. Nie chciałem zdychać w mieście. Pięć godzin błąkałem się po przedmieściach., miasteczkach satelickich , dzielnicach willowych i blokowiskach. Widziałem ośnieżone szczyty gór , ale nie potrafiłem wyjść z miasta. Wiadukty , ogrodzenia, ronda, światła.  Zaczął padać deszcz . W płaszczu z folii stanąłem pod drzewem w parku na wzgórzu. Widziałem ogromne rozświetlone miasto . Młody mężczyzna przechodzący alejką popatrzył na mnie ze zgrozą. Zobaczyłem siebie jego oczyma : upiorna zjawa w nocy w deszczu w parku na wzgórzu. Niedaleko stał mały pałacyk. Park był imienia arystokraty z XVIII  wieku, służącego jako generał dla króla Danii , wsławionego wielkim zwycięstwem nad  Szwedami. Byłem śmiertelnie śpiący , położyłem się pod drzewem i nakryłem folią. Było mi wszystko jedno , chciałem spać.  Obudziły mnie  zimno i wilgoć. Zerwałem się i pobiegłem w dół , do Miasta. Przebiegłem znajome ulice. Jakby prowadzony jakimś przeczuciem trafiłem do wjazdu do ogromnego sześciopoziomowego parkingu , trzy przecznice od głównego placu miasta i stacji kolei podmiejskiej.  Z prawej strony , tam gdzie rampa prawie schodzi  do  powierzchni parteru  , była nisza o powierzchni 8-9 metrów kwadratowych i wysokości od czterdziestu centymetrów do metr sześćdziesiąt. Ogromna powierzchnia parteru była idealnie pusta i czysta z wyjątkiem kupki materiałów , chyba pozostałych po jakichś pracach.  Jakbym wiedział , co tam znajdę – wyszarpałem dyktę o wielkości zwykłych drzwi i grubości może czterech centymetrów. Ułożyłem ją we wnęce , wciskając tak głęboko , żeby tylko zostało miejsce na głowę i izolację. Na izolację wziąłem osiem kawałków styropianu. Podłożyłem je pod dyktę. Pod głowę podłożyłem podróżny worek , bardzo już cieniutki po  ubraniowych autodafe . Szczęśliwy i spokojny położyłem się na dykcie. Byłem szczęśliwy. Miałem suche , czyste miejsce na ziemi. Miałem dwa metry żelbetonu nad głową. Miałem ochronę od góry i z prawej . Zarzuciłem na nogi foliowy płaszcz od deszczu . Byłem spokojny. Po strasznych przejściach i udrękach zostałem Bezdomnym , to znaczy znalazłem swój dom w innym świecie.  

77

Moi kochani !  Całuję Was najgoręcej jak można ! Serce mi pęka , że jestem tak daleko od Was. Ściskam najmocniej jak można Waszą kochaną Mamę i Was. Nie możecie sobie nawet wyobrazić , jak jestem szczęśliwy , że mam takich wspaniałych dzielnych chłopców.  To moje ostatnie dni w tym strasznym , obcym świecie. Już niedługo , bardzo niedługo będę z Wami.  Obrobimy każdy stracony dzień , każdą chwilę rozłąki.



Kochana Gudrun. Nie wiem co napisać. Przeżyłem z Tobą i chłopcami jedenaście lat  raju na ziemi. Potem strącony zostałem do piekła na dwadzieścia dwa  lata.  Opatrzność  wyprowadziła mnie z otchłani , abym tu , na czyścowej gorzkiej ziemi przez czterdzieści cztery lata szukał drogi do Was. Znalazłem. Wiem i czuję , że moje strzaskane na pył serce w mgnieniu chwili odżyje i już na zawsze będzie bić tylko dla Was.

Kochana Gudrun. To jest mój do Was ostatni list . Niech będzie zwiastunem mojego powrotu.  Proszę , uściskaj mocno chłopców ode mnie. Jak bardzo jestem dumny z nich . Jak bardzo jestem  szczęśliwy że los postawił mnie na Twojej drodze , i że mnie wybrałaś.

Raz jeszcze całuje Was wszystkich . Kochający Was ,  i odliczający czas do powrotu – Anton.

78

Wstańcie ludzie , otwórzcie już oczy Na niebie słońce wysoko.



Kto w lektyce , komu awans A komu niebo nad głową

( Skaldowie , pop-grupa  )
 

Budziłem się raz o szóstej rano a innym razem już po ósmej.  Co trzeci dzień gwizdem albo klaskaniem stawiał mnie na nogi pracownik z zakładu oczyszczania miasta , zabierający  kontener ze śmieciami , stojący  już na ulicy , zaraz przy wjeździe na parking. Naciągałem czapkę na głowę i uspokajająco podnosiłem rękę : OK., OK., OK. Wybiegałem na ulice i ostrym marszem, żeby się ogrzać , ruszałem na dworzec kolei podmiejskiej ( metra Ultima nie miała ).

Rozglądałem się , czy na drzwiach do któregoś z biur nie wisi plastikowa torba ze świeżymi bulkami. Z ogromnej plastikowej przezroczystej torby można było wyciągnąć sobie bułeczkę , czasami dwie.  Torby nie brałem nigdy , Ultima była miastem wszechobecnej telewizyjnej inwigilacji. Na każdego z trzystu tysięcy mieszkańców ( plus dwieście w miasteczkach satelickich ) przypadały chyba ze trzy kamery telewizji przemysłowej.

Na dworcu siadałem na ławeczce naprzeciw Coffe Bar-u  i przez trzy – cztery godziny grałem na telefonie komórkowym ( telefon to już nie był , tylko aparat z trzema prostymi grami i kontaktami do nieistniejącego już dla mnie świata ) . Myślałem , że historii nie ma , że to złudzenie , że wszyscy żyją   równolegle, cierpią , umierają;  ci co byli , są i będą ; że od czasu do czasu można coś przerzucić do innego świata , słowo , obraz, czasami dźwięk, śmieszny i nieistotny kod DNA naszego nasienia.

Obserwowałem precyzyjne ruchy i zachowania szefa baru naprzeciwko mnie , wyglądającego na Włocha . Widziałem jak otwiera interes , wprowadza dochodzących na parę godzin pracowników ( wyglądali na studentów ) , jak sprząta  i o równej  22-giej zasuwa żaluzję i zapina trzy małe kłódeczki. Po co te kłódki , to nie wiem, bo o każdej porze dnia i nocy włóczyło się tam mnóstwo policjantów : zwykłych państwowych , miejskich , kolejowych , nie mówiąc o ochroniarzach w czarnych spodniach i białych koszulach. Gra to prosta strzelanka – Space Impact .  Biłem kolejne rekordy , tak je wyżyłowałem , że  w końcu , aby pobić rekord  z 22345 punktów na 22347 potrzebowałem dwóch tygodni.  Oglądałem telewizję , na monitorze nad Barem . Samoloty , czołgi , zabite dzieci. Żadnego wrażenia to na mnie nie robiło. Zabawy kosmitów. Żaden świat nie umiera , trwa i trwa , a bok niego otwierają się kolejne światy , które trwają i trwają .

Bułeczka dawno zjedzona, brzuch  zaczyna boleć z głodu.  Ruszam na miasto. Jedno wielkie centrum handlowe , prawie nad rzeką , sto metrów od głównego mostu w Ultimie. Potem marsz przez centrum ( dwa Mcdonald-y , dwa inne bary z kanapkami , delikatesy , dwie księgarnie ) do monstrualnego centrum handlowego wraz z ośmiopoziomowym parkingiem bardzo wysoko na zboczu , ze wspaniałą panoramą miasta. Kolo 16 schodzę w dół , na cztery – pięć godzin loguje się w miejskiej bibliotece.  Znowu centrum handlowe koło rzeki , trochę kręcenia się po okolicy ( dworce kolejowe i autobusowy ) i po 20-tej zaglądam  do Złotej Gęsi , żeby rozpoznać sytuację. Znowu na dworzec podmiejski i powrotem do Złotej Gęsi. Wpół do dwunastej wychodzę i spacerkiem wracam do domu , na 5-6 godzinny sen ( 2-3 godziny dosypiam w ciągu dnia na ławeczkach w pasażach centrów handlowych i na dworcach ). 

Myję się i golę w łazienkach centrum handlowego , koło 11 rano , kiedy prawie nie ma jeszcze ludzi . Nabieram gorącej wody do plastikowej butelki i bardziej dokładnie opłukuję się w kabinie W.C. Włosy docinam nożykiem z rozmontowanej maszynki jednorazowej ( potem dowiem się że taki goły nożyk  to się fachowo nazywa mojką ). Prawie pełne tuby pasty do zębów znajduję w łazience górnego centrum handlowego , bo w pobliżu jest też centrum stomatologiczne.

Buty i coś do ubrania znajduję w wielkich koszach staroci  wystawianych raz w miesiącu przed domkami w osiedlach na wzgórzu i w satelickich miasteczkach w dole doliny , pomiędzy Ultimą a Ultimą Port.

Chodzę na koncerty . Co drugi dzień , po południu przed dolnym centrum handlowym , a dokładnie pod kamienicą naprzeciwko głównego wejścia , podpinają swój sprzęt chłopaki z amatorskiego zespołu. Mają po 16-19 lat , tylko jeden , brodaty basista wygląda na 25 – 27 lat . Jest ich chyba siedmiu , Grają w różnych konfiguracjach po czterech – pięciu. Spokojnie wystarczy  ; i Jimi Hendrix Experience i  kanadyjski Rush  pokazali że do solidnego , nawet genialnego grania rocka wystarczy gitara , bas i bębny. I troszeczkę wokalu , choćby cieniutkiego ( genialny Jimi ! ). A gitarka , perkusja, pół-dziecinny hamondzik i jasny baryton to już muzyczne niebo ( The Doors ). Co grają – wiadomo , klasyka, Led Zeppelin , Deep Purple , średni okres Rolling Stonesów, Z.Z.Top , coś z  U2 , Guns&Roses . Da się słuchać . Prawdziwa ekstaza to gdy grają swoje , mocne , rockowe wersje popowych kawałków z lat 70-rych , amerykańskiego folk-country , glam-rocka ( Bowie ! ) . Stoję i zdumiewam się , jak z cieniutkich pioseneczek , granych przez brodatych facetów w białych marynarkach  z wielkimi hiszpańskimi gitarami i śpiewanych przez laleczki w mini w białych wysokich butach , wyciągają prawdziwe , oszałamiające piękności. Ekstaza. Oparte o kolumny wzmacniaczy siedzą dziewczyny chłopaków z zespołu. Chude, z czarnymi prostymi długimi włosami , w czarnych dżinsach albo czarnych pończochach z grubymi oczkami , w długich czarnych skórzanych płaszczach , w czarnych kapeluszach na głowach. Oczy podmalowane na fioletowo albo na czarno. Rodzina Adamsów.

Jestem szczęśliwy z tymi chłopakami z zespołu. Nie zazdroszczę im , jestem po prostu szczęśliwy jak oni.  Też trochę jestem szczęśliwy jak spieszący się faceci po trzydziestce , parkujący wielkimi amerykańskimi SUV-ami na parkingu przed centrum , a wieczorami pod knajpkami sushi , indyjskimi i tajskimi.  Jestem szczęśliwy szczęściem czarnego chłopaka , objeżdżającego odkrytym kabrioletem uliczki centrum . To piłkarz z Kamerunu , drogi nabytek ( za 4 miliony euro ) miejscowego klubu piłki nożnej.  W wystawach księgarń honorowe miejsca zajmują opasłe biografie   trenerów i gwiazd piłki nożnej. 

W miejskiej bibliotece przeglądam książki , albumy , czasopisma. Ze zdjęć , rysunków , dat , słów i zlepek  pop-kulturowych , i o pochodzeniu łacińskim i greckim ,  z grubsza , ale z coraz większą precyzją odcyfrowuje treść , myśl. Od Sikhów  przeskakuję na Wyspę Wielkanocną, z ruin zmasakrowanego Berlina na pustkowia Arktyki.  Najbogatsze wówczas Imperium  wysłało swojego wiernego i zasłużonego żołnierza, admirała Franklina na poszukiwanie krótszego przejścia z Atlantyku na Pacyfik  - dając mu za aprowizację , puszki wypełnione nie mięsem i tłuszczem a żwirem . Dżentelmen Franklin , nie sprawdził zawartości skrzyń. Przy zamarzniętych marynarzach Franklina znaleziono dzienniki i pamiętniki. W jednym z nich – ciekawostka. Na lodowym puszkowi , zamarzniętym morzu i płaskich , pokrytych lodem  wysepkach , plemię dziwnych Eskimosów. Wysocy , szczupli , o białych włosach,  i niebieskich oczach.  Wyprawa Wikingów sprzed tysiąca lat, szukających nowej wyspy na osiedlenie.  Stracili łodzie w lodach i nie mieli drzewa na nowe. Mogli sklecić z kości morsów i foczych skór łódeczki do polowań w wąskich kanałach , pojawiających się latem.  Dwa  tysiące kilometrów do najbliższego lasu . Jak oni  musieli wspominać ciepłą zieloną ,trawę ; zioła , kwiaty, szalone , nerwowe  słońce Południowej Skandii. Jak opowiadali dzieciom , wnukom , prawnukom. Jak  opowieści stawały się legendą , mitem , może religią. Raj utracony. Może to wygnańcy , uciekający z kobietami i dziećmi po przegranej bitwie przed rzezią i gwałtem. Kanadyjscy badacze , dwadzieścia lat po franklinie , już Wikingów nie odnaleźli.  Marynarze Franklina , w zamian za jedzenie, noc w ciepłym igloo , skóry niedźwiedzi, zostawili im śmierć , w kropelkach wykaszlanej śliny. 

79

Może wszystkiego jest za dużo , wokół Ciebie i Mnie , komputery nie zatamują przecież naszych łez



( T.Love Alternative, pop-grupa  )
 

Kim jestem ? 546.898.644  istotą od narodzenia życia , cztery miliardy lat temu. Może ja nie istnieję. To wszystko , co jest dla mnie światem , to tylko kipiel białek w garnku czaszki, mikro-wyładowania elektryczne  i kombinacja hormonów.  Czy męstwo i zdrada , religia , ojcostwo , prawda i kłamstwo , to tylko losowa kombinacja wydzielin ciała. Czy cywilizacja to mechanizm służący liczebnemu rozrostowi gatunku. Ja nikomu nie jestem potrzebny. I nikt na tym świecie nie jest potrzebny. Na każde miejsce jest 128 kandydatów. Ja i ty nie jesteśmy potrzebni , ani twoja praca , ani twoje dzieci. Całe narody nie są nikomu potrzebne.  Jeżeli nagle znikną , w jednej sekundzie : Słowacy, Serbowie, Izraelczycy, Zairczycy , Tanzańczycy i Indonezyjczycy., to czy ktoś to odczuje , czy zauważy brak. Statystycy poprawią w zapisach komputera cyferkę , trzecią od początku lub ósmą od końca. I tyle.

Miłości nie ma , nie ma nawet sexu . Raz w tygodniu , na legowisku , przed snem jest zabieg higieniczny , który ma uchronić ubranie przez zbędnym zabrudzeniem ( pranie to nie kłopot , ale wysuszenie , nocą w krzakach nad rzeką , to Iliada, Odyseja , Eneida i Popol Vuh  razem wzięte ). Oczywiście późną nocą zaczepiają mnie  pijane , rozbujane nastolatki. Nie chcę kłopotu , wyrywam się i szybko odchodzę.

Żywię się głównie tym co ludzie zostawiają na stolikach w szybkich barach. Nakupują szejków , kanapek , frytek i muffinek  - nie zjedzą nawet połowy. Kanapki nieodwinięte z pergaminu , rożki z frytkami , nietknięte porcje ryby i chińszczyzny. Pierwszą bułkę z wieprzowiną ( McRoyal’a ) zdobyłem w McDonaldzie, kiedy byłem jeszcze Turystą , a nie Bezdomnym. Wszedłem do restauracji ( bardzo wąska , ale nieskończenie długa )  żeby pooglądać smakowite zdjęcia nad barem. Wychodząc zauważyłem pudełko , na skraju pustego już stolika  . Lewa ręka wyczuła zawartość i zręcznie schowała pudełko do kieszeni kurtki. Słońce stało jeszcze wysoko na niebie , z muzycznego  sklepu zabrzmiał deliryczny i ekstatyczny  przebój Oasis. Cudownie. Pobiegłem ze zdobyczą na ławkę nad rzeką, żeby spokojnie , po ludzku zjeść ciepłą jeszcze kanapkę.

Zimno. Gdy nocą przeniknie do szpiku kości , to nie chce wyjść , nawet gdy dzień jest ciepły,  nawet gdy siedzisz piątą godzinę w wygrzanej dobrze czytelni biblioteki. Zimno doprowadza do szalu , do desperacji.  Tracę swoje Ja , jest tylko oszalałe zwierzęce ciało , które chce się ogrzać.

W rosyjskim obozie czterech więźniów złapało więźniarkę z kobiecej części. Schowali ja w komórce  w kotłowni i gwałcili. Jeden gwałcił a trzech przerzucało koks. Tak przez dziewięć godzin. Potem zakneblowali , związali i zostawili na noc w komórce. Przeżyła noc , więc gwałcili ją przez cztery godzin a potem wrzucili do kotła z wrzątkiem, ugotowali i zjedli . Kości połamali i wymienili ( jako świńskie ) w baraku na papierosy , skręcane z petów, rzucanych przez strażników. 

W kobiecej części , za rzekomą ucieczkę więźniarki, strażnicy powiesili osiem kobiet , najmłodsza Węgierka miała 15 lat , a najstarsza , Łotyszka, żona  pastora , czterdzieści osiem. .  
 
 80

Że my przeczekamy , ten smutek , jak życie


( Stare Dobre Małżeństwo , pop-grupa )

Kiedyś w barze brzęknął mi pieniążek pod butem. Dziesięć centów. W Ultimie nic za dziesięć centów się nie kupi, najmniejsza bułeczka w najtańszym Tesco-Metro  kosztuje dwanaście. Coś w mojej głowie powiedziało , ”schyl się i weź”.  Rozglądnąłem się pod nogami stojących przed ladą , zauważyłem jeszcze dwa pieniążki. W barach z fast-foodami  nikt nie płaci kartą , bo to długo trwa , blokuje kolejkę. Wyszukuje się w torebkach , kieszeniach garść monet i rzuca na ladę. Nikt w gwarze nie słyszy jak coś upadnie , tłok nie pozwala  się schylić. Opracowałem patenty na dyskretne podejście do monety i jej  podniesienie. Zorganizowałem rekwizyty , to co można upuścić , aby mieć powód , aby przeprosić stojących obok i się schylić. Wyszukałem monetodajne złoża , nie tylko miejsca ale i odpowiedni czas dla każdego miejsca.

Sprawdziłem sklepy , wyszukałem najtańsze w zakupie kalorie . Mogłem sobie pozwolić na chwile szaleństw, na przykład dwie świeże bułeczki , batonik  z karmelem i prażonymi orzeszkami ziemnymi.

Późne wieczory to czas szczęścia. Gdy w pubie Złota Gęś było tłoczno , gwarno i gdy przygaszano światło , wówczas wchodziłem ja. Szybko , nerwowo , z miną faceta który pracował jak oszalały  cały dzień i musi się napić. Kurtkę wieszałem na wieszaku , lub ukrywałem gdzieś w kącie. W cienkim zielonym sweterku z Columbii , z podwiniętymi rękawami wyglądałem swojsko , na faceta który jest u siebie w domu i który ma pełne prawo tu być .”Gęś” była ogromna , sam parter miał chyba ze  trzysta metrów kwadratowych , a piętro ( wchodziło się po szerokich drewnianych schodach ) niewiele mniej. Zawsze byłem ostrożny. Brałem prawie pustą szklanicę i przysiadałem się do ławy , gdzie stało dużo szklanic, kufli i szklaneczek z whiskey ( pito tylko szkocką , chyba przez sentyment do kalwińskich braci z drugiej strony morza północnego , nigdy irlandzką ) .  Gdy już się zasiedziałem , zabierałem bezpańską pełną i całkiem spokojnie ruszałem na obchód lokalu . Byłem jak szpieg z innej cywilizacji , obcy , ale idealnie wtopiony w nowe otoczenie. Gdy mnie ktoś zagadywał , udawałem osobę która dopiero co  przyjechała . ”from Slovakia”. Nikt tu nie wiedział , co to jest , i gdzie leży ta ”Slovakia”. Już Jarre napisał prorocze słowa : ”urodziłem się w Polsce , czyli nigdzie”.

Z stolików zabierałem jednorazowe tubki majonezu ( trzy smaki ) , musztardy , keczupu i saszetki z cukrem białym i brązowym.  Kryształki cukru brązowego. Miodowe złote, przejrzyste jak diament. Zaklęte słońce Jamajki. Ultima pokochała brązowy cukier dwieście lat temu , kiedy tutejsze statki woziły niewolników ze Złotego Wybrzeża  dla Anglików na Jamajce i Francuzów w Luizjanie.



1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   12


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna